Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 86,08  68,86 
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audio
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audiobook
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Oficer skrzywił się lekko. Miała rację. Nie było dla niej przewidzianej porcji, bo przecież nie miała wyroku. Coś tam pewnie skapnie ze wspólnego kotła, ale tyle co nic. Jedynie wody dostanie, ile będzie chciała. No tak. Jeśli jest niewinna i wykonuje czyjeś rozkazy, to przesiedzi piątaka o głodzie i chłodzie za bezdurno. A i to, jak sama mówi, tylko w przypadku, jeśli będzie miała szczęście. Każdy wiedział, że takie głupie sprawy mogą trwać i dziesięć dni, i nawet całe nieba dłużej, w razie pecha i splotu przypadków.

– A wiesz, co zrobię, jak wyjdę na wkurwie?

– Co? – dał się złapać.

– Zemszczę się okrutnie.

Chciał się roześmiać albo zrobić minę w rodzaju „a co ty mi możesz”, lecz dostrzegł jej spojrzenie i zamarł.

– Poproszę wszystkie moje koleżanki – dopiero teraz wyjęła i pokazała mu pismo stwierdzające, że jest prowokatorką – a one zaczną na ciebie polować.

– Myślisz, że dam się podpuścić?

– Jak nie ty, to twoi ludzie. Jak widzisz, mam bardzo poświętliwe koleżanki, nawet dupy potrafią dać, żeby kogoś dopaść. – Wskazała Kai, która ledwie trzymała się na nogach i stała przygięta, wspierając dłonie o własne kolana. – Któryś pęknie i da się sprowokować. – Jeszcze raz zerknęła na Kai. – A ty wtedy za niego odpowiesz.

Cmoknął cicho.

– Wiesz, tak naprawdę to mógłbym to nazwać szantażem – powiedział.

Nuk z zadowoleniem stwierdziła, że oficer nie myśli już o szpiegach, a dyskusja zeszła na zupełnie inny tor.

– Wiesz – sparodiowała go – mógłbyś to nazwać i tańcem z podskokami, ale ja to, co ty robisz, nazywam utrudnianiem pracy.

– Oho! A ty ludzi do prowokowania to po krzakach szukasz? Na wygwizdowie?

– A ty szpiegów po krzakach szukasz? – odpowiedziała mu tym samym. – I co bym tu mogła wyszpiegować? Ile ptaków siedzi na gałęzi?

Oficer uznał już chyba, że to Nuk wygrała. Usiłował tylko zachować powagę przed swoimi ludźmi.

– Jazda mi stąd! – krzyknął. – I nie kręcić się więcej w moim rejonie kontroli, bo inaczej pogadamy!

Wbrew własnym słowom oficer sam dał znak swoim ludziom, żeby zrobili „w tył zwrot”. Cała grupa zaczęła się oddalać.

Nuk chciała pociągnąć Kai w przeciwną stronę, ale czarownica miała właśnie jakiś kryzys. Samo odwrócenie jej, by mogła iść, wymagało sporego wysiłku.

– Co ci jest?

– Nie wiem – wyszeptała z wyraźnym wysiłkiem Kai.

– Zatrułaś się?

– Nie. – Czarownica z trudem uniosła głowę. – Powiedz mi... pamiętasz moment, kiedy poczułam się źle? Szłyśmy pod górę.

– Tak, pamiętam.

– Co wtedy ukazało się naszym oczom?

Odpowiedź okazała się bardzo prosta. Nuk podczas marszu zawsze się rozglądała. Była przecież zwiadowcą.

– O, tamten kompleks baraków na uboczu. – Wskazała palcem kierunek. – Wyszłyśmy zza drzew i właśnie go zobaczyłam, kiedy powiedziałaś, że z tobą coś nie tak.

– Aha. No to już coś rozumiem.

– Wiesz, co ci jest?

– Sprowadzisz mnie na dół tego wzgórza? – odpowiedziała pytaniem czarownica.

– Jasne.

Nuk zarzuciła sobie jej rękę na szyję i pół prowadząc, pół niosąc, pociągnęła koleżankę w dół zbocza. Już po kilkunastu krokach Kai poczuła się lepiej.

– Wiesz, co czułam? – wysapała.

– Co?

– Miałam wrażenie, że w tych barakach zamknięto tysiące czarowników, którzy jednocześnie rzucają jakieś zaklęcie.

– To możliwe? – Nuk zmarszczyła brwi. – Byłaby to chyba najgroźniejsza broń na świecie.

– To niemożliwe! – zawyrokowała Kai. – Ale dzieje się tu coś, co nie mieści się w kanonach wiedzy normalnej czarownicy. Coś poza wszelkim pojęciem.

– I to cię tak przytłoczyło? Ich obecność?

Kai zatrzymała się zdyszana.

– Posłuchaj. Na całym świecie nie ma tylu czarowników, żeby móc wybrać takich, co dadzą się zgromadzić w tych obskurnych barakach.

– Więc co się dzieje?

– Nie wiem. – Kai powoli zaczynała już łapać oddech. – Coś niesłychanego.


Koszary okazały się przyzwoite. Drewniane, skromne, ale funkcjonalne i ciepłe dzięki piecykom wstawionym do większości pomieszczeń, które polscy żołnierze nie wiedzieć czemu nazywali „kozami”. To były blaszane beczki z grubymi, wygiętymi kominami i miały tę zaletę, że dało się w nich palić wszystkim, co wpadło pod rękę. Kóz jednak w żaden sposób nie przypominały. Dziewczyny szybko polubiły swoje kwatery, ponieważ pomieszczenia były w miarę nowe, w przeciwieństwie do tych wspaniałych niegdyś, ale już mocno nadgryzionych zębem czasu, które niekiedy widziały w miejskich garnizonach. I w ogóle roboty tu było mniej. Wiadomo, rejony należało czyścić. Ale co innego przelecieć szmatą po heblowanych deskach, niż szczotką wgryzać się w pokłady brudu kryjące się w zmurszałym marmurze czy piaskowcu szlifowanym bez mała tysiąc lat temu. Ale i tak miejskie garnizony raczej nigdy nie były dla nich. Wojsko liniowe generalnie spało pod chmurką albo w rekwirowanych chałupach, gdzie nic nie chroniło przed zjedzeniem na żywca przez wszy i pchły. Tu insekty były zakazane. Truto je regularnie śmierdzącymi okrutnie substancjami. Podoficer, w którego rejonie znaleziono karalucha lub szczura, momentalnie stawał do raportu. Dlatego też choć dusiły się od okropnych woni, szorowały zawzięcie, żeby nie podpaść miłośnikom nowej mody na czystość.

Czuły się naprawdę dobrze. Karmiono je regularnie i dawano duże porcje. Często nie rozpoznawały, co jedzą. Ale komuś, kto zaznał prawdziwego głodu, nie doznania smakowe w głowie. Dawali dużo. A jak się ktoś uparł, dostawał dokładkę.

Szybko okazało się, dlaczego ich mundury miały taką liczbę kieszeni. W magazynie każda musiała pobrać sporo rzeczy. Razem z plecakami i bronią wyglądały jak juczne muły u kresu sił. Za to miały ze sobą wszystko. A broń, którą dostały, wymagała jakichś niewyobrażalnych ilości amunicji. Tam żołnierz podczas bitwy to chyba nie robił nic innego, tylko strzelał, strzelał i strzelał... Zaraza jedna wie. W wojsku cesarskim tego nie było.

Polacy, którzy się tu szarogęsili i jasno dawali do zrozumienia, kogo tu należy słuchać, mieli fioła na punkcie czyszczenia. Program pierwszych dni polegał więc na czyszczeniu koszar i czyszczeniu broni. Czasem, znienacka, stosowano to zamiennie. Najpierw czyściły broń, a potem czyściły koszary. To chyba strategiczna zmyłka. Gdyby ich przeciwnik zaatakował nagle, to nie będzie wiedział, co akurat czyszczą.

Niemniej pierwsza wizyta na strzelnicy pozbawiła dziewczyny złudzeń. Nie potrafiły wyobrazić sobie wroga, który przeszedłby przez ścianę ognia, jaką mogły stworzyć w każdej chwili. A w dodatku nie przeszkadzały im ani deszcz, ani wilgoć. Karabin był mały i krótki w porównaniu z tym, co musiały nosić poprzednio. Łatwo się nim manewrowało, łatwo celowało, jeszcze łatwiej ładowało, no i miał słaby odrzut. Ale najważniejsze było to, że po wystrzale z lufy nie wydobywała się chmura białego dymu, która nie dość, że uniemożliwiała dalsze celowanie, to od razu zdradzała przeciwnikowi, skąd strzelają, gdyby na przykład zdecydowały się na zasadzkę w lesie.

A potem się zaczęło. Do ich kompanii dołączyli podoficerowie, weteranki cesarskiej armii, jak one same. Wyróżniały się bezczelnością i pewnością siebie, a przede wszystkim włosami. Kłuły w oczy ostrzyżone prawie na zero dziewczyny swoimi końskimi ogonami, wypuszczonymi z tyłu czapek z daszkiem przez specjalnie do tego celu wykonane otwory. I bez przerwy krzyczały. Właściwie całe szkolenie odbywało się krzykiem. No ale dzięki nim mogły wyjść na prawdziwy poligon. I zobaczyć, jak to jest.

– No, czemu wstajesz, idiotko?!

– Żeby załadować karabin.

– Leżeć masz, krowo! Ten karabin można ładować na leżąco!

Pechowa nowicjuszka wolała już nie odpowiadać. A zewsząd dopadały ją kaprale.

– Pamiętaj, ofiaro: to ziemia jest najbliższym przyjacielem człowieka. Ziemia!

– Przecież każda z was ma własną łopatkę. Dlaczego się nie okopałaś?

– Ty masz leżeć. Łatwiej wtedy strzelać z podpórki, spokojnie mierzyć, bez strachu, że cię trafią, bo stanowisz mały cel.

– Leżeć masz, kretynko! To wróg ładuje na stojąco!

– I wtedy łatwo go trafisz, dupo!

Wszystkie wolały milczeć i nie zadawać pytań. Ale taka postawa jeszcze bardziej rozjuszała podoficerów. Te otrzaskane w nowych regulaminach baby okazały się sto razy gorsze od Polaków. Im w dodatku trudno było wcisnąć, że się czegoś nie rozumie.

– Gdzie leziesz, głupia dupo?!

– No przecież był rozkaz „do ataku”.

– No i co robisz? Wstałaś i co? Na co czekasz?

– Na koleżanki. Żeby się ustawić.

– W co ty się chcesz ustawiać?! Do przodu skokami. Skok i leżeć! Do ziemi się przytul, żeby jak najmniejszy cel był. Ziemia to najlepszy przyjaciel żołnierza.

– Ale ja tylko...

– Tyralierą to oni mają iść! A jak już popełnicie największy błąd swojego życia i znajdziecie się w zasięgu ich ognia, to pamiętaj: oni ustawią się w szereg i będą czekać na komendę. Wy w tym czasie macie leżeć. Z tego karabinu i na leżąco trafisz w każdego, kogo widzisz. A oni co będą widzieć? W co mają strzelać? Zresztą zanim wykonają komendy „cel” i „pal”, ty już wystrzelisz pięć razy i przeładujesz nową łódkę. Trafia do twojej makówki?

Z tym okopywaniem się podoficerowie też miały fioła. W każdej dosłownie sytuacji każda miała sobie ryć jamę w ziemi. A tamte krzyczały:

– Widziałaś, jak kule armatnie urywają ręce i nogi? Widziałaś, jak eksplodują wnętrzności, miażdżą głowy? A ty wystarczy, że swoją głowę schylisz. Jeśli jesteś okopana! Ziemia to najlepszy przyjaciel...

 

Niech ich szlag z tym okopywaniem! Łopatka to najgorsze narzędzie tortur. Na dłoniach robiły im się już odciski. Niestety, później zobaczyły coś jeszcze gorszego.

– To są transzeje! – Najstarsza z sierżantów, zwana tutaj szefem, pokazywała im rowy wykopane na głębokość stojącego człowieka. – Żołnierz może przybrać idealną dla siebie pozycję strzelecką, będąc niewidoczny dla przeciwnika. Ogień z armat w tych okopach niestraszny, bo żeby zabić choć jednego człowieka, trzeba go trafić z armaty bezpośrednio. A to niemożliwe. A jeśli tamci będą chcieli zniszczyć te okopy granatami z moździerzy, to pamiętajcie, że tam z tyłu są nasze armaty. Czekające tylko, aż wróg się zdradzi, gdzie stoi, i umożliwi naszym zniszczenie ich artylerii.

A potem sierżant poprowadziła je na przedpole i pokazała jeszcze coś. Mały, niepozorny płotek. I to wykonany przez jakiegoś biedaka, bo kozły nie miały nawet drewnianych zastrzałów, ktoś po prostu powiązał je w wielkim nieładzie sznurkami. Z bliska okazało się, że to nie sznurki. To był drut kolczasty.

– Polacy – ciągnęła sierżant swój wykład – uważają tak umocnioną pozycję za nieprzełamywalną. To nie znaczy, że nie da się przejść przez zasieki. Można. Wymaga to jednak czasu, który trzeba spędzić pod tymi kozłami, pozostając zupełnie na widoku. W tym czasie wy będziecie z bezpiecznych okopów strzelać do nich jak do kaczek.

– A w nocy? – zapytała któraś z odważniejszych.

Sierżant jej nie opierdoliła. Nawet wydawała się zadowolona, że żołnierze słuchają jej z zainteresowaniem. No tak, ale to weteranki. Wiedziały, co trzeba wiedzieć koniecznie, a co, jak na przykład czyszczenie korytarzy, można olać.

– W nocy będziecie miały teren oświetlony przez flary wystrzeliwane zza waszych pleców.

– Będą nimi strzelać od zmierzchu do świtu? – Nie mieściło się w głowie, że można marnować aż takie bogactwo.

– Tak. Od zmierzchu do świtu.

– Możecie też wezwać na pomoc artylerię – włączyła się inna sierżant. – W okopach są telefony. Można rozmawiać bezpośrednio z dowództwem i poprosić o wsparcie.

– Ale wasze karabiny maszynowe powinny w zupełności wystarczyć. Pamiętacie bitwę zwaną „masakra pod Negger Bank”?

Skąd miały pamiętać? Nikt im wykładów z historii nie robił. Sierżant szef w prostych wojskowych słowach usiłowała opisać sytuację sprzed tysiąca lat. Poplątała się jednak na wstępie w wyjaśnieniach, którzy to byli „nasi”, którzy „tamci” i czyje tak naprawdę było miasto Negger Bank. Nie umiała odpowiedzieć na pytania swoich żołnierzy ani wyjaśnić, co się wtedy działo. „Nieważne!” – skwitowała dalsze pytania zaciekawionych żołnierzy.

– Było w skrócie tak. Oni mieli przewagę liczebną, my miałyśmy karabiny. I oni poszli do frontalnego ataku przez łąkę. No i znieśliby naszych samym impetem. Ale na środku pola stał płot. Nie żadne tam zasieki. Zwykły nędzny płot jakiegoś chłopa, co łąkę, na której pasł bydło, chciał odgrodzić od pola. To wystarczyło, bo oni musieli się zatrzymać, żeby przejść przez płot, i dali czas naszym, żeby ponownie nabić broń. No i strzał w skłębione razem ciała sprawia, że każda kula trafia!

– Nie bójcie się – dodała druga z sierżantów. – Z zasiekami wrogowi pójdzie sto razy wolniej niż z głupim płotem. Pamiętajcie. Polacy mówią, że jeśli zaopatrzenie dociera na czas, a ludzie w okopach nie stracą nerwów, to nie ma żadnej możliwości sforsowania tej pozycji. Żadnej!

Dziewczyny zerkały jedna na drugą. One znały prawdziwe pola bitew. Wiedziały, co się tam dzieje. I usiłowały się postawić w roli kogoś, kto atakowałby te okopy. O Bogowie mili! O ja cię pierdolę!... Różne myśli pojawiały się w różnych głowach. Iść na ścianę ognia, nie mogąc strzelać, bo nikogo z tamtych nie widać, i nagle jeszcze zatrzymać się na odsłoniętym polu, wystawiając się na precyzyjne, mierzone strzały tamtych? Zapominamy więc o atakach na bagnety, w których mężczyźni z wrogich armii od razu zyskiwali przewagę nad kobietami. Tu siła nic nie da. Tu wystarczy precyzyjnie celować i nienerwowo naciskać na spust.

– No dobrze – odezwała się któraś z dziewczyn, zafascynowana nową koncepcją. – A jak my będziemy musiały pójść do kontrataku, żeby zająć ich pozycje? To nawet posuwając się pod osłoną, skokami i bez strat, my również zatrzymamy się na środku przed własnymi zasiekami.

Sierżant, zamiast opieprzyć dyskutującego żołnierza, uśmiechnęła się triumfalnie. Najwyraźniej czekała na takie pytanie i miała w zanadrzu jakąś niespodziankę.

– A my, żołnierzu, będziemy atakować inaczej! – odpowiedziała. – Zaraz zobaczycie, jak to wygląda. Taaak, najlepiej zobaczyć samemu i poczuć na własnej skórze, jak to jest. Prawda?

Nie mogła ich bardziej zaciekawić. Inaczej? No siłą rzeczy. Przy takich okopach i tego rodzaju broni bez sensu byłoby, gdyby jeden szereg stanął naprzeciw drugiego i na daną komendę wystrzelił salwę. Co więc będzie teraz? Posuwanie się skokami do przodu pod osłoną ognia koleżanek jest świetne, kiedy pozwala na to teren. A tu? Na bezleśnym polu?

Kazano im ukryć się w pokazowym okopie. Dziewczyny podziwiały jego wyposażenie. Co kilka kroków drabinka umożliwiająca wyjście na przedpole, co kilkanaście kroków nakryta trzema warstwami drewnianych bali ziemianka, na tyle przestronna, że mogły się tu przespać co najmniej dwie zmiany żołnierzy. Niesamowite. Tyle tylko, że nie wyobrażały sobie, żeby same mogły wykopać coś takiego swoimi przytroczonymi do plecaków małymi łopatkami w jakimś realnym czasie.

Gdzieś z tyłu, od strony drogi, rozległ się stłumiony warkot.

– Co to jest? – Foe zrobiła ruch, jakby chciała wyjrzeć ponad okop, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Po co podpadać sierżantom na samym początku. Rozkazu nie było.

– Nagonka z ogromnymi grzechotkami – odezwała się któraś z tyłu.

– To nie grzechotki – powiedziała Naan. – Widziałyście te ich pojazdy bez koni. One tak warczą.

– No właśnie, że nie tak.

Dźwięk rzeczywiście był dziwny. Trochę przypominał hałas towarzyszący dziwnym pojazdom ludzi zza gór. Ale nie do końca. Wyraźnie słyszały jeszcze jakieś skrzypienie, chrzęst, trzaski, zgrzyty i coś jakby chrobotanie.

– Ziemia się trzęsie!

Dziewczyny przykładały dłonie do ścian okopu. Były pokryte faszyną, ale dało się łatwo znaleźć dziury odpowiedniej wielkości.

– No! Drży!

Przechadzający się na górze podoficerowie nie wykazywali żadnych objawów niepokoju, toteż strach nie rodził się także wśród żołnierzy skupionych na dole. Zresztą hałas, który wzmagał się od pewnego czasu, ustał nagle, zamieniając się w basowe buczenie. Ustały także drgania podłoża.

– Ale to coś musi być ciężkie.

– Jeździ?

– Pewnie. Przecież nie przyciągnęli za pomocą lin.

– No... jak ktoś robi okręty z żelaza, to pewnie i góry z żelaza potrafi.

Nagle rozległy się gwizdki podoficerów.

– Możecie wyjrzeć! Możecie wystawić głowy!

Tego nie trzeba było dwa razy powtarzać. Ponad sto par oczu wystrzeliło do góry, zwracając się od razu we właściwym kierunku. Pięć metalowych monstrów najeżonych lufami różnego kalibru stało w odległości kilkudziesięciu kroków. Zachowano ten dystans pewnie tylko po to, żeby co mniej odważne dziewczyny nie zaczęły uciekać.

– Poprosiłyśmy naszych kolegów o mały pokaz – krzyczała sierżant. – To są czołgi. A zasada współdziałania z nimi jest prosta. One torują wam drogę i ochraniają podczas ataku, a wy ochraniacie je przed dostępem obcej piechoty. Proste, jasne, nieskomplikowane jak kij od grabi.

Odpowiedział jej pomruk dziewczyn w okopie.

– Wiem, wiem, na początku to wygląda strasznie. Ale wyobraźcie sobie, jak strasznie wygląda to w oczach wrogów. Przecież nasze czołgi do was strzelać nie będą. Jeśli więc któraś poczuje paraliżujący strach, to pamiętajcie: przeciwnik odczuwa sto razy większy.

Znowu pomruk w szeregach. Nie znaczyło to jednak, że dziewczyny cokolwiek już rozumiały.

– No dobrze. Za dużo gadam, czas na pokaz. Pamiętajcie tylko, czołg ma armatę i kilka karabinów maszynowych. Nie bójcie się huku! On nie będzie strzelał do was!

Znowu kazano im się schować na dnie okopu. Dziewczyny spoglądały jedna na drugą może nie ze strachem, ani nawet niepokojem, ale z dużym napięciem. Huk i łoskot wzmógł się nagle. Wielkie maszyny ruszyły. Ziemia trzęsła się wyraźnie. Teraz łatwo to było wyczuć.

– Mam nadzieję, że nie przejadą po nas. – Foe przytuliła się do Naan.

– Chyba właśnie po to są – odparła jej siostra. – I chyba po to stworzono właśnie takie okopy.

– Nie gadaj! Ściany się zawalą!

– Uspokój się. Nie przyprowadzili nas tu na śmierć.

Nie trzeba było dotykać ścian, żeby czuć, jak ziemia dygocze. Jej grudki spadały na głowy żołnierzy.

– O mamo! – wyrwało się którejś.

Huk wzmógł się do granic wytrzymałości i nagle pięć potworów przetoczyło się przez okop, zasypując siedzących na dnie zwałami ziemi. Dziewczyny zaczęły piszczeć. Tuliły się do siebie. To było straszne!

– Wychodzić! Wychodzić! – Okrzyki podoficerów mobilizowały tylko nielicznych. – No, jazda na górę! Już przejechały.

Żołnierze z trudem i ciągle w szoku zaczęły gramolić się po drabinach.

– Szybciej! Szybciej!

Stare wojsko na górze dyscyplinowało dziewczyny, które oszołomione wypełzały z okopu.

– Biegniecie po śladach gąsienic! Jazda! Wszystkie po śladach gąsienic!

Podoficerom stopniowo udawało się wprowadzać ład. Foe i Naan z karabinami w dłoniach ruszyły biegiem za potworami. Wedle rozkazu: po śladach gąsienic. Miały co prawda broń, ale kazano ją wcześniej rozładować. Miały też potwornie ciężkie plecaki, z którymi trudno było się ruszać. Rozumiały więc, że to nie są żadne ćwiczenia, ani nawet objaśnianie nowych metod walki. To tylko pokaz. Żeby zobaczyły, co je czeka na wojnie.

Tylko pokaz. Za to jaki!

Czołgi zaczęły strzelać z karabinów i armat. Nie zatrzymywały się, więc bez celowania. Ale jakie to miało znaczenie? Huk i gejzery ziemi na przedpolu pokazywały ich straszliwą moc. Nic, co ludzkie, nie mogło się jej oprzeć.

A one biegły po śladach tych bestii! Bogowie, co za moc. Nie bały się huku, choć strzały z armat były trudne do zniesienia. To wróg powinien się bać. A one, ukryte za żelaznymi paskudami nie z tego świata, były praktycznie bezpieczne. Chyba każda przypomniała sobie to, co zapamiętała z różnych pól bitew. Najpierw mordercza salwa wroga, trupy wokół, wrzask rannych, krew. A potem okrzyk „do ataku”, bagnet mocowany na lufie drżącą z przerażenia ręką i marsz wprost na idących w ich stronę mężczyzn. Oddech, który z trudem wydobywał się ze ściśniętej krtani, szczękające ze zgrozy zęby i ta natrętna myśl: żeby tylko nie piszczeć w panice, może zabiją szybko i bez bólu.

Teraz biegły z karabinami w garści i nie mogły pojąć jednego. To teraz tak będzie wyglądać wojna? Czołgi zmasakrowały zasieki, tworząc pięć przejść w zaporze. Idealnych właśnie dla biegnących po śladach gąsienic dziewczyn.

– Stać! Stać!

Czołgi zatrzymywały się jeden po drugim. Podoficerowie zaczęły zbijać niezbyt zziajane dziewczyny w gromadę przy jednym z nich.

– Tutaj! Chodźcie tu wszystkie!

Sierżant szef nie mogła powstrzymać śmiechu.

– No i jak się podobało?

Odpowiedział jej zbiorowy pomruk. Ewidentnie akceptacji. Każda chyba dostrzegła coś absolutnie nowego, choć niektóre jeszcze nie rozumiały, na czym ta różnica polegała. Bo nie chodziło o same czołgi bynajmniej.

– Cisza!

Dwie kobiety w polowych mundurach wskoczyły na pancerz najbliższego czołgu. Dopiero po naszywkach można było się zorientować, że są oficerami.

– Witajcie w wojsku nowego typu! – Wyższa z nich, starsza kobieta w stopniu pułkownika, podniosła rękę. – Jestem Hernike – przedstawiła się. – A to czarownica dywizji, major Dairin.

Dziewczynom ustawionym wokół nic te imiona nie mówiły.

– Jesteśmy jedynymi oficerami, które przeżyły zagładę cesarskiego korpusu w Wielkim Lesie doliny Sait – powiedziała pułkownik.

Wśród żołnierzy podniósł się szmer zrozumienia.

– Tak, tak. – Hernike wyciągnęła rękę, pokazując coś położonego w gęstych lasach za nią. – To mniej więcej w tamtym miejscu dokonał się los korpusu. Jego ostatnia bitwa.

Powiało grozą. Niektóre z dziewczyn zerkały we wskazanym kierunku, inne przeciwnie, opuszczały głowy.

– To ja i Dairin jesteśmy oficerami, które wyprowadziły resztki naszych żołnierzy z ostatniej śmiertelnej bitwy z potworami. Resztki. Cały imperialny korpus bowiem zginął w tym lesie.

 

Widać było wyraźnie, że pani pułkownik ciężko mówić o pewnych sprawach.

– Wtedy też – podjęła dopiero po dłuższym milczeniu – spotkałyśmy naszych obecnych sojuszników, jak mówiłyśmy wówczas: „ludzi z żelaznych okrętów”. Polacy pozbierali ciała naszych żołnierzy z pola bitwy. Zwłok nie pożarły dzikie zwierzęta, żołnierze mają tu swój cmentarz. Maszyna idealnie równo wykopała rowy, w których poukładano ciała, maszyna je zasypała, postawiono wojskowe symbole i... – Hernike najwyraźniej coś dławiło w gardle. – Skromne, takie same dla wszystkich nagrobki, równo z gruntem, żeby jeszcze inna maszyna mogła po nich przejechać i ściąć trawę. Dlatego cmentarz wygląda czysto, widać dbałość. – Znowu przerwała, żeby przełknąć ślinę. – Jak się stanie pośrodku, to groby ciągną się po horyzont.

Słuchające jej dziewczyny zamarły. Powiało zgrozą.

– A to nie jest przecież cmentarz całego korpusu! To jego malutka część. Reszta ciał padła łupem ścierwojadów gdzieś daleko w lesie.

Hernike powiodła wzrokiem po twarzach żołnierzy.

– Przed wyjazdem z tej bazy odwiedzicie cmentarz. I niech będzie on dla was nauką. Taką samą nauką, jaką jest dla mnie. Bo ja dowodziłam tymi ludźmi! I ja prowadziłam ich na śmierć!

Dairin położyła rękę na ramieniu pani pułkownik.

– Ilekroć stoję na środku tego cmentarza – ciągnęła Hernike – przysięgam sobie po raz kolejny: nigdy więcej! Nigdy więcej nie poprowadzę ludzi na śmierć! Nie wezmę za nich odpowiedzialności. To koniec!

Czarownica szepnęła coś do pani pułkownik. Stojącym najbliżej wydawało się, że usłyszały: „To nie twoja wina, Hern”.

– Wyprowadziłyśmy resztkę żołnierzy wysłanych na rzeź. A ja powiedziałam sobie: koniec. Patrzyłam na groby moich ludzi i nie potrafiłam znaleźć w sobie usprawiedliwienia. Nie umiałam znaleźć żadnych podstaw, żeby się usprawiedliwić. Brałam w tym udział!

Dziewczyny słuchały w idealnej ciszy, głęboko przejęte treścią przemówienia.

– A potem zaproponowano mi dowództwo tej dywizji. Dywizji nowego wojska, do którego wy zostałyście przydzielone. I wtedy zajrzałam głęboko, na samo dno mojej duszy. I zrozumiałam pewną rzecz. Zrozumiałam, że powinnam przyjąć to dowództwo. A czyż to nie sprzeczność? Czyż nie ja właśnie powiedziałam sobie „koniec”? No właśnie nie... Jeśli ja będę waszym dowódcą, to nikt nie poprowadzi tej dywizji na zagładę. Bo ja już nigdy nie poprowadzę ludzi na pewną śmierć, ponieważ ja jedna wiem, co to znaczy!

Podoficerowie zebrane przy dowództwie zaczęły wiwatować. Dziewczyny przyłączyły się natychmiast, unosząc swoje karabiny.

– Czy uważacie, że podjęłam dobrą decyzję? – krzyczała Hernike. – Czy chcecie służyć w nowej armii?!

Aprobujące wycie i wiwaty brzmiały głośniej niż silniki pancernych maszyn. Żołnierze były najedzone, ciepło i wygodnie ubrane, miały suche stopy i nowoczesne karabiny, uwalniające od strachu przed walką na bagnety. A w dodatku humor poprawiały im zaparkowane tuż obok sojusznicze, niezniszczalne czołgi.

Dziewczyny nie były przesadnie wykształcone. Żadnej nie przyszło do głowy, że propagandowe przemówienie dowódcy było wyraźnie przeciwko komuś wymierzone. Jeszcze się nie domyślały przeciwko komu. Jeszcze.


– Pobudka! Pobudka! Obcy w obozie! – darła się wartowniczka.

Shen wypadła z namiotu z rewolwerem w ręce. Kadir z karabinem w garści o mało jej nie stratował, kiedy zatrzymała się na widok obcych. Zawsze miał problemy z odzyskaniem sprawności tuż po obudzeniu.

– Idiotka! – Shen sklęła niefortunną wartowniczkę. – Wszystkieście głupie! Kto pozwolił wprowadzać...

– No przecież sojusznicy – przerwała jej przestraszona dziewczyna.

– Ja widzę co innego.

– Ja też bym ogłupiał – wyznał Kadir.

Rzeczywiście, spora grupa ludzi i obładowanych pakunkami mułów stanowiła widok tak niecodzienny, że trudno było się dziwić zaskoczeniu tych, którzy pilnowali obozu. Wiadomo, że nikogo nie wolno wpuszczać, nigdy i pod żadnym pozorem. Ale ci tutaj nie wyglądali na szczególnie zajadłych wrogów. Najwyraźniej też wzięli warty z zaskoczenia.

Dowódcą był chyba wysoki mężczyzna na czele grupy. Nosił mundur kapitana marynarki wojennej, i to z naszywkami wywiadu. Ale... To był naprawdę pierwszy taki widok w życiu Shen, która przywykła do sztywnego raczej wyglądu Polaków. Ten bowiem człowiek zamiast oficerskiej czapki miał na głowie słomkowy kapelusz, a na szyi zawiązaną niedbale chustę w jaskrawe, żółte, czerwone i zielone barwy. Obrazu dopełniało coś ogromnego, długiego, brązowego i okropnie dymiącego, co obcy trzymał w ustach, oraz zupełnie niepasujące do munduru olbrzymie okulary w czerwonej oprawie.

Jeszcze większe wrażenie robiła starsza kobieta o surowym wyrazie twarzy. Miała na sobie mundur podpułkownika sił specjalnych cesarstwa. Ale... najwyraźniej była tu na posyłki. Trudno wyobrazić sobie coś takiego, jednak podpułkownik roznosiła wśród pozostałych wino.

Ci pozostali również wyglądali ciekawie. Większość z nich miała na nogach skórzane buty aż do kolan i śmieszne, rozszerzane na udach spodnie. Na głowach generalnie dominowały niespotykane dotąd kapelusze z szerokimi rondami i zagiętymi do góry bokami.

– Pani pozwoli, że się przedstawię. – Dowódca zdjął z głowy swój słomkowy kapelusz i ukłonił się dwornie. – Jestem Samuel Goldwyn. Reprezentuję tu dziesiątą muzę.

– Kogo? – Shen wybałuszyła na niego oczy.

– Najwyższą ze sztuk! Filmową!

Shen i Kadir wymienili się spojrzeniami.

– Zaraz. – Rusznikarz zmarszczył brwi. – Dlaczego zwraca się do nas dopiero dziesiąta muza?

– I co z poprzedniczkami? – włączyła się Shen. – Zabili je?

Goldwyn uśmiechnął się przepraszająco, wkładając swój słomkowy kapelusz z powrotem na głowę. Wyjął z ust to brązowe, dymiące coś, dzięki czemu zaczął mówić wyraźniej.

– Źle mnie państwo zrozumieli. Jestem producentem filmowym. Wiem, jak robić ruchome obrazy, które potem pokazuje się gawiedzi.

Patrzyli na niego bez zrozumienia.

– A pułkownik od speckurew jest u was na posyłki?

– Ach, znowu nieporozumienie. To aktorka.

– Po co się przebrała?

– Ja mam za sobą praktykę w Stanach Zjednoczonych. Ja dbam o szczegóły. Kazałem jej nosić mundur od pierwszego dnia, żeby na planie wyglądał na używany, a nie wzięty prosto z rekwizytorni.

– Aktorka? – nie mógł uwierzyć Kadir. Kobieta sprawiała wrażenie prawdziwego oficera. Całą sobą, surowością twarzy, gestami, stanowczością. No, gdyby tylko nie podawała wina kolegom na postoju.

– Autentyczna, prawda? – Goldwyn złowił spojrzenie rusznikarza. – Wasi aktorzy grają tylko w amfiteatrach. Musiałem zrobić próbne zdjęcia. A ona potrafi grać twarzą, gestem... Film pozwala na zbliżenia i dlatego ją wybrałem. Będzie pięknie umierać.

– Dlaczego umierać? – zapytała Shen. – Jest chora?

– Nie. To pani ją zabije – oświadczył filmowiec z uśmiechem. – Powiedzmy nawet więcej: pani ją zamorduje w okrutny sposób!

Shen nie zdołała opanować zdumienia, kiedy producent zawołał:

– Mene, chodź tutaj. Pani, która cię zabije, pragnie cię poznać.

Wrażenie było naprawdę piorunujące. Opanowana, władcza, wręcz kurewska podpułkownik służb specjalnych podeszła bliżej. Wartowniczki, które wciąż stały tuż obok, cofnęły się przestraszone. A zawodowa aktorka nagle rozpromieniła się, zmieniając się całkowicie.

– To dla mnie zaszczyt móc panią spotkać – powiedziała radośnie. – Wszyscy chcemy, żeby się pani udało. – Nie sprecyzowała, kogo konkretnie ma na myśli. Wszystkich aktorów? Wszystkich ludzi kultury? – Już czas pokazać tym skurwysynom, że nie mają racji!

– Dziękuję. – Shen zmieszała się nagle.

– Będę pięknie umierała z pani ręki – zapewniła aktorka. – Dla sprawy dam z siebie wszystko!

– Nie chcę pani zabijać.

– Ze scenariuszem się nie dyskutuje! – uciął wymianę zdań Goldwyn. – Czy możemy gdzieś usiąść? Wyjaśnię wszystko po kolei.

Kadir gestem wskazał miejsce, gdzie spożywali posiłki. Było tam kilka żerdzi ułożonych na pniach, które mogły służyć za siedziska. Filmowcy jednak błyskawicznie rozstawili przywiezione ze sobą płócienne krzesełka na składanych metalowych ramach. Byli najwyraźniej przygotowani na wszystko. Ilość bagaży na grzbietach mułów przekraczała wszelkie rozsądne granice.