Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 86,08  68,86 
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audio
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audiobook
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na szczęście nie cała ekipa rozsiadła się wokół prowizorycznej kuchni i nie zaczęła się czcza gadanina. Przy ogniu, naprzeciw gospodarzy, usiadło poza Goldwynem tylko dwóch mężczyzn, których kapitan przedstawił jako scenarzystę i reżysera.

– Wybaczą państwo moją obcesowość – zaczął Goldwyn, kiedy już usiedli. – Ani o zdrowie nie zapytałem, ani wrażeń i relacji z podróży nie złożyłem. Ani, prawdę mówiąc, ciekawostek ze świata nie przywiozłem, tylko tak jakoś od razu do rzeczy przeszedłem.

Najwyraźniej nie czekał na odpowiedź, bo pyknął dymem z brązowego śmierdziela i kontynuował:

– Wybaczcie. Za długo siedziałem w Ameryce i przesiąkłem tamtymi zwyczajami, które sprowadzają się do tego, że jak wspólny biznes jest do zrobienia, to trzeba go zrobić, a nie głowy głupstwami zawracać.

– A jaki mamy wspólny interes?

– Wspólny cel. Przepraszam, źle się wyraziłem.

– Dalej nie rozumiem.

Shen nie bardzo wiedziała, co myśleć o tym człowieku. Na pewno wysłał go Rand, albo przynajmniej zaaprobował jego przyjazd. Inaczej przecież przybysz nie zdołałby ich odnaleźć w żaden sposób. Ale jednocześnie sam Rand nie uprzedził jej o tej wizycie. To dałoby się jeszcze zrozumieć. Mógł nie mieć czasu, sprawa była niezwykle pilna. Parę innych przyczyn dałoby się jeszcze wymyślić. Dlaczego jednak nie przysłał listu wraz z Goldwynem? Pozostawił decyzję wyłącznie jej i nie chciał na nią wpływać? To bardzo nie w stylu Randa. Mogła być w takim razie inna przyczyna. Rand poznał Goldwyna i uznał, że on sam zostanie najlepszym swoim ambasadorem. I że sam załatwi wszystkie sprawy bez niczyjej pomocy.

– Sprawa jest bardzo prosta – powiedział Goldwyn. – Chcę nakręcić film o pani i pani partyzantach. Chcę pokazać ludziom prawdę o tym, co się dzieje.

– I gdzie go pan będzie pokazywał?

– Na forach, pod bramami, na targach i na rynkach wszystkich miast. Zorganizujemy ekipy objazdowe, które będą urządzać pokazy ruchomych obrazów.

– Ruchome obrazy o działaniach partyzantów? – upewnił się Kadir.

– Tak. – Producent z radosnym uśmiechem schylił głowę. – Nie inaczej.

– I nasza najukochańsza pani cesarz na to wszystko pozwoli? – W głosie rusznikarza pobrzmiewała kpina. – Zupełnie legalnie udzieli pozwolenia na pokazywanie partyzantów, którzy jeszcze nie znajdują się na szubienicach?

– Ależ to pomysł samej cesarzowej!

Goldwyn odchylił się na płóciennym krzesełku, którego metalowe podpory zatrzeszczały złowieszczo. Z satysfakcją obserwował bezbrzeżne zdumienie malujące się na twarzach jego słuchaczy. Pierwszy zorientował się Kadir.

– Czy mógłby pan wyjaśnić szczegóły tej mistyfikacji?

Producent filmowy obruszył się lekko.

– Ach, nie lubię tego słowa. Zaraz mistyfikacja? Wszystko dosłownie możemy tak nazwać, jeśli się uprzemy. Na przykład: jestem oficerem marynarki wojennej czy nie? No jestem. Wszystkie papiery mam w porządku, wszystko zgodnie z procedurami. A ponieważ opieprzano mnie, że nie umiem salutować do czapki, to zamieniłem czapkę z orzełkiem na słomkowy kapelusz. Wolno mi. Oficer na przykład nosi przy pasku pistolet. Ja też noszę. Ale strzelać nie umiem i w ogóle jestem pokojową naturą, więc mój pistolet jest z gumy. Nie wypali. – Goldwyn wyjął swoją broń z kabury i dał im pomacać. Pistolet rzeczywiście był miękki w dotyku i tylko z grubsza przypominał prawdziwą broń. – Wziąłem z rekwizytorni – wyjaśnił filmowiec. – Czasami scenariusz przewiduje, że aktora trzeba uderzyć kolbą w głowę, a przecież nawet kaskadera nie wolno bić metalem po łbie. Tak więc wziąłem sobie broń z gumy i czuję się bezpiecznie.

Pyknął kilka razy gęstym dymem i wrócił do tematu.

– Jestem więc mistyfikacją czy nie? No nie. Jestem prawdziwym oficerem powołanym według prawdziwych procedur. Ale... jeśli się uprzeć, to wszystko jest we mnie fałszywe. Nawet pistolet. Czy można mnie zatem nazwać mistyfikacją? – Wzruszył ramionami. – Można. To tylko kwestia wyboru.

Kadir zaczął się śmiać.

– I rzeczywiście można u was każdego powołać pod broń? – zapytał. – Choćby i gumową?

– Owszem. I robiono to w razie potrzeby wiele razy. Werbowano przymusowo kolejarzy, pilotów transportowych, kierowców, traktorzystów, ba, Francuzi powołali raz nawet taksówkarzy. A teraz Wojsko Polskie potrzebowało filmowca, to zamiast zapłacić mu godziwe honorarium, posłali z przymusu w kamasze! No... w oficerskie lakierki przynajmniej. Tyle podstawowej przyzwoitości zachowali. Z Ameryki mnie ściągnęli kartą mobilizacyjną!

– Widać z tego, że na miejscu nie było tak wielkiego fachowca. – Rusznikarz zdecydował się na komplement, bo Goldwyn wydał mu się ogromnie zabawny. No i był miłą odmianą po całym ciągu ponurych dni, gdzie tylko chwile dzieliły ich od ogarnięcia przez wojska imperium.

– Wybaczcie, że wam przerwę. – Shen koniecznie chciała zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. – Jakim cudem cesarzowa zgodziła się na pokazywanie w miastach ruchomych obrazów, na których widać będzie partyzantów?

– A to bardzo proste. Pan komandor Rosenblum, jako oficer łącznikowy przy pałacu, pokazywał cesarzowej kroniki filmowe. Pokazał między innymi orędzie królowej brytyjskiej, przemówienie prezydenta USA, czy choćby mowę wigilijną premiera RP. Cesarzowa zapytała, czy sama też mogłaby przemówić do ludu. Bardzo ją taka możliwość zafascynowała. Rosenblum nie czuł się kompetentny.

– I zaproszono pana admirała Wentzla na konsultacje?

– Doskonale się pani orientuje w układach w Negger Bank. – Goldwyn skłonił się z uznaniem przed Shen.

– Nie. – Dziewczyna zaprzeczyła ruchem głowy. – Znam po prostu szachrajskie metody wywiadu marynarki.

– Czyżby jakieś osobiste doświadczenia?

– Wie pan, to robi duże wrażenie, kiedy marynarka wojenna bawi się na raucie u cesarzowej z okazji podpisania sojuszy, a w tym samym czasie bardzo niedaleko dostarcza nam kutrami broń. Takie pragmatyczne podejście do wszelkich spraw wywiera naprawdę duże wrażenie.

Goldwyn rozłożył ręce w geście „to nie ja”.

– Pan admirał Wentzel – podjął – podszedł entuzjastycznie do sprawy. Poddał nawet pomysł, że poza orędziem do narodu cesarzowa powinna wyjaśnić obywatelom przyczyny obecnego kryzysu i dramatycznej sytuacji ekonomicznej cesarstwa. Na filmie powinni się znaleźć wichrzyciele i partyzanci, trzeba pokazać ich zbrodnie i okrucieństwa i wyjaśnić, że to przez nich jest źle.

Shen przygryzła wargi.

– A gdzie tkwi haczyk? – spytała. – Dlaczego ściągnięto z daleka właśnie pana?

Producent uśmiechnął się lekko.

– Oni wiedzą, że Samuel Goldwyn jest najlepszy w branży. Nie w Polsce. Nie w USA. Jest najlepszy na świecie. I ja im zrobię film propagandowy... najlepszy na świecie.

– I na nim będą okrucieństwa partyzantów? Scena, jak morduję aktorkę Mene?

– Tak. – Z twarzy Goldwyna nie schodził uśmiech. – Widzi pani, lud tutaj nieskory do słuchania słów. Wie, że władza kłamie. Ruchome obrazy zobaczy jednak po raz pierwszy. I co? Ano lud usłyszy, jacy to partyzanci źli i że przez nich bieda. Ale... czyż przedtem biedy nie było? Była. I nikt się ludowi nie tłumaczył.

– Sprytne. – Shen potrząsnęła głową. – A co lud zobaczy?

– Zobaczy wiele. Obłędne bogactwo cesarzowej. Zobaczy pałac, wnętrze, góry jedzenia, stroje wysoko urodzonych, z bliska po raz pierwszy w życiu. Zobaczy niezmierzone dobra i luksus, w jakim żyją nieliczni. A także zobaczy prawdziwych partyzantów. Pani twarz jest znana przecież z listów gończych. A teraz ludzie zobaczą, jak pani wygląda naprawdę. I zobaczą, że jest pani skuteczna.

– To rozumiem. Co innego mówią, a co innego widać.

– Tak jest! W rzeczy samej. Ponieważ musimy się liczyć z cenzurą, będziemy działać według zasady „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”. Ale proszę mi zaufać. Lud to, co usłyszy, puści mimo uszu. A to, co zobaczy, będzie zawierało nasz przekaz, mimo okrucieństwa i drastycznych scen, których chcą cenzorzy. Doświadczenie mi mówi, że właśnie to zadecyduje o sukcesie, ale oni o tym nie wiedzą.

Goldwyn wyjął z kieszeni munduru metalową piersiówkę i pociągnął z niej wielki łyk. Potem znowu zajął się dymiącym świństwem w ustach. Zaczął wyjaśniać, że cała ekipa nie będzie obciążać oddziału partyzanckiego. Potrzebna jest tylko tutaj i tylko na jeden dzień zdjęciowy, podczas którego nakręcą kilka ujęć w dobrych warunkach i w dobrym oświetleniu. Nagrają też dźwięk, Mene w końcu jest profesjonalistką i będzie ładnie krzyczeć. Shen, choć ma miły tembr głosu, zostanie w studiu zastąpiona przez inną aktorkę, bardziej biegłą w akcentowaniu i grze głosem.

On sam też nie zabawi dłużej, musi wykonać swoją oficjalną robotę, czyli kręcić filmy na terenach, gdzie mogą w przyszłości toczyć się walki. Opowiedział im przy okazji o tej amerykańskiej metodzie. Nie przekonał nikogo. Za dużo nowych rzeczy naraz.

Powrócił więc do tematu głównego, mówiąc, że razem z partyzantami będą teraz podróżować jego trzej operatorzy wraz z trzema kamerami. I oni nakręcą oryginalny materiał z walk. Film musi być prawdziwy i oprócz jednego inscenizowanego tu fragmentu będzie się składał z autentycznego przekazu i obrazów prawdziwych walk.

– A jeśli w najbliższym czasie nie będzie żadnej walki? – zapytał Kadir.

– No jak nie? – obruszył się producent. – Przecież kiedy przekroczycie pas nadmorskich gór i znajdziecie się na ziemiach wewnątrz cesarstwa, to na pewno dojdzie do walk. A moi ludzie to sfilmują.

– Iść w głąb cesarstwa? – nie zrozumiała Shen. – Przecież tam się roi od imperialnych wojsk!

– Jest pani w błędzie. To tutaj się roi od imperialnych wojsk w tej chwili.

Zapadła cisza. I Kadir zrozumiał, że Goldwyn ma rację. Tak, wszystko, co się w granicach cesarstwa nadawało do boju, ściągnięto właśnie do Kong. To prawda. Olśniła go ta myśl.

 

– A poza tym walki w Kong nikogo nie obchodzą – ciągnął Goldwyn. – To za daleko. Nikt o tej prowincji tak naprawdę dotąd nie słyszał. Trzeba nieść płomień rewolucji do mainland! – użył sformułowania, którego ani Shen, ani Kadir nie pojęli wcale. – Uderzyć w sam środek, żeby ludzie wiedzieli, że to tuż obok nich.

– Gdzie uderzyć? – spytał Kadir.

– Przecież to samobójstwo – powiedziała Shen.

– Samobójstwem jest pozostawanie tutaj. Na ograniczonym terenie, gdzie roi się od imperialnych żołnierzy. A po tamtej stronie gór garnizony jeśli nawet są, to leniwe, rozlazłe, nieprzygotowane do jakichkolwiek działań od samego zarania cesarstwa.

– Fakt – potwierdził rusznikarz. – Tam nikt nie walczył już od tysiąca lat.

– Zwariowałeś. – Shen, zła nagle, odwróciła głowę.

Ale Goldwyn wiedział, jak ją udobruchać. Wyjął z podręcznej torby duże zdjęcie Shen i jakiś dziwny przyrząd do pisania.

– Czy mógłbym prosić o autograf? – Podsunął jej zdjęcie. Ładne.

– O co prosić? – nie zrozumiała. – I skąd pan to ma?

– Pewnie pamięta pani pilota z grupy transportowej, który fotografował się z panią w zimie. Kiedy usłyszał o filmie, sprzedał nam kilka odbitek. A ja chciałbym, żeby się pani na tym zdjęciu podpisała i oznaczyła je numerem jeden. Poniżej proszę napisać, że to pani pierwszy autograf w życiu.

Zdziwiona spełniła jego prośbę, choć z trudem. Kadir nie szczędził wysiłków, żeby nauczyć ją pisać, ale i tak nie mogła się powstrzymać przed przygryzaniem języka. Goldwyn podał zdjęcie Kadirowi.

– Czy mógłby pan potwierdzić autentyczność jako świadek?

Rusznikarz był równie zdziwiony jak Shen. Ale tak jak ona spełnił prośbę.

– I po co te podpisy? – zapytał.

– Och, marynarka usiłuje zaoszczędzić, płacąc mi nędzną oficerską pensję zamiast honorarium, więc sam muszę zadbać o swój zysk.

– Dzięki temu zdjęciu?

– Z autografem, i to pierwszym. Za kilkanaście lat sprzedam na aukcji za grube pieniądze!

– Moje zdjęcie za grube pieniądze?! – nie mieściło się Shen w głowie.

Goldwyn spojrzał na nią bacznie.

– No przecież właśnie robię z pani gwiazdę filmową – wyjaśnił, zaskoczony tym, że można nie pojmować tak prostych rzeczy.


Wiatrakowiec wyrównał po wykonaniu skrętu i dzięki łagodnemu ślizgowi znalazł się na osi zespołu operacyjnego złożonego z niszczyciela i towarzyszących mu statków. Ina pewną ręką operowała drążkiem. Chybotliwy, prowizoryczny pokład z tej wysokości przypominał bardziej roztańczoną na falach kartkę papieru, w którą trzeba trafić za pierwszym razem, i to podchodząc z dużą prędkością. Dziewczyna nigdy nie ćwiczyła tego manewru. A jednak ciężka maszyna schodziła, jakby prowadzona stalową liną łączącą ją z namalowanym na deskach lądowiska celownikiem.

– Może wykonamy próbny krąg przed lądowaniem? – Tomaszewski, czując lekki niepokój, odważył się zadać to pytanie. W końcu dziewczyna drugi raz w życiu prowadziła wiatrakowiec, a manewr był wyjątkowo skomplikowany.

– A po co? – rozległo się w słuchawkach.

– No... Takie lądowanie sprawia wiele problemów nawet fachowcom od lotniskowców.

– Sądzisz, że nie jestem fachowcem?

Błąd. Podrażnił jej ambicję.

– Nie no, myślałem, że trzeba sprawdzić, skąd wieją wiatry.

– Marynarzu – spojrzała na niego ostro – w przeciwieństwie do piechociarzy ty może i wiesz coś tam o wiatrach. Ale tych tam, na dole! Do wiatrów na górze nie mieszaj się, proszę.

– A ja się od razu przyznam – w słuchawkach odezwał się Siwecki. – Ja po prostu się boję.

– Trzeba było z nami nie lecieć.

– Daj spokój. Siedzenie w tym lesie było jak zesłanie.

– A my potrzebowaliśmy lekarza – uciął Tomaszewski. – Teraz nie narzekaj. Albo skaczesz ze spadochronem i czekasz, aż cię wyłowią, albo nie rozpraszaj mi pilota.

– On mnie nie rozprasza – powiedziała Ina spokojnie.

Ledwie muskała lewą dłonią manetkę gazu. Jej druga ręka, oparta na drążku, również zdawała się nie wykonywać praktycznie żadnych ruchów. A mimo to maszyna łagodnie schodziła do lądowania. Jednym ciągiem, bez żadnej korekty położenia, nagle znaleźli się nad deskami pokładu i praktycznie w tej samej chwili dotknęły ich koła wiatrakowca. W samym środku namalowanego białą farbą celownika. Maszyna potoczyła się jeszcze kilkanaście kroków, a kiedy zatrzymała się nareszcie, z boku podskoczyli marynarze, żeby za pomocą podnośnika przesunąć ją na miejsce postoju.

– Wysiadamy. – Tomaszewski z ulgą rozpiął pasy.

– Ziemia! Ziemia! – Siwecki również z ulgą dotknął stopami pokładu.

– Chciałbyś. Nieźle kołysze.

– Panie komandorze! – Czekający na nich chorąży wykonał przepisowy salut. – Proszę za mną.

– Do kapitana?

– Zespołem dowodzi komandor. Pan kapitan nie będzie chwilowo obecny.

Cała trójka ruszyła za chłopakiem w nienagannym mundurze. Nawet nie musieli schodzić na pokład właściwy. Lądowisko zostało połączone specjalnym podestem z nadbudówką. Jedyną przeszkodą był komin, który należało obejść.

– Tędy. – Chorąży otworzył metalowe drzwi. – Uwaga na głowy!

I komu on to mówił? Obaj przybysze byli przecież marynarzami. A Ina z kolei była tak niska, że nawet podskakując przy każdym kroku, nie zdołałaby zawadzić o cokolwiek głową. Ale faktem jest, że pod sufitem pociągnięto sporo dodatkowych kabli na specjalnych stelażach. Nic dziwnego. To była misja specjalna i Tomaszewskiemu nie umknął fakt, że na przybudówkach niszczyciela zamontowano kilka specjalistycznych masztów antenowych, których macierzysta stocznia nie przewidziała.

Tu zresztą Ina musiała zostać i poczekać. Wstęp dalej przewidziany był tylko dla oficerów.

Na mostku spotkała ich niespodzianka. Obok komandora dowodzącego zespołem czekała Melithe. Nawigator, z którym Tomaszewski i Siwecki przepłynęli całą trasę do Negger Bank na pokładzie jachtu. Uśmiechała się tak radośnie, że zachodziła obawa, że rzuci im się w ramiona. Jednak wojskowy rytuał nie pozwalał na takie rzeczy.

Zasalutowali obaj komandorowi Radziszewskiemu, starszemu mężczyźnie, który dotąd pełnił w sztabie rolę koordynatora planów operacyjnych. To wysoka pozycja. I zdaje się, że w związku z tym obecna wyprawa zespołu nie była zwykłym zwiadem. Z tym poradziłby sobie ktoś daleko niższy i rangą, i doświadczeniem.

– Panowie oficerowie.

Opuścili dłonie. Zaczęła się bardziej nieformalna część powitania, choć Radziszewski i tak skrócił ją do minimum, od razu przechodząc do sedna sprawy.

– Znają panowie założenia operacyjne mojego zespołu? – zapytał.

– W sztabie wspominano coś o zwiadzie – odezwał się Tomaszewski.

– Zwiad? – roześmiał się Radziszewski. – To chyba polityczny.

Siwecki zerknął na komandora zdziwiony.

– Czy my wyglądamy na polityków?

– A nie? – Dowódca zespołu popatrzył na nich z lekkim odcieniem kpiny. – To, że przysyłają nam oficera wywiadu, to nic dziwnego. Ale akurat pana?

– No tak. – Tomaszewski domyślił się błyskawicznie, o co Radziszewskiemu chodzi. – Mam za wysoką rangę, jak na zwykłego zwiadowcę. Teoretycznie mógłbym nawet prowadzić rokowania w imieniu floty. Ale tu z kolei moja ranga jest za niska, żeby moje słowa były dla sztabu wiążące.

– Prawda? – zgodził się z uśmiechem Radziszewski. Wyraźnie spodobała mu się domyślność rozmówcy. – Wygodna sytuacja. Pewnie admirał nakarmił pana nawet zapewnieniami, że może pan się zaangażować w konflikt zbrojny, gdy uzna pan, że zaszła taka potrzeba.

Teraz Tomaszewskiemu spodobała się domyślność i przenikliwość dowódcy. Tak przecież w istocie było. Choć on sam podczas ostatniej rozmowy z oberwujkiem potraktował to raczej jako żart. Ale w żartach czy na poważnie, taka uwaga padła. Istne curiosum, jeśli ktoś nie był przyzwyczajony do przesadnego stylu wyrażania się Wentzla.

– Rzekłbym, majstersztyk sztabowej polityki. Rzucono tu pana jak, proszę wybaczyć porównanie, groźnego psa z długimi zębiskami. Jeśli się pan z kimś pogryzie i będzie z tego korzyść, to dobrze. A jeśli strata... To przecież tylko pies. To nie my.

– Coś w tym jest. Ale idąc tokiem pańskiego rozumowania, to pan, jako mój obecny dowódca, też proszę o wybaczenie, to hycel, co w razie czego ma mocno trzymać moją smycz.

Siwecki skurczył się w sobie. Melithe gwałtownie opuściła oczy. Nazwanie dowódcy zespołu operacyjnego hyclem było przekroczeniem wszelkich możliwych granic.

A jednak Tomaszewski dobrze wyczuł Radziszewskiego. Komandor zaczął się głośno śmiać. A potem wycelował w swojego rozmówcę palcem.

– Czuję, że będzie nam się dobrze współpracowało. Nie jest pan drewnianym kołkiem ani, będę szczery, protegowanym krewnym, jak sądziłem. Cieszę się naprawdę.

– Ja również.

– No i w jednym ma pan rację. Cokolwiek pan nawywija, odpowiedzialność spadnie na mnie.

– Spróbujmy więc nie nawywijać za bardzo.

Siwecki, słysząc te słowa, odetchnął głębiej. Melithe również podniosła wzrok i uśmiechnęła się ponownie.

– Pozwolą więc panowie, że zapoznam was z zadaniami naszego zespołu.

Radziszewski podszedł do stołu z mapami. Zasadniczo leżały tam dwie płachty. Polska mapa morska, a właściwie to jedna wielka biała plama, na której dopiero nanoszono oznaczenia. Oraz coś, co było chyba szkicem dokonanym na podstawie odręcznych rysunków, które Tomaszewski zrobił z Iną w jej twierdzy.

– Teoretycznie jesteśmy zespołem realizującym głęboki zwiad na zupełnie nieznanych akwenach. Ale ilość prac nawigacyjnych, które nam zlecono, znacznie przekracza normalny zakres. No i sam skład zespołu...

– Niszczyciel przerobiony na „półlotniskowiec” to ciekawy pomysł.

– A tak. Choć cudem jest, że żaden z pilotów wiatrakowców jeszcze nie zginął.

Tomaszewski zdawał sobie sprawę, że na pokładzie niszczyciela jest po prostu za mało miejsca. Latające maszyny i tak trzeba było zdejmować z lądowiska specjalnym dźwigiem i ustawiać... właśnie, gdzie? Gdzie się dało. Przecież hangarów żadnych być nie mogło. Na krążownikach, gdzie pokłady startowe mocowano nawet na wieżach artylerii głównej, dźwigów, jak i miejsca na pokładach nie brakowało. A i tak leciutkie samoloty były wodnopłatami i lądowały na powierzchni morza. Wiatrakowce nie mogły.

– A poza tym cyrkiem – ciągnął dowódca zespołu – mamy jeszcze ze sobą statek bazę imperialnych ścigaczy, kilka pełnomorskich łodzi patrolowych, tankowiec i parę statków z zaopatrzeniem. Pandemonium zaprawdę. To przecież nie jest zespół bojowy.

– Sztab szył, z czego miał – wyrwało się Siweckiemu.

– A ja widzę w tym pewną logikę – podjął Tomaszewski. – I teraz dopiero przekonałem się do racji pana komandora.

– W kwestii?

– Że to zwiad polityczny.

Siwecki rozłożył ręce.

– Powiedział pan, że mamy imperialne ścigacze?

– A tak. Bo w ogóle to przecież operacja marynarki wojennej cesarstwa. My tu z niszczycielem i zaopatrzeniem stanowimy jedynie ciało doradcze.

Z trudem panowali nad mięśniami twarzy, żeby nie zacząć chichotać.

– No... – Siwecki powoli rozmasowywał sobie wargi. – A jak dziewczyny ze ścigaczy radzą sobie na morzu? – zapytał, by trochę zmienić temat.

– A to nie są żadne dziewczyny – włączyła się Melithe, równie ubawiona „doradczą rolą” jak oni. – Otóż tysiąc lat temu zwycięskie Arkach narzuciło na terenach, które włączyło do tworzonego przez siebie imperium, swoją tradycyjną organizację sił zbrojnych z kobietami w roli głównej. Przypomnę jednak, że górskie Arkach nie miało w ogóle marynarki wojennej. I w związku z tym cała struktura została odziedziczona po Cesarstwie Luan.

– I na ścigaczach służą mężczyźni?

– Tak. – Melithe groźnie ściągnęła brwi. – Ale jeśli powiesz w związku z tym: „przynajmniej za to dziękujmy Bogom”, to nie ręczę za siebie.

– Kto ją zaraził feminizmem? – dziwił się Siwecki. – Miałaś jakiś kontakt z inżynier Wyszyńską?

Radziszewski wzruszył ramionami.

– Dotąd nie stwierdziłem u pani porucznik feministycznych odchyleń. Dała się poznać raczej jako wzorowy oficer nawigacyjny.

– Bo jeszcze pan komandor nie widział jej wkurzonej. My z Krzyśkiem musieliśmy przecierpieć w jej towarzystwie podróż na „Biegnącej z Bogami”.

 

Melithe miała minę, jakby chciała pokazać lekarzowi język. Powstrzymała się jednak. Wzajemna prezentacja języków nie była przewidziana przez żaden z regulaminów marynarki wojennej.

Tomaszewski zmienił temat.

– Czy w razie dotarcia do Tor Avahen sztab przewidział otwarcie jakichś zalakowanych kopert? – zapytał ostrożnie.

– W sensie: czy mam konkretne rozkazy na tę okoliczność? Nie. – Radziszewski był zupełnie szczery. – Natomiast mam pewne sugestie. Sztab jest bardzo zainteresowany archiwum tego ludu.

– Rozumiem.

Na stanowisku dowodzenia rozległ się cichy brzęczyk. Komandor zerknął na migającą czerwoną lampkę.

– O wilku mowa. – Uśmiechnął się. – Mam właśnie łączność ze sztabem. W takim razie to porucznik Melithe pokaże panom ich kwaterę. Ja muszę udać się do kabiny radia.

Obaj, Tomaszewski i Siwecki, przyłożyli palce do czapek. Po wyjściu dowódcy nie zdążyli jednak zrobić „spocznij”. Melithe, uwolniona od oficjalnego rytuału, rzuciła im się na szyje.

– O kurde! Ale się cieszę, że was widzę!

– Pani porucznik – Tomaszewski niemrawo usiłował się odsunąć – oficerowie Wojska Polskiego się nie całują!

– A przynajmniej nie publicznie! – dodał Siwecki.

– A tam! – Melithe machnęła ręką, nie zwracając uwagi na marynarzy wachtowych, którzy stali na mostku. – Trzeba odświeżyć skostniałe formy towarzyskie w waszej staroświeckiej i zmurszałej marynarce.

– To znaczy zapraszasz na winko? – domyślił się lekarz.

Roześmiała się.

– No chodźcie, chodźcie. Pokażę wam kajuty przy okazji.

– A powiedz tak szczerze. – Tomaszewski pochylił się jeszcze nad mapą. – Pan komandor wszystko nam powiedział?

– Zasadniczo tak. Może poza paroma szczegółami.

– Oświecisz mnie?

Nawigator wzruszyła ramionami.

– Wiesz, po mojemu to robimy mapy tak szczegółowe i tak zwracamy uwagę na badanie głębokości, że...

– Że co?

– Chyba badamy, czy będzie tu wystarczająco bezpiecznie dla lotniskowca.

Siwecki gwizdnął cicho.

– Sztab przewiduje już przyszłe operacje na tym terenie?

Odpowiedziała mu uśmiechem.

– To nie wszystko. Daleko przed nami operują łodzie patrolowe. Uwijają się po jakimś archipelagu. Ale nie zgadniecie, co mają na pokładzie.

– Co?

– Ekipy filmowe. Robią tam jakieś zdjęcia, rozdają tubylcom paciorki, pokazują im filmy...

– Żartujesz?

– Właśnie nie.

Tomaszewski westchnął ciężko.

– Naprawdę zachowujemy się tak, jakbyśmy już planowali tam jakieś operacje.

– A może to tylko dmuchanie na zimne?

Potrząsnął głową.

– Dobra. Tu i tak nic nie wymyślimy.

Siwecki, choć mapy niewiele go interesowały, skinął potwierdzająco. Obaj odczuwali już trudy podróży wiatrakowcem. Ciężko nawet było policzyć godziny, które musieli spędzić bez snu w bardzo niekomfortowych warunkach. Tomaszewski zatrzymał się jeszcze przed wyjściem.

– Słuchaj, Melithe, mam do ciebie prośbę.

– Tak?

– Tam, za drzwiami, czeka na nas Ina, dziewczyna z kraju, do którego właśnie płyniemy.

– No tak. – Nawigator, siląc się na powagę, przechyliła zawadiacko głowę. – Przywiozłeś języka z obcego kraju i oczywiście jest nim kobieta.

– Z kobiet najłatwiej wyciąga się informacje – wtrącił Siwecki.

– Najłatwiej czy najprzyjemniej? – odparowała Melithe.

Najwyraźniej od czasu wstąpienia w szeregi Polskiej Marynarki Wojennej wyostrzył jej się dowcip. A może po prostu coś się w niej odblokowało? Nie była już podlotkiem, w swoim smolistoczarnym mundurze wyglądała dostojnie i pięknie, najgłębszym pięknem w pełni dojrzałej kobiety. Była teraz pewna siebie, spokojna. Chyba chwyciła właśnie życie za rogi i trzymała mocno, pewnym chwytem, nie zamierzając puścić.

– Tę dziewczynę los rzucił w całkowicie dla niej obce otoczenie. Jest zagubiona, skołowana, nie do końca wie, co o nas sądzić. Wydaje mi się, że przeżywa szok kulturowy. Ale jest z twojego świata, może tobie łatwiej byłoby z nią porozmawiać?

– Rozumiem. Sądzisz, że my, barbarzyńcy, zawsze się jakoś dogadamy.

– No wiesz co? – Tomaszewski kiwał głową z politowaniem. – Po prostu spróbuj ją przekonać, że nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo.

– Zmuszasz mnie do poświadczenia nieprawdy?

– Co?

– No jak? – odpowiedziała pytaniem. – Dwóch młodych, zdrowych mężczyzn, ona z wami sama i mam jej wmówić, że nic nie grozi jej cnocie? O to chodzi?

Siwecki pokazał Melithe wyciągnięty do góry kciuk. Tomaszewski tylko machnął ręką.

– Dobra, pogadam z nią i przytulę do serca. – Nawigator otworzyła drzwi. – Najpierw jednak zaprowadzę was do kajuty.

Na korytarzu Tomaszewski podszedł do czekającej na nich Iny. Nie wyglądała na przesadnie zagubioną, lecz znał ją już dość dobrze. Potrafiła nieźle ukrywać swoje uczucia.

– Słuchaj, Inna, to okręt wojenny. Zakwaterują cię osobno, z dala od nas.

– Rozumiem.

– Postaram się jutro cię odnaleźć i sobie pogadamy. Ale gdyby coś się działo, gdybyś po prostu czuła się samotna, porozmawiaj z Melithe. To porucznik nawigator. – Wskazał palcem. – Ona ci powie, jak się z nią skontaktować.

– Rozumiem – powtórzyła Ina.

– Jakby co, to oczywiście wal do mnie, ale to nie mój okręt, nie ja tu rządzę. Może minąć sporo czasu, zanim ktoś mnie odnajdzie.

– Rozumiem – powiedziała po raz trzeci.

– No to do jutra. – Położył jej rękę na ramieniu. – Chyba że masz jeszcze jakieś pytanie.

Przytaknęła.

– Rozmawiałeś z dowódcą floty?

– No, to nie do końca ta ranga, ale można uznać, że tak. Rozmawiałem.

– A powiedziałeś mu o duchu, który nas prześladuje?

Tomaszewski aż się żachnął i odruchowo ściszył głos.

– Inna, zapamiętaj jedno – prawie szeptał. – W Wojsku Polskim nie ma duchów. Nie ma czarów. Nie ma zjawisk nadprzyrodzonych.

– No jak nie ma, jak są? – Dziewczyna najwyraźniej nie mogła zrozumieć.

– Już ci to tłumaczyłem. W Wojsku Polskim nie ma duchów. Chyba że chodzi ci o niezłomnego ducha naszego dowództwa, które ma zawsze rację.

– I nie powiemy o tym nikomu?

– Dla naszego własnego dobra, nie powiemy.


– No i masz, do czego doszłyśmy, kierując się klasycznymi wywiadowczymi procedurami. – Nuk, wściekła niczym osa, pokazywała palcem magazyny zagubione wśród łagodnych wzgórz. – No i masz!

Kai nie miała pojęcia, co powiedzieć. Przecież zrobiły wszystko tak, jak nauczono je na szkoleniu. Przy bazie głównych magazynów strategicznych szybko wyróżniły partię wozów o stosunkowo lekkim nacisku na koła, a więc takich, które powinny wozić rzeczy najważniejsze – żywność. Prześledziły trasę tych wozów i... No właśnie. I trafiły tutaj. Do pustawych, sądząc z niewielkiej liczby kręcących się wokół ludzi, magazynów, zagubionych gdzieś wśród porośniętych chwastami pagórków. Wokół nie było nic. Żadnego miasteczka, żadnej ważniejszej drogi, nawet rzeki. Pustka. Tylko chwasty o dziwnej rudawej barwie.

Co dziwniejsze, nie było też straży. Żadnych wież obserwacyjnych, pilnowanych ogrodzeń, ani nawet płotów. Nikt się tymi barakami nie interesował. Gdzieś we wnętrzu największego hangaru niespiesznie pakowano coś na wozy, które wyjeżdżały ospale na drogę prowadzącą do pilnie strzeżonych magazynów strategicznych w wojskowej bazie. I jak to wytłumaczyć? Co pakowano w tak sennej atmosferze na wozy? Dlaczego nikt nie pilnował okolicy?

Schodziły powoli ku środkowi doliny, gdzie przy jednym z baraków umieszczono palenisko, stanowiące jedyne źródło dymu w zasięgu wzroku.

– Albo mnie wzrok myli, albo aż z miasta przyszłyście! – Zwalisty, tłusty mężczyzna gramolił się z hamaka rozwieszonego między dwiema ścianami baraków mieszkalnych. – Co was tutaj przywiało?

Nie wyglądał groźnie. Prawdę powiedziawszy, był jak do tej pory jedyną osobą w tym kraju, która uśmiechała się na widok obcego. Kai natychmiast odpowiedziała uśmiechem.

– Jesteśmy kucharkami z komendantury. – Wyjęła z sakwy odpowiedni papier, ale mężczyzna tylko machnął ręką. Niebywałe.

– Kucharki? Tutaj? – zdziwił się niepomiernie. – Toż tu tylko vend rośnie. Niczego więcej nie ma.

Kai i Nuk zatkało. Vend tutaj? I to są te chwasty? Nie mogły uwierzyć. Coś, co w strategicznej bazie jest najpilniej strzeżonym sekretem, tutaj... rośnie sobie na wzgórzach. I pies z kulawą nogą nie zwraca na to uwagi.