Pomnik Cesarzowej Achai t.2Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pomnik Cesarzowej Achai t.2
Pomnik Cesarzowej Achai t.2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,33  57,86 
Pomnik Cesarzowej Achai t.2
Pomnik Cesarzowej Achai t.2
Pomnik Cesarzowej Achai t.2
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
34,90 
Szczegóły
Pomnik cesarzowej Achai
Pomnik cesarzowej Achai
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Książki Andrzeja Ziemiańskiego wydane nakładem naszego wydawnictwa

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Karta redakcyjna

Okładka


Książki Andrzeja Ziemiańskiego
wydane nakładem naszego wydawnictwa

1 Achaja – tom 1

2 Achaja – tom 2

3 Achaja – tom 3

4 Zapach szkła

5 Toy Wars

6 Breslau forever

7 Pomnik cesarzowej Achai – tom 1

8 Za progiem grobu

9 Pomnik cesarzowej Achai – tom 2

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Żagiel o niezwykłym kształcie został zauważony w Cesarsko-Książęcej Dostrzegalni mniej więcej w południe. Mistrz Roe zanotował pozycję statku względem wieży, a po dwudziestu modlitwach także jego kurs. Potem jednak, jakby nie wierząc własnym oczom, posłał po chłopca obdarzonego najbardziej bystrym wzrokiem.

Zdyszany pomocnik zjawił się dłuższą chwilę potem. Musiał pokonywać skokami nie po dwa, ale po trzy stopnie naraz. A w dodatku schody Dostrzegalni należały do bardzo stromych, z chłopca ściekał pot.

– Na rozkaz, panie. – Rozpaczliwe próby uspokojenia oddechu przyniosły w końcu efekt.

– Patrz tam. – Mistrz ręką wskazał kierunek. – Powiedz mi, co widzisz.

Chłopak przysłonił dłonią oczy, usiłując jak najlepiej wypełnić niecodzienny rozkaz. Ma opisać, co widzi? Dziwne. Z reguły wykorzystywano go do obserwowania, czy nie pojawiają się pierwsze oznaki nadciągającej burzy, czasem do śledzenia rozbitków, ale nigdy do opisywania widoków. Nie zamierzał jednak dyskutować. Wytężył wzrok.

– To bardzo ciężki statek. Takiego układu żagli jeszczem nie widział.

– Jakie one są? – przerwał mu Roe. – Mów, co widzisz.

– Panie... – Chłopak zawahał się na chwilę. – Panie, nie jestem pewien, ale...

– Mów.

– Panie, one są ustawione do linii środka, o tak. – Klasnął, przesuwając jednocześnie dłoń po drugiej dłoni. Nie umiał powiedzieć: „W stanie spoczynku są ustawione równolegle do osi statku, pokrywają się z nią”, ponieważ nie znał tych pojęć ani adekwatnych słów. Musiał pokazać gestem. Mistrz Roe jednak zrozumiał. Zrozumiał też, że takich żagli nie widział dotąd ani razu w swoim długim, poświęconym sprawom morza życiu. Po jaką zarazę komuś były potrzebne żagle zabudowane równolegle do osi? A jednak.

– Co jeszcze?

– One... on... – Chłopak westchnął ciężko. Miał najwyraźniej spore problemy z wysławianiem się. – Ten statek płynie pod wiatr!

Roe wzruszył ramionami. To oczywiste. Wiało od lądu, a obca jednostka zbliżała się coraz bardziej. Jak więc płynęła? Pod wiatr, do ciężkiej zarazy. Tylko niech ktoś wytłumaczy, po co płynącemu do portu sternikowi żagle, skoro mu w mordę wieje?

– Wyrażaj się jaśniej – zganił chłopca.

Ten nie miał pojęcia, co powiedzieć. W końcu zaryzykował.

– Oni nie mają wioseł.

Mistrza zatkało. Dłuższą chwilę walczył o odzyskanie oddechu.

– To jak płyną pod wiatr na samych żaglach? – zapytał, wymuszając na sobie spokój.

– Zwrot! – krzyknął nagle młody obserwator. – Właśnie zrobili zwrot! Płyną do nas zygzakiem.

Roe westchnął ciężko. Odnotował w kronice portowej zmianę kursu tamtej jednostki. Dalej nie rozumiał niczego. Odprawił chłopca, nie chcąc dłużej słuchać jego okrzyków. Na starość w ogóle nie znosił przesadnego hałasu. Praca na wieży Dostrzegalni była więc dla niego ideałem, na który ciężko pracował przez całe życie. Teraz zerknął na dół, na wielki, wspaniały port książęcy. Dzięki młodemu wszyscy już tam pewnie wiedzieli o dziwnym statku, który najwyraźniej zamierzał tu zawinąć. Nie miał na to wpływu. Czuł jednak, że dotknie dzisiaj dziwnej zagadki, z którą to właśnie on będzie musiał sobie poradzić.

W porcie życie toczyło się normalnym rytmem. Dopiero przed zmierzchem ludzie odrywali się od swoich zajęć, żeby zająć się obserwacją. Obcy statek był już widoczny w całej okazałości. Oczywiście dokerów, kupców, zarządców handlowych i spekulantów nic to nie obchodziło. Ale kapitanowie, sternicy, szyprowie kutrów, oficerowie marynarki i wszyscy związani z życiem na morzu gromadzili się, tworząc gęstniejący tłum. Każdy chciał zobaczyć dziwoląga, który płynął pod wiatr.

– Ale cudo! – krzyknął ktoś uczepiony masztu sygnalizacyjnego. – Właśnie robi zwrot.

– E tam, cudo – odezwał się jeden z szyprów. – Widziałem już takie w Negger Bank.

– Tak? To powiedz, jakim sposobem on płynie na nas na samych żaglach? Co?

Szyper najwyraźniej kłamał, opowiadając o swoich doświadczeniach, bo nie potrafił udzielić odpowiedzi.

– Ależ wielki! – ekscytował się ktoś inny, usiłując się wspiąć na stertę towarów zgromadzonych tuż przy nabrzeżu. Zaraz zresztą wywiązała się kłótnia z kupcem o te towary. Nie jedyna. Przybywający ciągle ludzie mieli różne teorie na sposoby nawigacji zbliżającego się dziwadła, a także różne przypuszczenia co do jego przynależności państwowej. Sprzeczka goniła sprzeczkę. Napięcie rosło.

– Wywiesił banderę! – krzyknął ktoś o bystrzejszym wzroku od innych. – Opowiedział się!

– Jakby dwa pasy, biały i czerwony... – rozległy się komentarze.

– A pośrodku coś... jakby ptak?

– Na czerwonym polu. Ptak. Czyj to może być herb? Słyszał ktoś o takim?

– Jaki to ptak? Potwór chyba.

– Jest tu jakiś heraldyk? – donośny głos wybił się nad pozostałe. – Niech powie, czyj to herb: rozplaskany ptak na czerwonym polu, z żółtą plamą na łbie?

Heraldyka jednak w porcie nie było.

– Stanął! – wrzasnął nagle jeden z kapitanów. – Rzuca żagle i kotwicę!

Wszyscy pozostali wytężyli wzrok. Niebywałe! Obcy, przedziwny statek rzuca kotwicę daleko PRZED wejściem do portu. Niesłychane! Po co?! Dlaczego nie wpływa?

– Może ma głębokie zanurzenie? – odezwał się głos rozsądku starego, doświadczonego sternika. – I nie może tu wpłynąć? Albo po prostu nie zna głębokości portu i nie chce ryzykować?

– Brednie, bzdura! Nie wygląda na aż tak obciążony, żeby się przesadnie zanurzyć. Burty widać na sporą wysokość – szybko zakrzyczano jedynego człowieka, który ten dziw żeglarstwa usiłował wytłumaczyć racjonalnie.

Wszyscy wokół obserwowali małe sylwetki w jednolitych mundurach, które radziły sobie ze skomplikowanym olinowaniem statku. Komentowano fakt, że burty i pokład lśnią w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca. Z czego są zrobione? Jakiej obróbce poddano drewno, że aż do oślepienia odbija światło? Widok był zupełnie nieprawdopodobny.

– No, szykujcie mi łódkę na jutro – krzyknął jakiś cieśla okrętowy. – Ja se chcę o brzasku obejrzeć te żagle z bliska.

– Ja też! Ja też! Płynę z tobą. – Chętnych na poranną podróż nie brakowało.

– Toż żagle będą zwinięte.

– Po rejach się zorientujemy, jak to robią. – Cieśla w fascynacji pocierał brodę. – A może jak z dobrym winem popłyniemy w dzbanach, to zaproszą na pokład i pozwolą popatrzeć dokładnie?

– E, toż tamci mundury mają, nie wolno im wpuszczać. Bo w ogóle to okręt wojenny, a nie statek jest.

– Patrzcie! – ostry okrzyk przerwał dyskusję.

Na pokładzie obcej jednostki pojawiła się nagle łódka. Tak, pojawiła się to najwłaściwsze określenie. Przedtem jej tam nie było. Dwóch ludzi chwyciło ją i wrzuciło do wody. Tłum na nabrzeżu zamarł. Jak to? Albo tych dwóch to siłacze, o jakich Bogowie nawet nie słyszeli, albo łódka jest nieprawdopodobnie wręcz lekka. A przecież nie może taka być, skoro za moment wsiadły do niej cztery osoby i do tylnej burty przymocowały coś niekształtnego, co z trudem na linach spuszczono im ze statku. To, co wszyscy widzieli, okazało się trudne do uwierzenia, ale najlepsze było jeszcze przed nimi. Łódź ruszyła nagle sama z siebie. Bez pomocy żadnych wioseł, nie mówiąc o żaglu. Sama z siebie. Po długiej chwili do obserwatorów na brzegu dotarł niesiony przez wodę warkot. O Bogowie! Łódź błyskawicznie rosła w oczach. Mniej odważni cofnęli się trochę, kiedy ciągnięta najwyraźniej przez demony łódka błyskawicznie wpływała do portu. Wewnątrz siedziało dwóch mężczyzn odzianych w nieskazitelną czerń, z idealnie białymi czapkami na głowie – znać w nich było wielkich panów. Obok znajdowała się ubrana w jakiś przedziwny strój czarownica z czarną opaską na głowie. Tym hałaśliwym czymś z tyłu zajmował się chyba zwykły marynarz, choć też w nieskazitelnej czerni, to jednak skromniej ubrany. Do obecnych w porcie dotarła właśnie fala smrodu albo skoncentrowanego nieznanego zapachu, która biła od hałaśliwego urządzenia. Warkot zresztą zaraz zmniejszył się znacznie, potem ucichł, a łódź wpłynęła dziobem na piaszczystą łachę, gdzie wyciągano rybackie łodzie i małe stateczki handlowe. Pasażerowie zeskoczyli na piach, ostatni sam jeden bez żadnego wysiłku wyciągnął łódkę na ląd. Niebywałe.

 

Z tłumu obserwatorów oderwało się kilka osób i pchanych ciekawością ruszyło w stronę przybyszów. Niepotrzebnie zresztą. Okazało się, że tamci doskonale znali miejscowe zwyczaje, bo skierowali się wprost do kapitanatu. Tłum rozstępował się przed nimi w ciszy. Ich mundury budziły podziw, nikt dotąd nie widział tak drobnych i równych splotów nici tworzących materiał. Nikt dotąd nie czuł też zapachów, jakie tamci rozsiewali, idąc. Przypominały trochę zapach korzeni czy pachnideł z dalekich krajów, ale... No dobrze. Nic dziwnego, że pachniała młodziutka czarownica, w końcu to kobieta. Ale mężczyźni? I to tak intensywnie?

Na przywitanie gości z kapitanatu wyszedł sam mistrz Roe. Trudno się dziwić zresztą. Widok był niebywały. Obcy jednak wiedzieli, co robić. Obaj mężczyźni energicznie dotknęli palcami swoich czapek. Nie był to może regulaminowy salut, przybysze robili to po swojemu. Czarownica dygnęła lekko. Mistrz w odpowiedzi skłonił głowę.

– Komandor Krzysztof Tomaszewski, Marynarka Wojenna RP – przedstawił się najważniejszy z przybyszów, a potem wskazał dłonią pozostałych. – Czarownica Kai, porucznik Leszek Siwecki.

– Witam. – Roe poczuł ulgę. Obcy mówił z wyszukanym, perfekcyjnym akcentem. Widać było, że jest człowiekiem kulturalnym, bywałym na dworach i w pałacach. Nie jest więc posłem jakiegoś barbarzyńskiego króla planującego napaść, tylko kimś na poziomie. Wróżyło to brak kłopotów. – Jestem mistrzem Cesarsko-Książęcej Dostrzegalni i administratorem portu.

– Chcielibyśmy wnieść opłaty portowe. Niestety, nie mamy waszych pieniędzy. Czy możemy zapłacić po prostu złotem?

Port był pełen lichwiarzy i spekulantów. Roe pstryknięciem palców wezwał najbliższego, w miarę uczciwego, o imieniu Ores.

– Przyjmiesz od państwa złoto i rozliczysz się z portem?

– Tak, mistrzu. – Ores, węsząc dobry interes, dosłownie rozpływał się w uśmiechach.

– Chcielibyśmy też postawić wartę przy naszej łodzi. Zostaniemy w mieście na noc.

– Oczywiście. – Ponowne pstryknięcie palców i Ores natychmiast krzyknął, że postawi czterech strażników. A to spekulant łapczywy! Wystarczyłby jeden strażnik na pokaz. Skoro łódź znalazła się pod opieką kapitanatu, to żaden złodziej i tak nie miałby do niej dostępu. Obcy jednak najwidoczniej nie liczyli się z wydatkami, bo nie zaprotestowali. Naiwni. Oskubią ich tu naciągacze oferujący usługi i dobra wszelakie.

– I ja mam prośbę – odezwała się czarownica.

– Tak, pani?

– Czy mógłbyś, szanowny mistrzu, zgłosić mój przyjazd w cechu? Bardzo by mi to życie ułatwiło. Mam na imię Kai, szkoła pustynna Danoine, misja specjalna.

Roe skłonił głowę, kryjąc uśmiech. Domyślał się, dlaczego dziewczyna sama nie chciała podejść do cechu czarowników. Pewnie musiałaby tam oddać czarną opaskę i część godności by jej ubyła. Usiłował się nie roześmiać, mówiąc:

– To dla mnie żaden kłopot, młoda pani. Zgłoszę twoje przybycie urzędowo. – Przeniósł wzrok na komandora. – Wielki panie, jaką nazwę twojego okrętu mam wpisać do kronik portowych?

– „Biegnąca z Bogami”, mistrzu.

– Ooo...? – Roe popatrzył na młodego oficera z uznaniem. – Właściwa nazwa dla tak pięknej jednostki.

– Dziękuję. Ale to nie okręt, mistrzu. To jacht pełnomorski.

Tym razem Roe ukłonił się w niemym podziwie nad niewyobrażalnym wręcz bogactwem nieznanego władcy, który przysłał tu swoich oficerów. Jacht tej wielkości? Dużo większy niż niejeden statek handlowy? Ciekawe, czy sama cesarzowa miała jacht porównywalnych rozmiarów.

– Piękny – odparł tylko. – Ores, zajmij się państwem i zaprowadź do miasta!

– Tak, mistrzu. – Spekulant zrozumiał, że to może być jeden z najpiękniejszych dni w jego życiu. Zgiął się w ukłonie i wskazał obcym drogę do wyjścia z portu.

Roe patrzył za nimi długo. Wokół właśnie gruchnęła wieść, że mimo postawionych czterech strażników komuś udało się dotknąć małej łodzi, która leżała niedaleko wyciągnięta na piach. Podobno jej burty były miękkie jak rybi pęcherz wypełniony powietrzem. Mistrz nie ekscytował się jednak plotkami. Pogłębione przez lata doświadczeń zebranych dzięki pracy w porcie przeczucie mówiło mu, że ta wizyta nie należy do zwykłych i nie skończy się jak zazwyczaj. Przybysze przedstawili się jako oficerowie marynarki wojennej. Nie wyglądało to jednak ani na wyprawę szpiegowską, ani poselską, ani, co zupełnie już oczywiste, kupiecką. Kogo więc reprezentowali? To było mniej istotne. Sądząc po niewidzianym tu nigdy systemie ożaglowania, pochodzili z tak daleka, że nazwa kraju pewnie nikomu tu nic by nie powiedziała. Ale najwyraźniej i ta myśl okazała się najgorsza, ich nie za bardzo interesowało, co dzieje się wokół. Kto się tak zachowuje? Kurtuazja, uprzejmość, szastanie pieniędzmi, lecz nie na pokaz, tylko tak... bez zwracania uwagi na drobiazgi. No kto się tak zachowuje? Przecież nie szpiedzy z rozbieganymi oczami, nie czujny zwiad wojskowy, nie posłowie każdym gestem podkreślający godność osoby, którą reprezentują. Tak robią... właściciele gospodarstwa. Ludzki pan chodzi sobie po swoich włościach i tak właśnie robi. Tu rzuci garść brązowych, tu z uprzejmością skłoni głowę służącemu, który dobrze wykonał swą powinność. Kulturalny, ludzki pan nie pluje kmiotom w twarz, on nie żałuje zapłaty. A ci tutaj, przybysze nie wiadomo skąd, tak właśnie się zachowywali. Jakby wszystko wokół od dawna było już ich własnością.

Roe wrócił do kapitanatu i skrupulatnie uzupełnił odpowiednie wpisy w kronikach portowych. A potem wydał kolejny niecodzienny dla niego rozkaz:

– Przynieście tu wina. Dużo!


– Podnieś głowę!

Dziewczyna leżąca wewnątrz niewielkiej transportowej klatki poruszyła się lekko. Jeden z konwojentów szturchnął ją swoją długą drewnianą pałką.

– Więzień! Wstać!

Odruchowo poprawiła na sobie łachmany. Potem podniosła się chwiejnie. Kiedy oparła dłoń o kratę, żeby sobie pomóc, dosięgnął jej nowy cios. Nie będzie sobie tu łap o kraty opierała, kurwa jedna. Jak jej chwiejno, to zaraz dostanie porządne oparcie. Już konwojenci o nią zadbają. Jeden ze strażników wsunął do środka gruby kij z zawieszonym na końcu sznurem. Opuścił pętlę na szyję dziewczyny i zadzierzgnął mocno.

– Ręce wystaw!

Dusząca się dziewczyna, chcąc uniknąć dalszego bólu, skwapliwie wysunęła dłonie przez kraty. Na obu nadgarstkach natychmiast zacisnęły się pętle. Po chwili mały, podręczny kołowrót bez trudu uniósł klatkę w górę, a oprawcy, nie narażając się na żadne już niebezpieczeństwo, mogli wejść do środka.

– Spętaj ją! – rozkazał konwojent młodszemu strażnikowi.

Ten przyklęknął szybko. Związał więźniowi obie nogi, ale tak, żeby mogła stawiać przynajmniej drobne kroczki. Sznur podciągnął jeszcze do góry i przymocował do skrępowanych dłoni. Teraz nie mogła już nawet teoretycznie nic im zrobić. Trzymali ją na pętli przymocowanej do kija niczym na wędce.

– Idź! – Ten, który trzymał drąg, szarpnął nim lekko. – I żadnych numerów, bo się sama powiesisz.

Dziewczyna najwyraźniej nie zamierzała robić żadnych numerów. Posłusznie dreptała, gdzie jej kazali. Podduszana walczyła o choć odrobinę oddechu.

– No jazda, jazda! – Konwojent był zbyt doświadczony, żeby szarpać tylko ze złośliwości. Nikt tu nie chciał śmierci więźniów. Ludzie wokół to zawodowcy, a nie sadyści. Dręczyli do upadłego, bo taka była procedura niepozwalająca więźniom nawet zipnąć, żeby nie mieli chęci pomyśleć choćby o próbie przeciwstawienia się konwojentom. Nie męczyli dla przyjemności.

Niewielkiej grupie udało się zejść do piwnic, pokonując wąskie schody z dość dużym trudem. Na szczęście pęta na nogach dziewczyny pozwalały na taki rozstaw nóg, żeby schodzić stopień za stopniem. Na dole jednak jej twarz zaczęła przybierać lekko siną barwę. Lecz na razie nikt nie zamierzał poluźnić pętli na szyi.

Zza wielkiego kontuaru ustawionego przed kratą podniósł się zwalisty mężczyzna.

– No i coście mi tu dzisiaj za gówno przywieźli? – Popatrzył na przybyłych z niesmakiem. – Dezertera?

– Ja tylko towar dostarczam. – Szef konwoju położył na blacie przedmioty, które własnoręcznie musiał znieść do piwnicy. – Pokwituj mi to wszystko.

– A po co? Przecież ją zaraz rozstrzelają.

– Ja nic nie wiem. Ja towar dostarczam, panie Magazynier – ostatnie słowo wypowiedział tak, jakby należało je pisać wielką literą. Lepiej, wypowiedział je z dużą dozą szacunku.

Człowiek nazwany Magazynierem wzruszył ramionami.

– Mówisz: kwitować, ja kwituję. – Wskazał palcem najbliżej leżącą rzecz. – Tylko mi powiedz, co to jest, kochaniutki.

– Jak to co? Karabin.

– No to karabin własnością wojska jest. Niech oni sobie biorą.

– Ale ten może do śledztwa potrzebny? Nie wiem. Dziwny jakiś.

– No ja też takiegom jeszcze nie widział. Ale do jakiego śledztwa? Jak ktoś do mnie trafia, to nie wychodzi. Ani do domciu, ani na żadne śledztwo. Chyba że pod ścianę albo na jakiś szafot.

Konwojenci i strażnik uśmiechnęli się na te słowa. Każdy znał ponurą sławę więzienia zwanego Podziemną Twierdzą.

– No dobra. – Magazynier usiadł i rozpostarł podaną mu kartkę papieru. – Kwituję. Karabin dziwny, sztuk jedna.

– Panie Magazynier... Nie pisz „dziwny”.

– A jaki?

– Jak to będzie wyglądało? Napisz... „normalny”. Albo w ogóle nie pisz. Jak ja te „dziwności” później dowódcy oddam? To nie jest zwrot ogólnoregulaminowy.

Magazynier jednak nie zamierzał wnikać. Problemy z przyjęciem raportu i pokwitowania przez dowódcę konwojenta były prywatną sprawą tamtego.

– A co to jest? – Dotknął gęsim piórem sporej skrzyneczki.

– Naboje chyba. Skąd mam wiedzieć?

Magazynier otworzył wieczko i z niedowierzaniem patrzył na połyskującą w świetle pochodni zawartość.

– Całe z metalu? – Podniósł głowę. Nagle zaczęła go nurtować inna kwestia. – Zaraz! Co wy tu wyrabiacie? Chcecie mi z magazynu arsenał zrobić?!

– Ja tylko wykonuję rozkazy.

Magazynier sapnął ze złością. Przechowywanie broni w więzieniu to przecież głupota. Nie mógł jednak niczego poradzić.

– Dobra – syknął. – Ile jest tych naboi?

– Pięćset pięćdziesiąt.

– Przeliczymy. – Wysypał zawartość skrzynki na blat.

– Zwariowałeś? Jeśli będziesz długo liczył, dziewczyna się udusi.

– Nie szkodzi. Nie kwituję w ciemno.

– Naprawdę jest pięćset pięćdziesiąt. Słuchaj, jeśli to potrwa, szyja jej napuchnie i ciężko będzie zdjąć pętlę.

– Twoja sprawa.

Liczenie odbywało się powoli. Sztuka po sztuce. Okazało się, że nabojów można było pokwitować czterysta dziewięćdziesiąt cztery, a nie pięćset pięćdziesiąt. Magazynier jednak nie wnikał, skąd różnica. Po pierwsze to nie jego sprawa, a po drugie każdy widział, że są z jakiegoś cennego metalu. A poza tym równiuteńkie, lśniące, wykonane z nieprawdopodobną precyzją. Sporą cenę można uzyskać u handlarzy. Nie dziwota, że zginęły po drodze.

 

– Piszę: nabojów z metalu czterysta dziewięćdziesiąt dwa.

Konwojent ze skwaszoną miną nie protestował za bardzo. Każdy chce mieć jakąś pamiątkę. Mruknął tylko:

– Dobrze, że nie wpisałeś „nabojów dziwnych”.

Magazynier bez słowa podniósł ze stołu następny przedmiot.

– Kurtka w zielono-brązowo-czarne nieregularne ciapki, dziwna.

Konwojenci woleli już nie komentować. Na szczęście z pozostałymi przedmiotami poszło już szybko. Tuleja metalowa ze znaczkami, torba z dwoma pasami do noszenia, sznurowana, kilka drobiazgów. Nareszcie koniec.

Dziewczynie z pewnym trudem zdjęto pętlę. Walcząc o przywrócenie oddechu, opadła na kolana z głową opartą o blat. Miała ciemne plamy przed oczami. Magazynier, o dziwo, nie protestował.

– Imię?

– Shen – wycharczała.

Zwalisty mężczyzna podniósł drewnianą pałkę i sztorcem uderzył ją w wątrobę. Nie z sadyzmu. Po prostu stosował się do procedury. Długie życie nauczyło go, że procedura jest bardzo skuteczna.

– Pełnym zdaniem.

– Kapral Shen, siły specjalne imperium...

Kolejny cios w wątrobę. Zwinęła się z bólu. Przy skrępowanych rękach nie miała się jak zasłonić.

– Jaki kapral? Toż musieli cię zdegradować. Tu się mówi: więzień.

Usiłowała za wszelką cenę nie pozwolić ciału na ucieczkę w omdlenie. Instynktownie czuła, że wtedy będzie jeszcze gorzej.

– Melduje się więzień Shen, proszę pana.

– Proszę pana nadzorcy – poprawił, ale już bez ciosu pałką. Robiła postępy.

– Melduje się więzień Shen, proszę pana nadzorcy!

Magazynier bez słowa opatrzył pokwitowanie zamaszystym podpisem i oddał szefowi konwoju.

– No. Możecie spadać, chłopaki.


Rand stał przy swoim kantorku przy oknie i sprawdzał wszystkie meldunki dotyczące tej sprawy.

– Mam tego powoli dość – mówił głośno. – Ktoś tu po prostu gra w grę „Nikt nic nie wie, a jeśli wie, to zaraz ginie”. Psiamać szczególnie zjadliwa.

Aie, prześliczna dziewczyna o jasnych włosach i ogromnych, troszeczkę szklistych oczach, podeszła bliżej i zanotowała na małej kartce:

Jesteś geniuszem, mój panie!

Rand zerknął na podsunięty karteluszek i potwierdzająco skinął głową. Potem wrócił do studiowania papierów.

– Przecież to niemożliwe. Ktoś wysłał korpus na wojnę z potworami. Wojsko wlazło w las i od bardzo długiego czasu ani widu, ani słychu. Nic. Mija dzień po dniu i nic. Żadnego oficjalnego komunikatu, żadnego wyjaśnienia złożonego u pani cesarz. Nic. Jakby się nic nie działo. A zapytani, co z wojskiem w lesie, odpowiadają: wojsko prowadzi tam działania operacyjne. Jakie? Tajne! Ot, co wymyślili. Zatem ile będziemy czekać? Choćby na uznanie klęski korpusu i żałobę?

Wspaniale wymyślone, mój panie, największy z mądrych tego świata – nowa kartka pojawiła się przed oczami młodzieńca. Rand ponownie skinieniem przyznał Aie rację.

– Dlaczego siły specjalne za wszelką cenę pragną ukryć to, co się stało z korpusem? – ciągnął swój monolog. – Boją się kompromitacji? Nie. Kompromitacja dotyczyć będzie przecież imperialnej armii, a nie speckurew. Co więc jest grane? I dlaczego to takie tajne? – Rand podniósł głowę. – Jestem głupi jak but!

Jesteś najmądrzejszy na świecie – Aie podsunęła kolejną kartę.

Tym razem ledwie spojrzał. Dziewczyna przyjęła to jak naganę i napisała jeszcze:

Mądrość twoja nie ma sobie równej. Filozofowie, uczeni i mędrcy wszelkiej maści niegodni są, by buty ci czyścić...

Nie dokończyła, bo złapał ją za rękę. Zrozumiała, że sprawa jest poważna. Aie była co prawda głuchoniema, ale nie głupia. Lubiła wypisywać karteczki sławiące umysł szefa, ponieważ i on to lubił. Potrafiła oczywiście bardzo dobrze czytać z ruchu warg, ale kiedy Rand mówił do siebie, to nie chciało jej się patrzeć na jego twarz. Zresztą z reguły stał odwrócony plecami. Prawdę więc powiedziawszy, sławiła mądrość szefa raczej w ciemno – nie słysząc, o co chodzi.

Lecz Rand rzeczywiście ją lubił. Okazała się jego najlepszym współpracownikiem. Jedynym prawdziwie inteligentnym i odpowiednio wrażliwym. Jedynym, który tak naprawdę czuł ból istnienia i poznał, co to znaczy być innym wśród zwykłych ludzi. A poza tym nikt tak jak ona nie umiał wyciągać od ludzi wszystkiego, co chciałby wiedzieć. Jej wygląd ni to dziewczynki, ni dziecka, litość, jaką budziła swoją nieporadnością spowodowaną kalectwem, wielkie oczy i półotwarte usta przepięknej, niezbyt rozgarniętej sierotki sprawiały, że otwierał się przed nią każdy.

Mało kto z kolei wiedział, że Aie pełniła w służbie Randa także funkcję egzekutora. Nie, nie... Nie tajnego zabójcy, który skrada się po nocy, przenika linię wart i cichcem zabija „tego najważniejszego”. Bez przesady. Przecież była głuchoniema. A to znaczy, że nic nie słyszała, zatem zwiadowca byłby z niej jak z kozła baletnica. Po prostu szef się za to nie chciał chwytać, więc gdy zachodziła potrzeba, sprawę załatwiała Aie, nie tracąc zresztą przy tym niczego ze swojej „niewinności”.

Teraz jednak, czując, że zanosi się na dłuższą dyskusję, odłożyła pióro i plik karteczek, a wzięła tabliczkę i rysik. Usiadła naprzeciw Randa.

Aż tak źle?

– W sensie? – usiłował się domyślić. – Że nic nie wiemy? Beznadziejnie przecież.

Ja nie o tym – pisała szybko i błyskawicznie ścierała kredę, kiedy tylko on zdążył przeczytać. Czy ukrywanie machlojek sił specjalnych jest aż tak ważne?

– Czuję, że coś się szykuje po prostu. – Wstał i zaczął krążyć po ogromnym pokoju o ścianach zajętych przez regały z papierami. Zrozumiał jednak, że w ten sposób straci możliwość prowadzenia dyskusji z głuchoniemą, więc wrócił i na powrót stanął przy swoim kantorku. – Po prostu czuję przez skórę, że stało się coś bardzo dziwnego. Cała akcja, od samego początku tajna jak niewiele rzeczy dotąd, musiała pójść nie tak, jak planowali. Tam musiało się wydarzyć coś niesamowitego.

Myślisz, że napotkały coś, co je zaskoczyło?

– Dobrze zgadujesz. – Skinął głową. – Coś zobaczyły, czegoś się dowiedziały i wryło je w szoku w ziemię, gdzie siedzą do tej pory, nie wiedząc, co można powiedzieć, żeby to zakryć.

A nie sądzisz, że jakiś debil po prostu posłał korpus na zagładę?

– Wszystko jest możliwe, ale aż tak głupi nie są.

A może jednak? Żołnierzy pozabijali i nie ma nawet świadka klęski? A te ze specsił same nie wiedzą, co jest grane.

– Za dużo czasu upłynęło. Za dużo pytań się pojawia. Jeśli korpus przestał istnieć, należy to ogłosić, określić termin i formę żałoby narodowej, opuścić flagi, pozasłaniać pomniki i... Każdy urzędas wie, co robić w takim przypadku. Nawet dzieci w szkółce świątynnej mają wpojone, że w takim wypadku należy śpiewać smutne piosenki!

A jeśli nie są pewni zagłady? Może po prostu czekają? Albo posłali kogoś, żeby sprawdzić, co się stało?

– Zaćmiło cię? – Westchnął ciężko. – Powiedz mi, jak długo może działać korpus w lesie, całkowicie odcięty od zaopatrzenia?

Mogły dotrzeć do twierdzy, warunki się zmieniły, więc okopały się wokół i jakimiś tam zapasami dysponują.

Zaczął się śmiać.

– Przeliczyłem to wielokrotnie.

A jeśli tylko resztki korpusu dotarły do twierdzy? Wtedy nawet i skromne zapasy mogą wystarczyć.

– Mówię ci, że przeliczyłem to w różnych wariantach. To niemożliwe, żeby ktoś z naszych w lesie jeszcze żył. Zresztą znam wszystkie rozkazy, które otrzymała armia. Nie było tam nic na temat trwania w twierdzy czy wokół niej. W razie totalnej klapy garnizon miał się połączyć z niedobitkami z korpusu i próbować przebijać się dalej, w drugą stronę. – Wzruszył ramionami. – Ot i masz. Najtajniejsze rozkazy dla wojska są nam znane. A co zaplanowały speckurwy, nie wie nikt.

A plotki, które nasi ludzie przekazali niedawno?

– Wiesz co? – wyraźnie się obruszył. – Jakoś nie bardzo mogę sobie wyobrazić specoficera, który w porcie Sait idzie do burdelu i tam po pijaku zdradza, że Achaja znalazła coś podczas pacyfikacji Wielkiego Lasu tysiąc lat temu i to coś okazało się na tyle ważne, że wojska rozpoczęły drugą wojnę z potworami. To jakaś prowokacja po prostu.

A może źle szukamy plotek?

– W sensie?

Może nie trzeba ich szukać w dolinie Sait. Popatrzmy wokół siebie.

– Przecież wszędzie trzymamy rękę na pulsie. I tam, i tu.

Źle się wyraziłam. Interesują nas teraz specsłużby. I temu poświęcamy całą uwagę. A może poszukajmy przede wszystkim wokół siebie. Posłuchajmy szeptów ludzi, którzy są tutaj.

– Bogowie, chcesz przerzucić te stosy papierów, które codziennie do nas docierają? Przecież są ludzie, których zadaniem jest czytanie tego chłamu i wyławianie...

Lekko stuknęła rysikiem w tablicę, żeby mu przerwać.

Ja właśnie chcę porozmawiać z tymi ludźmi – napisała szybko. Może przeoczyli coś, bo byli nastawieni na konkretne informacje. A ja chcę po prostu posłuchać ploteczek. Zanurzyć się w nich. Może wyłowię coś, co oni uznali za mało ważne.

– A ty spojrzysz świeżym okiem – dokończył za nią. – Dobrze. – Znowu wzruszył ramionami. – Mam tylko nadzieję, że nie zajmie ci to całego dnia.

Skinęła głową, unosząc się z krzesła. Uśmiechnął się do własnych myśli: Aie była jedyną kobietą, która zawsze wychodziła bez słowa. Podszedł do okna i oparł ręce o parapet. Przygryzł wargi. No i doszło do sytuacji, kiedy nie dysponował nawet strzępem potrzebnej mu jak jasny szlag informacji. Teraz Aie zda się na szczęście. Na ślepy traf. Hm, ciekawe, czy on sam ma szczęście? Ma czy nie ma?

Zamyślił się. Gdy miał prawdopodobnie rok, półtora, podrzucono go pod bramę żeńskiego klasztoru. W koszu oprócz pewnej sumy pieniędzy znalazł się list, w którym jego naturalna matka w zawiły sposób wyjaśniała powody skłaniające ją do rozstania się z dzieckiem. Tak zawiły, że kapłanki niewiele zrozumiały. Pieniądze jednak wzięły. Mały został umieszczony w pomieszczeniu obok spiżarni, gdzie żył w ciągłym chłodzie, a opiekowały się nim kobiety przygotowujące posiłki. Matka wyrządziła chłopcu niepotrzebną krzywdę. W liście nie napisała, jakie imię mu nadała. Jakieś musiała przecież, ale nie napisała. Religia, niestety, nie pozwalała na powtórne nazywanie kogokolwiek, mały został więc człowiekiem bez imienia. Kapłanki, mówiąc o nim, używały imienia Rand. Było bardzo rzadkie i wydawało im się, że jest to imię męskie. Myliły się, nie było. Ale nie miałoby to aż takiego znaczenia, wymienność imion w Arkach między płciami była spora, gdyby nie późniejsze losy chłopca.