Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 86,08  68,86 
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audio
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audiobook
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie, skąd. Nauczyłam się. – Ina wskazała latającą maszynę z metalu. – Jestem pilotem. Tyle tylko, że my używamy latawców.

Dziewczyny z pułku Kong chyba niewiele rozumiały. Patrzyły jednak uśmiechnięte na obcą. Ponieważ temat latania się wyczerpał, Ina postanowiła pochwalić się swoją znajomością świata i historii.

– A wiecie, że nasze armie już się kiedyś spotkały? Na Złych Ziemiach starliśmy się z wojskami cesarzowej Achai.

– O? – To rzeczywiście wywołało u żołnierzy żywszą reakcję. – I kto wygrał?

Szlag! Ina mogła przecież przewidzieć taki obrót sprawy i takie pytanie. A była na tyle inteligentna, żeby nie podawać swojej wersji wydarzeń, czyli tego, czego nauczono ją w szkole.

– Prawdę powiedziawszy, nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Przecież ta bitwa miała miejsce tysiąc lat temu.

Żołnierze zaczęły się śmiać. Wydawały się sympatyczne. Ale miały jeszcze jakąś cechę, która odróżniała je od wojska znanego Inie. Kogoś jej przypominały. Olśnienie przyszło szybko. Tak, tą różnicą była ich pewność siebie. I bardzo w tym czymś przypominały Krzyśka.

Generalnie, ludzie będący czyimiś poddanymi nie zachowywali się w ten sposób. To pan decydował o ich losie, nawet jeśli nie bezpośrednio. On stwarzał rzeczywistość, w której żyli, i od jego woli zależeli. Wielu poddanych wznosiło modły już nie do Bogów, ale do władcy: „Zmiłuj się nad nami, panie (królu, cesarzu, książę), daj lepszy los i powiedz, co robić. Jak żyć?”. Te dziewczyny tutaj już nie. Tak jak Krzysiek. „Zrób sam. Nie wyszło? To wiń się sam!” To złota zasada, według której można dzielić ludzi na poddanych i wolnych. Nawet jeśli rzecz dotyczy wyłącznie stanu umysłu. Dziewczyny z kongijskiego pułku już dawno znalazły się po drugiej stronie. Widać walka czyni wolnym. A już na pewno walka zwycięska.

I nagle pochodząca z innego kraju Ina zrozumiała ważną rzecz. Cesarstwo stawało właśnie przed decydującym rozstrzygnięciem. Nie musiało się obawiać ani partyzantów Shen, których znała z opowieści Krzyśka, ani zagranicznych wrogów. Teraz musiało się zmierzyć ze stanem umysłów własnych obywateli. Polacy zza gór bowiem oprócz technologii i wiedzy przywieźli coś jeszcze. Coś niewidzialnego. Nienamacalnego. Takiego właśnie jak stan duszy ludzkiej.

Obcemu zawsze łatwiej coś takiego dostrzec. Zmiany w umysłach są tak powolne i niedostrzegalne, że miejscowy przegapi.

– Co? – Tomaszewski, który podszedł z boku, położył Inie rękę na ramieniu. – Jak ci się podoba cesarskie wojsko? Wiedziałaś, że tu służą same kobiety?

Zaprzeczyła ruchem głowy. Trudno się dziwić. Jej informacje na temat imperium pochodziły sprzed tysiąca lat, a i wtedy, krótko po objęciu władzy przez Achaję, w armii przeważały formacje tradycyjne dla Luan. Uwaga ta jednak bardzo zaciekawiła żołnierzy.

– Panie komandorze – zapytała ta z karabinem o długiej lufie – a w kraju, z którego ona pochodzi, też są dziewczyny w wojsku?

– Nie, kapralu – odparł Tomaszewski. – Sami mężczyźni. Za to pilotami są wyłącznie kobiety.

– Oni mają maszyny latające? Takie jak wasze?

– Nie takie. Bardziej przypominają latawce. W każdym razie zapewniam, bałabyś się wsiąść do czegoś takiego, żeby się nie rozpadło pod twoim ciężarem.

Dziewczyny zaczęły się śmiać. Kapral rzeczywiście nie należała do najchudszych.

– Aha, to dlatego ta tutaj jest taka mała i leciutka.

– I tak jest duża w porównaniu z innymi.

Ina nie komentowała i nie wtrącała się do rozmowy. Z pewnym zaskoczeniem obserwowała swobodę żołnierzy, które nie bały się niepytane odezwać do oficera. Dziewczyny usztywniły się dopiero na widok pułkownika Baranowskiego i towarzyszącego mu czarownika.

– Gratuluję awansu! – Tomaszewski od razu zauważył nowe naszywki eksmajora i zamiast regulaminowego salutu złapał go za ramiona.

Poklepali się po plecach i Baranowski cofnął się, umożliwiając przywitanie z Meredithem.

– Słyszałem już o śmierci pańskich ludzi. – Pułkownik wykonał zapraszający gest, wskazując barak, który pełnił teraz rolę kasyna. – Ale skąd w dziczy wytrzasnął pan zapasowego pilota?

– To wcale nie taka dzicz. – Tomaszewski cieszył się, że Ina nie rozumie po polsku. – Mają własne lotnictwo.

– Żartuje pan?

– Nie. Oczywiście nie są to czterosilnikowe bombowce, ale zasięg ich szybowców jest zupełnie nieprawdopodobny.

– I pilot szybowca opanował pierwszy raz w życiu widzianą maszynę? – Baranowski zasalutował Inie z wyraźnym podziwem. Odpowiedziała salutem. Oczywiście po swojemu. Słów może nie rozumiała, lecz wyczuwała niekłamany podziw wśród otaczających ją mężczyzn.

– Zresztą nie tylko oni dysponują lotnictwem.

– Słucham?

– Po drodze zestrzeliliśmy motoszybowiec tych Anglosasów zza oceanu.

– O Matko Boska! Wywołał pan wojnę, panie komandorze? Za to chyba grozi sąd polowy.

– Spokojnie, pilot raczej już nikomu niczego nie zamelduje.

– Ale sam incydent...

– No bardzo przepraszam. Tym samolotem była przenoszona broń biologiczna.

– Jaka?! – Siwecki nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.

– Biologiczna. Przewozili w pojemnikach zarażone czymś pchły, które miały zostać zrzucone nad twierdzą.

Lekarz uspokoił się wyraźnie.

– Czytałem o podobnych eksperymentach. Skuteczność bliska zeru.

– Nie w przypadku oblężonej twierdzy, gdzie warunki higieniczne już i tak są niebezpieczne same w sobie.

– Może i tak. Ale z pchłami w razie czego sobie poradzę. – Siwecki był pewny swego.

– A ja bym raczej sugerował stworzenie jakiejś obrony przeciwlotniczej – powiedział Tomaszewski.

– Nie mamy z czego jej stworzyć. – Baranowski machnął ręką. – Trzeba będzie zdać się na metody pana doktora, niestety.

Zaczęli się śmiać na myśl, która pojawiła się we wszystkich głowach. W razie czego ich bronią zamiast dział przeciwlotniczych będzie lizol! Jedynie Meredith nie podzielał tej wesołości.

– Tam się dzieje coś bardzo niepokojącego, prawda? – zapytał cicho.

Tomaszewski poczuł podziw dla zmysłu obserwacji czarownika.

– Tak. Muszę się ogarnąć, wymienić radiostację i lecimy z meldunkiem dalej. Jak najszybciej muszę być na wybrzeżu.

– Aż tak?

Tomaszewski spojrzał czarownikowi prosto w oczy.

– Zaczął się wyścig na biegun. Po drugiej stronie oceanu uczestniczy w nim całe państwo. A może i jeszcze więcej.

Tylko Meredith zrozumiał, co zostało powiedziane. Baranowski usłyszał, ale sens chyba do niego nie dotarł. Żartował, mówiąc, że to on jest specjalistą od wyścigów i w takim razie czeka tylko na rozkaz. A Siweckiego to nie obchodziło, zagadywał Inę i żeby mieć szansę na rozmowę, przeszedł właśnie na miejscowy język, który znał już całkiem nieźle.

Czarownik westchnął ciężko, a potem odwrócił wzrok.


Polacy zwykli mówić, że to ciśnienie atmosferyczne jest wysokie, miejscowi, że nastał dzień Bogów. Randowi było wszystko jedno. Od rana czuł się dobrze, ba, wyśmienicie. Pełen energii, jak na skrzydłach pokonywał krok za krokiem pałacowe korytarze, śpiesząc na umówione spotkanie z cesarzową. Jak rzadko mu się w życiu zdarzało, dziś wszystko szło po jego myśli. Sztab speckurew ugrzązł w jałowych intrygach i wzajemnym podgryzaniu. Tak jak przewidywał, baby, kiedy zwiększono im skład kolegium, wzięły się za łby i nie miały już czasu na ustalanie spójnej strategii. Przynajmniej na razie, ale „na razie” było wszystkim, czego Rand mógł oczekiwać od życia.

A poza tym Shen nareszcie pokazała pazury. Cesarstwem zaczęły wstrząsać siły odśrodkowe. Polakom działający wewnątrz ich struktur agent mieszał szyki i oni również, czując zagrożenie dla swoich zamorskich operacji szpiegowskich, potrzebowali sojusznika, który pomoże rozwiązać zagadkę. No i najważniejsze, nad imperium zbierały się ciemne chmury od strony Nayer.

Zewsząd napływały złe wieści. U wszystkich waliło się i paliło. Czyż można więc wyobrazić sobie piękniejszy początek dnia?

Strażnicy przed prywatną komnatą władczyni wyprężyli się na baczność, co jeszcze poprawiło Randowi humor. Nawet ochroniarze z piechoty morskiej otwierali mu drzwi z szacunkiem. Otóż to właśnie. Rand powoli przestawał być człowiekiem, który kojarzył się z określeniem: „taki śmieszny, zniewieściały chłopczyk zajmujący się plotkami”.

– Wielka pani! – Za drzwiami zgiął się w przepisowym ukłonie. – Jestem do twojej dyspozycji.

Cesarzowa nie odzywała się, więc nie mógł „zakończyć” ukłonu. No dobra, dobra, postoi zgięty, z wypiętym tyłkiem, jeśli chciała go ukarać za coś, co sobie wydumała. Mylił się jednak. Nie była to kara. Władczyni kończyła właśnie czytać list, który dostarczyli jej kurierzy.

– Widzisz? – Odwróciła się od osłoniętego z zewnątrz okna. – Czy ty widzisz tę niesłychaną bezczelność?

– O której z licznych bezczelności mówisz, pani? – Rand wyprostował się z ulgą.

– O Shen przecież! Nie dość, że podobno przecięła imperialną drogę do Kong, to jeszcze publicznie mnie, mnie...

– Zdelegalizowała? – podsunął Rand. – Czego to ludzie nie wymyślą.

– Ale co za chamstwo!

– Przypomina mi to prefekta straży, który w dzień targowy idzie na rynek i krzyczy do tłumu: „Aresztuję was wszystkich!”. Wiadomo, że tam wyłącznie bandyci i złodzieje, ale wszystkich aresztować się nie da.

– Czy tą dwuznaczną aluzją chcesz zasugerować, że choć Shen niewładna mnie delegalizować, to tak po prawdzie nielegalna jestem? – Cesarzowa, wyraźnie zaciekawiona, podeszła bliżej.

 

Mimo że w jej głosie brzmiała groźba, Rand nawet się nie zmieszał.

– Nie przesadzajmy z twoją nielegalnością, pani – powiedział. – Tak jak i z faktem, że Shen przecięła imperialną drogę.

– A nie przecięła?

– Pani, armia jest jak słoń. Pewnie nawet nie zauważyła, że mucha zajadle usiłuje ją ukąsić. A budowa drogi przez las Banxi dalej przebiega bez zakłóceń.

– Ale społeczeństwo zauważyło.

– A co to jest społeczeństwo? – odpowiedział pytaniem. – Kto w ogóle rozumie to słowo? To Biafra tysiąc lat temu razem z całkiem zapomnianymi już filozofami wprowadził do słownika kilka pojęć, bo sądził, że się przyjmą. Nie przyjęły się.

– Dobrze więc. Zamieńmy to słowo na „moi poddani”.

– O właśnie. – Uśmiechnął się triumfalnie. – I tym samym dowiodłaś, pani, swojej legalności. Twoi poddani. Twoja własność, pani.

Fuknęła cicho. Fakt, że Rand wygrał w dyskusji, nie zmieniał tego, że w Kong działo się coś dziwnego. Nie wiadomo, jakim cudem wieści stamtąd obiegały całe imperium. Siejąc zamęt i ferment, zmuszając nawet podzielonych zazwyczaj w każdej kwestii inteligentów do opowiedzenia się po którejś ze stron. Więcej: to już nie była tylko sprawa „czy Shen ma rację, oponując przeciw władzy”. Dyskusje, często publiczne, na forach, przybierały zgoła inny charakter. Pytano o to, czy ludzie żyjący z pracy własnego umysłu powinni uczestniczyć w kłamstwach imperialnej władzy. Czy mają dalej tuszować fakt, że cały korpus wysłano na zagładę, na śmierć. Czy mogą kłaść swoją powagę na jednej szali z załganiem pałacu, fałszywymi oskarżeniami i skłamaną wersją historii.

Inteligencja zawsze się burzyła. Ale dotąd wystarczyło sypnąć im groszem przed nosy i zmieniali zdanie. Trochę nagród, apanaży, wspierania sztuk czy opieki finansowej i oni wszyscy od razu zaczynali mówić zupełnie co innego niż jeszcze przed chwilą. To nie byli ludzie, których należało straszyć więzieniami. Dotąd same pieniądze i ciepłe słowa załatwiały sprawę.

Nie tym razem.

Krzyczeli: czara kłamstwa się przelała!

– Czy wiesz, że partyzanci zaatakowali tutaj? – Podeszła do orientacyjnej mapy rozłożonej na stoliku używanym przez służbę, której zadaniem była dbałość o paznokcie władczyni. – O, tu. – Wskazała palcem obszar położony prawie po przeciwnej stronie imperium, niż leżało Kong.

– To przecież niemożliwe. – Rand nie mógł uwierzyć. – To jakieś plotki.

– Mam dokładny raport. Złupiono konwój.

– Pospolite bandziory, pani. Shen się nie rozdwoi i nie ma jak przetransportować tam swoich ludzi.

– Wieść o jej wyczynach zna każdy człowiek w imperium. Jakim cudem? – Władczyni westchnęła ciężko. – Na szczęście o ataku na konwój wie tylko garstka zaufanych ludzi. I tylko ja czytałam ich manifest.

Rzuciła jakiś papier, ale zanim jeszcze Rand zbliżył się, żeby go podnieść, wskazała inny obszar mapy.

– Zaatakowali też tutaj. Około trzydziestu napastników ostrzelało wartownię i budynek magazynu wojskowego. Magazynu nie udało się zdobyć, ale wartownię spalono.

– Sama widzisz, pani...

– To nie koniec, Rand – przerwała mu ostro. – Zaatakowali jeszcze tu, na wybrzeżu, dosłownie pod moim bokiem!

– Pani, Shen się nie roztroi ani nie rozczworzy, a nie ma możliwości posyłania ludzi...

Cesarzowa z całej siły uderzyła dłonią w blat stołu.

– Ktoś, tolerując Shen, a nawet jej sprzyjając, wypuścił potwora z zakopanego na cmentarzu garnka – odwołała się do bajki, którą matki straszyły dzieci w całym imperium. – Upiór jest już na wolności i krąży wśród nas.

Wolał nie komentować.

– To już nie są chłopskie kupy ciągnące za łatwym zyskiem albo gnane żądzą prostej zemsty – kontynuowała. – Jak twierdzą donosiciele prefektów straży, to oddziały tworzone przez tych porąbanych w umyśle inteligentów! Którym się nagle zdało, że dość już kłamstwa! I że oni, dotąd pomazani kłamstwem po uszy, nie będą już w tym uczestniczyć!

Rand cmoknął cicho.

– Dziewice noworoczne zaiste – mruknął.

Rozbroił ją tym, bo uśmiechnęła się lekko. Oczywiście znała ten przesąd, zakazany w oficjalnych świątyniach, lecz rozpowszechniony w zagubionych wśród lasów prymitywnych chramach. Według niego dziewczyna, która miała przed ślubem zbyt wielu kawalerów, może złożyć ofiarę w Nowy Rok i powiedzieć, że odtąd postanawia być czysta. Jeśli dokładnie w Nowy Rok przebłaga Bogów, to oni być może zwrócą jej cnotę.

– No widzisz. Niby tak, ale nikt nie jest równie zajadły jak neofita.

– Święte słowa, pani. Święte słowa.

– Ty sam nie zamieniaj się w kapłana. Powiedz, co powinnam uczynić.

Rand pochylił głowę.

– Daj mi trochę czasu, pani – powiedział. – Wymyślę, jak powstrzymać tych inteligentów nowocnotliwych.

Cesarzowa musiała uznać to za wyczerpanie tematu, bo przeszła do innych spraw. Rand jednak nadal nie podnosił głowy, nie chcąc, by przypadkiem zdradził go wyraz twarzy. Ciekawe. Sam nie sądził, że pomysł z przedstawieniami dla kurierów, poetów, pisarzy i śpiewaków da tak spektakularne rezultaty. Legenda jednak rodziła się znowu. I to w dodatku poruszająca również inteligentów. A także, co najważniejsze, a czego nie było w raportach dla cesarzowej, ludzi bogatych. Po raz pierwszy chyba w historii.

Ciekawe.


W gabinecie komendanta panowała idealna cisza. Nuk z niepokojem obserwowała zmiany na twarzy czarownicy. Nigdy dotąd nie widziała u niej takiego zaskoczenia. Dostały się tutaj i nareszcie egzemplarz Księgi Przejścia wpadł im w ręce. Księgi, dla której podejmowano szaleńcze wysiłki, wysyłając szpiegów gdzieś za ocean, na zatracenie, do nieznanych krain, które nazywano Piekłem. Księgi, która zmusiła cały naród, ba, cały kontynent do szalonej wyprawy na biegun, do miasta Bogów, żeby się tam znaleźć szybciej niż inni. Jej treść prawdopodobnie sprawiła, że potomkowie dawnych wypraw zakonnych podejmowali nieprawdopodobne wręcz wysiłki, by wrócić tu i jej użyć.

Tymczasem Kai bez słowa przewracała kartkę po kartce, a jej twarz tężała.

– Co? – Nuk podeszła bliżej.

– Co to, kurna, jest? – odpowiedziała pytaniem Kai. – O mamo, co to jest?!

– Psiamać, no, nie będziemy się przecież przerzucać tym samym pytaniem.

Czarownica długo nie mogła zebrać myśli. Musiała odchrząknąć.

– Zacytuję ci fragment: „Yedy kutedy mełe, kudełe, błełe, kudełe, yedy pun”. Fajne, nie?

– O kur... – Nuk zajrzała jej przez ramię. – „Cthan, cythan, cthane, cythan” – czytała na głos. – O ja cię pierdolę! To jakiś szyfr!

Kai ogarnęła głupawka. Nagle zaczęła się śmiać, po chwili spoważniała, potem uśmiechnęła się znowu.

– Nie mogę sobie wyobrazić tak durnego szyfru. To niemożliwe.

– To nie jest szyfr – powiedział Agire. – To na pewno nie jest szyfr.

Spojrzały na niego z głupimi minami.

– No to po jakiemu to? „Mełe, bełe, kutełe, mełe, mełe, mełe”. Co to za tekst! Wszystko jasne jak na dłoni, tylko ja za durna jestem czy co?

– Te wyrazy to nie może być szyfr. – Nuk patrzyła na koleżankę zdziwiona. – Powtarzają się w dziwnym... sensie? – nie potrafiła znaleźć odpowiedniego słowa. – Rytmie?

– Mówię wam, że to nie jest zaszyfrowane – upierał się Agire. – To jest...

– Sam jesteś mełe kutełe – warknęła Nuk. – Zamknij się.

– Nie no, niech mówi.

– To jest jakiś przekaz. Ale nie jest jasny na pierwszy rzut oka.

– Może to fałszywa księga? – poddała myśl Nuk.

– Nie. Prawdziwa. To przekaz.

Kai potrząsnęła głową.

– Taki przekaz? „Yeety, yedy, tedy syedy, medy”?

– To bełkot! – ucięła Nuk.

W pomieszczeniu ponownie zapadła cisza. Dziewczyny nie mogły sobie poradzić z własnymi myślami. Cały kontynent ruszył na wojnę z powodu... bełkotu? Kai zaczęła liczyć litery w dziwacznych wyrazach. Bez sensu. Przebiegła wzrokiem całą stronę i doszła do wniosku, że po prostu brakuje liter, żeby tworzyć z tego tekstu podstawy alfabetu. I w związku z tym to naprawdę nie mógł być szyfr. Mówiąc albo pisząc cokolwiek o długości gęsto zapełnionej słowami, człowiek używa praktycznie wszystkich liter alfabetu, natomiast w tym tekście znaki po pierwsze powtarzały się sekwencyjnie, a po drugie było ich za mało. To naprawdę nie mógł być szyfr. A księga nie mogła być zbiorem nieskończonej liczby szyfrów, tak że każde zdanie kodowane było innym. Litery powtarzały się za często.

Agire musiał się domyślić, co dzieje się w umyśle dziewczyny.

– Czego się spodziewałyście? – zapytał. – No przecież mówiłem, że w księdze nie ma nic tajnego. Że się jej nie ukrywa i że można przy odrobinie wysiłku przeczytać sobie całą.

– Tu nie ma co czytać.

– Toteż nikt się nią nie interesuje.

Kai aż podskoczyła.

– No jak to? Podobno cały kontynent...

Nuk chwyciła koleżankę za ramię.

– Przestań. I nie mieszaj tego, co się mówi oficjalnie, z tym, co naprawdę.

Nuk przytuliła zdenerwowaną czarownicę i zaczęła uspokajająco głaskać ją po plecach.

– Pamiętam, jak matka czytała mi do snu książkę o śmiesznych przygodach dzielnego rycerzyka Pusia. Daj mi władzę absolutną i zaraz zobaczysz, jak mój lud pójdzie walczyć w obronie rycerzyka Pusia, a nawet będzie ginął za to, co śniło się na ostatnim postoju jego kobyle.

Kai odsunęła się od koleżanki dopiero po dłuższej chwili. Głaskanie musiało podziałać, bo była spokojniejsza.

– Przyznasz jednak, że z reguły władcy porywają lud bardziej zrozumiałymi ideami.

– Jeszcze nie widziałam ludu porwanego przez władcę, ale teoretycznie masz rację. W kronikach pisze się raczej jaśniej.

Czarownica odłożyła księgę na specjalną podstawkę. Tekstu w tej formie nie dało się zapamiętać i nadać treści księgi przez radiostację. Trzeba będzie jednak opisać to jakoś. Powoli przewracała kolejne karty. Tekst został okraszony rycinami. Czarownica nie rozumiała, co widzi. Były tam jakieś rośliny. Wielkie, nieznane drzewa o dziwnie powykręcanych konarach, krzewy porastające nawet pionowe ściany. Straszne zwierzęta z paszczami, z których wystawały kły jak miecze. Monstra latające, biegające i pływające. Coś, co pełzało i... rosło? Nie mogła odróżnić, czy to zwierzę, czy roślina.

– Rozpoznajesz coś?

Kai w szkole na pustyni miała wiele wykładów z różnych dziedzin. I włożono jej do głowy bardzo solidne podstawy zielarstwa.

– Chyba rozpoznaję różne gatunki ziół. Ale bardzo zmienione.

– Zmienione? Przez co?

Kai wzruszyła ramionami.

– Nie ma skali, nie ma do czego się odnieść. Ale mam wrażenie, że te zioła tu na rysunkach są po prostu ogromne. W porównaniu z naszymi to monstra.

– Wielkości człowieka?

– A skąd mam wiedzieć? Nie ma z czym porównać. Ale... – zawahała się. – O, na przykład te liście tutaj. Zwisają, jakby były strasznie ciężkie, a w rzeczywistości to mała roślinka i nic nie zwisa.

– A te mapy?

Kai tylko machnęła ręką.

– Niczego nie rozpoznaję. – W tym temacie nie czuła się fachowcem. – Ale mam wrażenie, że rzeka nie może płynąć przez górę, jak tu zaznaczono.

Agire znowu postanowił się włączyć.

– To księga symboliczna – powiedział. – Nie należy szukać w niej dosłownego przekazu.

Długo i w ciszy oglądały Księgę Przejścia, odwracając stronę po stronie. W żaden jednak sposób nie przybliżało ich to do rozwiązania jej tajemnicy. Nuk pierwszej udało się wrócić do rzeczywistości.

– Zostawmy to teraz – powiedziała, zamykając księgę. – Jeśli nie przygotujemy tej stypy, to nie chcę zgadywać, jaki los nas czeka.

– Tak! Tak! – natychmiast poparł ją Agire. – Lepiej nie zgadywać, co z nami wtedy będzie.

– Czekajcie. – Kai zatrzymała się jeszcze. – A może przed tysiącem lat ludzie wiedzieli, jak z tej księgi korzystać? Może była na kontynencie, gdzie leży cesarstwo, w tajnych bibliotekach Zakonu?

– To dlaczego nie ma jej tam teraz?

– Może Zakon, kiedy Achaja przypaliła mu dupę, zniszczył albo ukrył wszystkie egzemplarze? Posłuchaj, istnieje przecież przekaz, że naczelny wróżbita Cesarstwa Luan, uciekając, zabrał ze sobą jedną ze świętych ksiąg. Może właśnie tę?

 

– Mówisz o szpiegu Zaana?

– Tak. Tym, który propagował monoteizm. A kiedy z kolei jemu zaczął palić się tyłek, to uciekł tutaj i na miejscu wprowadził monoteizm z drobną poprawką. Jedynym bogiem został on sam. Sama mówiłaś, że jak się ma dobrą metodę, to można się oprzeć nawet na śmiesznych przygodach rycerzyka Pusia.

– No fakt, ale... – Nuk przygryzła wargi. – No... niby przybył zza morza ze świętą księgą, której treści nikt nie rozumiał. Hm, wiele nie trzeba.

– Dziewczyny! – Agire dosłownie trząsł się z niepokoju. – Stypa! Co prawda nieboszczyk nam nie ucieknie, ale jego żywi towarzysze mogą zgłodnieć i mocno się zeźlić.


Nowa taktyka sił Shen uległa teraz zasadniczej zmianie. Oczywiście trwanie w miasteczku na wybrzeżu, nawet za prowizorycznymi umocnieniami, nigdy nie było jej celem. Kadir jednak miał rację. Wystarczyła sama groźba. Wystarczyło uświadomić sztabowi generalnemu, że w każdej chwili partyzanci mogą wysadzić drogę w dowolnym newralgicznym punkcie. No i reakcja była natychmiastowa. Armia, zamiast utrzymywać skonsolidowane i mocne oddziały w wybranych punktach, musiała rozproszyć swoje siły. Teraz wszystko było ochraniane, każdy krok bez mała na strategicznej drodze, ale... siłą rzeczy malutkimi oddziałkami. A to dawało Shen nową perspektywę i podstawy do zbudowania nowej taktyki.

Teraz już nic nie było porządnie bronione przez przeważającą liczebnie armię. Wystarczyło zaatakować grupą szturmową, a kiedy obrońcy jakiegoś punktu zaopatrzeniowego zaczęli strzelać, napastnicy natychmiast się wycofywali. Niewiele trzeba było imperialnemu dowódcy, który kierował się regulaminem, żeby rzucić swoich ludzi do ataku. Niestety, po kilkudziesięciu krokach cesarscy żołnierze dostawali się pod krzyżowy ogień maszynowych kartaczownic Kadira. I koniec, albo zalegali, albo wręcz rzucali się do ucieczki. A zaopatrzenie pozostawało do rozgrabienia. Oddział Shen wracał na przemytniczy szlak i w bezpiecznej już kryjówce oddawał się rozdzielaniu zdobytych dóbr.

I właśnie podczas jednego z takich postojów Kadir podszedł do dowódcy, wyraźnie poruszony.

– Nie uwierzysz!

– Co się stało? – Shen podniosła głowę zaniepokojona.

– Nie uwierzysz, kto się do nas zgłosił.

– Jak to zgłosił? – nie zrozumiała w pierwszej chwili.

– Mamy dwóch nowych rekrutów! Po raz pierwszy od masakry w Kong.

– I znowu zaczyna się napływ ochotników? Zapomnieli już, jak cesarzowa tupnęła nogą poprzednim razem? I co się stało po tym tupnięciu?

– To ideowcy.

– Skąd przyszli? Chłopi? Czeladnicy?

Kadir zafrasował się nagle i dopiero teraz przysiadł przy maleńkim ogniu roznieconym ze ściśle wyselekcjonowanych, idealnie suchych drew, tak żeby żaden dym nie zdradzał ich pozycji.

– Usiądź wygodnie – poprosił. – Jeden z nich to kronikarz.

– Człowiek wybitnie wykształcony? – Shen rozłożyła ręce. – A czemu nie? – zapytała samą siebie. – W gruncie rzeczy przydałby się nam ktoś, kto ładnie nałga na nasz temat i uwieczni to na papierze.

– Siedzisz wygodnie? – upewnił się Kadir.

– No siedzę.

– Drugim z ochotników jest potomek księżniczki. W prostej linii, choć siódma woda po kisielu.

Dobrze, że ją ostrzegł, nie przewróciła się z wrażenia. Ale nie mogła opanować rozszerzających się ze zdziwienia oczu.

– Książę u nas?! Książę zgłosił się na ochotnika do ludowej partyzantki?!

Kadir westchnął tylko.

– Nie jesteśmy już powstaniem ludowym, kochanie. Popierają nas teraz ludzie, którzy ukończyli elitarne szkoły. Kronikarz i książę z karabinem!

– I czego oni u nas szukają? – Shen nadal nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała.

– Nie wiem. Może romantycznej przygody?

– Ja im dam romantyczną przygodę. Każę upolować kilka kozic na kolację dla oddziału. Kiedy wszyscy dostaną trzydniowej sraczki, jak ostatnio, to im zaraz romantyczność przejdzie.

– Nie sądzę.

– No to zobaczymy.

– Widzisz, to już naprawdę nie jest powstanie ludowe. Teraz inteligencja się do tego wzięła, teraz jesteśmy prawdziwą rewolucją.

– Przestań pusto gadać. Czego oni chcą?

– Nie wiem – powtórzył Kadir. – Może chcą zmian. Może chcą wziąć sprawy w swoje ręce. Inteligencji się to przydarza. Pojęcia nie mam, czego chcą. – Wzruszył ramionami. – Może po prostu pragną sami stworzyć świat, w którym będą żyli.

Shen opuściła głowę. Ludzie uwierzyli w kilka ostatnich przedstawień? W legendę „Kolesia” Varika, który sam jeden powstrzymał prefekta i rzeszę jego strażników? I w to, że na czele szczupłego oddziału przerwał strategiczną imperialną drogę w samym szczycie kampanii? Uwierzyli, że ona sama z rozwianymi przez podmuchy wiatru wolności włosami kontroluje sytuację w prowincji Kong? I jeszcze lepiej: że zdelegalizowała cesarstwo, a akt ten ma w sobie coś więcej niż wartość symboliczną?

A szlag ich wszystkich! Owszem. Jej przekaz poszedł w świat. Ku wielkiemu zdumieniu okazał się skuteczny. Ku jej niebotycznemu zdumieniu nie trafił do ludu. Owszem, do ludzi tak, ale nie do ludu. To, co dała do zrozumienia, odbiło się echem jedynie w głowach tych, którzy posiedli wykształcenie. No i w całym kraju, nawet w miastach, choć wydawało się to niemożliwe, zaczęły powstawać oddziały partyzantów. Samozwańcze. Ale w przeciwieństwie do tych pierwszych, które kiedyś formowali w lasach, skuteczne. Inteligencja najwyraźniej walczyła z głową.

– Mam też raport specjalny – powiedział Kadir. – Raport jest od Randa, uzyskany przez nasz kontakt na lotnisku. Ale to przekaz od tłumaczki w sztabie pułkownika Baranowskiego.

– Pułkownika? Awansowali go?

– Za taki rajd? – Kadir roześmiał się nagle. – Nie, nie, wojska lądowe nie uznają rajdów, bo to godne co najwyżej komandosów. Awansowali swojego jako odpowiedź na awans Tomaszewskiego z marynarki, która rajdy dopuszcza.

Shen odpowiedziała uśmiechem.

– Skomplikowane – szepnęła. – A ta tłumaczka... Chodzi o Duon, czy jak jej tam było?

– O nią. Tę, którą zwerbowała Nuk.

– No, no. I co tam słychać w lesie Banxi?

– Dziwnie słychać.

Kadir wyraźnie ją zaciekawił.

– No mów, nie trzymaj w niepewności.

– Otóż Baranowski dostaje nowych ludzi z Kong.

Wzruszyła ramionami. Co w tym dziwnego? Miał straty, to przysyłają mu nowych żołnierzy. Kadir kontynuował:

– To nie są uzupełnienia. Dostaje zupełnie nowych rekrutów, i to w wielkiej liczbie.

– Niby na co mu świeżynki? Ma w lesie za dużo zaopatrzenia?

– No właśnie. Las, a konkretnie, jego „nieprzebytość” dla zwykłych ludzi ma ogromne znaczenie. Ponieważ przysyłają mu również nową broń.

– A co w tym dziwnego?

– Broń jest polska. Z ich demobilu.

– O kurwa mać! – Shen aż się poderwała. – Przecież dotąd...

– Dotąd nigdy tego nie robili – dokończył za nią Kadir. – Ba, wystrzegali się jak ognia. A teraz taka zmiana. I chyba domyślam się, o co chodzi. Choć tylko w bliskim planie.

– O co? – dała się zaskoczyć.

– Nie rozumiesz? W ukryciu w nieprzebytym lesie stoi sobie pułk. Ostrzelany, wprawiony w boju, doborowy już w tej chwili, a przede wszystkim obeznany z nowym regulaminem. Po co go dawać na zatracenie do jakiegoś sennego garnizonu? Można wykorzystać.

– Rozcieńczając rekrutami?

– Wprost przeciwnie. Z rekrutami przybywa polska broń. Starzy i nowi żołnierze mogą sobie ćwiczyć z dala od ludzkich oczu. I... przekształcić zwykły pułk w ciężką brygadę piechoty. Piekielną, nowocześnie uzbrojoną jednostkę, z którą na tym świecie trudno będzie sobie poradzić.

– I brygada rozwiąże problem, który stanowimy dla cesarstwa? Kiedy przyjdzie tu z zagranicznymi karabinami maszynowymi?

Kadir zaprzeczył ruchem głowy.

– Na nas to za dużo zachodu. Ja tu bardziej węszę wielką politykę i wielkie pieniądze.

– To na jaką zarazę komuś taki bicz boży w zapadłej kniei?

Kadir powoli rozmasował twarz.

– Ba – mruknął. – Oto jest pytanie.


Chen lubił swoją małą, luksusową willę, którą kupił na obrzeżach dzielnicy bogaczy. Mieszkał sam i dla niego wielkość domu była w sam raz. Tu znajdował prawdziwe ukojenie po znojnych, przepełnionych pracą dniach. Tu czuł się bezpiecznie. Zawsze w nocy kazał otwierać wszystkie okna na patio i zasypiając, wsłuchiwał się w ciche głosy swoich licznych, dobrze uzbrojonych ochroniarzy.