Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 86,08  68,86 
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audio
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audiobook
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– I co wy tak? – odezwała się Nuk. – Nie pilnujecie? Toż wróg może wam wszystko pokraść.

Mężczyzna roześmiał się chrapliwie.

– A niech kradnie, jeśli taka jego wola. Toż to chwasty przebrzydłe, zabójcze. Wyłazi już ta zaraza ludziom na pola, uprawy niszczy. A mówili, że daleko do pól uprawnych. Że aż tak zaraza się nie rozpleni. I co? I gówno! Jak zwykle.

– I rozprzestrzeniło się?

Tłuścioch podrapał się w głowę.

– Wiesz co? Dopóki tu tysiące ludzi nasiona zbierało, to jeszcze jakoś szło to opanować. Ale teraz już wszystko niepotrzebne. Resztki nasion z magazynów już tylko z rozpędu pakujemy na wozy i wysyłamy. – Wzruszył ramionami. – Nie wiem, po co zresztą, bo przecież za późno już, żeby rozsiewać jako zaopatrzenie.

Kai czuła, że dowiadują się właśnie o czymś epokowym. O jednej z najważniejszych rzeczy dla całej ich misji. Wiedziała, że nie może się zdradzić ani wzbudzić jakichkolwiek podejrzeń. I mimo że wszystko w niej wołało, żeby dopytać o najważniejsze, wbrew sobie zmieniła temat.

– Wybaczcie, panie – zaszczebiotała. – A mogłabym o coś spytać? Ale w sprawach bardzo przyziemnych?

– A pytaj, mała. – Uśmiechnął się znowu.

– Czy coś do jedzenia dla nas by się znalazło. Od świtu idziemy...

Tłusty mężczyzna zaczął się śmiać.

– A! Głodneście tak po prostu? No to jakeście z komendantury i kwity na to macie, to dostaniecie, czego wam trzeba. – Ruszył niespiesznie w stronę drewnianych ław rozstawionych przy dymiącym palenisku. – Ale na rarytasy to tu nie liczcie – gadał bez przerwy. Najwyraźniej nudziło mu się po prostu. – Kiedyś, jak tu tysiące ludzi pracowały, nasiona zbierając, to kuchnia była czynna na okrągło. Dzień i noc. Ludzie na zmiany jedli i nie można było nastarczyć. A teraz...

– Nikt nasion nie zbiera, no i się zaraza roznosi – dokończyła Kai.

– Taaak. Nasiona z wiatrem lecą i coraz większy obszar przez chwasty zajęty. Taaaak.

– A nie lepiej spalić? – wtrąciła Nuk. – Kiedy zima przyjdzie, a to już niepotrzebne?

– No i widzisz, jak ty nie wiesz, o czym mówisz. Ale nie dziwota. Tu jeszcze niedawno wszystko tajne było i w ukryciu. – Mężczyzna poklepał dziewczynę po ramieniu. – Tego zielska, nawet jak wyschnie, nie spalisz. Ukorzenione toto pod ziemią... Nie spalisz. Na wiosnę wyjdzie znowu.

– To cała ziemia już zmarnowana?

– No, tutaj ugory tylko. Ale jak zaraza na pola wyjdzie, to ziemia zmarnowana.

– Świetnie! Wrogom to na uprawach rozsypać i...

Nie mogła bardziej ubawić ich towarzysza. Podszedł do wielkiego gara stojącego przy ogniu i zatrzymał się w poszukiwaniu naczyń.

– Musi być gorące? Na ogień znowu stawiać czy wystarczy ciepłe? – zapytał.

– Może być letnie. Zjemy wszystko, czym poczęstujesz.

Wziął dwa talerze ze stosu obok i sprawnie, wielką chochlą nałożył im spore porcje jakiejś kaszy. Gestem zaprosił do stołu, stawiając przed nimi naczynia.

– Łyżki własne macie czy szukać?

– Mamy. Mamy. – Usiadły i usiłując nie okazywać obrzydzenia, zaczęły jeść. Na szczęście kasza poza przykrym zapachem praktycznie nie miała smaku. Łatwiej było udawać, że obie są głodne.

Mężczyzna przysiadł na ławie naprzeciwko nich i mówił dalej. Brak zapracowanych tłumów wyraźnie mu doskwierał. Pewnie dawniej był na tych ugorach kimś, a teraz nuda robiła swoje. Zrozumiały też jeszcze jedno. Szkolenie mówiło prawdę. Z ludzi nie trzeba niczego wyciągać. Wystarczy słuchać. Bo ludzie zawsze sami wszystko powiedzą.

– To mówisz, że wrogom trzeba podrzucić? – Mężczyzna spojrzał na Nuk. – Nie, moja panno. Wróg sobie z tym, póki mało zielska na początku, poradzi. Gołymi rękami z ziemi wyrwie, korzenie wykopie.

– A tu po prostu jest już tego za dużo?

– Właśnie tak. Jak wiatr zawieje, to z niesionych podmuchami nasion, zda się, chmury powstają. Aż ciemno w oczach.

– Straszne.

Na szczęście nie musiały udzielać mu długich odpowiedzi. Udawanie głodu pozwalało milczeć z wypchanymi ustami.

– No i widzicie. Pola już zaatakowane. Ludzi do plewienia nie ma. Wojna. A przecież to tylko początek.

– Jaki początek?

– No co? Myślicie, że te bijatyki na pograniczu to wojna? Nie słyszałyście hasła, że „tym razem zaopatrzenie będzie na nas czekać”?

Kai o mało nie udławiła się ohydną kaszą. Panowała jednak nad sobą. Nie okazywać zaciekawienia. Nie dopytywać. Sam powie.

– Teraz cały kontynent zjednoczony, psiamać, pójdzie do boju w jedno miejsce.

Kai przez głowę przemknęło, że to właśnie vend ma być tym czekającym zaopatrzeniem. I zaraz sklęła się w myślach. Wielka armia ma jeść chwasty? Teoretycznie możliwe. Przez jakieś trzy, cztery dni. Potem będą niezdatni do boju. Jak więc to połączyć?

– Wojna, dziewczyny, wojna. – Mężczyzna smętnie kiwał głową. – Tu już żadnych nasion się nie zbiera. A to znak, że na dniach usłyszymy o wymarszu wielkiej armii ze wszystkich państw. Zapamiętajcie moje słowa: na dniach!

– Mmm...

– Mnie, starego, pewnie ta wyprawa ominie. Ale wy pójdziecie. Zaraz wam rozkaz dadzą. Szczęściem, że z komendantury jesteście. Jako żandarmi na tyłach zostaniecie. Ale widoków... – zmełł jakieś przekleństwo – widoków wam nie zazdroszczę!

– No. – Nuk skinęła głową w geście gdzieś pomiędzy „tak” i „nie”. Miała wyraźne trudności z połknięciem paskudnej brei.

– Taaa... – ciągnął niezrażony tłuścioch. – Ale co tu ludzie będą jedli? Zaraza wszystkie pola w okolicy wybije. Co będą jedli?

– Może ten vend – ni to stwierdziła, ni zapytała Kai. Niby żartem, niby serio.

– Dobry pomysł, dobry. – Mężczyzna uśmiechnął się szeroko. Najwyraźniej wziął jej uwagę za dowcip. – Niech żrą vend! Szkoda tylko... – Zafrasował się nagle. – Szkoda, że to silna trucizna.

Kai zakrztusiła się ostatnią porcją kaszy, którą włożyła do ust. Tłuścioch zrozumiał to opacznie.

– Uważaj, bo się udusisz. Oj – zatroskał się znowu – ale wy naprawdę byłyście głodne! Nie bójcie się. Już wam daję porządną dokładkę!


Matematyk Patte zabrał ze sobą kilkunastu uczniów. Ale nawet oni nie byli w stanie wyładować z ciężarówki zapisków gromadzonych przez setki lat. Skrzynia za skrzynią lądowały na rampie, tworząc coraz większy stos, a końca nie było widać. Uczniowie pocili się coraz bardziej w palącym słońcu. Żująca nieodłączną gumę tłumaczka Duon, która to wszystko zorganizowała, dopiero teraz uświadomiła sobie bezmiar zgromadzonych liczb. Setki skrzynek z dziesiątkami tysięcy kartek każda. Plon pracy wielu pokoleń matematyków w starej zakonnej świątyni przy lesie w Banxi. Ta ilość odbierała nadzieję na jakiekolwiek przeliczenie wszystkich zawartych w zbiorze danych.

– Świetnie. – Patte podszedł z boku. On również patrzył na rosnący stos, ale w przeciwieństwie do tłumaczki z wyraźną satysfakcją.

– Co świetnie?

– Pierwsza część danych już prawie rozładowana.

– Jak to pierwsza część?! – Duon o mało nie udławiła się gumą. – Ta ciężarówka to nie wszystko?

Matematyk spojrzał zdziwiony.

– To nawet nie jest wierzchołek góry.

– Bogowie... – Tłumaczka odruchowo użyła miejscowej formy, sklęła się w myślach i natychmiast poprawiła na polską modłę: – O Boże! Zaczynam żałować, że się w to zaangażowałam. Nasza koleżanka mnie zabije!

Patte spojrzał ponad jej ramieniem.

– Jeśli to ta kobieta, która się do nas zbliża, to tak stać się może – szepnął przerażony. – Ma w ręku łom!

Duon odwróciła się gwałtownie. Wyszyńska, która wyszła właśnie z szerokich drzwi magazynu, rzeczywiście niosła ciężki kawałek metalu.

– O kur... zapiał.

– Cześć. – Pani inżynier nie zamierzała nikogo pozbawiać życia. Podała rękę tłumaczce. – To ten matematyk, o którym mówiłaś?

Patte skłonił się dwornie. Coś jednak dręczyło go wyraźnie. Wysoka kobieta o nieprawdopodobnie białej skórze mąciła jego wyobrażenie o zamorskich mędrcach. Nie tak sobie ich wyobrażał. Wolałby rozmawiać z jakimś przepełnionym godnością starcem z siwą brodą. A ta tutaj była młoda, ładna i wyzywająco ubrana w króciutką miejscową tunikę. W dodatku miała bose stopy z paznokciami, o zgrozo, pomalowanymi na jaskrawą czerwień. Jak tancerka w burdelu, za przeproszeniem. Nowomodnym zwyczajem podali sobie ręce. Paznokcie na dłoniach, w których kobieta dzierżyła zabójcze narzędzie, również były pomalowane.

– No to zobaczmy, co zawierają te twoje skarby.

Wyszyńska pewnym ruchem wbiła łom pomiędzy deski najbliższej skrzyni. Kilka szarpnięć sprawiło, że przybite gwoździami wieko odskoczyło.

– Ciekawe, jak to zapisywaliście. – Wyjęła ze skrzyni jedną z pokrytych małymi znaczkami kartek.

– Już spieszę wyjaśnić – zaczął Patte przez ściśnięte wargi, ale nie dała mu dokończyć.

– Sama się zorientuję – ucięła. – A ty powiedz, co ci się we mnie nie podoba.

– Ależ skądże! – zaprzeczył gwałtownie matematyk. – Nic podobnego.

– No przecież widzę. – Nie odrywała oczu od kartki. – Co jest we mnie nie tak?

– No nie... no...

– Powiedz nareszcie.

Wyszyńska podniosła wzrok i zerknęła na jego speszoną twarz.

– Aha. Już rozumiem. – Powróciła do studiowania ciągów znaków. – Prawdziwy inżynier nie może być kobietą. Tak?

– No... – Patte skrzywił się, obawiając się jej reakcji na to, co zamierzał powiedzieć. – Przyznasz, pani, że inżynieria należy do kategorii zawodów „twardych”. Nie na kobiecą głowę coś takiego.

– Mizogin!

– Wiadome jest, że kobiety nie są stworzone do uprawiania nauk ścisłych, takich jak matematyka, która wszakże jest podstawą inżynierii.

 

– Rozumiem, że baby do garów odsyłasz. Co na to twoja żona?

– Nie mam żony, pani.

– Tak właśnie myślałam. – Wyszyńska zaczęła się śmiać i opuściła kartkę. – Niestety, zrozumiałam, o co chodzi w ciągach tych znaczków.

– Jakim cudem? – Matematyk wytrzeszczył oczy.

– Nie, nie mam pojęcia, jakie parametry opisują. Jest to zapis jakichś fluktuacji. A ja wiem, jak zaprogramować maszynę, żeby uzyskać krzywe periodyczne, o które zapewne ci chodzi. – Spojrzała na niego z kpiną. – Wiem, jak rozwiązać twój problem.

Matematyk nie mógł uwierzyć, że Wyszyńska zrozumiała notatki. Patrzył na wyzywająco ubraną kobietę z ogromną dozą niedowierzania.

– Chodźcie, pokażę wam, jak to działa. A tu każę przysłać kogoś z wózkiem widłowym, żeby przewiózł te skrzynie. Szkoda twoich uczniów do fizycznej roboty, będą potrzebni gdzie indziej.

Wyszyńska schowała kartkę z powrotem do skrzyni i poprowadziła ich do magazynu. Po przekroczeniu drzwi pierwszą rzeczą, która ich uderzyła, była panująca wewnątrz zdecydowanie niższa temperatura. Od razu poczuli ulgę.

– Wszystko jest chłodzone. Maszyny lampowe wytwarzają dużo ciepła, a same nie mogą się przegrzewać.

Weszli do niewielkiej sali, która okazała się szatnią. Tu musieli włożyć białe kitle, płócienne czapki i luźne buty, które ich przewodniczka nazywała kaloszami. Wyjaśniła, że ten sprzęt jest bardzo delikatny i należy unikać wnoszenia do pomieszczenia komputerów pyłu czy kurzu. Do następnej sali, jeszcze chłodniejszej i naprawdę wielkiej, wkroczyli więc już w przebraniu. Całą przeciwległą ścianę zajmowały ogromne szafy połączone ze sobą plątaniną grubych sznurów. Pod innymi ścianami natomiast ustawiono stoły zabałaganione mniejszymi i większymi skrzynkami.

– Nasz system komputerowy w całej okazałości.

Matematyk potrząsał głową.

– I to wszystko? – wyrwało mu się nagle.

– A czego się spodziewałeś? Kolorowych maskownic z migającymi lampkami jak w filmach science fiction? – żachnęła się Wyszyńska, po czym uderzyła dłonią we własne czoło. – Ach, wy nie wiecie, co to filmy.

– Ja wiem – odcięła się Duon. – Widziałam w kinie na okręcie film „Różowy liścik”.

– Sądząc z tytułu, nie traktował o matematyce wyższej.

– Był za to wzruszający.

Kobieta zaczęła się śmiać. Tłumaczka widziała już krokomierze i nawet poznała język programowania. Miała zdolności do wszelkich języków, nawet maszynowych.

Wyszyńska znowu zwróciła się do Pattego:

– Ponieważ przychodzi mi gościć tu wielu naszych oficjeli z jednej strony i waszych inżynierów z drugiej, którzy chcieliby wiedzieć, jak działa maszyna „myśląca”, kazałam sprowadzić z Polski dwie pomoce naukowe.

Poprowadziła ich do stolika, gdzie stały dwie niewielkie maszyny, z których zdjęto obudowy. Dzięki temu widać było cały wewnętrzny mechanizm z zębatkami, wałkami i metalowymi prowadnicami. Charakterystycznym elementem obu urządzeń były wystające z boków korby.

– Ta pierwsza to zwykła kasa sklepowa. Zdejmuje ze sprzedawcy obowiązek przeliczania należności. Potrafi dodawać, a także z powodu możliwości ustalenia kwot ujemnych odejmować, w przypadku jeśli klient się pomyli i zwróci część towaru.

Wyszyńska dotknęła jakiegoś przycisku i z dołu z brzękiem wysunęła się metalowa szuflada.

– Urządzenie ma nawet, jak widać, pojemnik do przechowywania pieniędzy, umożliwiający wydawanie klientowi reszty. Niestety, tę resztę ekspedient musi już obliczyć sam w pamięci albo na papierku, co sprzyja drobnym oszustwom i jest czynnikiem kryminogennym.

Wyszyńska zaczęła palcem wybierać odpowiednie przyciski.

– Jeden, zero, plus, jeden, pięć, równa się. – Pokręciła korbką, a z maszyny dobiegł głośny zgrzyt. – Proszę, dwadzieścia pięć. Zgadza się. Maszyna liczy w systemie dziesiętnym i jak widać, nie są to żadne czary.

Matematyk patrzył zafascynowany na urządzenie. Faktem jest, że pani inżynier miała rację. Widząc wnętrze maszyny, zyskiwało się absolutną pewność, że to nie żadna magia.

– Ta druga maszyna to już stopień wyżej, choć ciągle liczy w systemie dziesiętnym.

– To źle? – zapytał Patte. Prawdę powiedziawszy, nie znał żadnego innego systemu liczbowego, ale wielu rzeczy już się domyślał.

– Nie wiem, czy źle. Po prostu wolniej.

– Ona też dodaje?

– Ona wykonuje wszystkie proste działania matematyczne. To wyższa szkoła jazdy, maszyna dla księgowych. Masz ochotę ją sprawdzić?

– Tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt dzielone przez siedemnaście, razy dwa.

Wyszyńska przyciskała kolejne klawisze. Tym razem korbą trzeba było przekręcić kilka razy. Wynik jednak pojawił się błyskawicznie.

– Dwieście trzydzieści, przecinek pięćdziesiąt osiem.

– Zgadza się! – Podniecenie matematyka sięgało zenitu. – Choć nie wiem, co oznacza przecinek.

– To setne, musiałabym długo tłumaczyć. – Wyszyńska zmarszczyła brwi. – A ty obliczyłeś wynik w głowie czy po prostu pamiętałeś całe to działanie?

– Obliczyłem teraz.

Pani inżynier potrząsnęła głową w podziwie.

– Ja bym nie potrafiła. Cóż, jestem dzieckiem kieszonkowych kalkulatorów. – Uśmiechnęła się. – Dobrze. Skoro już wiemy, że to nie czary, chodźmy do właściwych krokomierzy. – Poprowadziła ich pod przeciwległą ścianę wielkiej sali. – Ten zestaw – wskazała ogromne, okablowane szafy z metalu – liczy już w systemie dwójkowym.

– To znaczy jakim?

– Takim, gdzie zamiast dziesięciu cyfr istnieją tylko dwie. Jedynka i zero. Mówiąc prościej, bo to już nie maszyny mechaniczne, tylko elektryczne: na danym wyjściu i wejściu jest prąd albo go nie ma. Jeden tak, zero nie.

– Niewiele rozumiem – przyznał matematyk.

– I nie o to chodzi, żeby tłumaczyć teraz zasadę działania mózgów elektronowych. Moim zadaniem jest przekonanie cię, że tu nie ma czarów, a jedynie procedury. Choć z Martwicą można nawet porozmawiać.

– Z jaką Martwicą?

– Tak nazwałam ten zestaw. No przecież maszyna nie żyje, a gada. Lepiej niż zombie. – Wyszyńska przyjęła radosny wyraz twarzy.

– Można z nią rozmawiać? – Patte odruchowo użył formy żeńskiej.

– Pewnie. Zadaj jej jakieś proste pytanie. Może nawet dotyczyć przyszłości.

Matematyk odchrząknął lekko.

– Jaka przyszłość czeka cesarstwo? – zapytał namaszczonym tonem.

Wyszyńska załamała ręce.

– No nie, człowieku. Tłumaczysz i tłumaczysz, a on dalej myśli, że to czary.

– Nie myślę – żachnął się Patte.

– A co miało oznaczać to pytanie?

Matematyk jakby zawstydził się lekko. W każdym razie opuścił oczy. Wyszyńska podeszła do podręcznej klawiatury.

„Martwica, jaka będzie jutro pogoda w Negger Bank?” – napisała.

Jedno z urządzeń z boku zaczęło ni to trzeszczeć, ni brzęczeć, wypluwając powoli kartkę papieru. Wyszyńska odczytała odpowiedź.

– Negger Bank, meteo, next. Temperatura trzydzieści cztery stopnie, ciśnienie tysiąc trzynaście, wiatr WSW (zachodni, południowo-zachodni), maksymalnie pięć kilometrów na godzinę, bezchmurne niebo. Nad ranem możliwość przestrzennej mgły.

– I to nie są czary? – wolał się upewnić matematyk.

– Nie. To wynik zastosowania wzorca pogodowego w oparciu o obserwacje zebrane z wielu punktów meteorologicznych.

– Aha – Patte wykazał się wielkim darem pojmowania rzeczy dla jego cywilizacji niepojętych. – Czyli maszyna nie odpowie na pytanie, czy boli mnie w tej chwili noga. Ale zbierając wszystkie dane o moim zdrowiu, powie, czy może mnie boleć noga w najbliższym czasie?

– Jesteś genialny – przyznała Wyszyńska, patrząc na niego z podziwem. – Mniej więcej tak. I powiem coś jeszcze: mimo twojej mizoginii będzie nam się dobrze współpracować, bo chwytasz w lot, co się do ciebie mówi.

Bardzo niski w stosunku do stojącej naprzeciw niego kobiety mężczyzna ukłonił się z szacunkiem.

– Powiedz mi, pani, co mam robić.

– Nadzoruj na razie swoich uczniów. Wydzielę dla nich osobny magazyn, tam będą przenosić dane z twoich kartek na karty perforowane. To bezmyślna czynność, da się to szybko zrobić jedną ręką.

– Ale przepisanie takiej ilości...

– Oni nie będą przepisywać. Będą dziurkować. Moi technicy w ciągu kilku dni skonstruują automat, który dokończy za nich całą pracę. Twoi uczniowie będą później już tylko podawać kartki do automatu. Myślę, że uwiniemy się w tydzień. Może krócej, przy zmianach i pracy całodobowej.

– A potem? – spytał wyraźnie podniecony.

– My tymczasem napiszemy wspólnie algorytm, który ja przerobię na zestaw komend dla Martwicy.

– I? Ona dokona obliczeń?

– Tak.

Matematyk przełknął ślinę. Najwyraźniej nie wiedział, jak zadać nurtujące go pytanie.

– A... czy to prawda, że ta maszyna jest w stanie zastąpić pracę miliona matematyków w ciągu kilku lat?

Wyszyńska zaskoczona wytrzeszczyła oczy. Najpierw milczała, a potem zaczęła się śmiać.

– Miliona matematyków w ciągu kilku lat? A kto ci naopowiadał takich bzdur?! O Boże! I ty wierzysz w takie kretynizmy? – Nie mogła opanować śmiechu. Uspokoiła się dopiero po dłuższej chwili. – Miliona matematyków w ciągu kilku lat – powtórzyła. – Posłuchaj mnie uważnie.

Mimo że w pomieszczeniu było dość chłodno, Patte otarł pot z czoła. A Wyszyńska dokończyła:

– Martwica potrafi zastąpić miliard matematyków w ciągu minuty.

Rozdział czwarty

To nie był dobry dzień dla Nazgaja i Szymkiewicza. Wysokość, którą mieli osiągnąć, nie była nawet taka duża, ale wiatr nie odpuszczał od rana. W swoich supernowoczesnych kombinezonach i kurtkach wykonanych w najbardziej wyrafinowanych technologiach, jakie znała cywilizacja, czuli się, jakby mieli na sobie zwykłe wiatrówki, w których mamy wypuszczają swoje dzieci na szkolną wycieczkę do lasu. A w dodatku trawers zdawał się nie mieć końca. Dobrze tylko, że z tlenem nie było kłopotu. Obciążeni sprzętem szpiegowskim i tak nie daliby rady wspiąć się wyżej. Ledwie szli, ciągnąc nogę za nogą. Pieprzona armia! Kazali im dźwigać nawet pistolety z kompletem amunicji.

– Debile! – syczał Nazgaj na każdym postoju pod adresem sztabu Wojska Polskiego. – Co oni sobie wyobrażają? Że jeden alpinista będzie strzelał w górach do drugiego alpinisty?

– Nie jesteśmy teraz sportowcami, tylko żołnierzami. Raczyłeś rzucić okiem na swoją kartę mobilizacyjną?

– Ale ja nie umiem strzelać!

– W razie czego strzelisz sobie w głowę, żeby im tajemnic żadnych nie zdradzić. To każdy potrafi.

– Nie znam żadnych tajemnic.

– Ty normalnie mnożysz trudności.

Szymkiewicz wyjął z plecaka mocną lornetkę, kolejny zupełnie niepotrzebny zazwyczaj element wyposażenia, które tak bardzo im dziś ciążyło. Guma otaczająca okulary zamarzła i nie można było przytknąć ich do oczu, co bardzo utrudniało obserwację.

– I co? – spytał Nazgaj niewyraźnie, bo wepchnął do ust cały baton energetyczny.

– Wygląda na to, że wywiad miał rację.

– No nie mów!

– A jednak.

Szymkiewicz podał lornetkę koledze. Nazgaj zgodnie z instrukcją nie wyrzucił opakowania po batonie, tylko schował pieczołowicie do kieszeni plecaka. Powiedziano im wyraźnie: żadnych śladów! Nawet w przypadku potrzeb fizjologicznych wszystko do specjalnego pojemnika i ze sobą na dół – niczego po sobie nie zostawiać. Współczesny wihajster, który znaleźli podczas jednej z poprzednich wypraw, musiał dać sztabowcom dużo do myślenia. Nikt nie chciał popełniać błędów przeciwnika.

Nazgaj wspiął się na najbliższy nawis skalny, który stanowił świetny naturalny punkt obserwacyjny. Ułożył się wygodnie i przyłożył okulary do oczu. Najpierw syknął z bólu od przymrożonej gumy, potem zaczął kląć.

– Widzisz?

– Widzę, widzę, ale blisko!

– Specjalnie tak ukryli w żlebie.

– Niby kogo się można bać na takiej wysokości?

Szymkiewicz wzruszył ramionami.

– Na przykład nas – mruknął. – Albo takich jak my.

Wysunął głowę nad nawis. Teraz, kiedy wiedziało się, gdzie patrzeć, można było gołym okiem dostrzec ledwie widoczne stalowe szyny ciągnące się od strony szczytu gdzieś w dół. Konstrukcja zupełnie nieprawdopodobna. Wydawałoby się: niemożliwa do zbudowania. Jak użytkować stalowe szyny w tych temperaturach? Jak wnieść te wszystkie elementy na tak dużą wysokość? Jak prowadzić konserwacje przy niedoborze tlenowym? Konstrukcja wydawała się niemożliwa do zbudowania, a jednak tam była. Wyraźnie widoczna.

 

– Dostrzegłeś jakichś ludzi?

– Nie.

– A jakiekolwiek schronienie?

– Też nie.

Szymkiewicz kiwnął głową.

– No to co? Chodźmy i sprawdźmy.

Nazgaj zaczął powoli schodzić ze skalnego nawisu.

– Czy mam wyjąć pistolet? – usiłował zakpić z armijnych pomysłów.

– Skoro nie ma żadnych ludzi, to po co? – Szymkiewiczowi nie było do żartów.

Od żlebu z dziwną konstrukcją dzieliło ich kilkaset metrów. Nie usiłowali nawet iść w jakiś szczególny, ostrożny sposób. Nie mogło tutaj być żadnych wartowników. Nikt nie wytrzymałby w takich warunkach wystarczająco długo, żeby przypilnować czegokolwiek.

A jednak kiedy zbliżyli się wystarczająco, udało im się dostrzec coś w rodzaju małej budki albo wielkiej skrzyni. W zależności, jak to interpretować.

– Idziemy dalej? – spytał Nazgaj.

– To coś jest za małe, żeby mógł tam siedzieć człowiek.

– No nie wydaje mi się.

– Podejdźmy. Jeśli ktoś tam jest, to i tak już nas widzi.

Ruszyli w dalszą drogę. Wiatr utrudniał poruszanie się nawet stosunkowo wygodnym trawersem. Przebycie pozostałych kilkudziesięciu metrów zajęło im ponad kwadrans. Szymkiewicz pierwszy dotarł do tajemniczej konstrukcji.

– To stacja techniczna. Są jakieś zawory i mechanizmy.

– W życiu takich szyn nie widziałem. – Nazgaj sprawdzał rękawicą metalowe elementy. – Są trójkątne!

– A widzisz. Teraz wyjaśniło się, dlaczego to wszystko działa w tak niskich temperaturach.

– Dlaczego?

– Popatrz. Poszczególne elementy szyn nie stykają się ze sobą i dzięki temu nic nie pęka. – Szymkiewicz postawił nogę na szynie. – Dopiero ciężar wagonika dociska łącza. A nie mogli w tych warunkach zainstalować gumowych uszczelek, no to ich nie zamontowali.

– Skąd ty możesz wiedzieć takie rzeczy?

– W cywilu jestem inżynierem. Co prawda konstrukcji mostowych, ale zasady są przecież takie same.

– I co? Wózek nie spada, bo szyny się uszczelniają pod jego ciężarem?

– No. Mniej więcej.

– To pieprzony majstersztyk.

– Zaprojektowany przez jakiegoś amerykańskiego geniusza.

Nazgaj gwałtownie poderwał głowę.

– Skąd wiesz, że to Amerykanin?

– Zgaduję. Ale z całą cholerną pewnością to coś wyprodukowano w Ameryce.

– Skąd wiesz? – powtórzył Nazgaj.

– Patrz tu. Tędy biegnie rura, którą prawdopodobnie tłoczono tlen albo powietrze dla ludzi, którzy to montowali. Tu w budce masz zawory, do których można podpiąć przewody do oddychania.

– I my też możemy podpiąć nasze maski?

– Nie. My mamy przekroje centymetrowe, a tutaj są calowe. Koniec pieśni. Nie pasują, bo to coś pochodzi z USA.

– No tak. Jeden z nielicznych krajów, które stać na coś takiego.

– Nie sądzę, żeby to było przedsięwzięcie rządowe. Wtedy obowiązywałaby podstawowa zasada oszczędności wszystkiego. A tu jest wszystkiego nadmiar.

Szymkiewicz wskazał na zdwojone zegary do pomiaru ciśnienia w rurze, zapasowe układy hydrauliczne i całą masę innych urządzeń, których konstruktor, sądząc choćby po złotych wtyczkach elektrycznych, nie liczył się z opinią księgowej. Zrobił najlepiej, jak umiał.

– No szlag! A jak to jeździ?

– Nie mam zielonego pojęcia. Zróbmy dokładne zdjęcia, a już nasi inżynierowie w bazie się domyślą. Jaki jest napęd, jakie maksymalne gabaryty możliwych do przewiezienia ładunków, jaki jest ich ciężar.

– Na podstawie samych zdjęć?

Nazgaj wyjął potwornie ciężki, zważywszy na warunki przenoszenia, aparat fotograficzny. Musiał zdjąć zewnętrzne rękawice, żeby móc przygotować go do pracy.

– Każdy inżynier myśli tak samo.

– No fakt. Skoro już nasi zgadali się z miejscowymi po tej stronie gór, to rzeczywiście. Zasady w każdym ze światów te same.

Szymkiewicz wyjął z plecaka metrówkę i zrobił podstawowe pomiary. Trójkątne szyny! Pierwszy raz w życiu widział coś takiego. Ale nawet on, przyzwyczajony do projektowania czegoś zupełnie innego, domyślał się, skąd ten kształt. Żeby kruszyć lód pod ciężarem wagonika. Miał pewność, że chłopaki w bazie domyślą się całej reszty, choć żaden z nich ani razu nie postawił nawet stopy w tych górach. Sam był pod wrażeniem kolejki przez szczyty Gór Pierścienia. No ale jak się nie miało do dyspozycji ładunków nuklearnych, pozostawał aż tak dramatyczny wyczyn klasycznej inżynierii stosowanej.

– Pospieszmy się – powiedział Nazgaj. – Czas wracać, a przecież nie możemy zejść w pobliżu tych torów.

– Ano nie możemy.

Szymkiewicz, wyrwany z rozmyślań nad cudem konstrukcji, którą miał przed oczami, przez chwilę nie mógł się pozbierać.

– Nie martwi cię, że tym razem nie będzie doli do podziału?

– A szlag z tym. Szok, który wywołamy w sztabie, wart wszystkiego. Dałbym dużo, żeby zobaczyć ich miny.


– Żołnierze! – krzyczała do swojej kompanii nowa, przydzielona im właśnie porucznik. Miała rude włosy, co nie wróżyło dobrze, małe czarne oczy, co wróżyło jeszcze gorzej. Nie sprawiała wrażenia weteranki, co było w istocie najgorsze. No ale na pewno została świetnie wyszkolona w nowoczesnych metodach walki i sposobach postępowania ludzi zza Gór Bogów. Nawet z całą pewnością, bo co chwila używała słów, których nikt nie rozumiał. Jednak czy ta znajomość obcych pomoże jej w dowodzeniu ludźmi na polu walki? Weteranki z różnych pól bitew szczerze w to wątpiły.

Cała kompania stała właśnie obok trzech czołgów i trzech ciężarówek zaparkowanych przy drodze na skraju lasu. Kapitana im jeszcze nie przydzielono. Pozostałych dwóch poruczników również. A to znaczyło, że ruda sama jedna będzie musiała ogarnąć całą kompanię, prawie sto dwadzieścia dziewczyn bardziej od niej doświadczonych w boju. A miała do pomocy jedynie sierżantów.

– Żołnierze! – darła się ruda, żeby słyszały ją nawet te w tylnych szeregach. – Dzisiaj wkraczamy na teren wroga. Tak, dobrze słyszałyście. Jedziemy na poligon, który znajduje się w Wielkim Lesie. A to jest teren potworów. Niebezpieczeństwo będzie prawdziwe, życie można stracić w jednej chwili.

Porucznik rozglądała się, chcąc sprawdzić, jakie wrażenie wywarły jej słowa. Foe i Naan również zerkały w bok, ale nie na koleżanki, tylko na polskich czołgistów palących papierosy przy swoich maszynach. Byli tak ewidentnie znudzeni, że powiedziało to dziewczynom wszystko. Niebezpieczeństwo istniało tylko w głowie pani porucznik. A ta wykrzykiwała swoje rewelacje dalej:

– Wielu z was wydaje się, że potwory zostały spacyfikowane przez wojsko naszego sojusznika. Nic bardziej mylnego. Potwory podkradają się, żeby razić strzałami z ukrycia, organizują zasadzki i mordują, jeśli tylko nadarzy się jakakolwiek okazja. Pamiętajcie! W tym lesie zabito cały Korpus Ekspedycyjny Cesarstwa! Cały korpus zginął tutaj. Nie bądźcie głupie i nie dajcie się zabić!

Polacy dalej nie zwracali uwagi na gadanie rudej. Żartowali sobie niespiesznie z dziewczynami z własnych załóg. Ta dywizja w ogóle była szczególna. Całość „siły żywej” stanowiły weteranki z cesarskiej armii. A sprzęt techniczny obsługiwany był „pół na pół”. I tak każdy z czołgów miał mieszaną załogę. Dwa stanowiska dowódcze to Polacy, trzy inne to szkolące się dziewczyny. I jak było widać na załączonym obrazku, mieszane załogi zżywały się błyskawicznie.

– Tam, między drzewami, kryje się prawdziwy wróg. Dlatego wydano wam ostrą amunicję. Dlatego macie kamizelki kuloodporne. Takiej kamizelki strzała z łuku nie przebije. Waszych hełmów również nie. Ale to nie znaczy, że jesteście nieśmiertelne! Pamiętajcie o tym.

Foe schowała się za Naan i oparła czoło o kark siostry.

– Muszę się trochę zdrzemnąć na stojaka. Pomóż mi.

– Znowu całą noc grałaś w kości?

– Mam dzięki temu manierkę pełną wina. Przecież się podzielę.

– No to śpij.

Stary garnizonowy sposób sprawdzał się i tutaj. Od zarania wojskowości każdy oficer pod każdą szerokością geograficzną miał dar wymowy i lubił przemawiać do swoich ludzi, naiwnie sądząc, że go słuchają.

– Żołnierze! Jedziemy teraz na poligon, gdzie przećwiczycie wszystkie procedury nowoczesnego pola walki.

O czym ona mówi?

– Nauczycie się wszystkiego o koordynacji różnych rodzajów pododdziałów, środków ogniowych, a przede wszystkim wykorzystywania środków łączności taktycznej. Nauczycie się współdziałania z bronią pancerną, a także wykorzystywania bezpośredniego wsparcia ogniowego.

Polacy przestali palić i zaczęli wyraźnie się niecierpliwić. Pani porucznik zrozumiała, że nadszedł kres jej krasomówczych popisów. Kazała plutonami zajmować miejsca w ciężarówkach. Z każdego wydzielono po dwie dziewczyny do obsługi czołgów. Naan coś tknęło, przypomniała sobie jeden ze swoich snów i oniryczną rozmowę z chłopakiem, który nigdy nie przychodził na jawie. Zgłosiła siebie i Foe na ochotnika.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?