Cyberpunk OdrodzenieTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Przyjemnego sprawdzania, czy to na pewno ten człowiek – rzucił, mając na myśli miejsce, gdzie tamten zrobił sobie charakterystyczny tatuaż.

Na twarzy Robertsona pojawił się szeroki drapieżny uśmiech.

– Spokojna twoja głowa. – Nagle uderzył pięścią w otwartą dłoń. – Wywiązaliście się, chłopaki, więc powiem wam coś jeszcze.

– Co?

– Powiem wam, co jeszcze nie grało na tym filmie, gdzie dziewczyna wsiadała do wozu.

– No?

– Drzwi otworzył jej ktoś z naszym tatuażem na ręce. A to jest niemożliwe! Nikt z braci, nigdy i pod żadnym pozorem, nie otworzyłby drzwi jakiejś lasce!


Pielęgniarka zasłoniła własnym ciałem wejście do toalety.

– Proszę usiąść na wózek! – zażądała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Axel postanowiła pójść na ugodę.

– Jasne. Usiądę. Tylko najpierw pójdę do ubikacji.

– Proszę skorzystać z basenu.

– Nie! Nie będę sikała na leżąco.

– Proszę pani! Taka jest procedura!

– Dobrze.

Axel zasymulowała ruch w prawą stronę, po czym wykonała zwód i ruszyła w lewo. Sprawnie ominęła przeszkodę, wpadła do łazienki i zablokowała drzwi.

– Przecież wam nie ucieknę. Jak tylko skończę, dam się zawieźć, dokąd zechcesz.

– Ale coś może się pani stać!

– Dziękuję za ostrzeżenie. Już przy pierwszym posiłku zaświtało mi podejrzenie, że będziecie próbowali mnie otruć.

– Proszę nie żartować. Naprawdę muszę panią zaraz zawieźć!

– Dokąd?

– Na rehabilitację. Na naukę chodzenia.

– O Boże…

Axel już była na tych zajęciach. Sama sprawdziła, gdzie i kiedy ma się stawić, i nie czekając na pielęgniarkę, wyruszyła na poszukiwanie właściwej sali. Kostyczna rehabilitantka nie mogła uwierzyć, że zlecono jej rehabilitację ruchową kogoś, kto na własnych nogach dotarł na zajęcia.

– My tu uczymy stawiać pierwsze kroki. Podpinamy pacjenta pod stelaż na pasach bezpieczeństwa, ustawiamy na bieżni i robimy, co się da, żeby zmusić go do zrobienia pierwszego kroku. A pani czego tu szuka? Guza? Czy jaja sobie pani robi?

No i było po zajęciach. W dodatku zrobiła się chryja, bo zniknęła im z monitoringu. Jak tylko ją odnaleźli, wpakowali na wózek i odwieźli do pokoju. Pojawił się nawet lekarz. Długo ją oglądał, analizował wyniki i w końcu powiedział:

– Droga pani, po czymś takim powinna pani uczyć się chodzić jak półtoraroczne dziecko. Nie wiem, co się dzieje. Do tej pory nigdy nie mieliśmy do czynienia z wojskowymi implantami.

Zabrzmiało to jak wyrzut.

Czyżby więc operację przeprowadzono, posługując się wyłącznie instrukcją obsługi? I to bez opcji: „Nie udało się włączyć? Zadzwoń do serwisu producenta”. Wszystko na to wskazywało. Sprawdziła w dostępnych zasobach. Firma, która siedemnaście lat temu wyprodukowała Kita, od dawna nie istniała.

– Co? – rozległo się w jej głowie.

– Co co?

– Wywołałaś mnie.

Głos w jej głowie był całkowicie neutralny, bezpłciowy, pozbawiony jakichkolwiek emocji.

– Jak to?

– Powiedziałaś Kit.

Axel westchnęła, a właściwie to po prostu uszło z niej powietrze.

– Wiesz co? Może nie uwierzysz, ale przez tych siedemnaście lat dużo się zmieniło. Technologia bardzo się rozwinęła. Z moim domowym asystentem rozmawia mi się tysiąc razy lepiej niż z tobą. On ma w sobie jakby trochę życia.

– Nie jestem domowym asystentem. Jestem sztuczną inteligencją.

– Aha. Więc pewnie moje błyskawiczne zdrowienie to twoja zasługa?

– W dużej mierze.

– A co jeszcze potrafisz?

– Wysłuchanie pełnej listy zajmie ci wiele tygodni.

– Wybierz losowo jedną rzecz.

– Potrafię błyskawicznie obliczać trajektorie pocisków okrętowej artylerii głównej prowadzącej ostrzał ruchomych celów na brzegu.

– Świetnie! – Pod wpływem emocji powiedziała to na głos. – Jak wyjdę za mąż i będę miała teściową, to bardzo mi się taka umiejętność przyda!

Rozległo się pukanie do drzwi.

– Z kim pani rozmawia? – spytała zaniepokojona pielęgniarka. – Czyżby wystąpiły u pani omamy?

– Nie, nie! Wszystko w porządku.

– Kit?

– Co?

– Czy ty masz jakąś płeć?

– Nie mam żadnej płci. Nie mam ciała, więc nie mam organów płciowych. Nie mam też hormonów. Jestem czystą inteligencją.

– To może powiedz wreszcie coś inteligentnego.

– Powiem, jak ty najpierw coś takiego zrobisz.

– Ho, ho! – wykrzyknęła z uznaniem. – Ty masz duszę! I to złośliwą!

– Nie mam duszy. Jednak jestem algorytmem, który się uczy.

– Aha. I może jeszcze powiesz, że uczysz się ode mnie? I że zgryźliwość to moja cecha?

– Sama to powiedziałaś. Ja tylko usiłuję dostosować mój sposób komunikacji do twojego.

– Bo co? Stworzy to familiarną atmosferę na polu bitwy? Jak już zaczną strzelać z głównej artylerii?

– Wezwijcie lekarza! – Pielęgniarka już nie pukała, tylko waliła w drzwi. – Ona z kimś rozmawia!

– Nie – odparł procesor w jej głowie. – Muszę się do ciebie przystosować, żeby osiągnąć taki poziom komunikacji, który pozwoli zminimalizować przekaz werbalny.

– Słucham?

– Chodzi o to, żebyś nie musiała dużo gadać.

– A! To rozumiem. Czyli musimy się zżyć, tak?

– Tak.

– Zaprzyjaźnić?

– To słowo ma zbyt wiele znaczeń.

– Porozumiewać się na wyczucie?

– O właśnie.

– Aha. – Axel wstała szybko i zaczęła myć ręce. – Przestań tak łomotać, bo drzwi rozwalisz – powiedziała do pielęgniarki. – Już wychodzę.

Mimo alarmu podniesionego przez pielęgniarkę nie pojawił się żaden lekarz. Widocznie była tak mało znaczącym pacjentem, że nikomu nie chciało się fatygować. Pielęgniarka weszła do pokoju w towarzystwie rosłego sanitariusza z czymś, co przypominało kaftan bezpieczeństwa w ręku.

– Z kim pani rozmawiała?

– Ze swoim starym, dobrym, wyprodukowanym w poprzedniej epoce technologicznej komputerem. – Axel popukała się w głowę. – Ach, jakim pięknym głosem do mnie mówi! Jak w starych filmach SF o lotach w kosmos.

– To można z nim rozmawiać? – zdziwiła się pielęgniarka.

– Można. A przy okazji przypomnieć sobie klasykę gatunku. Odyseja kosmiczna i HAL 9000. Ten głos… Skrajnie uprzejmy, pozbawiony emocji, bezpłciowy, a jednak świadczący o niezwykłej inteligencji.

– Chybabym się bała tak rozmawiać z czymś we własnej głowie. – Kobieta zdecydowanym ruchem wskazała fotel na kółkach. – No, proszę siadać. Jedziemy na rehabilitację.

Axel podniosła ręce jak żołnierz, którego wróg bierze do niewoli, i posłusznie zajęła miejsce, stawiając stopy na specjalnych podstawkach. Jak tylko znaleźli się w korytarzu, wróciła do przerwanej rozmowy.

– Kit, czy wiesz, dlaczego umieszczono cię właśnie w mojej głowie?

– Nie mam na ten temat żadnych danych.

– Może masz wypełnić jakąś misję? Coś ci zlecono?

– Nie mam na ten temat żadnych danych.

– Czy ty w ogóle coś czujesz?

– To samo co ty. Z identycznym natężeniem.

– A co czułeś, zanim cię włączyli?

– Mniej więcej to samo co człowiek przed narodzeniem.

Parsknęła śmiechem.

– Niech to cholera! Ty masz poczucie humoru!

– Ty je masz. Ja tylko się dostosowuję.

To była bardzo istotna informacja, świadcząca o tym, że w jej głowie tkwiło coś o niebo bardziej zaawansowanego od tego, z czym miała do czynienia na co dzień. Wytwór niezwykle zaawansowanej, niedostępnej powszechnie technologii. Ogarnęło ją niedobre przeczucie. Była oszustką, więc na odległość potrafiła zwęszyć nieuczciwe intencje. A przynajmniej tak jej się wydawało. Uprzejmy, beznamiętny głos to było stanowczo za mało, żeby uśpić jej czujność. W jej głowie zamieszkała sztuczna istota. Nie komputer, nie czip, nie procesor. To znaczy owszem: produkt technologii, w dodatku sprzed lat, a równocześnie tak bardzo zaawansowanej, że nie mogło się z nią mierzyć nic, z czym do tej pory się zetknęła.

– Kit… – Nie mogła się powstrzymać. – Czy ty masz duszę?

– A czy ty masz duszę?

– No nie, szlag! To nieuprzejme odpowiadać pytaniem na pytanie!

Pielęgniarka mało nie wjechała wózkiem w ścianę.

– Nic nie mówiłam!

– To nie do ciebie.

– Kit.

– Co?

Myślała przez chwilę, przygryzając wargi.

– Nic.

Nie miała dobrych przeczuć.


Doktor Greenberg nie miał żadnych wątpliwości. Specyfikacje dostarczone przez Reno Mobile były wzorem sumienności i poważnego traktowania przepisów federalnego prawa.

– Proszę zerknąć tutaj. – Wyświetlił w powietrzu zbiór dokumentów ze świecącymi znacznikami. Szybko rozwinął dwie najważniejsze opinie. – Niech pan zerknie, profesorze.

– Prawdę powiedziawszy, moja znajomość prawa pozostawia wiele do życzenia, kolego. – Profesor Brandon podniósł na czoło swoje staroświeckie okulary w grubej oprawce. Jak zwykle zsunęły mu się z powrotem na oczy. W pomieszczeniu było zbyt ciepło i łysa czaszka naukowca zdążyła już pokryć się drobnymi kropelkami potu. – Moglibyśmy jakoś podkręcić klimatyzację?

– Niestety nie, panie profesorze. Nadmierne schłodzenie szyby, która dzieli nas od laboratorium, mogłoby wpłynąć na wynik eksperymentu. – Greenberg wskazał na urządzenia obsługiwane przez kilku techników w cieniutkich, idealnie białych kombinezonach. – Proszę jednak zerknąć na te dokumenty.

– Oczywiście, kolego. Za sekundę.

Brandon ruchem ręki przywołał swoją asystentkę.

– Mam prośbę, Tamara…

– Oczywiście, panie profesorze.

– Bądź taka dobra i przynieś mi coś zimnego do picia.

– Jasne. – Dziewczyna zerknęła na drzwi, usiłując sobie przypomnieć obowiązujący próg bezpieczeństwa i ustalić, czy będzie mogła potem sama wrócić do sali konferencyjnej. – Tu nie ma śluzy jak w laboratorium – stwierdziła z ulgą. – Zaraz coś przyniosę.

 

– Tylko proszę, nie wodę z dystrybutora. Znajdź jakiś sok, dziecko.

– Oczywiście.

Tamara uśmiechnęła się i ruszyła w stronę wyjścia. Greenberg ponownie przypuścił atak:

– Proszę popatrzeć tutaj, profesorze… – Wskazał jedną z rozwiniętych opinii prawnych. – Reno Mobile oskarżono o prowadzenie badań nad lekami bezpośrednio ingerującymi w ludzkie geny! A to przecież nieprawda! Najmocniej inkryminowany lek, CRRRM, jest o kilkanaście procent mniej agresywny wobec…

– Przepraszam, co oznacza ten skrót?

– Hm… Przyznam się, że nie wiem. To chyba dział marketingu wymyślił…

– Nie rozumiem. Lekarstwo jest przecież w oficjalnej dystrybucji?

– Walczymy o to. Ma się nawet znaleźć na liście leków refundowanych.

Brandon nie wierzył własnym uszom.

– Roześlecie CRRRM do aptek i szpitali, mając proces na karku?!

– No… Do aptek to on się raczej nie nadaje. Ale do szpitali, owszem. Jesteśmy pewni wyniku rozprawy sądowej, więc równolegle chcemy spełnić wymogi proceduralne. Bezpośrednio po ogłoszeniu korzystnego dla nas wyroku CRRRM może trafić do powszechnego stosowania. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej, bo mamy wiele innych specyfików, które…

Przerwał mu sygnał towarzyszący otwarciu drzwi. Do sali konferencyjnej zaczęli wchodzić goście.

– Chodźmy powitać noblistę.

Greenberg właśnie wbił gwóźdź do trumny swojego pomysłu, by zrobić z Brandona swojego sojusznika wśród członków rady naukowej. Powinien był dokładnie przestudiować nie tylko historię badań i dokonań profesora, lecz także jego życiorys. Wiele lat temu Brandon również był na liście kandydatów do Nobla. Niestety…

Laborant przedstawiał gości:

– Profesor Hammilton, mecenas Hancock, mecenas Pavluk…

Oficjalna prezentacja była w zasadzie czystą formalnością. Wszyscy obecni w sali konferencyjnej znali się przecież od dawna. Nie osobiście, ale z pierwszych stron portali informacyjnych. Wyjątkiem był laborant, ale akurat jego nikt nie zamierzał przedstawiać.

– Miło nam gościć w tak zacnych progach.

– A gdzie zniknął profesor?

Brandon montował ciężką metalową tuleję na przedmiocie, który wyjął ze skrytki na dokumenty.

– Jestem, jestem! Już idę.

Wyszedł zza szafki zawierającej segregatory z pamięciami. Tłumik już był na miejscu, pozostało tylko włożyć magazynek.

– Panie pro… – Greenbergowi głos uwiązł w gardle.

On nie stanowił wielkiego zagrożenia. Znacznie bardziej niebezpieczny był laborant. Brandon zarepetował broń, zrobił jeszcze trzy kroki i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, strzelił młodemu człowiekowi w brzuch. Kiedy ten osunął się na podłogę, dobił go strzałem w głowę.

W sali wybuchła nieopisana wrzawa, ludzie krzyczeli, ale nie sposób było zrozumieć poszczególnych słów. Greenberg stał jak zahipnotyzowany, nie mógł wykonać najmniejszego ruchu. Dostał w brzuch. Osunął się na podłogę wciąż z tym samym zaskoczonym wyrazem twarzy. Chciał chyba spojrzeć w dół, sprawdzić, co mu zrobiono, ale nie zdążył. Kolejny pocisk roztrzaskał mu czaszkę.

Dopiero wtedy technicy w laboratorium za szybą otrząsnęli się z osłupienia. Niektórzy wykonywali typowo wojskowe „padnij”, inni usiłowali się ukryć za aparaturą. Tylko jeden dobrze znał wytrzymałość szyby dzielącej oba pomieszczenia. Wiedział też, że w żaden sposób nie da się przejść z sali konferencyjnej do laboratorium. Jak automat podszedł do szyby i oparł ręce na szkle.

Hammilton miał wystarczająco dużo czasu na reakcję, ale nie wykorzystał szansy. Nie przyszło mu do głowy, żeby rzucić się na człowieka z bronią, dając sobie w ten sposób chociaż cień nadziei. Teraz było już za późno. Dwa pociski trafiły go w klatkę piersiową, powalając na podłogę.

Pavluk zareagował znacznie szybciej, ale niewiele mu to dało. Zanim zdołał dopaść do drzwi, dostał kulę w plecy. Zaraz potem jeszcze jedną. I jeszcze. Ostatni pocisk roztrzaskał mu potylicę.

Hancock zasłonił się teczką. Co za głupota. Przecież sam ją pakował i wiedział, że nie wsadził tam pancernej płyty. Chyba że jego żona miała zwyczaj pakować kanapki w pudełka z kevlaru…

Nie miała.

Kula przeszła na wylot teczki, przez płuca i utkwiła w kręgosłupie. Kiedy prawnik upadł, także dostał kulkę w głowę.

Brandon się rozejrzał. Wszyscy. Żeby jednak dojść do drzwi, musiał najpierw cofnąć się w stronę laboratorium. Inaczej musiałby pokonać szeroko rozlane krwawe kałuże. Ruszył dookoła, tuż przy szybie umożliwiającej obserwację laboratorium. Minął technika, który stał z twarzą przyciśniętą do szyby. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę. Brandon dla żartu podniósł broń i strzelił tamtemu między oczy. Roześmiał się, kiedy technik odskoczył w panice. Na szybie pojawiła się drobna ryska. Profesor odrzucił niepotrzebną już broń, uśmiechnął się do osłupiałego mężczyzny i wyszedł na korytarz.

Niemal natychmiast spotkał swoją asystentkę ze szklanką zimnego soku w ręce. Wziął od niej szklankę i zaczął pić.

– Goście już są? – zapytała dziewczyna.

Skinął głową.

– Pan profesor nie z nimi?

– Duszno tam, zrobiło mi się słabo. Wyjdę na świeże powietrze.

– Może przynieść jakieś lekarstwo? – Asystentka zerknęła w stronę wejścia do sali konferencyjnej. – A Hammilton nie obrazi się, że pan go tam zostawił? Może spróbuję go jakoś zagadać.

– Nie ma sensu tam iść, Tamaro. Ręczę, że pan noblista nawet się do ciebie nie odezwie.

Zrozumiała to po swojemu.

– Zdążyliście się już panowie na siebie obrazić?

– Powiedzmy, że doszło między nami do drobnego spięcia. – Oddał jej pusty kubek. – Idę się przejść. Wiesz może, gdzie jest wyjście awaryjne?

– Tutaj. – Wskazała mu kierunek. – Ale przecież włączy się alarm, jak tylko pan je otworzy…

– Alarm włączy się niezależnie od tego, co zrobię.

Skinął jej głową i ruszył w stronę drzwi ewakuacyjnych.

– Pójść z panem?

– Zostań tutaj. Nie wchodź do sali, nie opuszczaj budynku. Po prostu zaczekaj.


Scott musiał się bardzo postarać, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

– Tak zamierzasz się ubrać do Zakazanego Miasta?

Landon miał na sobie kurtkę kupioną zapewne w sklepie z militariami. Jak głosił napis na wszywce obok obojczyka, charakteryzowała się zwiększoną odpornością balistyczną. Trochę przypominała kurtki lotnicze z okresu drugiej wojny światowej z dodatkiem kilku nowoczesnych elementów. Można było się założyć, że wysoki kołnierz w sytuacji zagrożenia, upadku czy kolizji tworzy coś na kształt kołnierza ortopedycznego chroniącego kark i kręgi szyjne. Rękawy miały specjalne zaciski wzmacniające łokcie i nadgarstki, a z tyłu widniał zarys czegoś jakby wielkiej koperty. Scott popukał palcem w plecy dżokeja.

– Tu nosisz płytę pancerną?

– Nie, to pojemnik na sprzęt.

– Aha. Zapewne kuloodporny?

– Nie wiem. Chyba tak.

– Błogosławiona niewiedza. A okulary?

Landon zdjął z czoła profilowane szkła.

– Wzmacniają kontrast, podbijają obraz po zmroku, mają nawet opcję noktowizyjną. Mają wbudowany kompas, żyrokompas, system orientacji i można podłączyć mapę jako HUD. No i mają właściwości balistyczne.

– Aha. To znaczy, że jak je rzucisz, to polecą po krzywej, tak? Mniej więcej tak jak wszystko?

– Nie. Chodzi o zwiększoną odporność na…

– Kula je przebije czy nie? – przerwał mu Scott.

– Przecież nie są pancerne!

– Właśnie. Czyli kuli nie powstrzymają, ale kurz i owszem?

– Czepiasz się!

– Ale wiesz, że w trybie noktowizyjnym będą ci świecić oczodoły i każdy zauważy cię z daleka? Szkła nie mają osłon.

– Szlag by cię…

Scott znowu nie pozwolił mu dokończyć. Kazał automatowi szczelnie zasłonić okna w pokoju, po czym wyłączył światło.

– Patrz.

Włączył maleńką latarkę, skierował snop światła na sufit. To wystarczyło, żeby Landon rozbłysnął jak udekorowana choinka.

– Nie znasz przepisów ruchu drogowego? – kpił bezlitośnie. – Każda część garderoby ma mieć wszyty element odblaskowy. Nie zwróciłeś na to uwagi, bo pewnie nie pętasz się po żadnych ciemnych zakamarkach. Tam, gdzie jest jasno, odblaski nie działają.

– Niech to cholera!

Dżokej oglądał się uważnie.

– Ale to nie wszystko. Wygląda na to, że obkupiłeś się w drogich sklepach, więc z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że większa część twojej garderoby ma powszywane lokalizatory.

– Co takiego?

– Na wypadek, gdybyś zapomniał, gdzie zostawiłeś kurtkę. Obsługujesz je z poziomu aplikacji, przez asystenta albo bezpośrednio uruchamiając sygnalizację.

– Niby jak?

Scott włożył do ust dwa palce i gwizdnął przeciągle. Na ciele Landona odezwało się co najmniej kilka alarmów popiskujących z różną intensywnością.

– Kurwa mać!

– Co? Nie czytało się instrukcji obsługi?

– Mam czytać instrukcję obsługi kurtki? Czy gaci?

– Wyobraź sobie, że jesteśmy w jakiejś piwnicy albo czymś takim. Podkradamy się do dwóch zbirów. Jeden mówi: „Cholera, mam wrażenie, że śledzi nas policja, tylko nie wiem, gdzie są”. A drugi na to: „A ja wiem!”.

Znowu gwizdnął i włączył latarkę, a Landon po raz kolejny rozbłysnął światełkami, którym towarzyszyły liczne sygnały dźwiękowe.

Scott pewnie dalej masakrowałby partnera, ale nagle otworzyły się drzwi.

– Co wy tu wyrabiacie po ciemku?

Tahira włączyła światło.

– Nic wielkiego. Takie tam męskie zabawy.

Kapitan nie drążyła tematu. Z lekkim zdziwieniem spojrzała na wystrojonego Landona.

– Są nowe zabójstwa – powiedziała. – Prawie identyczny schemat.

– Dzięki Bogu! – wyrwało się Scottowi.

– Za co niby dziękujesz?

Sama miała raczej początki depresji. Przełożeni oczekiwali na wyniki śledztwa w pierwszej sprawie, a nie dość, że niczego sensownego nie mogła im przekazać, to teraz doszły kolejne zabójstwa. Za długo wody w raportach lać się nie da. Zwłaszcza wtedy, kiedy media patrzą dowództwu na ręce.

– Za to, że byliśmy w czarnej dupie, a teraz mamy punkt zaczepienia.

W jej wzroku rozbłysła iskierka zaciekawienia.

– Niby jaki?

– Najpierw ja pozwolę sobie zadać pytanie. Czy sprawca był ten sam? Znowu strzelała Lani Staller?

– Nie. Tym razem spust naciskał profesor Brandon, niedoszły noblista…

– Ja pierdolę! – wyrwało się Landonowi.

– Co się z nim stało?

– Wyszedł z budynku. Najprawdopodobniej chciał wsiąść do samochodu, ale zanim zdążył to zrobić, został zastrzelony przez kogoś, kto czekał w środku.

– Aha.

– Nasz znajomy z więzienia miał rację – wtrącił się Landon. – Na filmie z Lani Staller nie podobały mu się dwie rzeczy. To, że jej nie zastrzelono, i to, że ktoś otworzył jej drzwi. Jak rozumiem, profesorowi nikt nie otwierał?

– Zastrzelono go przez szybę – powiedziała Tahira. Przesunęła dłonią po powierzchni najbliższej szafy i wyświetliła film z monitoringu. – Praktycznie nic nie widać.

– Tym razem wszystko odbyło się podręcznikowo. Wykonawca zlecenia musiał zginąć.

– I zginął.

– Tak. I dlatego jeszcze większą zagadką jest to, dlaczego nie zastrzelono Lani.

– Cieszysz się więc z drugiej sprawy, bo będzie więcej dowodów?

Pokręcił głową.

– Nie będzie. Ale za to możemy zacząć szukać cech łączących oboje morderców.

Tahira uśmiechnęła się z przekąsem.

– Ależ to zabrzmiało: „oboje morderców”. Prawie romantycznie.

– Spróbujmy też znaleźć cechy łączące ofiary – ciągnął niezrażony Scott. – Wszyscy byli pracownikami Reno Mobile?

– Nie.

– Tym lepiej. I niech nasi fachowcy przeanalizują sposoby egzekucji. Coś musi się dać wyciągnąć z profili psychologicznych.

– Chcesz wiedzieć, który z noblistów jako dziecko pasjami dusił kocięta?

– Daj spokój.

– Mamy zeznanie asystentki profesora, który był sprawcą drugiej zbrodni. Dziewczyna rozmawiała z nim bezpośrednio po tym, jak dokonał rzezi. Twierdzi, że niczego nie dał po sobie poznać. Był swobodny, rozluźniony, mówił logicznie, nie widać było nawet cienia zdenerwowania.

Scott usiadł przy najbliższym biurku. Poprosił, żeby wrzuciła mu na blat wszystkie materiały. Przejrzał je w przyspieszonym tempie, na przewijaniu.

– Zaczynam go lubić – mruknął. – A pani asystentka trochę mija się z prawdą.

– Jak to?

– Kazał jej czekać na korytarzu. Miała nie wychodzić na ulicę, nie wchodzić do sali konferencyjnej. Najwyraźniej nie chciał, żeby policja przypadkowo zastrzeliła ją na miejscu zbrodni.

– I dlatego zaczynasz go lubić?

– Nie. – Scott przewinął film do chwili, kiedy zabójca zmierzał do wyjścia z sali. – Patrzcie. Facet wiedział, że szyba dzieląca go od laboratorium jest pancerna, ale strzelił technikowi między oczy. Dla żartu.

 

– I to cię tak bawi?

– Zwróć uwagę, że nasz profesor przez cały czas sprawia wrażenie całkowicie wyluzowanego. Spójrz na wyraz twarzy.

Tahira i Landon nachylili się nad stop-klatką. Kapitan powiększyła obraz.

– Rzeczywiście. Jakby na balu sylwestrowym strzelił koledze w twarz z papierowej tutki!

– To chyba jakieś narkotyki… – mruknął dżokej.

Scott pokręcił głową.

– Tym razem mamy ciało mordercy. Poczekajmy na opinię toksykologów, ale przecież widać, że to nie jakiś naćpany cyngiel. Rozmowa z Tamarą świadczy o tym, że do końca logicznie rozumował.

Kapitan jeszcze raz zaczęła oglądać film z sali, tyle że nie w przyspieszonym, lecz zwolnionym tempie.

Scott sięgnął po swoje leki. Od chwili kiedy znowu przeszedł na legalne środki, skutki uboczne zmniejszyły się w sposób dramatyczny. Już nie było niekończących się porannych sesji wymiotów. Już nie telepało go przez pół dnia. Mimo to wciąż wolał nie przyjmować lekarstw przy ludziach. Niepożądane objawy nie ustąpiły całkowicie. Wolał wziąć zastrzyk w toalecie. Jak każdy szanujący się narkoman, pomyślał z goryczą.

Zanim jednak zdążył otworzyć drzwi, nadgarstek Tahiry zamigotał na czerwono, sygnalizując poufną wiadomość. Zbliżyła go do ucha.

– No pięknie… – westchnęła. – Axel uciekła ze szpitala.

– Zuch dziewczyna! Szybko dała sobie radę.

– To też cię cieszy?

– Mamy ją przecież namierzoną – odezwał się Landon. – Nie zniknie nam.

– Nawet w Zakazanym Mieście?

– Spokojnie. – Scott wstał zza biurka i podszedł do szafy. – Wiem, dokąd poszła.

– Dokąd?

Nie odpowiedział. Otworzył szafę, wyjął z niej stary wojskowy szynel i podał go Landonowi.

– Co to jest?

– Stary wojskowy płaszcz z drugiej wojny. Myślałem, że lubisz ten okres… – Uśmiechnął się złośliwie. – Nie zacznie piszczeć, jak ktoś zagwiżdże, nie będzie świecić, nikt go nie namierzy, bo niczego w nim nie zaszyto.

Dżokej zważył płaszcz w ręku.

– Ciężki! Jakby miał własny pancerz. Na pewno niczego w nim nie ma?

Scott wzruszył ramionami.

– Co najwyżej jedna lub dwie kolonie wszy, ale wątpię. Raczej zdechły z głodu po tylu latach.


Zakrwawione ubrania Axel pocięto w szpitalu na izbie przyjęć, więc jednorazowa koszula nocna była jedynym strojem, jakim dysponowała. Raczej trudno uciekać w czymś takim przez miasto. Ale przecież była zawodową oszustką. Co prawda trudniła się przekrętami o dużo wyższym stopniu skomplikowania, ale przecież zasada jest zawsze taka sama. A sklep z odzieżą był dokładnie naprzeciw szpitala. Wolałaby second-hand, bo tam mniej pytają i w ogóle raczej nie przejmują się klientami, ale trudno. Dobrze, że nie trafiła na ekskluzywny butik.

Szybko stworzyła fikcyjny profil stałego, zaufanego klienta sklepu i tak uzbrojona poszła na zakupy ubrana w płaszcz „pożyczony” od innego pacjenta. Spał, więc co mu po ubraniu? Sprzedawca nie zadawał żadnych pytań. Dał nawet wszystkie przewidziane regulaminem zniżki, pomógł w wyborze.

– To sklep sieciowy – odezwał się Kit w jej głowie. – Z katalogu wynika, że są powiązani z producentem imprezowych gadżetów.

– O Boże! Myślałam, że jesteś medycznym implantem, który ma pomóc rannym żołnierzom. Skąd ci się biorą takie pomysły?

– Przecież mówiłem, że nie jestem zwykłym asystentem, tylko prawdziwą sztuczną inteligencją.

– No dobra. Więc o co chodzi z tymi imprezami?

– Zamów sobie od razu perukę.

– Skąd wiesz, że zamierzam uciec i że będę potrzebowała peruki? Podsłuchujesz moje myśli?

– Tylko te, które formułujesz w słowa. Ale uwierz, że nie trzeba mojej inteligencji, żeby domyślić się, co zamierzasz.

– Smutne wspomnienia? – zainteresował się sprzedawca. – Zamyśliła się pani nagle.

– To efekt uboczny operacji na otwartym mózgu – skłamała. – A przy okazji… Czy można u pana zamówić perukę z szybką dostawą do domu?

– Tak, ale tu pani żadnej nie przymierzy. Nie mamy na składzie.

– Nie szkodzi. Zamówię więcej i wybiorę coś w domu.

Axel wybrała kilka sztuk z katalogu. Jako adres dostawy podała adres sąsiada, który mieszkał przecznicę dalej i którego o tej porze na pewno nie było w domu. Niech zostawią przesyłkę pod drzwiami. Płacić za nic nie musiała – przecież była stałym klientem i przysługiwał jej czterdziestodniowy kredyt.

– Szybko poszło, co? – pochwaliła się implantowi. Z pewnym zdziwieniem stwierdziła, że zaczyna go traktować jak istotę ludzką. A przynajmniej świadomą.

– Jakbyś mi dała dostęp do twojego komunikatora, to zdążyłbym już zamówić transport.

– To ty nawet takie rzeczy robisz? Ciekawe, po co żołnierzom z marynarki możliwość załatwienia podwózki?

– Czasem są na przepustkach. Czasem nie są w stanie samodzielnie się poruszać.

Roześmiała się na głos.

– W takim razie patrz i ucz się. Jak zamówimy przez sieć, to przejazd będzie zarejestrowany. A raczej tego nie chcemy, biorąc pod uwagę to, że uciekamy ze szpitala i przed chwilą zrobiliśmy zakupy na nieistniejące konto.

– Włamiesz się do serwerów firm transportowych?

– Nie. Mam pewniejszy sposób.

Axel skierowała się na szpitalny parking. Wyselekcjonowanie ofiary zajęło jej sporo czasu, ale w końcu namierzyła samotnego mężczyznę, który właśnie wsiadał do samochodu. Dziewczynie wystarczyło pięć minut. Wzruszająca, łzawa opowieść, bandaż na głowie i trzepotanie rzęsami sprawiły, że facet z radością zgodził się wyświadczyć jej przysługę.

– Doskonale to rozegrałaś – stwierdził implant z uznaniem. – Ja na pewno nie podpowiedziałbym ci takiego rozwiązania.

– Niby dlaczego?

– Nie wiem, czy uwierzysz, ale bardzo rzadko zdarza się, żeby przypadkowo spotkany mężczyzna zgodził się zawieźć do domu wracającego z przepustki, pijanego marynarza.

Axel wysiadła dwie przecznice od domu. Tak na wszelki wypadek, bo przecież nikt tego przejazdu nie zarejestrował. Przed drzwiami sąsiada już czekała przesyłka. Zgarnęła ją i ruszyła dalej.

– Niepokojąco rośnie ci tętno – zaraportował implant.

– Serio? Nie wiem, jak to wyjaśnić.

Nie odczytał ironii.

– Może się denerwujesz?

– Nie, kurwa! – eksplodowała. – Idę na miejsce, gdzie mnie zamordowano, i powinnam być zupełnie spokojna?

– Przecież żyjesz.

Westchnęła.

– I tak tego nie zrozumiesz.

Zbliżała się powoli do doskonale znanego podjazdu. Widząc resztki opakowań po opatrunkach na trawie, z trudem przełknęła ślinę. To ci ochroniarze. Serce waliło jej jak motem.

– Uspokój się.

– Sam się uspokój.

– Mogę włączyć elektrostymulację.

– Wal się! – warknęła.

Drzwi, choć uszkodzone, były domknięte i zabezpieczone specjalną taśmą. Zrywając ją, zauważyła przestrzeliny. Poczuła mdłości.

– Oddychaj głęboko.

– Wal się! – powtórzyła.

Mimo to posłusznie wzięła głębszy oddech. Otworzyła drzwi, zacisnęła usta i weszła do środka. No… W porządku. Rozejrzała się. Żadnych specjalnych emocji.

– Nie zgodzę się z tą diagnozą – powiedział implant.

– Milcz, prostaku!

– Mogę milczeć, ale ciśnienie ci skacze. I chciałbym przypomnieć, że niedawno przeszłaś operację na otwartym mózgu.

Spokojnie, tylko spokojnie. Sama sobie z tym poradzi. Nie chciała żadnej elektrostymulacji, cokolwiek by to znaczyło. Zobaczyła kolejne przestrzeliny w ścianie działowej. Aha, to za nią ukrył się Amundsen.

– Scott – poprawił ją implant.

– Podsłuchujesz moje myśli?

– Nie mam takiej możliwości. Słyszę tylko te, które układasz w słowa. Już mówiłem.

– To ja wszystko układam w słowa?

– Może nie wszystko, ale wiele.

– I wszyscy tak mają?

– Nie wiem. Zostałem zaprojektowany dla mózgu mężczyzny często i umiejętnie posługującego się bronią. Moja wiedza na temat kobiet jest właściwie żadna.

– Rozumiem.

Znowu na głos. Trudno. Trzeba przywyknąć do tego, że będzie się mylić.

Axel uznała, że już oswoiła się z wnętrzem. Właściwie nic strasznego tutaj nie było. Ot, kilka dziur w ścianie. Wielkie mi coś. No i jakiś dziwny zapach. Poszła do łazienki po odświeżacz i spryskała cały salon. Wszystkie kąty. A skoro już była w łazience… Otworzyła paczkę. Ile ich tam było? Dziesięć? Więcej?

Stanęła przed lustrem i zaczęła ściągać opatrunek. No i jak tam? Przygryzła wargi. Głupio się wygląda z ogoloną na łyso czaszką. Z przodu nie widziała żadnych śladów. Chwyciła małe lusterko i ustawiła je tak, żeby w odbiciu zobaczyć tył głowy.

– O mamo…

– Spokojnie. Kiedy włosy osiągną długość pięciu centymetrów, całkowicie przykryją bliznę.

Jakoś nie bardzo ją to przekonało. Masakra! Zaczęła przymierzać peruki. Bardzo dobrze, że nie zamówiła ich w sklepie z artykułami medycznymi, tylko w składzie z gadżetami na imprezy. Od razu poprawił jej się humor. Sztuczne włosy były odlotowe! Pomarańczowe, brokatowe, wiecznie falujące afro albo prawie jak naturalne, ale z niesamowitymi właściwościami. Najlepsza okazała się ta z grubymi dredami sięgającymi ramion. Wystarczyło energicznie potrząsnąć głową, żeby włosy wydłużyły się aż do bioder.

– Jak wyglądam?

– Jak wojowniczka rasta.

– No i super! – Uważnie przyjrzała się sobie z jednego profilu, potem z drugiego. – Plan jest taki: pakujemy się, jemy i ruszamy!

– Dokąd?

– Do Zakazanego Miasta. Znaleźć Lani.

– Wiesz, gdzie dokładnie szukać?

– Dowiem się. Mam tam dziadka.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?