Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 86,08  68,86 
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audio
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audiobook
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tej nocy coś jednak było nie tak. Chen zbudził się spocony, krzycząc: „Zamknąć okna! Zamknąć wszystkie okna!”.

Co się stało? Nie wiedział. Co mogło go obudzić? Jakiś krzyk? Szept? Z doświadczenia wiedział, że głośne dźwięki mniej ludzi budzą niż ledwie słyszalne szelesty. Coś pełzało na posadzce? Coś zakradało się w pościeli? Kazał rozpalić wszystkie lampy, a potem nawet przynieść pochodnie. Ochroniarze nie znaleźli niczego. Zawołał więc swoją ulubioną nałożnicę Neti. Przyszła, po drodze biorąc z kuchni dzban schłodzonego wina. Była najinteligentniejsza ze wszystkich jego dziewczyn, choć nie najbardziej doświadczona. Swoje jednak wiedziała. Nie powiedziała ani jednego słowa. Wygoniła ochroniarzy, usiadła obok, przytuliła się. Siedzieli długo w bezruchu. Wystarczyło właściwie ciepło drugiego ciała. Możliwość usłyszenia czyjegoś oddechu. Potem pili wino.

Był już zupełnie spokojny, kiedy zapytała:

– Co cię obudziło?

– Właśnie nie wiem. Myślałem, że jakiś dziwny dźwięk, ale nie.

Skinęła głową.

– W takim razie obudził cię strach – powiedziała.

Przytaknął.

– Strach.

– No to przypomnij sobie, o czym myślałeś przed zaśnięciem.

Usiłował się skupić. Jak zwykle myślał o wszystkim, przewracał się z boku na bok. Piętrzące się sprawy, skumulowane coraz bardziej napięcie, ci ludzie naokoło, ich działania, zachowanie, zdobywane krok po kroku informacje. Co jednak zajmowało go najbardziej? Odruchowo wzruszył ramionami. Wszystko. A co najbardziej niepokoiło? Również wszystko.

A potem sobie przypomniał.

– Myślałem o tym, co jest najsłabszym ogniwem w naszej organizacji.

– I co nim jest? – Neti wyraźnie się zaciekawiła.

Chen znał już odpowiedź.

– Najsłabszym ogniwem naszej organizacji jestem ja – powiedział zrezygnowany.

Wydawała się rozumieć, co mówi. A na pewno domyśliła się, co w takim razie jest źródłem strachu, który go obudził.

– Jesteś pewien? – zapytała, tuląc się mocniej.

– Tak. Myślę, że kula z moim imieniem na czubku już została odlana w jakiejś hucie.

– Po tej czy po tamtej stronie gór?

Zamiast odpowiedzi Chen wyjął spod poduszki swój osobisty półautomatyczny pistolet, który dostał od Lewandowskiego.

– Myślę, że kula z moim imieniem już nawet czeka na swoją kolej w magazynku broni takiej jak ta.

– Przestań. To nie jest śmieszne.

Chen nagle przeładował pistolet i przesunął dźwignię bezpiecznika. Odwrócił go w dłoni i podał dziewczynie.

– Co? – Nie chciała go dotknąć.

– Weź. Wyceluj we mnie.

– Nie chcę! Po co?

– Weź. – Zmusił ją, żeby złapała broń do ręki. Przyciągnął jej dłoń tak, że lufa znalazła się tuż przy jego czole. – Połóż palce na spuście – powiedział cicho. Zaschło mu w ustach. Musiał przełknąć ślinę.

– Co? – Ciągle nie rozumiała. – Boję się! Czego ode mnie chcesz?

– Połóż palec na spuście – wychrypiał. Znowu z trudem przełknął ślinę. – Chcę zobaczyć, co się wtedy czuje. Kiedy już ktoś do mnie wymierzy. Kiedy zacznie ściągać spust...

Neti nie wytrzymała. Ostrożnie odłożyła broń na stolik przy łóżku.

– Obejmij mnie – zakomenderowała rzeczowo.

– Nie, nie...

– No to się chociaż przytul!

Wolała grać w grę, której zasady znała.

– Oprzyj na mnie głowę! O tak. O właśnie. I pamiętaj. Może się nic nie stanie. Może nic nie będzie.

– Będzie.

– Dlaczego ktoś od nich miałby cię zabić?

I jak to jej wytłumaczyć? Chen czuł, że jego siatka już bardzo dopiekła wymuskanym panom z marynarki wojennej. Czuł, że oni wiedzieli o szkicu mapy przerysowanym z sukienki zdobytej w burdelu, zdradzającym miejsce desantu piechoty morskiej na wybrzeżu Banxi. Znali i inne jego sprawki. Jak choćby tę, że tak naprawdę nie było zamachu na cesarzową. To on zawiadomił generała Kawalca w odpowiednim czasie. No tak... Ale Kawalca chłopcy z marynarki tknąć nie śmią. Za wielki pan, żeby taka zbrodnia była do pomyślenia. A Lewandowski z kolei to dla nich nikt. Żeby go uciszyć, wystarczy wsadzić na jakiś okręt i niech kalesony mężnie liczy w magazynie, czy liczba się zgadza. Nie trzeba nawet zabijać, bo on pod opieką ludzi generała. Więc wsadzą go do magazynu już po tym, jak przestanie być generałowi potrzebny. Najłatwiej zabić Chena. I całą siatkę szlag trafi. Przecież do jego informatorów, do każdego z osobna strzelać nie będą. Za wielu ich. Amunicji szkoda i zachodu. Najłatwiej Chena. Trzask-prask i po krzyku. A Lewandowskiemu dadzą wtedy wybór: albo do magazynu liczyć gacie, albo morda w kubeł i licz sobie swoje złoto po cichu. Sierżant szef mądry może nie jest, ale spryt swój ma. Wiadomo, co wybierze. I pewnie może nawet wypije za pamięć Chena, ale w milczeniu, z językiem schowanym za zębami.

Że też wcześniej nie wpadł na to, że prostą konsekwencją jego działalności w jego konkretnym przypadku będzie kula w jego konkretny łeb. Prędzej czy później.

Neti głaskała Chena po głowie.

– A wiesz, kto tam na ciebie dybie? – zapytała nagle.

– Chyba wiem.

Westchnęła cicho.

– No to może spróbuj załatwić sprawę nie po męsku. Nie warcząc na wroga i nie machając pistoletem.

– Jeśli nie po męsku, to jak? – spytał zaskoczony.

– Ano spróbuj załatwić sprawę po babsku. Gadając z nimi. I usiłując się dogadać.

– Nie wiesz, o kim mówimy. Z tym facetami nic załatwić się nie da.

– No bo właśnie chcesz z nimi załatwiać rzecz po męsku. Znaczy który kogut groźniejszy, który kogut głośniej pieje. A w ten sposób wszyscy tracą.

Podniósł głowę z jej ramienia.

– A jak się załatwia sprawę po kobiecemu? Niby że która kobieta mądrzejsza? Która sprytniejsza?

– Nie, nie, nie. Nic z tych rzeczy.

– No to jak się załatwia sprawy po kobiecemu?

Uśmiechnęła się słodko.

– Załatwia się tak: która kobieta drugiej bardziej przypochlebi.

Chena zatkało. Zachodził w głowę, co ona ma na myśli. A Neti naprowadzała go krok po kroku.

– Wielkiemu panu, który chce cię zabić, daj na początek jakiś słodki prezencik – podsunęła.

Już chciał ryknąć z wściekłości, lecz nagle olśnił go geniusz tej myśli. Wstał gwałtownie i zaczął chodzić po rzęsiście oświetlonym pokoju. Dać słodki prezencik Rosenblumowi? Tylko jaki? Zaraz, przecież mógłby z nim porozmawiać na przykład o agencie w polskich szeregach. Nie, nie, spotkanie nie wchodziło w grę. Ale może napisać mu list... No dobra, niech będzie tej wcale nie takiej głupiej babie, może napisać mu słodki liścik o pewnym przystojnym agenciku. Tak! A pismo może zanieść sama Neti. Jej śledzić nie będą.

Otarł pot z czoła, biorąc głęboki oddech. Nareszcie jakieś światełko w mrocznym tunelu!

– Neti!

– Tak, kochanie?

– Weź listę naszych wiejskich posiadłości, wybierz najpiękniejszą z nich albo przynoszącą najwięcej dochodów i każ przepisać na siebie. Rano podpiszę akt własności.

– Och! – Dziewczyna, zaskoczona tak wielką hojnością, zerwała się z łóżka. – Dziękuję ci, kochanie!

Chen myślał już o czymś innym. Na chwilę tylko powrócił do tu i teraz.

– I jeszcze jedno. Nie dotykaj więcej tego pistoletu. To piekielstwo strzela samo z siebie!


Barka zaryła w piachu daleko od brzegu. Nie było żadnej siły, żeby ją ruszyć za pomocą bosaków i długich drągów, zwanych portowymi odpychaczami. Dziewczyny były bez szans. Wiedziały już, że czeka je powolne brnięcie po pas w lodowato zimnej wodzie. A co zrobić z ich choćby i mizernymi zapasami? Rozwiązanie okazało się proste. Rozdzielić te resztki, które pozostały, od razu tutaj, na pokładzie. Nie było tego dużo, po garści kaszy na głowę. A jak która nie miała w co zapakować, to przecież mogła wziąć do ust. Albo nawet przełknąć, już nie kołysze tak strasznie, chorobę morską da się opanować. Gorzej z wodą. Jedyny ich zapas to beczka, a nie miały naczyń, żeby przenieść najmniejszą nawet ilość. Dziewczyny przewożono jak więźniów. Nie miały swojego wojskowego wyposażenia. Nie było więc ani manierek, ani bukłaków, ani nawet skórzanych worków na płyny spożywcze. No trudno, nie sposób dłużej deliberować tu, w podmuchach zimnego wiatru, pod zaciągniętym chmurami niebem, którego kolor sugerował zbliżający się zmierzch.

– Wodę wypić! – zadecydowała sierżant dowodząca konwojem. – Ile która może!

Genialne rozwiązanie. Tylko, psiamać, pić się akurat nikomu nie chciało. Zresztą jaki zapas można wypić? Ale kto mógł, ten pił. Jak najszybciej chciały się znaleźć na bezpiecznym w ich mniemaniu brzegu.

O dziwo, Foe nie musiała zmuszać swojej siostry do picia. Naan zachowywała się, jakby znajdowały się na środku pustyni.

– Tak cię suszy? Myślałam, że twój brzuch woli raczej wyrzucać wszystko, co w nim jest.

– Wymioty bardzo odwadniają organizm – odparła Naan. – Ty też wypij teraz, ile możesz. Na brzegu w pobliżu nie ma żadnych strumieni.

– „Odwadniają”, Bogowie, siostra, skąd ty bierzesz takie słowa?

– Wiem, co mówię. Nauczyłam się ufać chłopcu, który przychodzi we śnie.

Aha, już wiadomo, o co chodzi. O majaki i koszmary, które nawiedzały Naan we śnie. Foe tylko machnęła ręką. Wcale nie chciało jej się pić. Pochyliła się nad beczką jedynie dlatego, że padł taki rozkaz. „Odwadnianie”, prychnęła w myślach, „organizm”! Co to za słowa w ogóle? A poza tym skąd się wzięły w głowie żołnierza, gdzie wcześniej na pewno ich nie było? Samej Foe odwadnianie kojarzyło się jedynie z pozbywaniem się wody z pól po powodzi. I robiło się to, kopiąc przy polach zwykłe rowy. Z piciem nie miało to przecież nic wspólnego.

 

– No, baby! – darła się sierżant. – Dosyć. Wskakiwać do wody jedna z drugą!

– A jak tu głęboko? – wyrwało się którejś.

– Dobre pytanie – pochwaliła sierżant, a potem chwyciła tamtą za fałdę munduru i pociągnęła do burty. – Wskakuj i sprawdź! To rozkaz.

– Ale...

– Co za „ale”?! Bo każę skakać głową w dół, dupo durna!

Dziewczyna wahała się trochę za długo, jak na cierpliwość dowódcy konwoju. Sierżant popchnęła ją więc brutalnie i wraz koleżankami przechyliły się przez burtę, chcąc sprawdzić, jak jest na dole. Pechową żołnierz zakryły fale. Po chwili jednak głowa z mokrymi włosami wynurzyła się na powierzchnię.

– I jak?

– Po szyję, pani sierżant!

– Ja ci tu dam jaja robić! Barka nie ma takiego zanurzenia! – Sierżant wymierzyła do tamtej z karabinu, odwodząc kurek. – Baczność!

Dziewczyna za burtą przybrała postawę zasadniczą. Woda sięgała jej zaledwie do pasa.

– No! I to by się zgadzało... – Rosła kobieta odwróciła się do pozostałych żołnierzy. – Wskakiwać jedna z drugą! A jak która ma stracha, to ja butem pomogę!

– Ale zimno... – ktoś z tylnych szeregów usiłował oponować.

– Chodź no tu! Zaraz ci odwagi dodam!

Dziewczyny, niechętnie i z oporami, zaczęły przełazić przez burty. Foe pomogła Naan, przytrzymując ją za ramiona.

– I jak? – krzyknęła, kiedy siostra znalazła się w wodzie.

– Zajebiście zimno!

– Jeszcze zimniej niż na powietrzu?

Tamta potwierdziła nerwowym potakiwaniem. Miała zaciśnięte zęby, chyba po to, żeby nie szczękały, i wolała nie otwierać ust. A szlag! Foe zeskoczyła zgrabnie i wrzasnęła, nieprzygotowana na tak wielką zmianę temperatury.

– O kurwa mać!

Naan znowu potwierdziła. Znowu jedynie ruchem głowy. Zimno było porażające. Gorzej, że musiały czekać, aż „zwoduje” się dowództwo, co ze względu na pełne wojskowe wyposażenie, które tamte posiadały, zajęło bardzo dużo czasu.

– Wymarsz! – krzyknęła nareszcie sierżant. – Do brzegu.

Brnęły z trudem przez kołyszącą się wodę. Teraz jednak to one miały lepiej. Konwojentki musiały trzymać w rękach uniesionych wysoko nad głowami swoje karabiny i ładownice.

– Nie wiem, po co te ceregiele. – Foe nachyliła się do siostry. – Proch już dawno zawilgocony. Żaden karabin nie wystrzeli.

Szły dalej w milczeniu, usiłując się nie przewrócić, co się paru dziewczynom już przydarzyło. Koszmar! Ale jeszcze gorzej było, kiedy zaczęły wychodzić z wody. Wiatr chłostał ich przemoczone mundury, miało się uczucie, jakby ktoś wkładał tafle lodu bezpośrednio pod skórę.

Niemniej kiedy dotarły do szerokiej, piaszczystej plaży, wszystkie poczuły coś na kształt ulgi. To był przecież stały ląd! Tuż przed nimi wznosił się stromy klif, a na górze rosły drzewa! Ląd!

– Nie rozklejać mi się – krzyczała sierżant, widząc żołnierzy klękających na piachu. – Musimy maszerować, bo nas szlag trafi od tego ziąbu.

– Ale w którą stronę?

Tego dowództwo najwyraźniej nie wiedziało. Żadnej mapy wybrzeża na barce przecież być nie mogło, bo i po co? I co teraz? W lewo czy w prawo?

– W lewo – powiedziała Naan, zanim Foe zdążyła ją chwycić za rękę i syknąć, żeby się nie odzywała. Na szczęście sierżant puściła uwagę mimo uszu.

– A dokąd płynęłyśmy? – zapytała któraś odważna i, jak zwykle w takich wypadkach bywa, kryjąca się za plecami koleżanek.

Sierżant odwróciła się szybko, szukając wzrokiem winnej. Niestety, wszystkie dziewczyny stojące na strategicznym kierunku ataku patrzyły w inną stronę.

– Dokąd płynęłyśmy, chcesz wiedzieć? Tak?! – zaczęła krzyczeć. – To ja ci przypomnę tylko, gdzie jesteś! W wojsku jesteś, debilko! A tu nie ma tak, że przed wyjazdem przychodzi do mnie jaśnie pani głównodowodząca i mówi: „Pani sierżant, pragnę panią poinformować, że jutro płyniemy tu i tu, podróż będzie trwać tyle i tyle, a na pokład waszej barki kazałam dostarczyć dużo wina”!

– Daj już spokój. – Kapral usiłowała uspokoić sierżant. – Zdechniemy na tym wygwizdowie.

– To co mamy robić według ciebie?

– No iść gdzieś. Przecież ten wiatr nas zabije w mokrych mundurach!

Sierżant parsknęła cicho:

– A w lewo czy w prawo?

– W lewo! – Naan powtórzyła swoją kwestię tak głośno, że niczego już nie udało się zrobić.

Złość sierżant natychmiast skierowała się w jej stronę.

– A kto ty, kurwa, jesteś, żeby mi mówić, co ja mam robić?!

Foe podskoczyła szybko, usiłując załagodzić sytuację.

– To głupia cipa. – Wskazała swoją wojskową siostrę. – Ale czasem ma sny. Czasem jej się śni to, co będzie.

– I co? Wyśniła, że dopłyniemy do brzegu?

– Tak. Właśnie.

– No to miała taki sen jak każda z nas! – Sierżant zaczęła się śmiać. – A ty co? Sama mówić nie umiesz? Koleżanka za ciebie?

– Musimy iść w lewo.

– Bo też ci się wyśniło? A może wiesz, gdzie jesteśmy? Sen nie powiedział, co to za las? – Tamta pokazała na drzewa rosnące nad klifem.

Naan nie miała żadnych wątpliwości.

– To Wielki Las w Sait, pani sierżant – powiedziała bez wahania.

Zapadła cisza. Gdyby nie szum wiatru, pewnie byłoby słychać, jak te co mniej odważne przełykają ślinę. Powiało grozą.

– A co ci za bzdury przychodzą do głowy?! – wydarła się sierżant. Ale nikomu z obecnych nie umknęło, że zerknęła do góry, na ciemną linię drzew.

No jasny szlag! Jeśli to prawda, to były odsłonięte jak na dłoni. Wielki Las w dolinie Sait. Miejsce doszczętnej zagłady imperialnego korpusu ekspedycyjnego. Wokół potwory, a one bez broni na plaży. Widoczne zewsząd.

– Jeśli ruszymy w lewo, zaraz dojdziemy do wielkiego piargu. To droga do ocalenia.

Kapral podeszła bliżej i zmarszczyła brwi.

– To według ciebie jest droga do portu Sait?

– Nie. Port leży na drodze w przeciwną stronę. – Naan wskazała kierunek w prawo. – Ale tam nie dojdziemy, bo za daleko. Umrzemy z głodu.

– A ty co? Czarownica jakaś?

Foe postanowiła włączyć się do dyskusji:

– Ona nie jest czarownicą, pani sierżant. To moja głupia siostra. A w paru bitwach uniosłam głowę cało dzięki jej snom.

Sierżant spojrzała na kapral. Ta wzruszyła ramionami.

– Fakt jest faktem – mruknęła niechętnie. – W bitwie często powierzałam życie rzeczom jeszcze mniej pewnym niż cudze sny. I ciągle jakoś żyję.

Żołnierze kiwały głowami. Wszystkie były przesądne. Wszystkie co do sztuki. Codzienne obcowanie ze śmiercią i fakt, że z różnorakich opresji wychodziły jak dotąd bez szwanku, sprawiały, że człowiek zaczynał obserwować najdrobniejsze rzeczy w swoim otoczeniu. I był skłonny przypisywać znaczenie zdarzeniom z pozoru pozbawionym jakiejkolwiek wagi. A tu nagle sen! I to konkretny. Ze wskazaniem, jak można go potwierdzić. O nie, nie... to nie była rzecz błaha. Ileż razy każda z nich słuchała opowieści o koleżankach, którym śniła się własna śmierć. I ile razy te koleżanki naprawdę ginęły następnego dnia!

Nie, nie, nie, przesądy przesądami, ale sny należało traktować poważnie.

– No dobra – podjęła decyzję sierżant – chodźmy sprawdzić, czy tam naprawdę jest piarg.

Nie dodała, że kiedy go nie znajdą, to zawrócą i pójdą w przeciwną stronę, zauważyła Foe. Nie powiedziała też, jak straszliwe kary dotkną niefortunnego śpiocha. Zresztą... Co niby strasznego można by tu zrobić Naan? Opierdolić jeszcze głośniej co najwyżej. Przecież nie ma jak wsadzić tu do ścisłego aresztu o chlebie i wodzie. Siłą rzeczy musiałby to być areszt marszowy. No i jeszcze jedna kwestia: skąd wziąć chleb i wodę dla aresztanta?

Foe zdała sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy. Skoro sierżant tak łatwo zdecydowała się, żeby działać pod wpływem cudzego snu, to znaczy, że sama nie miała pojęcia, co robić. Podoficer dla każdego żołnierza był synonimem władzy, tej bliskiej, wykonawczej. Ale też jeśli nie synonimem wszechwiedzy, to przynajmniej lepszej wiedzy niż reszta ludzi. A tutaj? To, co zrobił ich obecny dowódca, wywracało dotychczasowe poglądy o hierarchii w wojsku.

Zziębnięte i przemoczone wlokły się w podmuchach lodowatego wiatru. Usiłowały nie myśleć o głodzie i rodzącym się szybko pragnieniu. Na szczęście brzeg zakręcał opodal, znikając z horyzontu, i to dawało nadzieję, że już za pobliskim zakrętem będą miały odpowiednią perspektywę na to, co dzieje się dalej.

– Co za wietrzysko. – Foe zbliżyła się do Naan. – Trzymasz się jakoś?

– Spokojnie. – Jej siostra, tak jak na barce, wydawała się mieć niespożytą nadzieję. – Ten wiatr wcale nie jest tak zimny, jak się nam wydaje.

– Jak to?

– To my jesteśmy zmarznięte i mokre. Stąd uczucie mrozu.

– Masz rację czy jej nie masz, długo tak nie pociągniemy. Dobrze byłoby rozpalić ognisko.

– Tu raczej bym nie paliła.

– Wierzysz, że to naprawdę Sait?

Przerwał im okrzyk konwojentki z karabinem, idącej na szpicy.

– Jest! Jest piarg!

Kapral pierwsza dotarła do zakrętu i teraz machała do nich w geście przyzywania.

– Jest piarg! Są znaki zrobione przez ludzi!

Usłyszawszy to, dziewczyny runęły do przodu. Po pierwsze wizja ze snu zdawała się zgadzać z tym, co jest naprawdę. Po drugie ślady ludzi! Więc to nie Sait. Nie bezludna okolica i nieprzebyte knieje przemierzane jedynie przez krwiożercze potwory!

Ten bieg był najlepszym dowodem, że nadzieja dodaje sił. Osłabione wielodniową chorobą morską, głodne i zziębnięte dziewczyny biegły jak na placu apelowym podczas pokazowych ćwiczeń w obecności generałów. Dystans do miejsca, gdzie linia brzegowa zmieniała kierunek, cała grupa pokonała w czasie lepszym niż na ćwiczeniach, kiedy trzeba było wrócić z poligonu szybciej od innych grup i załapać się na ciepły posiłek w koszarach.

Brzeg w tym miejscu skręcał pod ostrym kątem, tworząc płytką zatokę. I rzeczywiście, klif jakby rozłamywał się tu pod naporem piasku, który spływając w dół, tworzył coś na wzór gigantycznego zastygłego strumienia lawy. Wielka wydma różniła się jednak zdecydowanie od tego, co wyrzucał wulkan, choćby samym kolorem. Ale najważniejsze znajdowało się na szczycie piaszczystego wzgórza. Ktoś wbił tam dwa ociosane pnie i połączył w taki sposób, żeby tworzyły literę X.

– Ludzie! Tu są ludzie!

– To pewnie jakiś znak dla żeglarzy.

– Niby jaki? Pierwsze widzę – do rozgorzałej nagle dyskusji włączył się ktoś najwyraźniej obeznany z morzem i zwyczajami pracujących na nim ludzi.

– Pewnie ostrzega przed płycizną.

– A może wskazuje miejsce, gdzie jest osada rybacka?

– Przestańcie. To nie jest żeglarski znak.

– Jak nie?

– No popatrzcie uważnie. Ta litera X wcale nie jest ustawiona licem w stronę morza. Dlatego widzimy ją dokładnie, bo ustawiono ją tak, żeby była widoczna dla ludzi na brzegu.

– No to może ten znak ma ostrzegać przed piargiem?

– Głupia!

Dziewczyny zaczęły się śmiać. Sam piarg był przecież sto razy lepiej widoczny niż drewniany znak. Zresztą nie było co dyskutować na dole. Kiedy tylko minęła im pierwsza zadyszka, zaczęły się wspinać na piaszczystą górę. Konwojentki dopiero teraz do nich dotarły. Musiały biec z karabinami i pełnym wyposażeniem. I, siłą rzeczy, znowu zostały same na brzegu.

Wspinanie się po piargu tylko z pozoru wyglądało na łatwe. Przynajmniej takie wydawało się dla kogoś, kto stał na dole i udzielał światłych rad. Dla wspinających się niewielki, wydawałoby się, dystans do pokonania już po kilkunastu krokach zamieniał się w koszmar. Piasek usuwał się spod stóp, człowiek zjeżdżał na dół, a przyjęcie postawy czworonoga wcale nie polepszało sytuacji. Dla tych, co stali na dole, po prostu wyglądało się śmiesznie. Trochę jak pająk przyszpilony drzazgą, który porusza w miejscu wszystkimi odnóżami, nie mogąc posunąć się do przodu.

– Żeby to szlag! – Foe z trudem łapała oddech. – Naan, czy u ciebie jest bardziej twardo?

– Wszędzie tak samo. – Jedna z żołnierzy osuwała się właśnie, przejeżdżając na brzuchu obok Foe.

– Żegnaj, koleżanko! – zawołała jedna z tych bardziej dowcipnych, widząc, jak pechowy wspinacz sunie wprost na sierżant.

 

Tym z konwoju szło trochę lepiej. Mogły się opierać na karabinach. Niby łatwiej, ale prędkość posuwania się prawie żadna.

Foe i Naan znajdowały się mniej więcej w środku grupy. Kiedy dotarły do łagodnej krawędzi na szczycie, inne już tam stały, przyglądając się znalezisku. Uderzająca była cisza, która zapanowała. Żadnych uwag, komentarzy, żartów ani domysłów.

– Co? – zadyszana Foe pierwsza przerwała milczenie.

– Sama zobacz.

Razem z Naan przepchnęły się bliżej wbitych w ziemię pni, które tworzyły wielką literę X. Początkowo nie dostrzegły niczego szczególnego. Dopiero po chwili Naan wskazała ręką coś, co znajdowało się pod drewnianą konstrukcją. Foe zrobiła krok do przodu. Nie można było mieć wątpliwości. Ludzkie kości. Podchodząc jeszcze bliżej, dostrzegało się nawet tonącą do połowy w nawianym piasku czaszkę.

– Niech to jasna zaraza! – Foe zaczęła kląć. – Ale wróżba! Już tu jakiś wędrowiec skonał w samotności.

– To nie wędrowiec, durnoto. Przyjrzyj się lepiej.

– Co? Ktoś tu składał ofiary z ludzi? – Do głowy skołatanej żołnierz przychodziły coraz to dziwniejsze myśli.

– Zwariowałaś? Zamęczyli ją!

– Ją? – Foe nie wiedziała, jak rozpoznać płeć człowieka po samych kościach. Ale kiedy spojrzała do góry, zrozumiała ten fragment o zadawanych mękach. Na skrzyżowanych pniach zauważyła jeszcze resztki więzów. Ktoś przywiązał skazańca za ręce i nogi, w szerokim rozkroku, z rozpostartymi ramionami.

– I co? Myślicie, że otwarto brzuch? Albo rozpalili ognisko pod spodem?

– Pnie nie są osmalone, więc nie było ogniska.

Jedna z szeregowych grzebała w piasku butem.

– Nie ma też spalonych węgli – rzuciła.

– A co jest?

Naan uśmiechnęła się smutno.

– Dziewczyna, którą tu przywiązali, umierała długo i w bólu. Pewnie krzyczała wniebogłosy, póki tchu starczyło.

– Co jej zrobili?

– Chyba ponacinali skórę nożem i zostawili, żeby zwierzęta zrobiły resztę. Tu, pod nawianym piaskiem, są całe pokłady ptasiego gówna.


Foe otrząsnęła się, nagle czując dreszcze. Co za okropność. Umierać powoli, zadziobywanym przez mewy. Nie mogąc osłonić nawet oczu. A ptaki, wiadomo, zaczynały od części miękkich. Ciekawe, czy nacięto jej brzuch na tyle głęboko, że bestie mogły się dobrać do wnętrzności. Naan oparła się na ramieniu Foe. O mało znowu nie zwymiotowała. Miała wyraz twarzy jak wtedy na barce.

– Mówisz o tej biedaczce jak o kobiecie. Skąd znasz płeć?

Szeregowa schyliła się szybko i podniosła coś z ziemi.

– Co to jest? – zapytała, podsuwając Foe pod oczy. – Poznajesz?

– Klamra od paska.

– No właśnie. Dokładnie taka sama jak twoja, nie?

Foe nie mogła uwierzyć. No, taka sama! Ale to by znaczyło, że ofiara mąk była żołnierzem imperialnej armii. I nagle przyszło olśnienie.

– Ona jest z korpusu ekspedycyjnego?

– Dokładnie z czternastego pułku stacjonującego normalnie w Lai To, w prowincji Negger Bank. – Inna dziewczyna znalazła na ziemi resztki podartego chlebaka. Na fragmencie skórzanego paska został wypalony numer jednostki.

– Dostała się pewnie do niewoli... Potwory ją zamęczyły!

Żołnierze rozglądały się niepewnie. Szczególnie bojaźliwe spojrzenia były kierowane w stronę pobliskiego lasu, który ciemniał w zapadającym zmroku.

– Mordy w kubeł mnie tu! – wrzasnęła sierżant, która właśnie dotarła na szczyt piargu i walczyła z zadyszką. Musiała jednak powstrzymać rodzącą się panikę.

– Słyszałam, że potwory z Wielkiego Lasu wystawiają żywe totemy w stronę swoich wrogów. Ten totem jest ustawiony w tamtym kierunku. Więc wrogowie potworów są tam!

– Dokładnie tam ma być ratunek, jak mówiła Naan – szepnął ktoś z boku.

– Ano – zgodziła się nadspodziewanie gładko sierżant. – No i widzicie, czasem i raportu ze snu trzeba wysłuchać.

Stojąca z tyłu kapral zaczęła się śmiać z dowcipu dowódcy, ale nikogo nie pociągnęła za sobą. Zrobiło się zbyt strasznie.

– No! – ciągnęła sierżant. – A skoro tam są wrogowie potworów, to albo tam są nasi, albo nasi sojusznicy! Jesteśmy uratowane!

Żadna jednak nie podzielała jej optymizmu.

Zapadał zmrok, one stały odsłonięte i widoczne z każdej strony jak na patelni. Do lasu bały się wejść. Trzeba będzie zanocować pod gołym niebem, w podmuchach zimnego wiatru. Nie miały niczego do jedzenia ani wody. Oprócz szczupłego konwoju nikt nie miał karabinu. A potwory czaiły się dokoła.

Optymizm był ostatnim słowem, jakie przychodziło im do głowy.


Ina przeżywała swój najciekawszy w życiu okres, który śmiało można byłoby nazwać drugimi narodzinami. Po odpoczynku i nareszcie całej przespanej nocy przy lotnisku w leśnej świątyni na płaskowyżu Banxi ruszyli w dalszą podróż. Dziewczyna wystartowała już tak pewnie, jakby niczego innego w życiu nie robiła. Nawigowała sprawnie, trochę według mapy, trochę według „przeczuć i przesądów”, jak mówił Tomaszewski, wyniesionych z nauk, które pobierała w swoim kraju. Na złość jemu usiłowała się także posługiwać nowoczesnymi przyrządami i, psiakrew, nawet to, choć jeszcze ze zgrzytami, jej szło.

W Kong nie było co prawda jakiegoś szczególnego ruchu lotniczego, ale w przeciwieństwie do Banxi tu trzeba już było przestrzegać normalnych procedur. Mała zaraza jednak radziła sobie, z drobną pomocą Tomaszewskiego, który tłumaczył jej i interpretował komunikaty przychodzące przez radio. Wylądowała idealnie, kołując od razu, gdzie jej kazali.

I wtedy, kiedy już wysiedli, dla Iny nastąpił cud. Okazało się bowiem, że w wielkim hangarze, do którego musieli wejść, stoją zaparkowane skrzydło w skrzydło... samoloty. To był koniec obecności dziewczyny w realnym świecie. Znając raptem jakieś dwadzieścia potocznych słów po polsku, Ina podeszła do mechaników i zaczęła pytać, czy pokażą jej wszystko.

Tomaszewski nie zajmował się nią więcej. Musiał zdać sprzęt, zameldować się, gdzie trzeba, napisać konspekt raportu, i to w formie, która mogła być przesłana iskrówką dalej. Lot wiatrakowcem na ciepłe wybrzeże nie miał już sensu. Tomaszewski zajął im więc dwa miejsca w wieczornym samolocie do Negger Bank. Zjadł obiad w samotności, potem poszedł na rozmowę do oficera wywiadu, żeby uzyskać obraz tego, co dzieje się w Kong i w górach, kontrolowanych ciągle przez partyzantów Shen. Wysłuchał najnowszych ploteczek, odświeżył się w łazience i odnalazł Inę w hangarze. Dała się wyprowadzić, żegnana wesołymi okrzykami i całą gamą najróżniejszych gestów.

Okazało się, że po kilku godzinach sam na sam z mechanikami obca pilotka zna już prawie sto słów po polsku, generalnie wyrażeń fachowych, ale też takie perełki jak: dupa, cycki, cizia, laska, towarek, wypiąć pupę, dać buzi i tym podobne. Tomaszewski tylko kręcił głową. Poligloci z hangaru spisali się, psiakrew, na medal.

Kiedy weszli do samolotu, Ina wyjęła ze swojej torby dwa najnowsze numery „Techniki Lotniczej”, które od kogoś dostała. Tomaszewski miał z dziewczyną spokój tylko podczas startu i wznoszenia się na pułap. Potem musiał mozolnie tłumaczyć podpisy pod wszystkimi zdjęciami i rysunkami.

Jedna fotografia, przedstawiająca uśmiechniętych członków jakiejś załogi, podsunęła mu myśl. Bezczelnie wykorzystując stopień komandora, wdarł się do kokpitu i uwiódł pilotów opowieścią o dziewczynie z zagubionej krainy lotników, którzy codziennie narażają życie, wzbijając się w powietrze na prymitywnych, kruchych latawcach. Oczywiście, że chcieli dzikusce pokazać prawdziwą maszynę, oczywiście, że zaopiekowali się „pilotem latawca”. A Tomaszewski zdobył kilka godzin cennego spokoju. Zdołał się nawet przespać, zwinięty w kłębek na dwóch miejscach.

Rano Ina znała już co najmniej tysiąc słów po polsku oraz podstawy gramatyki. Poza terminami fachowymi znała też „proszę” i „dziękuję”, a z innych określeń tylko „żeby to szlag trafił!” oraz „cholera jasna!”. Lingwiści z kokpitu górowali jednak poziomem nad poliglotami z hangaru.

– Myślisz, że mogłabym poprowadzić taki wielki samolot? – zapytała przyklejona do szyby podczas lądowania w bazie w Negger Bank.

– Zważywszy na twoje nieprzeciętne zdolności do nauki, to z pewnością zdołasz opanować pilotaż.

– Ja nie o tym. Pytałam, czy mi pozwolą?

Wzruszył ramionami.

– Myślę, że tak. Pilotów brakuje potwornie.