Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 86,08  68,86 
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audio
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audiobook
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Do morza? A po co?

– No, żeby odpłynąć, jak najdalej się da.

Foe zaczęła się śmiać.

– Wpław chcesz dotrzeć z powrotem na Tarpy czy od razu do Negger Bank?

Kilka dziewczyn jej zawtórowało.

– Głupie jesteście, baby! – zdenerwowała się Naan. – Odpłynąć od brzegu trzeba ile sił, żeby już wrócić nie dało rady.

– I co?

– I utonąć trzeba. Wiem, że straszna śmierć. Ale to tylko kilka chwil, a nie całe dnie tortur.

Zamilkły wszystkie. Żelazna logika Naan przemówiła im do wyobraźni. Kilka nawet trwożliwie spojrzało w kierunku zimnych, czarnych fal, które niezmiennie zmierzały ku brzegowi. W każdym razie nikt już nie odezwał się do wieczora.

Następny nocleg wypadł im znowu na plaży. Linia brzegu była tym razem prosta jak strzała. Linia drzew nad nimi ciągnęła się od horyzontu z jednej strony po horyzont z drugiej. Żadna różnica. I tak nie miały się gdzie ukryć.

Obudziły ich okrzyki sierżant:

– Nie pić morskiej wody! Bo będę strzelać! Nie pić morskiej wody!

Kilka desperatek o świcie właśnie przegrało walkę z pragnieniem.

Dziewczyny zaczęły się zbierać. Foe czuła, że kręci jej się w głowie. Naan wyglądała jak trup. A podnosiła się z gracją drewnianej lalki.

– Co, dziewczyny? – odezwała się któraś z tych, co trzymały się trochę lepiej. – A może gulasz z plackami?

Tylko dlatego, że pozostałe ledwie mogły się ruszyć, dowcipna baba uniknęła egzekucji na miejscu.

– Wstawać, wstawać! – Sierżant nie było już stać nawet na krzyk. Ledwie jakieś chrypienie. – Zdechniecie tu!

– A co za różnica? – Kilka zrezygnowanych dziewczyn leżało nadal na piasku. – Po chuj się podnosić? Tam jeszcze zimniej.

– Jazda!

– Ja bym się podniosła – mruknęła Naan. – Dzisiaj napotkamy strumień.

Te słowa poraziły obecnych.

– Jesteś pewna? Śniło ci się?

– To z głodu. Ma omamy i tyle.

– No nie. Poprzednio śniła to, co później było!

Wszystkie rozgadały się i pokłóciły od razu. Tylko sierżant popatrzyła na Naan z cieniem wdzięczności. Będzie pitna woda czy nie będzie, nie jej rozstrzygać. Ale dzięki szeregowej udało się zebrać konwojowany oddział i ruszyć dalej.

Potoku jednak nie napotkały aż do południa, kiedy zarządzono pierwszy odpoczynek. Dziewczyny chciały powiesić Naan, ale z powodu braku liny i jakiejkolwiek gałęzi na plaży zrezygnowały z tego pomysłu. Zresztą nawet chęć mordu na koleżance była jakaś taka mało intensywna. Sił brakowało już na wszystko. Sierżant dowiodła jednak, że jest właściwym człowiekiem do wykonywania prostych zadań. Zaatakowała kilka ociągających się przed ruszeniem w dalszą drogę dziewczyn lufą karabinu, jakby miała tam nasadzony bagnet. Kilka bolesnych ciosów w okolice wątroby pozwoliło im się zebrać na tyle, żeby dołączyły do reszty.

Foe traciła powoli czucie w palcach. Już prawie się nie zginały. Musiała podtrzymywać słaniającą się na nogach siostrę całym ramieniem. A i tak potykały się co chwila. Kilka dziewczyn majaczyło. Kilka ewidentnie zasypiało w marszu i budził je dopiero upadek na piach.

– Tam! Tam! Patrzcie!

Jedna z konwojentek pokazywała coś, co znajdowało się przed nimi. Rzadko która z dziewczyn mogła dostrzec cokolwiek. Te z bystrzejszym wzrokiem mówiły coś o rzędzie słupów w poprzek plaży.

– Narzędzia tortur! – skojarzenie mogło być tylko jedno.

– Nie idźmy tam! Dziewczyny, zawracamy!

– Spokój!

– Zawracamy...

– Chcesz umierać powoli z głodu?

– A ty rozpięta na palach, z ponacinaną skórą?

– Spokój, mówię! – Sierżant uniosła swoją broń. Najwyraźniej i ona jednak miała wątpliwości, czy karabin wystrzeli w tych warunkach, bo sądząc po chwycie, chciała go użyć jak kija. – Zapierdolę jedną z drugą!

– Nie dyskutować! Nie drzeć się, głupie małpy, na cały głos! – kaprale również miały sporo do powiedzenia.

Jedna z nich podeszła do dowódcy.

– Wysyłamy zwiad? – zapytała.

– A po co? – usłyszała w odpowiedzi. – Cokolwiek by zwiad odkrył, wracać i tak nie ma gdzie.

– No fakt. – Kapral również zdała sobie sprawę, że wracając, prawdopodobnie nie zdołałyby nawet dotrzeć do miejsca rozbicia barki. Nie mówiąc już o tym, co dalej. A kryć się w lesie? Hm, to już cały korpus próbował swego czasu. I skończyło się, jak się skończyło.

– Idziemy!

Dziewczyny ociągały się strasznie. Dopiero kilka kopniaków przekonało je do ruszenia. W miarę skracania dystansu dostrzegały więcej szczegółów. Pale były zdecydowanie inne niż te na piargu, skrzyżowane w literę X. Te tutaj po pierwsze ktoś okorował, i to w miarę dokładnie. Po drugie łączyły je kolorowe, srebrnawe sznurki. A po trzecie ustawiono je za sporą rozpadliną o łagodnych brzegach, dzielącą w tym miejscu klif.

Kiedy podeszły jeszcze bliżej, okazało się, co zawiera rozpadlina.

– Woda! Woda!

Żołnierze jak jeden mąż runęły przed siebie. Tam był strumień!

Z rozpędu wpadły do wąskiej strugi i mimo przenikliwego zimna, nie bacząc na przemoczenie wszystkiego, co miały na sobie, rzucały się do wody, pijąc łapczywie, aż zaczynało brakować im tchu. Te dziewczyny, które w marszu szły z tyłu, kładły się na brzegu i czerpały wodę dłońmi.

– No, nie mącić tam! Samo błoto tu przez was przypływa.

– To idź w górę biegu. Tam woda czysta.

Sądząc po kaszlu, który towarzyszył zachłyśnięciom, co najmniej kilka dziewczyn prawie utopiło się z pragnienia. Mimo że struga była płyciutka. Może na dłoń z wyprostowanymi palcami dałoby się zanurzyć w najgłębszym miejscu. A może i to nie.

Pierwsza ocknęła się sierżant.

– No, nie chłeptać tyle naraz, bo wam kiszki skręci!

– Już! Już! Wyłazić z wody! – Konwój zbierał się pierwszy. – Koniec, bo was potopimy!

Kapral podeszła do leżącej w wodzie dziewczyny, która nie chciała podporządkować się rozkazowi. Przyłożyła podeszwę buta do jej potylicy i wcisnęła twarz w piasek na dnie.

– Wyłazić ze strumienia, suki!

– Jazda!

Kilka dziewczyn, chcąc uniknąć kopniaków, odbiegło w drugą stronę. Tak, żeby woda oddzieliła je od oprawców. Jedna uciekła za daleko. Wróciła zaraz zdziwiona, pokazując wszystkim zakrwawioną dłoń.

– Słuchajcie! To coś rozpięte między słupami to nie są sznurki!

– A co?

– To druty!

No nie... Zaćmiło głupią. Kogo stać na rozpinanie drutów w tej ilości na słupach na zapomnianym przez wszystkich kawałku plaży? I kto by zostawił te druty ot tak, bez opieki? Niemożliwe.

– Skąd krew na ręce?

– Te druty mają kolce.

Sierżant pchnęła kapral za strumień.

– Sprawdź.

Podoficer wróciła po dłuższej chwili.

– Druty – potwierdziła krótko, ssąc krwawiący palec. Najwyraźniej nie uwierzyła szeregowej i sama sprawdziła, czy druty mają kolce.

Ot, zagadka. Kto był na tyle władny i bogaty, żeby zostawić na plaży tyle drutu? To nie był problem do rozstrzygnięcia tutaj. I nie teraz. Tym bardziej że podniecone wodą żołądki dawały wyraźnie znać, że mają także inne potrzeby. Ale co mają robić? Iść dalej? No to muszą zniszczyć te druty na słupach, a to może zdenerwować bogatego władcę, który je tu zostawił.

– Co o tym myślisz? – Sierżant zerknęła na kapral.

Ta wyjęła palec z ust.

– Ja bym ruszyła na górę. Klif dzięki rozpadlinie łagodny.

– Sądzisz, że tam będą ludzie?

Kapral wzruszyła ramionami.

– No przecież takiego bogactwa – wskazała za siebie, na przedziwny płot – nikt nie zostawi bez straży.

Poza manierkami konwoju dziewczyny nie miały żadnych naczyń, żeby zabrać ze sobą trochę wody. Na szczęście nie musiały oddalać się od koryta. Wspinaczka okazała się łatwa. Strumień, a konkretnie, niesione jego korytem wody wiosennych opadów wyżłobiły w klifie łagodne, szerokie koryto. Suche teraz i ubite do tego stopnia, że nawet wyczerpane dziewczyny radziły sobie z tym zboczem bez problemu.

Kolejna zagadka czekała ich na górze.

– Most!

– Nie żartuj.

– No, kurna, sama zobacz.

Kapral stanęła na szczycie wzniesienia pierwsza i po chwili znalazła się na kamiennych płytach imperialnej drogi. Tuż obok nad strumieniem przerzucony był most. I to wcale nie zaniedbany, ktoś uzupełnił kamienie, które odpadły z licówki. I to całkiem niedawno.

– Imperialna droga tutaj? W lesie Sait?

– Ja tam słyszałam, że korpus walczył w oparciu o drogę. Więc stare drogi były tu przed wiekami.

– Ale tę ktoś odnowił.

– Może właściciel tych drutów? Lepiej chodźmy, żeby nie pomyśleli, że chcemy coś zabrać.

– Oni obserwują nas od dłuższego czasu – powiedziała Naan.

Obie, sierżant i kapral, spojrzały na nią zaciekawione, czy znowu powie im, co widziała we śnie. Ale nie. Naan wskazywała po prostu jakiś kształt, ledwie widoczny wśród wierzchołków drzew. Wieża strażnicza! No pewnie. Jak ktoś się aż tak natrudził nad zamknięciem przejścia, to musiał mieć i wieże. A one, głupie, rozglądały się, patrząc na wysokości człowieka.

– Jest tam ktoś?

– Jest. Chyba dwie sylwetki.

– Pomachajmy im.

– A po co? Przecież wartownik nie może zejść na dół. – Sierżant gestami pokazywała konwojentkom, jak mają ustawić oddział na drodze w szyku marszowym. – A skoro nas widzą i nie strzelają, znaczy trzeba tam podejść.

Kapral nie dyskutowała. Widać było jednak, że dręczą ją jakieś obawy. Przynajmniej jedno było jasne. To nie potwory. Dzikusy z lasu nie mogły mieć takich zapasów drutu i nie potrzebowały budowy strażniczych wież.

W końcu udało się uporządkować kolumnę i dziewczyny ruszyły imperialną drogą. Nie musiały iść daleko. Już za najbliższym zakrętem, znowu w otoczeniu pali z rozciągniętymi drutami, ukazała się strażnica z okorowanych bali, owiniętych jakąś zieloną siatką. Wybudowano ją na niewielkim pagórku przy drodze, w miejscu łatwym do obrony.

 

Kiedy podeszły bliżej, rozległ się stamtąd jakiś ostry, ale niezrozumiały okrzyk. Kiedy nie zareagowały, rozkaz padł powtórnie i choć nieporadnie, już w ich języku.

– Stać!

Sierżant momentalnie wstrzymała pochód.

– Kto idzie?!

– Imperialna armia, kompania zbiorcza z wyspy Tarpy. Nie mamy numeru, to tylko konwój transportowy.

– Dokąd idziecie?

– Nie wiem. Nasza barka osiadła na mieliźnie przy brzegu.

Z wnętrza strażnicy dobiegały jakieś głosy. Żołnierze nie mogły jednak zrozumieć ani słowa. Potem ktoś, kto ledwie radził sobie z ich językiem, krzyknął znowu:

– Jesteście rozbitkami?

– Tak, panie! Zmiłowania prosimy. Nie mamy broni poza konwojem.

Po jakimś czasie drzwi strażnicy otworzyły się, przepuszczając pięciu wielkoludów ubranych w mundury, które barwą zlewały się z kolorami lasu. Każdy z nich miał w rękach dziwny, maleńki karabin. Wszyscy patrzyli na oddział jak na istoty z innego świata.

– O kurwa! Imperialna armia, znaczy sojusznicy.

– Ale w takim stanie? Wypuścili je z obozu jenieckiego czy co?

– Przecież słyszałeś, że rozbitkowie.

– Ty popatrz lepiej. Przecież te dziewczyny były głodzone od długiego czasu.

– No... Nędza. Podobno oni tak mają.

– Ja sam nie widziałem. Ale te transporty, co przywoziły je na ćwiczenia, to też same szkielety.

– Myślisz, że one do nas płynęły?

– Do nas, ale do portu. Dalej ich nie wpuszczali przed odwszeniem i odpchleniem.

Oddział stał karnie, przysłuchując się dziwnej, niezrozumiałej i szeleszczącej mowie mężczyzn. Dwóch obcych żołnierzy otworzyło bramę z drewna, owiniętą kolczastym drutem, a trzeci, chyba najważniejszy na tym posterunku, podszedł bliżej.

– Chodźcie – powiedział w języku imperium. – Nie stójcie na drodze, bo was może jakiś dzikus postrzelić z łuku. Oni lubią takie wypady.

Sierżant z trudem rozumiała jego wymowę. Patrzyła nieufnie.

– Jesteśmy sojusznikami – wyjaśniał cierpliwie wielkolud. – Nie bójcie się. Tutaj dostaniecie wszystko, czego potrzebujecie. Chodźcie tu i stańcie przy strażnicy. Rozumiesz?

Ostrożnie skinęła głową.

– Nie możecie na razie iść dalej przed... – Nie wiedział, jak przetłumaczyć „zabiegi higieniczne”. Nie wiedział też, jak powiedzieć „odwszenie” i „odpchlenie”. – No, na razie czekajcie tam, za strażnicą. A ja powiem dowódcy. Tu nie stójcie. Jakiś szczeniak od dzikusów może strzelić z krzaków.

To zrozumiały. Sierżant dała znak i pochód obszarpańców ruszył w stronę przejścia do ogrodzonego drutem świata. Któryś z wielkoludów chciał pomóc co bardziej słaniającym się na nogach, ale powstrzymał go okrzyk, żeby nie dotykać dziewczyn, bo dostanie jakiegoś syfu. Tego na szczęście nie zrozumiały.

Ten, który z nimi rozmawiał, zaprowadził je za strażnicę, do osłoniętej ścianami zabudowań niszy, gdzie nikt z lasu nie mógł do nich strzelić.

– Tu zaczekajcie – powiedział rosły żołnierz. – Zawiadomię dowódcę i ktoś po was przyjedzie. Otrzymacie wszelką pomoc. Nie bójcie się. Jesteśmy sojusznikami.

Sierżant przytaknęła. Nie mogła pozbyć się podejrzliwości. Wszystko tutaj, a zwłaszcza zachowanie tych żołnierzy było dla niej niezrozumiałe. Kiedy odszedł, dała znać swoim żołnierzom, że mogą siadać na ziemi, jeśli są zmęczone. Zaaferowane dziewczyny nie chciały jednak skorzystać z pozwolenia. Strażnica wydała im się jakaś dziwna. Kilku żołnierzy, a wokół mnóstwo sprzętu. Ta nadmiarowość zaopatrzenia bardzo rzucała się w oczy. No i ten metal wszędzie. Druty, blachy, niespotykane przedmioty.

– Tam! – Jedna z dziewczyn znalazła wzrokiem coś, co było najbardziej nieprawdopodobne. – Popatrzcie.

Żołnierze spojrzały we wskazanym kierunku. Przy ścianie wartowni na ziemi stał... talerz wypełniony mięsem. Mięsem i kaszą chyba albo czymś. Ale to na pewno było mięso. W ustach patrzących momentalnie pojawiła się ślina. I co to miało być? Jakaś wyrafinowana tortura dla wygłodniałych przybyszów? Nie no, niemożliwe. Ci tutaj nie zdążyliby przygotować. Zresztą po co marnować tyle mięsa, stawiając je na ziemi? Mrówki przyjdą. Co to ma być? Nie mogły zrozumieć.

Jeden z wielkoludów zawołał coś do drugiego, a ten otworzył drzwi, jak można się było domyślać, podręcznego magazynu. Po chwili ukazał się w nich wielki pies o lśniącej, doskonale utrzymanej sierści. Zwierzę popatrzyło obojętnie na zgromadzone kilkanaście kroków dalej dziewczyny. Potem, ciągle z niewzruszoną obojętnością, podeszło do swojej miski, powąchało zawartość i zaczęło jeść.

Żołnierzom imperialnej armii oczy wychodziły z orbit. Pies je mięso! Bogowie! Pies... pies jadł mięso z kaszą. Tu psy miały lepiej niż ludzie!


Stypa udała się znakomicie. Komendant, poczerwieniały z zadowolenia, długo nie mógł się uspokoić, krążąc po swoim gabinecie od ściany do ściany.

– Jesteście moim najlepszym pomysłem! – wykrzykiwał. – A mówili, że z gminu pochodzę, że ani be, ani me i do niczego nie dojdę. A kto was znalazł? Ja. Kto wiedział, jak was wykorzystać? Ja!

Zatarł dłonie z radości i jeszcze przyspieszył kroku w swoim marszu między oknami a wiszącym naprzeciwko portretem króla.

– Sam szef okręgu przyjął zaproszenie na kolację z okazji rocznicy wydania edyktów wojennych! – rozpływał się w zachwytach. – Sam szef okręgu!

Pokój był dawno sprzątnięty, ale Kai i Nuk udawały, że poprawiają ostatnie niedociągnięcia, przywracając pomieszczeniu służbowy charakter. Jakoś tak głupio się czuły, stojąc i słuchając jego przemowy. Bały się zdradzić z czymkolwiek, a po wyrazie twarzy poznać złe myśli najłatwiej. Kiedy widzisz tylko tyłek, nie zorientujesz się w niczym. Obie szorowały więc podłogę z zacięciem godnym lepszej sprawy, bacznie jednak słuchając, co ich szef mówił.

– To jest początek prawdziwej kariery! Sam pełnomocnik wicekanclerza całego Nayer powiedział, że czeka na następne zaproszenie i na następną okazję. A następną okazją będzie... – Komendant zasępił się, nie mogąc sobie przypomnieć.

– Śmierć kolejnego generała? – wypaliła ni z tego, ni z owego Nuk.

Komendant prawie że dostał ataku apopleksji.

– Żebyś się nigdy nie ważyła tak mówić! – wrzasnął, kiedy już odzyskał oddech. – Żeby cię ręka Króla-Boga broniła przed tobą samą!

– Zmęczona jest. – Kai ze szmatą w dłoniach usiłowała łagodzić. – Tyle czasu na nogach bez wytchnienia... to i głupoty gada.

– Twoje miejsce jest tam! – Komendant nachylił się nad Nuk, która szorowała podłogę. – Tam! – Wskazał kierunek, gdzie stał połączony z komendanturą budynek więzienia. – A i tam długo miejsca nie zagrzejesz!

– Wybaczcie, panie. – Kai zrozumiała, że sytuacja jest potencjalnie groźna. Czuła jednak, że on musi się tylko wykrzyczeć. Dać samemu sobie dowód gorliwości. Nikt przecież nie mógł ich tu słyszeć. – Ona z nóg leci po prostu. Zaćmienie ją bierze.

– Idiotka! Dobrze, żeś prosta dziewucha z gminu. Inaczej oni by cię już dawno...

Ciekawe, kogo miał na myśli, mówiąc „oni”. Dla prostego ludu to chyba właśnie komendant był jednym z „nich”. Kai uważnie obserwowała całą scenę.

– Przez ciebie, durna, mogą nici wyjść z moich planów! Jak ci się gdzieś wypsnie taka durnota, to cię w try miga zabiorą razem z tą drugą! Wy nie wiecie, co się wyrabia teraz! Reżim wojenny panuje! Debilki.

– My naprawdę... – zaczęła Kai, ale komendant nie dał jej dokończyć.

– Milcz! Cały czas docierają do mnie okólniki o dwóch agentach przysłanych przez krwiożercze imperium zła! To kapitan armii tych tchórzliwych wojennych podżegaczy, Polaków, i pomagający mu sierżant z armii cesarskiej. Ze służb specjalnych.

Nuk przełknęła ślinę. Kai opuściła głowę, by ukryć swoje oczy.

– Wiemy już, gdzie wylądowali.

– Jak to wylądowali?

– Łódką przypłynęli? – dodała Nuk.

– A może i wielkim okrętem. Ale najpewniej maszyną latającą – powiedział komendant. – No, coście takie zdziwione? Oni też mają maszyny latające.

– No i co z tymi facetami? – Kai sądziła, że mówiąc w ten sposób, postępuje sprytnie.

– A cholera ich wie czy to faceci. – Komendant wzruszył ramionami. – W armii imperium baby służą.

– A w polskim wojsku?

– Nie no, nie dajmy się zwariować. Kapitan przecież nie może być kobietą. Ale może szukamy pary? Bo wiadomo, że dwie osoby.

– I naprawdę znane jest miejsce, gdzie wylądowali?

– A znane, znane. – Pokiwał głową, nie podejrzewając, że jego słowa powodują panikę w umysłach „kucharek”. – I teraz wystarczy popytać we wszystkich osadach w okolicy, czy kto obcy się nie pałętał. Czy kto nie mówił z obcym akcentem. Nie dopytywał. I są już tacy, co pytają, co węszą, i są tam w dużej liczbie. Spokojna głowa. Będziemy ich mieli.

Żelazna obręcz strachu zaciskająca się wokół umysłu Kai zelżała trochę, kiedy usłyszała o akcencie. One nie miały obcego akcentu, a poszukiwacze nie wiedzieli, że jedna z agentek jest czarownicą. Z drugiej strony, skoro węszą wokół miejsca lądowania, to niedługo dojdą do opowieści o dwóch dziwnych dziewczynach – łysy szewc po jakimś czasie je rozgryzł. Ale do łysego poszukiwacze nie powinni trafić, bo ten zmieniał wciąż miejsce pobytu. A może dadzą się zwieść tym, że dwóch obcych szpiegów raczej nie zaczęłoby działalności w swoim teatrze operacyjnym od oszustw w handlu obuwiem?

W każdym razie, jakkolwiek by wróżyła przysłowiowa babka, kleszcze wokół nich zaciskały się coraz bardziej. Agent umieszczony w polskim dowództwie miał dobre informacje. I to coraz bardziej precyzyjne. Zaczynał się więc wyścig pomiędzy nim a Kai i Nuk. Kto kogo wyłowi pierwszy.

Musiała to zgłosić do centrali. Niech szybko wymyślą coś, co pomoże jej uratować dupę!

– A ty co tak stoisz jak z kamienia rzeźbiona i milczysz? – Komendant podszedł do Kai. – Wytłumacz swojej głupszej koleżance, że wam zaufałem. I dzięki wam mogę tu zapraszać coraz ważniejszych notabli. Jak będę ich po królewsku podejmował i jak będę z nimi pił, to moja kariera poszybuje ku niebiosom. A wy ze mną. Zrozumiałaś?

– Tak, panie.

– Wasza przyszłość związana jest z moją przyszłością. Nie ma innej drogi. Nie zawalcie tego, to nie pożałujecie. Zrozumiałaś?

– Tak, panie.

– A inna droga to droga do kazamatów. Ale tylko na chwilę, bo potem na zatracenie wojenne! Widziałaś, ilu więźniów stąd się wyprowadza codziennie?

– Widziałam, panie.

Położył jej rękę na ramieniu.

– No. To dołóż starań, żeby do nich nie dołączyć. – Westchnął, patrząc czarownicy w oczy. – I powiedz tej głupiej cipie, żeby ozorem nie mieliła! Niech głuchoniemą udaje najlepiej. Bo każdy niech se myśli, co myśli, ale nie pierdoli na głos!

– Będzie, jak każesz, panie.

– I ty też nie udawaj głupszej, niż jesteś – warknął złowieszczo. – I przestańcie już tymi szmatami machać. Chcecie mnie tylko udobruchać, udając, że pracujecie. Moim oczom nic nie umknie.

Zanim Kai zdążyła coś odpowiedzieć, komendant odwrócił się i podszedł do biurka.

– Dostaniecie papier, że jesteście moimi osobistymi kucharkami. I że pracujecie bezpośrednio dla mnie. Pojedziecie z tym pod miasto, do siedziby kwatermistrzostwa. I nie gadać tam z nikim. Idziecie od razu do dowódcy kuchni.

– Tak.

– Pobierzecie tam zapasy wszystkiego, czego potrzeba wam w kuchni. I nie gotować mi byle gówna z tych odpadów, co w mieście można zdobyć, tylko weźmiecie stamtąd. Zrozumiałaś?

– Tak, panie. – Czarownica usiłowała przybrać stanowczy i rzeczowy wyraz twarzy. Komendant najwyraźniej obraził się na Nuk, ignorował ją zupełnie.

– Wybierajcie se tam powoli, co chcecie. I na nic nie zwracać uwagi. – Zawiesił głos, myśląc nad czymś intensywnie. Potem westchnął raz jeszcze. – Plotki krążą o tych dwóch agentach, bo każdy okólnik dostaje. Więc dobierzcie sobie jeszcze kogoś na drogę, żeby was jako pary nie kojarzono. Tylko żeby troje razem widziano.

– Bardzo słusznie – odważyła się odezwać Kai. – I będę pilnować tej głupiej z niewyparzonym ozorem. – Mówiąc „głupia”, z satysfakcją zerknęła na Nuk.

– Pilnuj! Ale dla pewności dam wam jeszcze papier, że to mój prowokator. Jak jej się coś wypsnie, to wiesz, co mówić?

 

– Tak, wiem.

– To wszystko na dzisiaj. Wynocha.

Ruszyły w stronę drzwi, ale komendant zatrzymał je jeszcze.

– Stypa dobrze wyszła – mruknął na pożegnanie. – Weźcie se tam wina z kuchni. Z moich prywatnych zapasów.


Przemytniczy szlak zamieniał się tutaj w wąską ścieżkę prowadzącą dalej w wysokie góry. Oddział Shen nie mógł na nią wkroczyć, był zbyt ciężko wyekwipowany. Ale też i nie było takiej potrzeby. Na początku górskiej ścieżki znajdowała się niewielka świątynia i resztki zabudowań zakonnej szkoły wysokogórskiej, która istniała tu przed wiekami. Kilka kamiennych budynków nadawało się jeszcze do zamieszkania. Oprócz wody z niewielkiego strumienia nie znaleźli tutaj co prawda niczego przydatnego, ale ludzie Shen byli dobrze zaopatrzeni, nawet drewno na ogniska podróżowało na grzbietach mułów.

– Rozkładać się. Nie mieszać oddziałów – Nanti wydawała rozkazy swoim podoficerom.

– Wzmocnione warty? – Sharri jak zwykle chciała mieć pewność, że nikt ich nie zaskoczy w nocy.

– Wzmocnione tutaj? – Sierżant popukała się w czoło.

– Zaraza jedna wie, co za licho przemierza ten szlak nocą.

– To chyba demonów się boisz. Przemytnik na wojsko się nie rzuci.

– My nie wojsko.

– Tym bardziej. Ludzi Shen przemytnicy nie tkną.

– Ale mogą coś ukraść.

– Oj! – Nanti miała dość tchórza. – No to bierz karabin w garść i sama pilnuj!

Przysłuchująca się niezbyt wyrafinowanej wymianie zdań Shen podniosła rękę.

– Spokój. Spokój, dziewczyny.

W kwestii liczby wart nie miała niczego do powiedzenia. Imperialna armia na pewno ich tu nie dopadnie, a bandyci różnego kalibru będą się trzymać z daleka. Nie byli dla rabusiów obiektem zainteresowania, bo do zrabowania mieli mało, a siłę ognia posiadali dużą. Podeszła do Kadira, który ściągał właśnie swoje rzeczy z grzbietu muła. Od rana nie miała nic w ustach.

– Wiesz może, co na kolację?

Zaprzeczył ruchem głowy.

– Mam wrażenie, że zjadłabym jakieś duże zwierzę w całości.

Rusznikarz spojrzał na nią z udawanym przestrachem.

– Nie człowieka – niby go uspokajała. – Zwierzę.

– A od jakiej części ciała chciałabyś zacząć? – dopytywał. – Bo może zgłoszę się na ochotnika w charakterze dania.

– Nie chciałbyś wiedzieć – droczyła się, biorąc go w ramiona.

Chciała jeszcze pożartować, ale przerwał im okrzyk.

– Tam są jacyś ludzie!

– Gdzie?

– Tam, czuję dym.

Kadir pociągnął nosem.

– Ty to masz węch – powiedział do piegowatej dziewczyny z karabinem. – Ja nic nie czuję.

– Bo to nie dym właściwie, ale zapach wygaszonego ogniska. – Dziewczyna wskazała ręką kierunek.

– Weź dwóch ludzi ze sobą i sprawdź. – Shen rozglądała się nerwowo. Nic nie sprawiało wrażenia, żeby stara zakonna baza była zamieszkana.

A jednak piegowata miała rację. Już po kilku chwilach zaimprowizowany patrol przyprowadził dwóch mężczyzn. Starszy, siwy, o pooranej zmarszczkami twarzy patrzył na Shen z wyraźną ciekawością. Młodszy chłopak, a właściwie dziecko nawet, ewidentnie był przerażony.

– Niespecjalnie się ukrywali – wyjaśniła dziewczyna obdarzona wyjątkowym węchem. – Nie stawiali oporu. Ale ognisko wygasili na nasz widok.

Starzec ukłonił się elegancko.

– Wielka pani dowódco sił wyzwolenia ludu – zaczął, a Shen parsknęła śmiechem.

Poznała już najróżniejsze określenia kierowane pod jej adresem, to jednak było wyjątkowo oryginalne.

– Jestem Patte – wyjaśnił starszy człowiek, niewzruszony jej śmiechem. – Nie ukrywaliśmy się, a ogień wygasił chłopak, który mi towarzyszy, kiedy nie wiedzieliśmy jeszcze, kto ku nam zmierza.

– Ale teraz już wiecie, kim jesteśmy?

Patte ukłonił się ponownie.

– To dla mnie zaszczyt, pani, być tak blisko Jutrzenki Nadziei.

– No przestań! – zdenerwował się Kadir. – Kim jesteście?

– Jestem matematykiem, panie. Zawód bardzo bliski twojego. Choć trochę też mniej praktyczny.

– A co matematyk robi w tych górach?

– Pustkowie sprzyja rozważaniom. Ale to dłuższa historia. Z chęcią wyjaśnię przy kolacji.

– Trochę potrwa, zanim zrobimy coś ciepłego – wtrąciła się Shen.

– Ależ to ja zapraszam na ciepłą kolację. Nasza już gotowa. – Matematyk nagle zdał sobie sprawę, co powiedział, i trochę spłoszony rozejrzał się po otaczających ich ludziach. – To znaczy nie wszystkich, oczywiście. Może skupmy się na dowództwie.

Shen przełknęła ślinę. Mieli przewidzianą kolację na dwóch, więc przyjmą dwóch dodatkowych, roztrząsała gorączkowo w myślach. Jeśli dosiądzie się zbyt wiele osób, nie zostanie nic do jedzenia. W takim razie tylko ona z Kadirem. A co do reszty, która chciałaby się załapać...

Shen zaczęła szybko wydawać rozkazy dotyczące organizacji obozowiska, tak żeby ani Nanti, ani Sharri nie myślały, że zjedzą razem z nimi. Obie natychmiast runęły wykonywać swoje zadania.

– A my – triumfalnie spojrzała na Kadira – z wielką wdzięcznością przyjmujemy zaproszenie.

Rusznikarz w podziwie nad jej refleksem lekko pochylił głowę. Fajną miał dziewczynę. Bez oporu i bez wyrzutów sumienia wobec reszty poszedł za sędziwym matematykiem. Patte z chłopcem nie rozłożyli się daleko. Okazało się, że tuż za na pół zrujnowanymi zabudowaniami zakonnej bazy znajduje się dość dobrze utrzymany budynek, który kiedyś prawdopodobnie był stodołą. Ktoś jednak ewidentnie dbał o niego. Naprawiał dach, łatał ściany. Co prawda materiały pochodziły z różnych źródeł, ale ostatnich napraw na pewno nie dokonano przed wiekami. To była współczesna robota.

– Przemytnicy tak dbają o schronienie przed wkroczeniem w naprawdę wysokie góry?

– Nie – zaprzeczył matematyk. – Przemytnicy, owszem, korzystają z uroków tego miejsca i na pewno nie niszczą niczego. O dach nad głową dbamy jednak my.

– My? – Kadir pociągnął nosem. Z kociołka zawieszonego nad wygaszonym ogniem dochodził zapach gulaszu. – Czyli kto?

– Zapraszam. Siądźmy. Przy kolacji przyjemniej będzie rozmawiać.

Chłopak przełamał paraliżujący go strach, dość sprawnie rozpalił na powrót ogień pod kociołkiem. Rozdał też naczynia, niewielkie gliniane miski, które znajdowały się tutaj w większej ilości, co nie umknęło uwagi Shen.

– Ilu was tu jest? – zapytała.

– Nas? Matematyków? – Starszy mężczyzna rozejrzał się teatralnie, niby to czegoś szukając. Potem rozcapierzył palce, tak jakby zamierzał coś liczyć, i ciągle patrząc to w lewo, to w prawo, wyciągnął do góry tylko jeden palec i wskazał na siebie. – Raz! – powiedział.

Shen roześmiała się, bo był niezłym aktorem. Zaraz potem zajęła się gulaszem. Z napchanymi do granic możliwości ustami rozmawia się kiepsko, więc siłą rzeczy zapadła cisza.

– Ale pewnie pytasz, pani, ilu tu było naszych dawniej? – Matematyk albo już jadł, albo nie był głodny i skwapliwie wykorzystał okazję, żeby się nagadać. Najwyraźniej konwersacja z chłopcem, jako jedynym słuchaczem dotąd, mu nie wystarczała. – Tylko to pomieszczenie zapewniało nocleg trzydziestu z górą ludziom. A nie jest jedyne. Jak się ma płachty namiotowe ze sobą, to w ruinach może się wygodnie przespać jeszcze pół setki. Oczywiście w lecie.

Shen chciała o coś spytać, ale nie nadążyła z przełykaniem. Gulasz był znakomity. Matematyk jednak zdawał się odgadywać jej pytania.

– Ach! Chcesz wiedzieć, pani, czy przywiozłem ze sobą plotki o najnowszych wzorach sukien? Otóż tak, znam krawców, znam najlepszych...

Chciała palnąć go drewnianą łyżką, lecz odsunął się, dowodząc, że ma dobry refleks. Shen śmiała się z pełnymi ustami. Patowa sytuacja. Starzec miał przynajmniej poczucie humoru. Co dobrze wróżyło. W ogóle miała wrażenie, że ostatnio w przeciwieństwie do całego jej życia lepiej rozmawia jej się z ludźmi wykształconymi.

– W głowie ci się nie mieści, pani, po co komu zbierać na pustkowiu trzy ćwierci setki ludzi biegłych w obliczeniach? – matematyk przeszedł nareszcie do rzeczy.

Potwierdziła skinieniem głowy.

– To długa historia – droczył się i tym razem Kadir o mało nie parsknął śmiechem i nie wypluł gulaszu. Starszy mężczyzna miał wielki talent komiczny.

Po bardzo długim czasie, kiedy matematyk bawił się ich kosztem, powtarzając „od czego by tu zacząć?” albo „dawno, dawno temu” czy „rozsiądźcie się wygodnie, to będzie długa opowieść”, przestał się znęcać. A może zauważył po prostu, że zaspokoili pierwszy głód i będą mogli powiedzieć mu, co myślą.