Cyberpunk OdrodzenieTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Scott sięgnął więc po ostateczny argument. Połączył się ze szpitalem, do którego odwieziono Staller. Lekarzowi prowadzącemu zadał dwa pytania: jak długo będzie jeszcze działał plastomed i czy da się go zastąpić nowym. Odpowiedzi brzmiały: „Jakąś dobę, może półtorej” i „Nie da się”.

To wszystko.

– Sprawa jest oczywista – powiedział, patrząc swojej kapitan prosto w oczy. – Albo w przeciągu dwudziestu paru godzin podejmiesz decyzję o życiu lub śmierci dziewczyny, albo zrobi to za ciebie święty Piotr. Obawiam się, że jego decyzja będzie nieodwołalna.

Tahira w milczeniu podniosła do ust szklankę z wodą. Pewnie marzyła o czymś mocniejszym. Przez chwilę obracała szklankę w palcach, po czym zdecydowanym ruchem odstawiła ją i podniosła się z miejsca.

– Zgadzam się – powiedziała po prostu. – Idę załatwić papiery, a ty zajmij się swoimi sprawami. Chcę cię widzieć jak najszybciej na służbie.

Scott również wstał.

– Tak jest! – Przy odrobinie wyobraźni można by uznać, że wyprężył się na baczność. – Ale czy możesz zaspokoić moją ciekawość? Skąd pochodzi implant? Kto go zrobił? FBI? CIA? A może…

Skrzywiła się, jakby chciała zakląć, ale powstrzymała się i powiedziała tylko:

– Marynarka wojenna.


Oślepiło ją ostre światło. Niczego nie widziała, żadnych kształtów, tylko jaskrawy blask.

– Jak się pani nazywa?

O kurwa! Policja! Policja ją dorwała i przesłuchuje.

– Chcę adwokata!

Nie da sobą pomiatać. Kilka razy już to przeżyła. Nie da się glinom.

– Ja tylko pytam, jak się pani nazywa.

– Niczego nie powiem. Chcę adwokata!

Potwornie bolało ją gardło. Wydobywał się z niego jedynie charkot. Blask nieco przygasł, a potem całkiem ustąpił. Axel mogła szerzej otworzyć oczy. Kiedy ciemne roztańczone plamy zaczęły znikać, udało jej się zobaczyć poznaczony licznymi przewodami sufit, coś jakby bezcieniową lampę oraz postać w chirurgicznej maseczce. Szlag! Mężczyzna nie wyglądał na policjanta. Z wysiłkiem zerknęła w bok i dostrzegła ogromny panel ze skomplikowaną aparaturą. To raczej nie było wnętrze komisariatu. Wszystko wskazywało na to, że znajduje się w sali operacyjnej. Jej podejrzenia potwierdził widok kilku postaci w kitlach i wieloramiennego robota chirurgicznego.

Mężczyzna w maseczce pochylił się nad nią.

– Nazywam się Liam Madsen. Jestem lekarzem, specjalistą od operacji mózgu i muszę się pani do czegoś przyznać.

Zmrużyła oczy.

– Jest pani pierwszym pacjentem, który obudzony po ciężkim zabiegu i zapytany, czy pamięta, jak się nazywa, natychmiast zażądał adwokata. Coś takiego jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się w karierze.

– Eee… Zawsze musi być ten pierwszy raz, prawda? – wymamrotała z głupia frant. – Gdzie jestem?

– Pozwoli pani, że na razie to ja będę zadawał pytania. Jak się pani nazywa?

– Axel Staller.

– Brawo. Ile ma pani lat?

– Dwadzieścia siedem?

Nawet w jej uszach zabrzmiało to jak pytanie.

– Nieźle. Czy pamięta pani, co zaszło przed utratą przytomności?

– Straciłam przytomność? Dlatego tu jestem?

– Mniej więcej. Czy pamięta pani dzień, kiedy odwiedził panią niezapowiedziany gość? Mężczyzna, bardzo blady, niezdrowo wyglądał. Wpuściła go pani do domu.

– Chyba tak… Tak! On… On się jakoś nazywał…

Chirurg chyba się uśmiechnął. W każdym razie zwęziły mu się oczy.

– Przypomni sobie pani to nazwisko?

– Amundsen! – wypaliła. – Tak. Albo nie… Amundsen albo Scott. A może Franklin?

– Wymienia pani nazwiska badaczy arktycznych. Ale dobrze, zaliczam odpowiedź. A wie pani, kim był?

– Śmierdział psem.

– Proszę?

– Wyglądał na policjanta, ale zarzekał się, że nim nie jest. Pokazał mi zdjęcie Lani.

– Kto to jest Lani?

W głowie Axel rozległ się dzwonek alarmowy.

– Chyba jednak chcę adwokata. To na pewno nie jest mistyfikacja na komisariacie?

Lekarz zignorował jej pytanie.

– Co jeszcze pani pamięta?

Mroczki przed jej oczami to rozrzedzały się, to gęstniały. Dobrze, że leżała. Czuła się trochę jak na obracającej się bardzo powoli karuzeli.

– Chyba poszłam do kuchni… – powiedziała niepewnie.

– Po co?

– Nie wiem.

– A co stało się w kuchni?

– Nie pamiętam. To tam straciłam przytomność?

– Owszem.

Madsen wyprostował się i pokazał komuś stojącemu za nią uniesiony kciuk. Ktoś z boku zaczął bić brawo. Jasny szlag! Czy to ma znaczyć, że operacja się udała? Czy lekarz nie powinien najpierw poinformować o tym pacjenta?

– Panie doktorze?

Chciała unieść rękę, by złapać go za ramię, ale okazało się to niemożliwe. Nie, nie była sparaliżowana. Po prostu jej ramię tkwiło w jakimś urządzeniu, które, sądząc po odgłosach, pompowało coś do wnętrza jej ciała.

– Panie doktorze, dlaczego zemdlałam?

– Bo ktoś strzelił pani w głowę.

Pociemniało jej w oczach.

– To ja nie żyję?

– Wprost przeciwnie.

– Ale mam dziurę w głowie?

– Nie, droga pani. Właśnie umieściliśmy tam specjalistyczny implant. Proszę być dobrej myśli.


Boks dżokeja przypominał bardziej klitę w salonie gier niż pomieszczenie w komendzie policji. Minimalna przestrzeń bez jakichkolwiek udogodnień. Oczywiście dotknięcie jednego jedynego włącznika pewnie zamieniało go w kapsułę zawieszoną w nieskończonej przestrzeni, ale teraz, przy wyłączonych ekranach, braku okien, z nastawioną na maksa kiepskiej jakości klimą, był uosobieniem klaustrofobii. Scott nie miał gdzie usiąść, nie miał także gdzie postawić kubka z gorącą wodą do popicia lekarstw.

Trzeba przyznać, że Lou Landon okazał się dobrym gospodarzem, bo nie zajął fotela, który był jedynym meblem w pomieszczeniu, lecz stał z entuzjastycznym uśmiechem na twarzy. Wbrew anglosaskiemu nazwisku był sympatycznym Hindusem, młodym i niestety chyba dość narwanym. Rozpierały go energia i zapał. To było pierwsze zadanie w jego krótkiej karierze, które pozwoli mu oderwać się od biurka na komendzie.

– Zdajesz sobie sprawę, że będziemy musieli odwiedzić Zakazane Miasto?

Scott włożył do ust kilka pastylek i popił wodą. Jak zawsze miał problemy z przełykaniem, ale już wielokrotnie zdążył się przekonać, że lepiej walczyć ze wszystkimi naraz niż brać je pojedynczo. Kiedy łykał pastylki jedną po drugiej, pierwsza zaczynała działać jeszcze, zanim połknął ostatnią, pojawiał się odruch wymiotny i sytuacja z nieprzyjemnej zamieniała się w beznadziejną.

– Pewnie, że tak! Patrz, co dostaliśmy na drogę.

Wyjął z plecaka grubą tuleję z litego, zdawałoby się, metalu.

– Co to jest?

– Nadajnik.

Scott otrząsnął się po ostatnim łyku.

– Na twoim miejscu w Zakazanym Mieście raczej nie liczyłbym na seanse łączności. Wiesz, jak ono wygląda?

– Wiem. Nasi szefowie też wiedzą i stąd ten cud wojskowej techniki.

– Armia nam to dała?

Landon skinął głową, po czym wyjaśnił, że cały problem w przeniknięciu przez niezliczone warstwy megabudowli polega na tym, że usiłuje się korzystać z fal radiowych. A to, biorąc pod uwagę nagromadzenie elementów konstrukcyjnych i liczbę urządzeń elektronicznych, po prostu nie może się udać. Nawet gangi często korzystają ze staroświeckich telefonów przewodowych. Ten nadajnik nie potrzebował żadnych fal. Emitował najtwardsze promieniowanie i łączył się z najbliższym satelitą komunikacyjnym. I nie ma wafla, żeby nie zadziałał.

– Jest tylko jeden problem… – westchnął, kończąc wykład. – Po uruchomieniu nadajnika dobrze jest ukryć się za czymś, co chroni przed promieniowaniem. Bo można niechcący dostać za dużą dawkę.

– Możemy się połączyć z satelitą, nawet będąc na najniższym poziomie?

– Tak.

Scott przypomniał sobie, jak bardzo zagęszczone jest Zakazane Miasto.

– A co z ludźmi, którzy znajdą się nad nadajnikiem? Na drodze promieniowania?

Landon wyraźnie się zmieszał.

– Cóż, dostaną nieprzyjemną dawkę. Trzeba skrócić seanse łączności do minimum.

– Komenda na to pozwoliła?

– W pewnym sensie. Oficjalnie dostaliśmy ten sprzęt na wypadek sytuacji grożącej utratą życia. Nieoficjalnie powiedzieli, że nie trzeba się krępować. Ludzie z Zakazanego Miasta rzadko zatrudniają adwokatów.

Scott się uśmiechnął. No i stało się. Będzie musiał pracować z człowiekiem, który nigdy, ani razu podczas całej swojej dotychczasowej pracy nie opuścił budynku komendy. Był dżokejem. Siedział przed ekranami, zdalnie współpracując z funkcjonariuszem operującym w terenie. Wykrywał zagrożenia, skanował okolicę, dostęp do baz danych, mógł podpowiadać partnerowi każdy krok, przekazywał informacje o ludziach i miejscach, utrzymywał łączność z innymi służbami. Ale nie działał w terenie. A teraz będzie musiał zagłębić się w otchłań Zakazanego Miasta.

– Umiesz strzelać?

– No pewnie! – Landon przybrał nonszalancką minę, którą chyba podpatrzył u rewolwerowca w jakimś filmie. – Na studiach byłem w pierwszej dziesiątce.

– Dziesiątce czego?

– Najlepszych strzelców szkoły policyjnej.

– A gdzie ćwiczyliście?

– No… na strzelnicy. Ale to nie była taka strzelnica, na której stoi się na stanowiskach i na komendę strzela się do nieruchomego celu, tylko wyrafinowany symulator pola walki.

Scott nie wierzył własnym uszom.

– Symulator? – upewnił się.

Tamten skinął głową.

– Czy chcesz przez to powiedzieć, że nie trzymałeś w ręku prawdziwej spluwy?

– Oczywiście, że trzymałem! – Entuzjazm Landona był nie do naruszenia. – Przecież musieli nas nauczyć, jak to się składa i rozkłada.

– Więc broń była prawdziwa, ale bez amunicji? – Scott bardzo się starał nie dać po sobie poznać, jakie uczucia kipią w jego wnętrzu. – Umiesz się bić?

 

– Bić? Z kim?

– Z kimkolwiek. Z tym, kto cię zaatakuje.

– Tak. Biłem się ze szwagrem na weselu siostry. I wygrałem, bo siostra do dziś się do mnie za to nie odzywa.

– Aha.

– Co?

– Nic. Ostry jesteś.

W głowie dżokeja musiały zrodzić się jakieś podejrzenia, bo po raz pierwszy od początku rozmowy jego entuzjazm trochę osłabł.

– Nie każdy, jak ty, był w marines i nie każdego wysłali na wojnę.

Scott tylko westchnął.

– W marines nie nauczyli mnie bić się, tylko zabijać. Tam wszystko było jasne: tam jest wróg, a ci tutaj blisko to swoi. Na polu bitwy to się sprawdza. Tutaj, w cywilu, już nie bardzo.

– A jednak niedawno zabiłeś kuchennym nożem zawodowego mordercę.

Aha! Chłopak czytał jego akta. Nie były ani jawne, ani łatwo dostępne. No, ale nie od parady był dżokejem. Najwyraźniej miał swoje sposoby.

Uśmiechnął się do swojego przyszłego partnera.

– Nóż kuchenny to wyjątkowy luksus. W gangu nauczyli mnie radzić sobie także bez noża.

Landon uniósł brwi.

– W twoich dokumentach nie ma żadnej wzmianki o tym, że byłeś…

– Te informacje zostały wymazane. Powiedzmy, że w dowód uznania za pewne zasługi. – Uznał, że najwyższa pora zmienić temat. – Słyszałem, że jesteś najlepszym dżokejem na komendzie.

– Eee, ktoś chyba przesadza…

– Chyba nie, z reguły jestem dobrze poinformowany. Tylko pamiętaj, że trzeba będzie zabrać ze sobą cały sprzęt…

– Spoko, poradzę sobie.

– …i taszczyć go na grzbiecie nie wiadomo jak długo – dokończył. – Ja ci na pewno nie pomogę.

– Wiem. Kapitan mnie uprzedziła, że masz jakieś problemy… – Landon nie za bardzo wiedział, jak wybrnąć. – To znaczy, że z twoim zdrowiem coś nie do końca jest…

– Spokojnie.

Teraz, kiedy Scott znowu miał dostęp do legalnych lekarstw, czuł się zdecydowanie lepiej. Medykamenty produkowane w fabryce chemicznej były dobrze oczyszczone i nie wywoływały wyniszczających porannych wymiotów, które nie chciały się skończyć. Zostały tylko mdłości, zawroty głowy, stany depresyjne, dezorientacja… Pełen luz, da się żyć! Może nie brzmiało to najciekawiej, ale i tak było o niebo lepiej niż jeszcze jakiś czas temu.

– Mnie na pewno nie będziesz musiał dźwigać – dodał.

– A jak w takim razie z moim strzelaniem? – Chłopak słusznie zrozumiał, że może mieć problem z szybkim opanowaniem technik walenia po mordzie, więc zdecydował się zawierzyć swoje życie broni palnej. – Pokażesz, co i jak?

Scott niezobowiązująco skinął głową. Nie chciał jeszcze bardziej frustrować partnera ani pozbawiać go zapału.

– Mamy trochę czasu. Dziewczyna, którą będziemy śledzić, musi wyzdrowieć.

– Czyli ile?

– Biorąc pod uwagę możliwości współczesnej medycyny… Trochę.

– Czyli pokażesz mi parę sztuczek?

– Spróbuję. Najpierw jednak znajdź w więzieniach chociażby jednego członka gangu, którego tatuaż widzieliśmy. Przynajmniej jednego.

Landon uśmiechnął się triumfująco i wyświetlił zdjęcie jakiegoś oprycha.

– Przewidziałem to. Już go znalazłem i przygotowałem do przesłuchania.

Scott z uznaniem pokiwał głową.

– Nieźle! – Z trudem powstrzymał uśmiech. – Widzę, że szare komórki działają. To dobrze. Masz więc cień szansy, żeby przetrwać wyprawę do piekła…


Do pokoju, w którym umieszczono Axel, wszedł jakiś mężczyzna. Pierwszy, który nie miał na sobie lekarskiego fartucha.

Dziewczyna siedziała na brzegu łóżka i obmacywała głowę owiniętą bandażami. Nie, bynajmniej nie szukała dziury w potylicy. Zależało jej na tym, żeby się zorientować, ile włosów wygolono jej przed operacją. Bardzo ją zeszpecili? Trochę? Kompletnie? Niezależnie od tego, jak przedstawiała się prawda, chciałaby poznać ją jak najprędzej, ale chwilowo było to niemożliwe. Sfrustrowana zmierzyła mężczyznę niechętnym spojrzeniem.

– Sprzątasz tu?

Pokręcił głową.

– Czyli jesteś z administracji – domyśliła się błyskawicznie. – Moje ubezpieczenie nie pokrywa kosztu implantu, więc wyjmiecie mi go z głowy albo do końca życia będę musiała stać na zmywaku w kuchni?

Ponownie wykonał przeczący ruch głową.

– Mam na imię Derek. Jestem technikiem i przyszedłem go uruchomić.

W pierwszej chwili nie zrozumiała.

– Kogo uruchomić?

– Implant, który umieścili ci w głowie.

– Więc jest nieaktywny?

Mężczyzna się roześmiał. Był młody, miał jakieś trzydzieści lat, zawadiacki wyraz twarzy i sylwetkę boksera. Cholera wie, może oni specjalnie wybierają osiłków? Może przy aktywacji implantu pacjenci zaczynają tracić kontrolę nad sobą, awanturują się, chcą wyskoczyć z okna albo coś w tym guście?

– Jest, ale tylko częściowo – wyjaśnił. – Spełnia wszystkie funkcje biologiczne. Działa w tle, że tak powiem.

– Czyli jak?

Machnął ręką na znak, że nie zamierza wdawać się w szczegóły techniczne.

– Uwierz mi, gdyby nie on, to po postrzale w głowę na pewno nie byłabyś w stanie siedzieć ani rozmawiać. Bez niego byłabyś jak roślina, a twoimi funkcjami życiowymi zajmowałyby się urządzenia, które ledwie zmieściłyby się w tym pokoju.

– Aha – mruknęła bez przekonania. – W takim razie co właściwie przyszedłeś uruchomić?

– Sztuczną inteligencję.

– On to ma?

Uśmiechnął się.

– Teraz to raczej ty to masz.

– Czyli co konkretnie się stanie?

Wzruszył ramionami.

– Właściwie nic. Będziesz mogła sobie z tym czipem pogadać, i tyle.

– Jak z domowym asystentem?

– No nie! – żachnął się. – Nie porównuj gadżetu za kilkaset dolarów z urządzeniem wartym parę milionów!

Potrząsnęła głową.

– Zaraz, zaraz… Parę milionów? Kto wywalił na mnie tyle kasy?

– Mnie nie pytaj. To chyba jakiś program społeczny. Ten były gliniarz, który cię uratował, załatwił ci jakiś program pomocy dla ofiar.

– Jaki program?

– Mnie nie pytaj – powtórzył.

Jej umysł wciąż był w dużej części zajęty kwestią ilości włosów na głowie, które pozostały jej po operacji, ale jego pozostała część była gotowa do analizy faktów. Rzeczywiście czytała o programach pomocy dla ofiar. Zajmowała się tym jakaś policyjna przybudówka – organizacja mająca za zadanie ocieplać mocno nadszarpnięty wizerunek stróżów prawa. Nie mogła sobie jednak przypomnieć, żeby przy tej okazji pojawiły się jakiekolwiek wzmianki o implantach. Z drugiej strony, czasy się zmieniały, a kilka milionów, przy obecnej inflacji, wcale nie stanowiło tak niewyobrażalnej kwoty, jak mogło się wydawać w pierwszej chwili. Niepokojące było raczej to, że w ramach oszczędności, zwanych dla niepoznaki „optymalizacją wydatków”, mogli umieścić jej w głowie jakiś szajs wycofany z oficjalnej dystrybucji. Ona jednak ciągle żyła, a to po trafieniu w głowę wcale nie musiało być takie oczywiste. Czyli cokolwiek zrobili, zrobili przynajmniej w miarę dobrze. Mimo to wciąż coś jej tu nie pasowało i miała mocne podejrzenia, że to „coś” ma związek z osobą byłego policjanta.

– W mojej głowie jest wtyczka?

Derek, zajęty rozkładaniem swojego skromnego warsztatu, uśmiechnął się pobłażliwie.

– Nie ma żadnej wtyczki.

– Więc jak mi to włączysz?

– Normalnie. Przez dziurę w czaszce włożę ci palec do głowy, namacam kontakt i nacisnę.

– A mógłbyś nie żartować?

– A słyszałaś coś o indukcji?

Aż podskoczyła.

– Zaraz, zaraz! Więc każdy będzie mógł mi to wyłączyć?!

– Nie.

Zaczął zdejmować jej opatrunek z głowy.

– Dlaczego?

– Zaraz się dowiesz. Ale najpierw uruchomię warstwę wegetatywną. – Ruchem ręki powstrzymał ją od zadania kolejnego pytania. – Ten czip ma wiele warstw. Najniższa, która działa od samego początku, uchroniła cię przed śmiercią, przed zmianami w mózgu, przed degeneracją neurologiczną oraz innymi skutkami postrzału. Teraz włączę warstwę odpowiedzialną za wspomaganie. Mówiąc językiem technicznym, zyskasz funkcjonalności niedostępne dla zwykłych śmiertelników, choć, szczerze mówiąc, radziłbym, żebyś nie oczekiwała zbyt wiele…

Bandaże na głowie pozostały. Na bok poszły tylko żelowe ochraniacze. Derek nawet jej nie dotknął, nie przystawił żadnych kabli, elektrod ani płytek indukcyjnych.

– No i włączone.

– Co włączone? Niczego nie czuję.

– Widzę na podglądzie, że warstwa już reaguje.

– Ale ja niczego… Nic się nie zmieniło!

Uśmiechnął się.

– Zaraz się okaże. Zamknij oczy. – Podniósł się z miejsca. – Nie oszukuj, nie podglądaj! Będę chodził po pokoju. Za kilka sekund, nie otwierając oczu, wyciągnij palec w moim kierunku. OK?

– Skąd będę wiedziała, gdzie jesteś?

– Zadaj sobie to pytanie. W głowie. Wystarczy, jeśli pomyślisz, ale konkretnie, jakbyś wypowiadała słowa. Tylko nie używaj ust.

– Ale…

– Cicho bądź! – przerwał jej bezceremonialnie. – Zaczynamy.

Axel usiłowała grać uczciwie. Nie otwierała oczu, nie podglądała. Bez pośpiechu liczyła upływające sekundy. Nie słyszała kroków. Albo poruszał się jak duch, albo szpitalne wykładziny tłumiły wszystko.

– Gdzie on jest? – zapytała siebie.

Na wewnętrznej stronie jej powiek pojawił się napis: „Północny północny zachód”.

– Co to, kurwa, znaczy?

– Kierunek – pojawiła się odpowiedź.

– A gdzie jest północ? – zapytała bezradnie.

Przed jej oczami natychmiast pojawił się obraz busoli. Odczytywała kierunki z pewnym trudem, usiłując przypomnieć sobie obóz harcerski w szkole. Północ jest tutaj. I trzeba odłożyć jeszcze kawałek. N? NNW?

Odruchowo wyciągnęła palec w tę stronę.

– Dobrze! – wykrzyknął Derek. – Działa!

Axel otworzyła oczy. Rzeczywiście, jej wyciągnięty palec wskazywał prosto na niego.

– Nie uwierzysz… – szepnęła. – Przed oczami pojawił mi się kompas!

Roześmiał się.

– Oczywiście, że uwierzę. Przecież to sprzęt marynarki wojennej.

– Co takiego?!

Podszedł i poklepał ją uspokajająco po ramieniu. Widząc, że to chyba nie wystarczy, znowu usiadł obok niej.

– Głupio byłoby powiedzieć, że brali, co mieli, ale w gruncie rzeczy tak właśnie było. Facet, który wezwał do ciebie pomoc, naprawdę stanął na głowie.

– Amundsen?

– Scott. Były gliniarz.

Wzruszyła ramionami. Bardzo chciała sprawiać wrażenie twardej, bardzo chciała nie okazać żadnych uczuć, ale stąpała po cienkim lodzie. Mówiąc wprost, była obsrana ze strachu.

– Wiem, że to lepsze niż wąchać kwiatki od spodu, ale… – Głos uwiązł jej w gardle.

Położył jej dłoń na ramieniu.

– Uwierz mi, to kawał dobrej, starej technologii.

Poderwała się raptownie.

– Jak to starej?!

– Eee… To tylko taka przenośnia…

– Nieprawda! – Była doświadczoną oszustką, więc bez trudu potrafiła wyczuć fałsz. – Jak starej? Kiedy to coś wyprodukowano?

Derek opuścił oczy.

– No…

– Kiedy, do kurwy nędzy?

– Siedemnaście lat temu.

Zamknęła oczy, usiadła z rozmachem i opadła na poduszkę. Siedemnaście lat temu! Siedemnaście lat…

Miała wtedy dziesięć lat. Była fajnym dzieckiem, ale z tamtych czasów pozostały jej jedynie mgliste wspomnienia. Z czasów, kiedy powstała technologia, którą teraz miała w głowie.

– Nie bój się – pocieszył ją technik. – Wojskowe technologie projektuje się z ogromnym zapasem. Teraz już nie robi się tak fajnych rzeczy. Nigdzie ich nie ma.

– Chyba że w muzeum? – warknęła.

Roześmiał się, po czym objął ją i delikatnie podniósł do pozycji siedzącej.

– Uruchomię ostatnią warstwę procesora – powiedział. – Wtedy się przekonasz, jakie to fajne.

Oddychała ciężko.

– On ma jakieś imię? Tak jak domowy asystent?

– Kit13A.

Potrząsnęła głową.

– Kit to imię czy określenie takie jak zestaw, ekwipunek albo przybornik?

– Nie wiem – przyznał szczerze. – Wtedy jeszcze nie pracowałem w branży.

No pewnie, że nie. Musieliby tu przysłać jego ojca. Nagle spłynęło na nią olśnienie:

– Słuchaj, skoro zdjąłeś mi te opatrunkowe żele…

– Bandaż został.

– Jasne. Ale możesz już ocenić, ile włosów mi zgolili do operacji. Uda mi się ukryć blizny pod fryzurą?

Nawet nie zerknął, tylko powiedział:

– Wiesz, jakie fantastyczne peruki teraz produkują? Nie do odróżnienia od prawdziwych włosów!


Więzienie wcale nie było tak ponure, jak można by przypuszczać na podstawie filmów. Nie budziło grozy, nie przypominało gotyckich budowli, nie kojarzyło się z uciskiem i opresją. Ot, kilkadziesiąt parterowych baraków rozsianych na sporym obszarze pozbawionym drzew czy czegokolwiek, co umożliwiałoby ukrycie się albo utrudniałoby obserwację. Ktoś niezorientowany mógłby łatwo uznać, że to baza naukowa umieszczona na odludziu ze względu na tajność prowadzonych w niej badań. Dopiero świadomość, że można było utkwić tam na całe życie, bez choćby iluzorycznej możliwości wyjścia na wolność, przyprawiała o ciarki na plecach. Osadzeni stanowili chyba najlepiej odizolowaną grupę ludzi na Ziemi. Przypominali trochę astronautów na stacji kosmicznej. Tyle że z zapewnionym dożywotnim pobytem i bez kapsuły ratunkowej do ewakuacji, gdyby coś poszło nie tak. Ktoś w końcu dotrzymał wyborczej obietnicy i stworzył miejsce, w którym, parafrazując Dantego, wszelką nadzieję należało pozostawić w szatni na zawsze.

 

Scott i Landon mieli spory problem. Co można dać człowiekowi, któremu nic już nie można dać? Używek nie przemycą. Pieniądze nic tu nie znaczyły, bo nie było możliwości ich wydania, a informacje stawały się bezużyteczne, bo nie było możliwości ich zweryfikowania. W końcu jednak znaleźli sposób.

Załatwianie formalności przy wejściu trwało zadziwiająco krótko. Mieli wszystkie pozwolenia, przygotowane przez policję dokumenty opatrzono klauzulą natychmiastowej wykonalności. Weszli szybciej niż na stację metra w godzinie szczytu.

Strażnik wprowadził ich do rzęsiście oświetlonego pomieszczenia przedzielonego szybą pancerną takiej grubości, że z pewnością zatrzymałaby nawet pocisk kumulacyjny wystrzelony z granatnika wielkiego kalibru.

– Życzę powodzenia – rzucił na odchodnym. – Chociaż wam go nie wróżę.

– Jaki miły!

Landon zajął miejsce w fotelu po lewej i zaczął rozkładać na kolanach swoje urządzenia.

– Coś chyba przesiąka przez te nieprzepuszczalne zapory – mruknął Scott.

– Nastrój fatalizmu?

– Bo ja wiem? Ale gdybyś codziennie patrzył na ludzi, których losu nic już nie odmieni…

Urwał, ponieważ drzwi w ścianie naprzeciwko otworzyły się i więzień wszedł do pomieszczenia. Z akt wynikało, że nazywa się Artur Roberts, ma trzydzieści siedem lat i jest w dobrej formie fizycznej. Jednak człowiek, który zajął miejsce na przyśrubowanym do podłogi krześle po drugiej stronie pancernej szyby, kompletnie nie pasował do tego opisu: był między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką i wyglądał na kogoś, kto nie dość, że nie dbał o kondycję fizyczną, to nawet w ogóle nie wstawał z łóżka. Obaj wiedzieli, że oczywiście w zakładzie karnym coś takiego jest zupełnie niemożliwe, ale co innego wiedzieć, a co innego widzieć.

– Czego chcecie?

– Pohandlować.

– Ha! Niby czym?

Scott wzruszył ramionami.

– Informacją. Ty nam odpowiesz na kilka pytań, a my ci opowiemy ciekawą historię.

Roberts przesunął dłońmi po krótko obciętych włosach. Wyraz podejrzliwości nie znikał z jego twarzy, ale niecodzienna sytuacja, stanowiąca niespodziewane zakłócenie monotonii więziennego życia, wyraźnie go intrygowała.

– Co to za historia?

– Wiemy, że jeden z twoich wrogów był podejrzany o pedofilię. Co prawda dostał już wyrok za zabójstwo, ale akta przecież nie zniknęły.

Podejrzliwość jeszcze bardziej się nasiliła.

– Skąd mam wiedzieć, że nie wyssałeś tego z palca?

– Ten typ ma tatuaż na tyłku. Dokładnie między pośladkami.

Scott wstał, zrobił krok naprzód i przycisnął dłoń do szyby. Wyświetlił na niej zdjęcie wytatuowanego rysunku.

Roberts przełknął ślinę. Jak zahipnotyzowany patrzył na skomplikowany wzór.

Scott wrócił na swoje miejsce.

– Jak rozumiem, wyrażasz wolę współpracy?

– Może i tak. Ale i tak gówno zrozumiecie!

Widząc wskazania swoich urządzeń, Landon tylko potrząsnął głową. Coś takiego widział pewnie pierwszy raz w życiu. No tak. Ale sprawa lojalności Robertsa była zbyt pokręcona i niezbyt zrozumiała nawet dla niego samego. Na wolności żył dzięki swojemu gangowi, ale gang zmusił go do poświęcenia. Facet zapłacił za to straszliwą cenę, więc czuł się wykorzystany, ale tu znowu żył wyłącznie dzięki gangowi. Ten sam gang był z kolei przyczyną następnych cierpień i coraz większych rozterek. Bez względu na to, co Roberts czuł i myślał, nie mógł go porzucić.

Scott tak naprawdę nigdy nie rozgryzł skomplikowanych wzajemnych zależności, układów i zadziwiających korelacji panujących w przestępczej wspólnocie. I chyba już się z tym pogodził. Wyświetlił na szybie zdjęcie z monitoringu, powiększył fragment.

– To wasz tatuaż? – zapytał.

– Nasz. To ktoś ze Szmat.

– Jesteś pewny?

– Jestem. To Szmata.

Gangsterskie tatuaże były skomplikowane, ale nawet najbardziej skomplikowany wzór dałoby się podrobić. Jednak nie w tym przypadku. Policja wiedziała, że wycyzelowany rysunek w specyficzny sposób współgra z układem żył i mięśni na przedramieniu. Nie wiedziała tylko jak. „Swoi” bez trudu rozpoznawali autentyk, a funkcjonariusze często się mylili.

– Powiedz mi, czy gang realizuje zlecenia z zewnątrz? Coś się zmieniło od dawnych czasów?

– Niby skąd mam wiedzieć?

Scott nie tracił cierpliwości.

– Czy wtedy, kiedy jeszcze byłeś na wolności, zabijaliście na zlecenie z zewnątrz?

– Zwariowałeś? Ktoś miałby rozkazywać braciom?

– Nie rozkazywać, tylko płacić.

Roberts wzruszył ramionami.

– A kto chciałby zlecać nam cokolwiek w Zakazanym Mieście? Kto z zewnątrz miałby tam interesy?

– Dlatego pytam.

Długo się zastanawiał.

– Niemożliwe. Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

– A realizowaliście jakieś zlecenia na zewnątrz?

– Już pytałeś.

– Nie, słuchaj uważnie. Pytałem, czy ktoś z zewnątrz zlecał robotę w Mieście. Teraz pytam, czy ktoś zlecał robotę na zewnątrz.

Więzień gapił się na nich pustym wzrokiem. No pięknie. Albo Landon znalazł jakiegoś wyjątkowego jełopa, albo kogoś stojącego na jednym z najniższych stopni przestępczej hierarchii, prostego wykonawcę. Scott postanowił go lekko wkurzyć.

– Dobra, na razie to zostawmy. Wpadła nam w ręce wasza księgowość.

– To my mamy księgowość?

– Jak każda firma. Wasza jest wyjątkowo szczegółowa, nawiasem mówiąc.

Landon wyświetlał na szybie różne dokumenty. Scott zatrzymał i powiększył jeden z nich.

– Patrz, jest nawet zestawienie waszych środków transportu. Trzydzieści miniciężarówek, pięć furgonetek, samochód terenowy, dwa dragstery, sześć koni pod wierzch i jeden osioł.

– Osioł?

– Myślałeś, że ciebie nie wciągnęli do ewidencji? – warknął Scott. – Rozumiem konie pod wierzch, ciężarówki i samochód terenowy. Po cholerę wam dwa dragstery?

– W Zakazanym Mieście jest tor.

– Gdzie?

– Na trzydziestym piętrze. Rozpędzasz się i hamujesz. Jak nie wyhamujesz, to lecisz w dół.

– Aha! Długi ten tor?

Roberts wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Dwieście metrów, może trzysta…

Landon i Scott wymienili spojrzenia. Wyścigi dragsterami na dystansie trzystu metrów, z przepaścią zaraz za metą, to rozrywka albo dla prawdziwych mężczyzn, albo tych najbardziej naćpanych.

– Nieważne. Powiedz lepiej, czy gang angażuje morderców z zewnątrz.

– A po co? Swoich nam brakuje?

– Są miejsca, gdzie was nie wpuszczą – wyjaśnił Scott. – Wybacz, jeśli cię uraziłem – dodał z sarkastycznym uśmiechem.

Najwyraźniej nie uraził, bo rozbawiony więzień machnął ręką.

– Jak nie wpuszczają, to się czołgiem wjeżdża.

– A poza Zakazanym Miastem?

Tamten tylko wzruszył ramionami.

Scott wyświetlił na szybie film z miejskiego monitoringu.

– Jak sądzisz, co mi tu nie gra?

Roberts wykazał się zaskakującą domyślnością.

– Że niby ta dziewczyna ma być „cynglem”? – Roześmiał się chrapliwie. – Na pewno nie.

– Na pewno tak.

Nawet dla Scotta zabrzmiało to jak dziecinne przekomarzanie. Puścił kilka fragmentów zarejestrowanych przez kamery w laboratorium. Roberts gapił się bez słowa, oszołomiony. Odezwał się dopiero po dłuższym czasie:

– No to powiem, co ci nie gra na pierwszym filmie. Ona nie miała prawa przeżyć.

– Dlaczego?

– Zrozum, człowieku! Baba spoza gangu. – Wskazał palcem jej obnażone ręce pozbawione jakichkolwiek wspólnotowych tatuaży. – Obca. Nie składała przysięgi, niesprawdzona, niespowinowacona… Jest nikim. Nawet jeśli ją wynajęli, żeby sprzątnęła kogoś na zewnątrz, to nasz brat w samochodzie musiał ją zabić natychmiast po wykonaniu zadania. Po prostu musiał, rozumiesz?

Landon skinął głową, ale Scott drążył dalej:

– A może zabrał ją, żeby zabić gdzieś indziej? Żebyśmy nie znaleźli ciała?

– No coś ty? Po co usuwać ciało? – Gangster wskazał na stop-klatkę filmu z rzeźni w laboratorium. – Przecież macie ją namierzoną. Pełna identyfikacja. Po co więc usuwać ciało?

– Na wszelki wypadek.

– Na wszelki wypadek powinni kazać jej połknąć ładunek wybuchowy. Jakby go zdetonowała, to jeszcze pół budynku poszłoby się paść.

No tak. Scott uzyskał potwierdzenie swoich domysłów. Lani nie miała prawa odjechać stamtąd żywa. W tym akurat gangsterskim świecie nie było takiej możliwości. Ona naprawdę była dla nich obca. Bardziej niż przedstawiciel innej cywilizacji z kosmosu. Siedział pogrążony w myślach, podczas kiedy Landon zadawał pytania z przygotowanej wcześniej listy. Roberts odpowiadał różnie: raz był mniej szczery, raz bardziej. Generalnie jednak dżokejowi udało się poskładać z drobnych fragmentów całkiem sporą i w miarę szczegółową mozaikę.

– Z mojej strony to wszystko – powiedział po upływie jakiejś pół godziny.

– W porządku.

Scott poderwał się z miejsca. Miał dość tego jaskrawo oświetlonego pomieszczenia. Więzień również podniósł się z krzesła.

– A wasza część umowy?

Scott przyłożył do szyby dłoń i wyświetlił zdjęcie osadzonego podejrzanego o pedofilię.