Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 4Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 4
Pomnik Cesarzowej Achai. Tom 4
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 77,33  61,86 
Pomnik Cesarzowej Achai. Tom 4
Audio
Pomnik Cesarzowej Achai. Tom 4
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Książki Andrzeja Ziemiańskiego

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Andrzej Ziemiański

Karta redakcyjna

Okładka


Książki Andrzeja Ziemiańskiego
wydane nakładem naszego wydawnictwa

1 Achaja – tom 1

2 Achaja – tom 2

3 Achaja – tom 3

4 Zapach szkła

5 Toy Wars

6 Breslau forever

7 Pomnik cesarzowej Achai – tom 1

8 Za progiem grobu

9 Pomnik cesarzowej Achai – tom 2

10 Pułapka Tesli

11 Pomnik cesarzowej Achai – tom 3

12 Pomnik cesarzowej Achai – tom 4

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Ten lot nie był podobny do niczego, czego Kai doświadczyła w życiu. Chyba nikt dotąd, nikt z jej świata, nie przeżywał równie intensywnego uczucia wolności, beztroski i stopienia się z niewyobrażalnym ogromem przestworzy. Wokół nie było niczego. Gdzieś tam, daleko w górze, idealnie czysty nieboskłon, gdzieś tam, daleko w dole, ocean. I ona. Pani wszechświata. Lecąca gdzieś w dal. Odruchowo rozstawiła szeroko ręce i nogi, by wtopić się w cały ten pusty świat. Czysta i nieskrępowana niczym radość latania. Bogowie! Dlaczego jej własna cywilizacja nie wymyśliła czegoś takiego?

Kai poprawiła się w uprzęży spadochronu. I tak jak ją nauczono, sprawdziła pozostałe elementy wyposażenia: hełm, gogle, maskę tlenową i podstawowe przyrządy. To wszystko, włączając futrzany kołnierz polarnego kombinezonu, ciasno obwiązany szalikiem, ograniczało ruchy jej głowy tak, że nie mogła jej przekręcić, żeby zobaczyć, czy obok i trochę z tyłu leci również Nuk. Dziewczyny nie miały radia, żeby móc się porozumieć. Pozostało wierzyć, że wszystko jest w porządku i koleżanka jest za plecami. Na szczęście droga w dół była prosta i nie wymagała żadnych manewrów. A spadochron, choć eksperymentalny, został zaprojektowany tak, żeby samemu doprowadzić skoczka do właściwego miejsca.

Ten sprzęt oczywiście wymyślili „inżynierowie z dziwnym akcentem”. Wyszyńska, która kazała sprowadzić go z Polski, długo rozwodziła się nad jego zaletami. Do tej pory – tłumaczyła – zrzutów na terytorium wroga dokonywało się w nocy. Silnik samolotu warczał, ostrzegając przeciwnika o przeprowadzanej akcji. Trzeba było skakać w ciemnościach, z niskiego pułapu, co samo w sobie było śmiertelnie niebezpieczne, i prosto w ręce czekających na ziemi ludzi, którzy przyjmowali zrzut.

Jednak na całkiem obcym, nieznanym terytorium, jak w przypadku tej akcji, pojawił się istotny problem. Nie było ludzi, którzy mogliby czekać na dole. I co? Skakać w dzień, z wysokiego pułapu? To tak jakby przez heroldów ogłosić: „Tu jesteśmy, dzień dobry, dysponujemy techniką, którą widzicie, a naszych ludzi przysyłamy do was, żeby grandzili i szpiegowali. Czy wszyscy już dowiedzieli się o tym fakcie?”. Bez sensu. Druga możliwość to wysłanie okrętu, żeby nocą wysadził desant. Ale na obcych wodach, bez map i rozpoznania łatwiej popełnić samobójstwo, niż wysadzić na brzeg kogokolwiek. Też bez sensu. Wyszyńska jednak znalazła rozwiązanie.

Przysłane spadochrony okazały się rodzajem latających skrzydeł, czymś na kształt „miękkich” szybowców. Skoczka zrzucało się bardzo daleko od celu, z bardzo wysoka. Nikt nie widział i nie słyszał samolotu. Nikt nie mógł się nawet domyślać, że właśnie rozpoczął się wrogi desant. I w dodatku w przypadku tego sprzętu można było wykorzystać starą sztuczkę myśliwców dalekiego zasięgu. Piloci takich maszyn często oglądali dwa świty tego samego dnia. Niezapomniane zjawisko. Pierwszy świt następował na wysokości sześciu kilometrów. A kiedy słońce już wzeszło, wystarczyło zanurkować ostro tuż nad ziemię, w gęsty mrok. I po chwili... słońce wschodziło raz jeszcze. Ten cudowny efekt w przypadku latającego spadochronu można było rozciągnąć prawie w nieskończoność. Przy odpowiednich obliczeniach skoczek cały czas opadał w strefie świtu. A manewrując odpowiednio linkami, lądował tuż przed nim, o pierwszym brzasku. Mała szansa, żeby został przez kogokolwiek odkryty. Jedynym minusem tego rozwiązania był okropny chłód, który panował na większej wysokości, i konieczność oddychania powietrzem z butli.

Ale warto było cierpieć i znieść wszelkie przeciwności. Kai naprawdę leciała! Zupełnie swobodna w przestworzach! Współczuła ludziom, którzy nigdy nie doświadczyli czegoś tak niesamowitego. Każdy szczegół wrył jej się w pamięć. Najpierw długi lot, sylwetki pilotów ze słuchawkami na głowach, wyglądającymi jak wielkie korki wbite w uszy, błyskawiczne, trwające nieprawdopodobnie krótką chwilę minięcie się z powracającym samolotem meteorologicznym, który sprawdzał warunki na trasie dolotu, i wreszcie krótka jazda metalową rynną, która wyrzuciła dziewczynę w mroźną, absolutnie pustą przestrzeń. W przestworza. Kiedy spadochron rozwinął się prawidłowo, a Kai zgodnie z instrukcją poprawiła się w uprzęży, poczuła coś na kształt ekstazy.

No dobra – trzeźwa myśl przyszła jej do głowy dopiero po dłuższym okresie oszołomienia. Zachwyt zachwytem, a uniesienie uniesieniem. Dlaczego jednak w ogóle zdecydowała się na tę misję? Na wyprawę w głąb nieznanego lądu, nieprzyjaznego i nieprzychylnego obcym? W wielkich bibliotekach w Negger Bank znaleziono tylko nieliczne wzmianki na temat mieszkańców innego kontynentu. Nie utrzymywano z nimi żadnych kontaktów handlowych. Tam kupcy nie byli wolni, a handlem kierował sam władca. Nie chciał obcych. Nieliczni żeglarze, którzy przybijali do tamtych portów, nie byli wpuszczani głębiej. Obyczajów i kultury tamtych ludzi praktycznie nie znano. Stosunków dyplomatycznych nie utrzymywano. Jeden wielki czarny dół, jeśli chodzi o wiedzę na ten temat. A podróżnik przed śmiercią powiedział niewiele. Wystarczyło jednak to, że nauczył się gdzieś kilku zdań po angielsku, i już cały polski sztab ekspedycyjny wariował z nerwów, nie mając pojęcia, jak mogło do tego dojść. Implikacje okazały się łatwe do przewidzenia. Zwiad należało wysłać natychmiast. Oczywiste też, że nie mógł się składać z Polaków, którzy odróżniali się wyglądem i w okropny sposób kaleczyli język. Czarownica stanowiła najlepszy wybór. Owszem. No tak, ale to były racjonalne tłumaczenia. Co jednak ją samą pchnęło do podjęcia ryzyka?

Wzruszyła ramionami. No co? Ach, i na jasną zarazę tu długo dumać? Nie było nad czym. Zrobiła to, bo chciała zaimponować Tomaszewskiemu. Tym bardziej że on sam nie mógł lecieć, choć język miał opanowany. Z tym jego niesamowitym, jak na tutejsze warunki, wzrostem i przeraźliwie bladą skórą odróżniałby się od zwykłych ludzi jak rajski ptak od wróbli. Miejscowi mogli jeszcze myśleć, że to odmieniec jakiś, wielkolud i na coś chory, skoro taki blady. Ale Anglicy lub Amerykanie, których można się tam spodziewać, na pierwszy rzut oka będą wiedzieli, że to ktoś spoza Gór Bogów. Wystarczy im jedno spojrzenie.

Kai pamiętała rady znawcy kobiet Randa i rady Aie. Tak, tak, najlepiej zrobić na Tomaszewskim wrażenie i już będzie jej. Dobra rada. I wydawała się naprawdę znakomita. Ale inaczej myśli się o robieniu wrażenia na mężczyźnie, siedząc w wygodnym hamaku, a inaczej – lecąc na spadochronie w nieznane.

Kai zazdrościła Nuk, swojej towarzyszce. Ta nie miała bowiem żadnych rozterek. A poza tym znalazła się w przestworzach, bo tak zadecydował Rand, dogadany z Shen. Chciał mieć w międzykontynentalnym zwiadzie swojego człowieka. Polacy nie oponowali. Wykształcona, zaradna, doświadczona weteranka służb specjalnych i tak była idealnym kandydatem do wykonania tego zadania. Może lepsza byłaby jedynie sama Shen. Lecz ta nie mogła zrobić sobie przerwy w dowodzeniu z oczywistych względów.

Oszałamiające piękno wokół i szok spowodowany niecodzienną sytuacją nie sprzyjały na szczęście rozmyślaniom o istocie bytu. Kai sprawdziła wskazania prostych przyrządów, których obsługi ją nauczono. Kompas, wariometr i anemoskop mówiły, że wszystko idzie zgodnie z planem. Jeszcze raz spróbowała się odwrócić w stronę Nuk. Udało jej się złowić cień towarzyszki – trochę z tyłu, trochę z lewej. Nie mogła dostrzec szczegółów, ale bała się manewrować całym spadochronem, szybując gdzieś nad oceanem.

 

Coś jednak było nie tak. Może inaczej: coś ją zaniepokoiło, coś, czego nie potrafiła precyzyjnie określić. Jakaś ledwie wyczuwalna igiełka strachu ukłuła Kai nagle, pozostawiając zamiast konkretnego bólu jedynie lekkie, nieokreślone co do miejsca ćmienie. Co to było? Rozejrzała się na tyle, na ile mogła przynajmniej. Nic. Spojrzała do góry. Tam sporą część nieboskłonu zasłaniała czasza jej spadochronu. Ale nie tylko! Dostrzegła nad czaszą dziwny cień jakby gigantycznego obiektu, wyraźnie odbijający się na idealnie białej tkaninie. Teraz już poczuła prawdziwy strach. Nie mogła bardziej się odwrócić. Przez głowę przemknęła jej idiotyczna myśl, że przecież w sakwie, którą miała przytroczoną jako kitbag, jest zapakowany rewolwer. I co? Ma go wyjąć i strzelać na oślep przez czaszę? Strach zaczynał mącić jej umysł. Co to jest? Co o takich rozmiarach może latać w powietrzu?

I nagle cień zaczął się przesuwać. Kai szarpała się z szalikiem i krępującym szyję futrzanym kołnierzem. Bała się zsunąć z twarzy gogle i maskę tlenową. Po chwili zobaczyła to coś. Tuż obok!

Bogowie. To... To był jakiś aparat latający. Widziała wyraźnie. Jakby wielki latawiec z wieloma skrzydłami, do którego podczepiony był człowiek. I co gorsza, to nie była maszyna Polaków! Nagły paroksyzm strachu zaczął ją dosłownie dławić. Po chwili jednak przyszła myśl: to w ogóle nie jest maszyna ludzi zza Gór Bogów.

Kai odetchnęła głęboko. No tak. Nie była, bo nie mogła być. Nie warczała, nie huczała, nie wyła i nie śmierdziała żadną z tych okropnych chemicznych woni, które znała z lotniska. Wydawało się, że nie ma żadnego napędu, przynajmniej w polskim rozumieniu tego słowa. Nie widziała śmigieł, wirników, niczego. I nagle przypomniała sobie. Na samym początku, kiedy znalazła się wśród Polaków na okręcie podwodnym, przecież też widziała maszynę bez napędu. Okręt holował ją na linie, nadając prędkość, a ta wznosiła się jedynie dzięki sile wiatru. Tamto coś było wiatrakowcem bez silnika, a to tutaj? Przypomniała sobie, że Tomaszewski opowiadał coś o szybowcach, które startując ze stromych zboczy gór, potrafiły się wznosić nawet bardzo wysoko dzięki wstępującym prądom powietrza. Zupełnie jak ptaki.

Ale tutaj? Kai widziała kilka dziwnych skrzydeł, jakby opiętych miękką błoną, system linek i bloków, jakieś malutkie latawce, szybujące na uwięzi przy dziwnym aparacie. Mogły służyć do sterowania. Albo zaraza jedna wie do czego.

Kai widziała też pilota. Kobietę podczepioną do skrzydeł za pomocą bardzo skomplikowanej uprzęży. Ona również miała na sobie kombinezon, ale w przeciwieństwie do tego, który miała Kai, obcisły, bez futra. Jak więc wytrzymywała w tym zimnie? Dziwny szybowiec zbliżał się lekko od prawej strony. Kai dość wyraźnie widziała twarz kobiety. Malował się na niej wyraz totalnego przerażenia. Czarownica nagle i zupełnie irracjonalnie odetchnęła z bezbrzeżną ulgą. Tamta się boi jeszcze bardziej!

Odwróciła się jak mogła w stronę Nuk i pokazała jej uniesiony do góry kciuk. Sierżant odpowiedziała tym samym. Jakby jednak trochę leniwie, bez entuzjazmu. Kai przeniosła wzrok na kobietę pilota cudacznego szybowca. Nic dziwnego, że tamta się bała. Skoro zobaczyła coś takiego pierwszy raz w życiu. Dwie istoty szybujące na przedziwnych zwojach tkanin powiązanych linkami, z twarzami ukrytymi przez hełmy, gogle i przywodzące groźne skojarzenia końcówki aparatów tlenowych. Ludzi, którym wielkie karbowane rury wychodzą z ust. O oczach zakrytych głęboką, nieprzeniknioną czernią. Z czym mogło jej się to kojarzyć? Pewnie z koszmarami najgorszych snów.

Fakt, że tamta boi się bardziej, uspokoił Kai na tyle, że umysł mógł się zająć innymi problemami. Zostały wykryte już na dolocie do celu? No niby tak. Ale Kai była przekonana, że oślepiony przez dzikusów podróżnik nie wspominał o latających aparatach w kraju, do którego teraz zmierzała. Ani słowem. Owszem. Nie pochodził stamtąd, fakt, ale pamiętała dokładnie, że wypytywany o żelazne okręty, ani słowem nie zająknął się o jakichś szybowcach. A kiedy Tomaszewski powiedział mu, że z lotniskowca mogą startować samoloty, podróżnik długo wypytywał, co to są te latające maszyny. Najwyraźniej nie miał pojęcia, że człowiek może latać.

Skąd więc ten szybowiec?

Nie było czasu na domysły. Kobieta w obcisłym kombinezonie przełożyła przed sobą jakieś linki i dwa z mniejszych latawców na uwięzi przesunęły się na prawą stronę wielkiego szybowca. Cały aparat zaczął powoli skręcać, zmieniając kurs. Maszyna, sunąc majestatycznie w przestworzach, oddalała się powoli.

Kai znowu odwróciła się w stronę Nuk. Ta bezradnie rozłożyła ręce. Szybując, i tak nie mogły niczego zrobić. A najgorsze, że nie mogły nawet pogadać. Nie żeby dyskusja na temat przedziwnego spotkania mogła cokolwiek wnieść do sprawy. Ale pewnie przyniosłaby choć trochę ulgi w rodzących się w głowie coraz to nowych pytaniach i wątpliwościach.

Kai zerknęła ostatni raz za oddalającym się szybko obcym szybowcem. Potem klepnęła się kilka razy prawą dłonią w lewe przedramię, gdzie miała przypięte swoje przyrządy. Dawała w ten sposób znak, że niedługo już będą się musiały przygotować do lądowania na obcym, zupełnie nieznanym kontynencie.

Rozdział 1

Zagubiona wśród gór wieś była tak mała, że nawet przemierzając pobliski trakt, można było ją minąć i nie zauważyć niczego. Malutkie chatki przemyślnie ukryto w cieniu rozłożystych gałęzi olbrzymich sosen i szczególnie teraz, w zimie, niecodzienny kamuflaż mógł zwieść oko niewprawnego wędrowca. Tym bardziej że psy nie szczekały.

Shen, prowadząca mały oddział partyzantów, miała dość brnięcia przez śnieżne zaspy. Otarła rękawem pot z czoła. No to są nareszcie u celu. Byłby to powód do radości, gdyby tylko ząb, po lewej stronie, chyba ostatni, nie zaczynał ćmić coraz bardziej.

– Wiosna idzie – powiedział młody chłop, który zgodził się być ich przewodnikiem.

– Chyba ocipiałeś.

Shen nie wiedziała, czego się bardziej boi. Zaziębienia od przewiania spoconego ciała przez lodowaty wiatr czy skostnienia od przeraźliwego chłodu, gdyby zarządziła dłuższy odpoczynek.

– Dlatego się panienka poci – powiedział przewodnik. – Czuć ciepło w powietrzu.

Shen zerknęła pytająco na Kadira, ale z trudem łapiący powietrze rusznikarz nie miał sił, żeby odpowiadać na niezadane pytanie. Na szczęście dochodzili właśnie do pierwszych chałup. Pojawiły się psy. W dalszym ciągu jednak nie szczekały. Partyzanci wiedzieli już, dlaczego tak się dzieje. Podobnie zachowywały się psy w każdej z wsi zagubionych w niegościnnych górach, bo w takich miejscach psy w czasie głodnych dni, które tu zdarzały się często, służyły za strawę dla ludzi. No a wiadomo: od pokoleń pierwszy do gara wędrował ten czworonóg, który najbardziej hałasował – z reguły więc nie zdążył jeszcze spłodzić potomków i w ten sposób nieświadomie hodowano rasę najcichszych zwierząt w całym cesarstwie.

Zatrzymali się dopiero na środku wsi, naprzeciw największej chałupy, z której na ich powitanie wyszedł rosły, bardzo wysoki mężczyzna. Jego wygląd wzbudził zresztą zdziwienie wśród partyzantów. Odruchowo sądzili, że skoro wszystko wokół jest karłowate, poczynając od zabudowań, a na zwierzętach kończąc, to i ludzie powinni być malutcy. Najwyraźniej nie byli. Sołtys, nawet kiedy zgiął się w ukłonie, zdawał się górować nad dowódcą.

– Witajcie, przybysze! Czekaliśmy na was... Choć nie w takiej liczbie. – Spod oka zerknął na uzbrojonych po zęby ludzi.

– Nie bój się. – Shen chciała go uspokoić. – Mamy własny prowiant.

Głód! Nagła myśl przeszyła jej umysł: pod żadnym pozorem nie można przyjąć od gospodarzy mięsnego poczęstunku. To na pewno będzie psina!

– Chętnie się nim podzielimy. – Wyjęła z plecaka niewielki karton wypełniony tabliczkami czekolady.

Aha, znali już tutaj to cudo zagranicznego cukrownictwa. Obserwowała rozszerzone z radości oczy sołtysa, kiedy z czcią prawie oglądał jedną z tabliczek opakowanych w wykwintny papier. Na obwolucie widać było roześmianego pucułowatego chłopca pędzącego do równie spasionej dziewczyny w jakimś legendarnym raju gdzieś, nie wiadomo gdzie, za Górami Bogów.

– A... a kartofle też macie?

Shen parsknęła śmiechem. No tak, mogła to przewidzieć. Legendy o cudownej roślinie, która odpędzała głód, mające swoje źródło wyłącznie w przechwałkach Polaków, dotarły pod strzechy nawet w najbardziej zapadłych zakątkach imperium. Wiele razy rozmawiali o tym z Kadirem. Rusznikarz twierdził, że ludzie po prostu chcieli wierzyć w cuda. Nie własna praca, nie staranie, nie walka, tylko cud. Najlepiej zagraniczny! Najlepiej pochodzący z tak daleka, żeby nie można było sprawdzić, czy na pewno działa. Cud, dar z niebios, łaska zagranicznych dobroczyńców... Populiści zawsze potrafili wykorzystać ten mechanizm i dlatego ci, którzy wzywali do roboty, z reguły nie zapisywali się na kartach historii w przeciwieństwie do tych, którzy prowadzili ludzi na bezsensowne wojny, mające przynieść zdobycze i bogactwo, a dające biedę i stosy trupów. Cóż, argumentami do ludu przemawia tylko głupi władca. Mądry używa prostych emocji bez żadnej treści.

– Nie – mruknęła nagle zła. – Ale będą w przyszłym roku.

Pusta obietnica wystarczyła. Sołtys prawie już radosny poprowadził ich do swojej chaty. Partyzanci mieli się rozlokować u sąsiadów.

– Proszę, tędy, tędy. – Wysoki chłop wskazywał drogę, jakby były to zakamarki ogromnego pałacu, w którym można się pogubić. Chałupa nie była skromna, miała trzy izby, ale i tak w głównym pomieszczeniu, przy piecu, ledwie mogło usiąść kilka osób. Żona gospodarza, szczupła, młoda jeszcze chłopka, pomagała Shen szamoczącej się ze swoją grubą kurtką.

– Dajcie, pani, dajcie ją. Wysuszę wam, ale nie przy piecu, bo skóra się zniszczy.

– Dziękuję.

– Dajcie, ja dobrze wysuszę. – Gospodyni zakrzątnęła się przy Kadirze.

Ich przewodnik radził sobie sam. Po chwili usiedli w cieple, przy dość sporej nawet ławie na środku, a gospodarz postawił przed nimi misę z parującą strawą. Ani kęsa! – przestrzegła samą siebie Shen, widząc wśród ugotowanych warzyw kawałki mięsa. Nie bierz tego do ust!

Kadir musiał mieć równie posępne podejrzenia, bo także nie tknął niczego. Zadowolił się kubkiem gorącej wody z sosnowymi igłami i odrobiną miodu.

– Gdzie jest ten człowiek? – zapytał sołtysa.

Ten pokazał palcem najbliższą ścianę.

– W tamtej izbie?

– Tak. Jak go znaleźli, to leżał u naszej zaklinaczki. Ale jak się dowiedziałem, że to człowiek zza Gór Bogów, to kazałem przenieść do siebie.

No jasne. Liczył na nagrodę za uratowanie kogoś znacznego. Ale sam w tej głuszy nie wiedział nawet, jak komuś dać znać o znalezisku.

– I co z nim? – indagował Kadir dalej. – Przytomny?

– Nieprzytomny, panie. Albo śpi jakimś takim głębokim snem, albo dziwnie majaczy.

– Jesteś pewny, że to Polak?

Sołtys zamiast odpowiedzi położył na ławie przygotowany wcześniej pasek obcego. Kadir wziął go do ręki. Zwykły pas do spodni, tyle tylko, że nie miał normalnej klamry ani dziurek. Zaciskało się go bardzo poręcznym urządzeniem z ruchomą tulejką w charakterze bloczka. Bardzo przemyślnie wykonana rzecz. I rzeczywiście stało się jasne, że tego przedmiotu nie wykonała ta cywilizacja. Pochodził zza Gór Bogów.

– Tak – mruknął rusznikarz. – To rozwiewa wątpliwości.

– Mam jeszcze więcej jego rzeczy. Żadna z nich nie jest nasza.

Kai skinęła głową.

– Później zobaczymy. Opowiedz, jak było.

Sołtys nalał sobie pełen kubek gorącego napoju z igieł.

– Ano znaleźli go myśliwi. Przy rzece. Normalnie pewnie by go tam zostawili, bo zapasów w domach mało, a zima długa. Jak żaden zwierz we wnyki nie wpadnie, to przeżyć będzie trudno, ale... – Sołtys skrzywił się lekko. – On, choć bogactwa przy nim nie znaleźli, to jednak widać, że znaczny pan. Jego buty z cieniuteńkiej skóry, na ciepłej podszewce, jakoś tak hecnie wykonane. A koszula to z cieniutkiego materiału jak u księżniczki jakiejś.

 

– Jak to tak? – przerwała mu Shen. – W samej koszuli na śniegu leżał?

Sołtys zakrztusił się łykiem gorącego napoju, który pospiesznie wziął do ust. Mhm, domyśliła się natychmiast. Kurtkę więc miał, ale zaopiekowali się nią myśliwi.

– No i myśliwi postanowili, że go tam na zmarnowanie nie zostawią. Do wsi postanowili zabrać ze sobą. Mimo że jeszcze niczego nie upolowali, a ten to rosły chłop. Wszystkich trzeba było, żeby go nieść.

Sołtys nie podobał się Shen. Kręcił. Ona sama, córka prostego rybaka, ze wsi może i równie małej, choć znad jezior, zdecydowanie lepiej potrafiła sobie wyobrazić, do czego tak naprawdę doszło w lesie. Chłopi żadnego dobrego uczynku robić przecież nie zamierzali. Ratowanie kogokolwiek nie wchodziło w grę. W pewnym momencie jednak zdali sobie sprawę, że człowiek leżący przy rzece to wielki pan, i strach ich zdjął po prostu. Że mogą przyjść inni wielcy panowie i o kompana swego się upomnieć. Żywego ducha we wsi nie pozostawiając, kiedy się wkurzą.

Z jakichś przyczyn sołtys jednak postanowił ukrywać prawdę. Chciał wybielić mieszkańców wsi czy co? Nie mówiąc już o tym, że nazywał kłusowników myśliwymi. Co za hipokryzja okropna.

– I co dalej?

– Umieściliśmy chorego u naszej zamawiaczki w chałupie. Ale nie potrafiła go uleczyć.

W to akurat Shen mogła uwierzyć. A także w to, że na myśl im nie przyszło, żeby zgłosić to komuś. Bo niby gdzie i komu.

– A potem do wsi zajechał kupiec – podjął swoją opowieść sołtys. – I to nie z miasteczka, ale z samego wybrzeża!

– Ach, no tak! – Shen poważnie pokiwała głową, żeby pokazać, że docenia wagę kogoś takiego. Kadir nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

– Wojna wtedy z Shah była. Przemytnicy to normalnie w biały dzień przez góry chodzili, takie interesy można było robić. To i zjeżdżali w te okolice różni tacy, co się na lewym towarze dorobić chcieli.

– I co ten kupiec? – Shen przerwała potok nieistotnych informacji. Odruchowo dotknęła lewego policzka. Ćmiący ząb odzywał się coraz mocniej. – Widział chorego?

– Tak, zainteresował się. Jak tylko usłyszał, że we wsi jest obcy, to chciał zobaczyć, kto taki.

– Jak zareagował?

Sołtys poruszył się niespokojnie. Jemu też najwyraźniej Shen nie przypadła do gustu. Niby chłopka, córka prostego rybaka, jak niosła wieść gminna, ale gdzie tam. Mówiła inaczej niż chłopi. I głowę trzymała inaczej.

– On nam powiedział, że to nie nasz. Że on chyba zza Gór Bogów przybył na żelaznym okręcie!

I co? W gacie narobiliście? – miała na końcu języka Shen, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Tym bardziej że każdy gwałtowny ruch głową kończył się ostrym ukłuciem w i tak obolałej już szczęce.

– Strach padł... – sołtys mimowolnie odpowiedział na niezadane pytanie.

Ano strach, strach. I teraz co tu zrobić? Tu już nie tylko wielmoże, ale same mocarstwa zamieszane. Sprawy tak światowe i tej wagi, że siły w to wciągnięte całą wieś mogły postrzegać mniejszą niż pyłek na końcu palca, który lekkim dmuchnięciem można strącić w niebyt.

– Chorego kazałem przenieść do mojej chałupy.

Rozsądnie, przytaknęła w myślach Shen.

– No i dumałem tak... Kupiec z przemytnikami sprawy miał, więc nieskory on będzie opowiadać w mieście, gdzie był i co widział.

– Mądrze myślałeś. Z tego, co wiem, nic nikomu nie powiedział.

– No właśnie.

– A dlaczego nie zgłosiłeś...? – Shen przerwała nagle i machnęła ręką. – Zresztą nieistotne, co tam zamierzałeś. Kupiec z chorym rozmawiał, tak?

– Tak.

– I czego się dowiedział?

– Niewiele. Człowiek zza gór majaczył, a kupiec jego języka nie znał. Trochę gwary liznął na wybrzeżu.

– Co usłyszał?

– No... tamten powtarzał słowo „Gradient”.

– „Gradient”? Dobrze zapamiętałeś?

– Tak. Dobrze.

Shen i Kadir wymienili się spojrzeniami.

– Coś jeszcze mówił?

– Kupiec niewiele zrozumiał. Na pytanie, skąd przybywa, tamten powtarzał w malignie, że z piekła.

– A co to jest to piekło, wiesz?

Sołtys zaprzeczył ruchem głowy. Shen znowu zerknęła na Kadira. Ten ledwie dostrzegalnie wzruszył ramionami, patrząc na gospodarza z powątpiewaniem.

– No i co jeszcze tamten mówił?

– Ja tam nie wiem. Ja światowych spraw nie znam. I nie ruszam.

– No dobrze. – Widać było, że niewiele więcej zdołają się dowiedzieć. – Zobaczymy ten twój kłopot sami. I zabierzemy go ze sobą.

Sołtys najpierw zerwał się od stołu z wyraźnie malującą się na twarzy ulgą, skoczył do drzwi, ale w ostatniej chwili zatrzymał się jednak.

– A jakby tamci... – Nie wiedział, jak ubrać w słowa myśl, która pojawiła się w głowie. – A jakby tamci wynagrodzić chcieli...

– No jasne. – Kadir podniósł się zza stołu. – Weźmiemy chorego i zawieziemy do polskiego garnizonu przy lotnisku w Kong. Powiemy żołnierzom, że w tej wsi przetrzymywano Polaka, a sołtys za to nagrody wygląda i mają tu przyjechać, żeby samym sprawę załatwić.

– Nie! Nie! Nie!...

Przerażenie gospodarza było tak okropne, że Shen po raz pierwszy zrobiło się go naprawdę żal. Wstała również, podeszła do sołtysa i objęła go ramieniem.

– Nie bój się – szepnęła. – Załatwimy tak, żeby było dobrze. – Uśmiechnęła się szczerze i pchnęła drzwi do izby obok.

Kadir ruszył za nią, śmiejąc się w duchu. Śmiech jednak zamarł mu na ustach, kiedy wszedł za dziewczyną do małej i dusznej izby. Powodem jednak nie był leżący w gorączce zarośnięty człowiek w betach, tylko staruszka siedząca na zydlu obok łóżka. Wyraz zatroskania i grozy na jej twarzy wstrząsnął nawet trzeźwo myślącym rusznikarzem.

– Kto to jest?

Sołtys przepchnął się do przodu.

– Zaklinaczka.

– A czego ona się tak boi?

– Coś przyszło z obcym do wsi – wyszeptał gospodarz, jakby bał się w tym miejscu podnieść głos. – Coś, co nie jest dobre. I ona jedna to widzi.

– Coś? Jakaś istota, duch?

– Nie. – Sołtys rozłożył ręce i potrząsnął głową, ale najwyraźniej nie potrafił znaleźć odpowiednich słów.

Kadir chciał dowiedzieć się czegoś jeszcze, lecz Shen, która już nachylała się nad chorym, poprosiła go o pomoc.

– On strasznie gorączkuje. Masz apteczkę od Siweckiego?

– Tak.

– A umiesz zrobić zastrzyk?

O szlag. Tego jeszcze brakowało! Owszem, teoretycznie wiedział, jak zrobić zastrzyk. Jednak jego wiedza brała się z oglądania rysunków, na których ta czynność została przedstawiona etapami.


Rozkaz był prosty i jasny: „Przygotować lądowisko dla wiatrakowców”. I żadnych komentarzy. Żadnych odpowiedzi na prośbę o pozwolenie ewakuowania ludzi na pokłady okrętów, które towarzyszyły krążownikowi. Nic, tekst depeszy nie zawierał nawet zająknienia na temat tego, czy jego prośba do dowództwa dotarła. A ponieważ z rozkazami podpisanymi: „adm.” się nie dyskutuje, Tomaszewski chcąc nie chcąc nakazał karczowanie drzew w odpowiednim miejscu przy świątyni dzikusów. Prawdę powiedziawszy, był w kropce. Pozostał tu bez zapasów i amunicji. Z równie głodnym i prawie pozbawionym nabojów pułkiem z Kong. Malutkie samoloty obserwacyjne z krążownika usiłowały im coś zrzucać, ale w pierwszej kolejności musiano zdecydować się na rzeczy najbardziej potrzebne. A to były lekarstwa i środki opatrunkowe dla licznych rannych pułku i desantu.

– Coś taki smutny? – Siwecki, który zorganizował lazaret wewnątrz świątyni, w pomieszczeniach, które mogli ogrzać, rzadko pojawiał się na zewnątrz. Zaskoczył Tomaszewskiego zupełnie.

– Poobcinałeś już wszystkie ręce i nogi?

Lekarz mało się nie obraził.

– No przestań. Nie obcinam niczego, bo nie mam warunków. Przygotowuję ciężej rannych do transportu na krążownik.

Tomaszewski wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Obaj zapalili, zaciągając się łapczywie, choć na mrozie dym niezbyt smakował.

– Rozkoszuj się, bo to jeden z ostatnich.

Siwecki gwałtownie poderwał głowę.

– No co ty?

– Z tym transportem na krążownik też się nie spiesz. Nie mamy pozwolenia na ewakuację całości.

– Czego ja tu nie rozumiem? Ktoś zabronił przetransportowania tam ciężko rannych?

– W tym sensie to nie. – Tomaszewski uśmiechnął się kpiąco. – Ale transport przez las trzeba jakoś chronić, prawda? A ja nie mam amunicji. Nie mam, psiakrew, niczego! Tak naprawdę bezpieczeństwo tutaj zapewnia nam archaicznie uzbrojony pułk z Kong, ale dziewczynom nabojów wystarczy jedynie na kilka strzałów.

– No to świetnie. – Siwecki spojrzał na swojego papierosa jak na coś bardzo cennego. Potem zaciągnął się, tym razem ostrożnie. – A ci tu? – Wskazał żołnierzy wyrównujących króciutki pas startowy. – Co robią?

– Dowództwo chce mieć pas dla wiatrakowców.

– No to znak, że o nas nie zapomnieli. Przyślą zaopatrzenie...

– Wiatrakowcami? – wpadł mu w słowo Tomaszewski. – Te maszyny mają za mały udźwig.

– To po co nam lądowisko?

– Przyślą jakiegoś mądralę. Albo oficjalną delegację – zaczął wyliczać na palcach – albo co gorsza, komisję, albo jakichś naukowców, albo...

– No to niech się pospieszą z tym przysyłaniem. – Siwecki nie miał wątpliwości.

– Tak ci zależy na jakimś oficjelu?

Lekarz potrząsnął głową. Ostatni raz z wyraźną przyjemnością zaciągnął się papierosem i odrzucił niedopałek zgrabnym pstryknięciem tak daleko, że Tomaszewski swój własny upuścił tuż pod nogi i zgniótł obcasem. Nie chciał stawać do konkurencji, w której najwyraźniej nie miał szans.

– Zależy mi na szybkim transporcie przynajmniej jednego rannego.

– Kogo?

– Ten twój ślepy podróżnik, którego uwolniliście razem z Mielczarkiem. Właśnie umiera powoli.