Cyberpunk OdrodzenieTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Super.

Tu nie ma żadnego punktu zaczepienia, powtórzył w myślach. Poza jednym jedynym, utrwalonym na materiale wideo fragmentem tatuażu. Nawet nie wiadomo, czy był autentyczny, czy może to tylko zmywalna podróbka, pamiątka po zakrapianym festynie albo pijackim wypadzie na miasto, nieudolna próba zaimponowania kumplom lub jakiejś lasce przynależnością do jednego z gangów Zakazanego Miasta. A nawet jeśli jest autentyczny, to co? Ma tam pójść i zacząć rozpytywać po ulicach? Zakazane Miasto nie było miejscem, do którego wchodzi się tylko po to, żeby wejść. Było to równie rozsądne jak włożenie sobie do ust lufy rewolweru i naciśnięcie spustu tylko po to, by sprawdzić, czy broń jest nabita.

Po co więc szedł w kierunku domu siostry morderczyni? Zachowanie Axel Staller na posterunku policji wskazywało na to, że nie ma bladego pojęcia o wyczynach siostry. A jednak bez wahania postanowiła dać jej czas na ucieczkę. Podejrzewała coś? Miała przeczucie? Bliźnięta są ze sobą mocno związane emocjonalnie. Może więc…

Dobra! Własny umysł zwodził go na manowce. Byle dalej od odpowiedzi: czemu szedł właśnie do niej? Czyżby zamierzał powrócić na łono policji? Nie. Czy chciał pomóc Tahirze? Nie.

Co więc się dzieje w jego wnętrzu? Przecież nie mogło chodzić o powrót do Zakazanego Miasta. Tego najbardziej chciałby uniknąć.

Za wszelką cenę.

Czy aby na pewno?


Dom Axel nie należał do najbardziej okazałych w okolicy, ale i tak zdecydowanie przerastał potrzeby dziewczyny, która jak wynikało z akt, mieszkała sama. Nie było w tym jednak żadnej tajemnicy. Dom odziedziczyła po rodzicach. A z czego go utrzymywała? O, to już zupełnie inna sprawa. Z akt wynikało, że Axel Staller jest oszustką. I to nie byle jaką, skoro niczego nie dało się jej udowodnić, a tym bardziej posadzić tam, gdzie jest miejsce dla takich jak ona. Dziewczyna miała przekręty we krwi, a karierę oszustki zaczęła już w wieku dwunastu lat. Wtedy złapano ją po raz pierwszy i ostatni. Dziecko wydrukowało sobie cały plik mandatów za złe parkowanie, zmieniło na nich numer konta bankowego i powtykało za wycieraczki kilkuset samochodów w okolicy. Słusznie mniemało, że przynajmniej co dziesiąty kierowca zapłaci bez wnikania w szczegóły. Nie wiadomo, jak długo by to trwało i jak się skończyło, gdyby nie pech. Fałszywy mandat znalazł za wycieraczką swojego prywatnego samochodu również szeryf, bez trudu rozpoznał falsyfikat i zadał sobie trud znalezienia sprawcy.

Wszystko wskazywało na to, że po pierwszej wpadce Axel udoskonaliła swoje metody. Śledztwa przeciwko niej prowadzono jedenaście razy. Wytoczono jej dwie sprawy sądowe. Obie wygrała. Śledztwa umorzono. Nieźle grała w te klocki.

Scott nie zawracał sobie jednak głowy jej przeszłością. Nie miał też przygotowanego żadnego scenariusza rozmowy, którą zamierzał przeprowadzić. Jak zawsze wolał zbyt wiele nie planować. Najlepsze rezultaty osiągał wtedy, kiedy szedł na żywioł.

Axel Staller otworzyła mu już po drugim pukaniu.

– Nie rozmawiam z policją! – warknęła na powitanie.

– Nie jestem z policji.

– Jedzie od ciebie psem na całą okolicę!

– Przyjrzyj mi się, kobieto. Czy tak wygląda pies?

Zmierzyła go niechętnym spojrzeniem.

– Wyjątkowo zabiedzony – mruknęła, ale wciąż nic nie wskazywało na to, że nabrała ochoty na dłuższą pogawędkę. – Tak źle was karmią na komendzie?

– To gorączka marsjańska.

Znowu mu się przyjrzała, tym razem uważniej.

– Przynajmniej niezaraźliwa… Czego chcesz?

– Wziąć cię na litość.

Nareszcie coś zdziałał. Jej agresywna postawa powoli zamieniła się w obojętnie niechętną. Może to jeszcze nie był sukces, ale z pewnością krok we właściwą stronę.

– Znaczy się, żebrzesz?

– Wiem, gdzie jest twoja siostra – zablefował.

Zmrużyła podejrzliwie oczy.

– Kłamiesz.

– Nie. – Stuknął w nadgarstek i wyświetlił klatkę z nagrania przedstawiającego Lani Staller wsiadającą do samochodu. Można było rozpoznać postać, ale nie sposób było dostrzec szczegółów.

– Mhm… Jesteś więc psem czy nie?

Wzruszył ramionami.

– Tak i nie. Kiedyś byłem.

– No to rzeczywiście bierzesz na litość! – parsknęła. Zaraz jednak cofnęła się o krok, robiąc mu miejsce.

Błąd. Wpuszczenie doświadczonego śledczego do domu nigdy nie jest dobrym pomysłem.

Scott rozejrzał się po gustownie urządzonym wnętrzu. Wątpił, żeby tak właśnie wyglądało za życia jej rodziców. Zapewne wszystko przemeblowała, i to sama, nie korzystając z usług architekta wnętrz. Nie chodziło mu jednak o podziwianie nowatorskich rozwiązań ani o zachwycanie się designem. Szukał najlepszego miejsca. I szybko je znalazł.

Chwilę potem siedział w głębokim fotelu obok maleńkiego stolika z półeczką na drobiazgi. Takie miejsca stanowią istną kopalnię informacji o właścicielu domu.

– Byłabyś taka dobra i poczęstowała mnie szklanką wody?

Nie musiał udawać zmęczenia. Axel westchnęła głęboko i ruszyła do kuchni. Scott przesunął dłonią nad stolikiem. Mikroskopijna kamera umieszczona między palcami rejestrowała zgromadzone przedmioty. Przekartkował staroświecki notes, filmując notatki i zapiski. Pobrał kilka próbek z kopert, kluczy i rzuconych niedbale rękawiczek. Zdążył cofnąć dłoń, zanim Staller wróciła z kuchni. Jego płaszcz rzucony niedbale na sąsiedni fotel zbierał i analizował zapachy.

– Co jest dokładnie na tym zdjęciu? – zapytała.

Dwoma palcami dotknął nadgarstka, a potem stuknął nimi w stół. Axel usiadła naprzeciwko i przyciągnęła obraz do siebie. Usiłowała go powiększyć, ale od razu wyskoczyły grube piksele.

Podniosła na niego wzrok.

– Co chcesz za oryginał?

– Chwilę szczerej rozmowy z tobą.

– Skąd mam wiedzieć, że na tej fotografii jest coś, co mnie zainteresuje?

– Bo dam ci oryginał przed naszą rozmową. Licząc nie na handel wymienny, ale na twoją wdzięczność.

Trafił w punkt. W jej oczach pojawił się błysk zainteresowania. Zmarszczyła brwi, myśląc nad czymś intensywnie, a on nareszcie mógł się jej przyjrzeć. Ciekawe, skąd się wzięło imię Axel? W siedzącej naprzeciwko dziewczynie nie było nic męskiego. Fryzura – sięgająca do połowy czoła grzywka i warkocz z kokardą – kojarzyła się ze szkołą dla dziewcząt z dobrych domów, ale obcisła spódnica do kolan i bluzka podkreślająca kobiece kształty wskazywały raczej na wyższe szczeble edukacji.

– Co mi konkretnie da twoja fotografia?

– Miejsce pobytu swojej siostry już znasz – stwierdził, jakby nie usłyszał pytania. Z zadowoleniem dostrzegł, że jej brwi powędrowały w górę.

– Skąd wiesz?

– Byłaś już tam i szukałaś. – Wziął w dwa palce leżącą na półce pod stolikiem wizytówkę restauracji na obrzeżach Zakazanego Miasta. – Ale niczego nie znalazłaś, prawda?

Zabawne. Ludzie wpuszczają do swojego domu policjanta i z jakichś przyczyn sądzą, że nie będzie na nic patrzył i nie będzie wyciągał wniosków. Daleko posunięta naiwność. Albo wręcz głupota.

Patrzyła na niego z uwagą. Być może nawet z odrobiną szacunku.

– Moje zdjęcie pozwoli ci zawęzić obszar poszukiwań.

– Jak bardzo?

– Do kilkunastu przecznic i jakichś dwóch, może trzech pięter.

– To ciągle dużo.

Roześmiał się.

– Serio? W porównaniu z całym miastem?

Skinęła głową.

– No dobra – powiedziała, wciąż nie spuszczając z niego wzroku. – Pokaż mi je, to z tobą pogadam. Ale nie myśl, że powiem cokolwiek, co pozwoli ją aresztować.

Teraz on skinął głową. Znowu dotknął nadgarstka i stuknął w blat. Drugie zdjęcie miało już maksymalną rozdzielczość, jaką dało się wycisnąć z miejskiego monitoringu. Axel pochyliła się nad blatem i muskała obraz tu i tam, powiększając różne jego fragmenty.

– Na co powinnam zwrócić uwagę? – zapytała wreszcie.

– Na przedramię faceta w samochodzie.

Dziewczyna skupiła się na tym fragmencie.

– Tatuaż… To gang. Nawet wiem jaki.

– Właśnie. Tak jak mówiłem: dwa, może trzy piętra i kilkanaście przecznic do przeszukania. W Mieście obowiązuje ścisły podział terytorialny.

– Wpuszczą mnie tam?

Uniósł otwarte dłonie.

– Tego nie powiedziałem. Myślałem, że masz jakiś sposób, skoro już tam szukałaś.

Podniosła głowę, pokazując radosny uśmiech.

– Pasuje mi ta wymiana – powiedziała. – Pytaj.

– Pokażę ci jeszcze jedno zdjęcie. Zrobione podczas masakry w laboratorium.

– Nie wiem, czy chcę je widzieć.

– Spokojnie. Będzie bez szczegółów.

Przeniósł kolejną fotografię na blat, powiększył i odwrócił w jej stronę. W chwili, kiedy oboje się pochylili, Scott poczuł chłodny podmuch na plecach. Nic nadzwyczajnego. Po lekach zawsze się pocił, był więc, chcąc nie chcąc, ultraczułym instrumentem do wykrywania przeciągów. Ale przeciąg tutaj? W luksusowym, w pełni klimatyzowanym domu?

– Mieszkasz z kimś? – spytał ściszonym głosem.

Zaprzeczyła ruchem głowy.

– A masz kota? Albo inne małe zwierzę?

– Nie.

Jeszcze bardziej ściszył głos.

– A masz broń?

Zrozumiała, że coś jest nie tak, bo odpowiedziała również szeptem.

– Mam – odpowiedziała również szeptem, po czym odruchowo zerknęła na sufit. – Ale w sypialni. Bo co?

Zbliżył usta do jej ucha.

– Ktoś otworzył okno na górze. A środek dnia to nie pora na włamywaczy.

Fachowcy na pewno nie braliby się do roboty o tej godzinie. Pijane lub naćpane lumpy mogłyby się oczywiście włamać nawet i teraz, ale na pewno narobiłyby mnóstwo hałasu. Kto poza tym wchodził w grę? Kto mógł bezszelestnie otworzyć okno w domu chronionym nowoczesnym alarmem?

Zawodowy morderca.

Odruchowo zerknęła na drzwi wejściowe, ale Scott przecząco pokiwał palcem. Ucieczka przez drzwi tylko pozornie wydawała się najmądrzejszym wyborem. Skoro morderca jest na górze, to najlepiej wybiec z domu i uciekać, kryjąc się za samochodami, prawda? Nic bardziej mylnego. Po pierwsze, napastnik nie jest głuchy, spokojnie zdąży do okna i zastrzeli ofiarę, kiedy ta będzie jeszcze na podjeździe przed domem. A po drugie, najprawdopodobniej nie jest sam. Wspólnik przypuszczalnie czeka w zaparkowanym w pobliżu aucie, więc ucieczka frontowymi drzwiami oznaczałaby pewną śmierć.

 

W takim razie może od tyłu, przez ogród? Równie głupie wyjście. A może nawet głupsze, biorąc pod uwagę stratę czasu na forsowanie kolejnych ogrodzeń.

Ruchem głowy wskazał jej kuchnię i pokazał na migi, żeby położyła się na podłodze i za czymś ukryła.

– Uruchom ręcznie alarm! – szepnął najciszej, jak mógł.

To była dobra dzielnica. Ochrona powinna się zjawić za dwie do pięciu minut. Tylko co z tego? Jakie szanse ma dwóch cywilnych ochroniarzy w starciu z uzbrojonym po zęby zawodowcem? Zginą, zanim zdążą zadzwonić do drzwi.

Zaczekał, aż Staller przemknie do kuchni, po czym zdjął buty i ruszył za nią, ale po kilku krokach skręcił ostro w prawo. Gdyby zabójca korzystał z systemów wykrywania na podczerwień, to na pewno zauważy jego ślady. Ukrył się za ścianą oddzielającą kuchnię od garderoby, wydobył nóż i przykucnął, usiłując uspokoić oddech. Odkąd odszedł ze służby, nie nosił broni palnej. Sądy zbyt często skazywały ofiarę napaści tylko za to, że broniła się za pomocą pistoletu.

W domu panowała całkowita cisza. Pokusa, żeby wystawić głowę zza ściany, była bardzo silna. Scott jednak wiedział, że gdyby jej uległ, to prawdopodobnie chwilę potem już by nie żył. Według jego szacunków zabójca powinien znajdować się w połowie schodów prowadzących na dół, albo nawet już w salonie. Drewniane schody, drewniana podłoga, a mimo to żadnego skrzypnięcia, nawet najmniejszego szelestu…

Pierwszy pocisk przebił ścianę kilka centymetrów nad jego głową. Drugi przeszedł tuż obok. Gdyby Scott stał wyprostowany, miałby już dwie dziury w płucach. Morderca wyłonił się zza narożnika i strzelił jeszcze raz. Znowu za wysoko.

Scott runął do przodu, ale napastnik był profesjonalistą. Nie cofnął się odruchowo, tylko zrobił krok w lewo. Nóż ominął jego podbrzusze o dobrych dwadzieścia centymetrów.

Od natychmiastowej śmierci uratował Scotta jedynie fakt, że to była naprawdę dobra dzielnica. Na zewnątrz rozległy się okrzyki ochroniarzy. To był błąd z ich strony. Tak jak należało się spodziewać, napastnik zabił ich, oddając na ślepo kilka strzałów przez zamknięte drzwi.

Scott dał susa do kuchni, ale przewrócił się i pewnie byłby następnym celem, gdyby nie Staller. Usłyszawszy głosy, dziewczyna uznała, że przybyła skuteczna pomoc. Postanowiła włączyć się do walki i ruszyła do ataku z tasakiem w ręce.

Zabójca popełnił błąd. Celował w Scotta, ale dostrzegłszy kątem oka nagły ruch, skierował broń na nowy cel i nacisnął spust. Padł strzał. Pocisk trafił dziewczynę w głowę. Scott rzucił się do przodu, wbił nóż od dołu w prawe płuco napastnika i pchnął ukosem w górę, żeby dosięgnąć serca.

Dwa ciała niemal równocześnie runęły na podłogę. Scott zgiął się wpół i zwymiotował z wysiłku. Po chwili zdołał doczołgać się do dziewczyny, wyszarpnął spod marynarki pakiet medyczny, zębami rozerwał opakowanie, wydobył plastomed i przycisnął do rany. Zaraz potem uderzył palcami w nadgarstek i wywołał numer alarmowy.

– Zgłaszam strzelaninę! Są ofiary śmiertelne! – Kręciło mu się w głowie, nie mógł sobie przypomnieć adresu. – Przyjeżdżajcie na mój namiar. Potrzebuję ratowników medycznych, policji… Przyślijcie wszystkie służby!

– Czy jest pan ranny? – zapytał komputer głębokim kobiecym głosem.

– Nie. Przyślijcie…

– Czy może się pan poruszać?

– Tak!

– Czy znajduje się pan w pobliżu ofiar?

– Tak!

– Proszę więc natychmiast oddalić się o kilka kroków – instruował go komputer. – Proszę usiąść pod ścianą, oprzeć się o nią i trzymać nogi szeroko rozstawione. Proszę unieść ręce i trzymać otwarte dłonie w pozycji…

– Kurwa! Kobieta tu umiera!

– W celu uniknięcia zastrzelenia przez policję interweniującą na miejscu zbrodni proszę natychmiast oddalić się od ofiar.

Teraz dopiero zrozumiał, o co chodziło durnemu komputerowi. Nie wiadomo przecież, kto pierwszy dotrze na miejsce zdarzenia. Dwóch wystraszonych posterunkowych zastrzeli go od razu, widząc go pochylonego nad zakrwawionymi ciałami. A przynajmniej była na to duża szansa.

– Proszę natychmiast odejść od leżących ofiar – powtórzył komputer.

Tym razem Scott posłuchał. Jeszcze nigdy nie wzywał pomocy przez cywilną linię, ale doskonale wiedział, do czego może być zdolna policja. Szczególnie w postaci dwóch niedoświadczonych, spanikowanych funkcjonariuszy.

Posłusznie usiadł przy ścianie, podniósł ręce i choć drżały jak w febrze, usiłował utrzymać je w górze, z dala od ciała, otwartymi dłońmi do przodu. Przypuszczalnie tylko dlatego nie został zastrzelony przez policjantów, którzy zjawili się kilka minut później. Zaczęli nie od zabezpieczenia miejsca zbrodni ani udzielenia pomocy żyjącej jeszcze ofierze, ale od ustalenia, kim jest i co tutaj robi. Na szczęście nie miał przy sobie broni i był, w pewnym sensie, swój. Były policjant to jednak ktoś odrobinę bardziej godny zaufania, albo przynajmniej mniej podejrzany, niż zwykły człowiek.

Jak tylko pozwolono mu opuścić ręce, spróbował połączyć się z Tahirą. Nie chciała albo nie mogła odebrać. Zostawił jej więc nagranie z klauzulą absolutnego priorytetu.

– Jestem właśnie w domu Axel Staller. Przed chwilą zawodowiec postrzelił ją w głowę. Proszę posłuchać, pani kapitan… Coś mi tu bardzo, ale to bardzo się nie podoba… – Przygryzł wargi, zastanawiał się przez chwilę, po czym dodał: – Dobra, zgadzam się dla ciebie pracować. Przydziel mi najlepszego dżokeja, jakiego masz, i przyślij tu pomoc. Pilne!

Jeden z policjantów nachylił się nad zwłokami mordercy.

– Ten nóż to twój, kolego?

– Tak. Służy do sushi. Pod wpływem emocji sięgnąłem po to, co akurat miałem pod ręką.

Funkcjonariusz uśmiechnął się z uznaniem. Obaj wiedzieli, że każde słowo jest rejestrowane i będzie potem służyło jako dowód w śledztwie.

– To była obrona własna – dodał Scott.

– Jasne. A jak wytłumaczysz, że akurat miałeś przy sobie nóż do sushi? Dłuższy i ostrzejszy niż bagnet?

– Jestem dzisiaj umówiony na lekcję robienia sushi. Bardzo proszę, sami możecie sprawdzić.

Pokazał im adres japońskiego mistrza, który od dawna był mu winny przysługę.

– Popatrz – odezwał się drugi policjant, pochylając się nad trupem. – Ostrze wbite od dołu, w prawe płuco. A potem poszło skosem w górę, prosto w serce. – Dla lepszego efektu zawiesił na chwilę głos, po czym dodał: – Właśnie takim ciosem zabito Jezusa.

Jego kolega miał chyba niewielkie pojęcie o procedurach, ponieważ mocnym szarpnięciem ściągnął nieboszczykowi kominiarkę z głowy.

– To nie on – stwierdził. – Chyba że Biblia kłamie i Jezus urodził się w Chinach.

Z zewnątrz dobiegło szybko narastające wycie syren.


Tahira wpatrywała się w twarz Scotta, jakby chciała odczytać z niej prawdziwe motywy jego działania. Najwyraźniej nie do końca mu wierzyła.

– Dlaczego zmieniłeś zdanie? – spytała po raz kolejny. – Wyjaśnisz mi?

– Co tu wyjaśniać?

– Twierdziłeś, że sprawa jest nierozwojowa. Że nie ma punktu zaczepienia.

Wzruszył ramionami.

– Zmieniłem zdanie.

– No właśnie. Jakiś konkretny powód?

– Oj, to proste. Kiedy ostatnio rozmawiałaś ze mną, policja nie miała niczego. Poza siostrą zamachowczyni, która ją kryła, i tyle. A kim była Axel Staller? Nikim. Kompletnie nikim.

– A teraz stała się kimś, ponieważ ktoś strzelił jej w potylicę?

Skinął głową.

– Nie w potylicę – sprostował – ale to oczywiście tylko drobny szczegół. Przyznasz, że nie wysyła się zawodowego mordercy do osoby, która nic nie znaczy.

Była skłonna się z tym zgodzić. Wzięła z biurka kubek z kawą i podeszła do okna częściowo zasłoniętego żaluzją.

– No dobrze. Axel mogła coś widzieć, usłyszeć, cokolwiek. Mogła się czegoś domyślić. Wiesz, jak działają gangi. Cień podejrzenia, że ktoś coś wie, i pif-paf!

Przyłożyła sobie dwa palce do skroni i udała, że naciska spust.

– W gangach rzeczywiście tak to działa – zgodził się natychmiast. – Ale to nie był gangster, tylko profesjonalista wynajęty za duże pieniądze.

Pokręciła głową.

– Co jednak nie uchroniło go przed zginięciem w starciu z gliniarzem rencistą uzbrojonym w nóż niewiele większy od scyzoryka.

Uśmiechnął się.

– Gdybym miał broń palną, to już bym nie żył – wyjaśnił spokojnie. – Gość miał cholernego pecha, że trafił właśnie na mnie.

– Dlaczego?

– Bo gdybym miał broń, to nie przykucnąłbym w kącie, tylko czekałbym z wycelowaną spluwą, aż go zobaczę. I dostałbym dwie kule przez ścianę prosto w klatę. Żyję, bo celował za wysoko. Był przygotowany na spotkanie z innym profesjonalistą, a nie z rencistą uzbrojonym w nóż do sushi. Cholerny niefart, i tyle.

– No dobrze… – Przełknęła łyk kawy. – Przyjmijmy, że Axel Staller jest kimś ważnym. To znaczy była. Obawiam się jednak, że nigdy się nie dowiemy dlaczego, bo dostała kulkę w głowę. Chyba nie uda nam się jej przesłuchać.

– Wiedziała coś o siostrze. Ucieszyła się, kiedy pokazałem jej zdjęcie z monitoringu.

– To żaden dowód.

– Przeciwnie. Jeszcze przed rozmową ze mną była w Zakazanym Mieście.

– To tylko świadczy o tym, że chciała odnaleźć siostrę.

– Skąd wiedziała, gdzie szukać?

Rzeczywiście. Tahira znowu podniosła do ust kubek z kawą.

– Jesteś nekromantą? – spytała. – Zamierzasz rozciąć jej ciało i wróżyć z wnętrzności?

– Axel ciągle żyje.

– Człowieku! – wybuchła kapitan. – Nie widziałeś, co się wydarzyło? Mam ci to przeliterować? Ktoś strzelił jej w głowę! Ta dziewczyna już nie ma mózgu!

– Mylisz się.

Wstał z fotela i podszedł do okna. Gdzieś tam, w oddali, za delikatną mgiełką toksycznych spalin majaczyły wieże Zakazanego Miasta.

– Masz coś do picia? – zapytał.

Podała mu swoją kawę.

– Została połowa, jeśli się nie brzydzisz.

Nie brzydził się.

– To były pociski małego kalibru, o wielkiej prędkości i twardym płaszczu. Bez trudu przebiły nie tylko gipsową ścianę, ale facet zabił dwóch ochroniarzy, strzelając przez drzwi. Nie rozpryskują na byle czym.

Spojrzała na niego z zaciekawieniem.

– Co chcesz powiedzieć w ten skomplikowany sposób?

– To, że Staller wcale nie ma w głowie mielonej sałatki z mózgu, tylko wąską przestrzelinę na wylot. Od razu zastosowałem plastomed, który wniknął do środka, tamując i resorbując krwotok.

– No to super. – Uśmiechnęła się z przekąsem. – Nazywaj to, jak chcesz, ale gdybyś zapytał mnie o zdanie, to powiedziałabym, że brakuje jej sporej części głowy. Mam wrażenie, że to może trochę przeszkadzać w normalnym funkcjonowaniu.

Scott też się uśmiechnął. Dopił resztkę kawy i rozglądał się za kubłem na śmieci, kiedy Tahira zapytała:

– Czego właściwie chcesz?

– Wysłać ją na poszukiwanie siostry i śledzić. Mam przeczucie, że zaprowadzi nas do celu.

Nie spodziewała się tego. Szeroko otworzyła oczy.

– Myślisz, że Staller wstąpi na ochotnika do oddziału zombie? Mam stworzyć taki oddział?

To miał być żart, ale już wiedziała, że jej były podwładny mówi zupełnie poważnie.

– Zdradzisz, jak chcesz tego dokonać?

– Po ostatnich atakach terrorystycznych policja weszła w skład zintegrowanego dowództwa. Wszystkie służby są razem, jesteście kumplami.

– No i?

– Podzwoń po kolegach i popytaj, czy ktoś dysponuje zbędnym implantem mózgowym, a jeśli tak, to czy byłby skłonny go użyczyć.

– Zbędnym czym?… Zaraz, zaraz… Jak to użyczyć? Że niby po akcji Staller go odda?

– Posłuchaj: może i są pod jednym dowództwem, ale każda służba nadal ma własny cyrk i własne zaopatrzenie. I każda używa takich implantów. Każda: wojsko, FBI, CIA, lotnictwo, marynarka, komandosi… Wszyscy stosują implanty.

– I…?

– Wiem, że nikt ci czegoś takiego nie podaruje, a policja ma za mało kasy, ale może ktoś będzie chciał wypróbować jakiś prototyp albo wersję rozwojową? Może ktoś ma na zbyciu coś, co nie za bardzo się udało, i po znajomości udostępni to koleżance? Powiedz im, że akurat masz idealnego królika doświadczalnego. Nawet nie trzeba wiercić, bo dziura w głowie już jest.

– Ty chyba kompletnie zwariowałeś!

Rozłożył szeroko ręce.

– Oceniaj mnie, jak chcesz.

– Właśnie oceniam! Zwariowałeś!

– Ale nie tak, jak myślisz.

 

Tahira potrząsnęła głową, odwróciła się i oparła o parapet. Najwyraźniej nie była to pozycja, która dałaby choć cień ukojenia, bo nagle zaczęła krążyć po gabinecie. Nie był zbyt duży, więc co chwilę musiała robić nawrót.

– Zwariowałeś! – powtórzyła.

Westchnął.

– Jest jeszcze jedna opcja: możesz skazać dziewczynę na śmierć.

Stanęła jak wryta.

– Ja?

– Przecież Staller umrze. Ma dziurę w głowie.

– Ja jej palcem nie tknęłam.

– Najwięcej zgonów wcale nie powodują ludzie, którzy naciskają spust. Większość strat to sprawka tych, co podpisują dokumenty.

– Nie podpisywałam niczego, co miałoby z nią jakikolwiek związek!

Scott nie odpowiedział. Cierpliwie czekał, aż sama przeprowadzi do końca proces myślowy. Staller żyła wyłącznie dzięki plastomedowi, który zresorbował wylewy spowodowane zniszczeniem tkanki przez pocisk, a także zapobiegł następnym. Utrzymywał też mózg w stanie śpiączki i łagodził wszelkie następstwa gwałtownego urazu. Niestety plastomed to bardzo proste, wręcz prymitywne narzędzie ratownicze w postaci żelu, który zużywał się, będąc wchłaniany przez organizm. Za dwa, trzy dni przestanie działać. A wtedy Staller umrze. A może nie. Chodziło o mózg, a z nim nigdy nic nie wiadomo. Może przeżyje, ale zostanie rośliną? A może umysłową kaleką, śliniącą się i bełkoczącą niezrozumiale. Nikt nie był w stanie przewidzieć rozwoju sytuacji.

Oczywiście kapitan policji nie podpisuje dokumentów medycznych. Nie w jej gestii jest też podejmowanie lekarskich decyzji. Ale Scott sprawdził dokumenty, które dotyczyły Axel. Dziewczyna miała wykupione tylko podstawowe ubezpieczenie. A to oznaczało, że nie będzie żadnej skomplikowanej operacji na otwartym mózgu. Chłopcy ze szpitala po prostu wyciągną wszystkie wtyczki i niech się dzieje, co chce.

Kapitan policji mogłaby natomiast do tego nie dopuścić, na przykład ze względu na wagę prowadzonego śledztwa. Co nie zmienia faktu, że musiałyby pójść za tym jakieś środki. Naprawdę konkretne pieniądze. Skąd je wziąć?

Rozwiązanie, które podsunął jej Scott, nie było więc takie głupie. Zrobić z dziewczyny darmowego królika doświadczalnego. Tym bardziej, że nikt nie będzie mógł protestować. Sprawdzili wcześniej: Staller nie miała żadnej rodziny poza siostrą, ale ta popełniła właśnie doskonale udokumentowaną zbrodnię. Nikt nie będzie się przejmował tym, co ma do powiedzenia wielokrotny morderca. Opinia publiczna na pewno nie będzie po jego stronie.

Tahira zapewne właśnie w tej chwili doszła do tego wniosku, bo zatrzymała się gwałtownie i wycelowała palec wskazujący w Scotta.

– Jesteś pogięty – stwierdziła rzeczowo. – Jesteś kompletnie porąbany.

Nie odpowiadał. Cierpliwie czekał, aż w głowie Tahiry ugruntuje się przekonanie, że to jedyne wyjście z sytuacji.

– Jesteś też zboczony – dodała Tahira takim tonem, jakby sama się zdziwiła, że dopiero teraz doszła do tego wniosku.

– Możliwe. I dlatego tym bardziej się zastanawiam, dlaczego przyszłaś do mnie i nalegałaś na mój powrót do służby.

Pogroziła mu palcem.

– Wyjdź stąd, proszę.

Pokręcił głową.

– Dzwoń do kolegów z innych służb. Nalegaj, kuś, kłam, przekonuj…

– Myślisz, że ot, tak sobie zadzwonię do FBI i powiem: „Cześć, Johnny, nie masz na składzie jakiegoś wybrakowanego implantu, który wam się nie udał, ale mimo to chcecie go przetestować? Bo wiesz, tak się składa, że handluję nie tylko organami pobranymi z ciał ofiar morderstw, ale też całymi ciałami bez mózgu”.

Uniósł otwarte dłonie.

– Nie myślałem konkretnie o takiej formie przekazu.

Wskazała palcem okno, a raczej widok za nim.

– Naprzeciwko jest całkiem niezła knajpa, nasi często wpadają tam na lunch. Idź i zjedz coś nareszcie, bo okropnie wyglądasz.

– Skoro nie chcesz mojej pomocy…

– Prześlę ci dane twojego dżokeja i spis wszystkich formalności, które musisz spełnić, żeby tu wrócić.

– Ale…

– Wyjdź stąd, proszę – powtórzyła.

W sumie wcale się jej nie dziwił. Na jej miejscu też wolałby rozmawiać bez świadków.


Knajpa przy komendzie była dokładnie taka, jak się spodziewał. Przesadnie jasne, nieprzytulne wnętrze z powodu ogromnej ilości zawieszonych pod sufitem jarzeniówek, wypełnione policjantami i zapachem taniego jedzenia. Ostentacyjnie zawieszone na stojakach aparaty antypodsłuchowe prawdopodobnie poradziłyby sobie co najwyżej ze szklanką przystawioną do ściany. Ale i tak nie było czego podsłuchiwać – stołowali się tutaj niemal wyłącznie funkcjonariusze z pieszych patroli – a kakofonia niezliczonych rozmów i przekrzykiwań była tak przeraźliwa, że nie dało się wyłowić poszczególnych słów.

Scott wziął lurowatą kawę i zajął jedno z ostatnich wolnych miejsc. Usiłował sam siebie przekonać do zjedzenia czegokolwiek, ale na samą myśl o posiłku chwytały go mdłości. Terapia odchudzająca, którą fundowały mu leki antytoksyczne, była wyjątkowo efektywna. Mógłby zbić majątek, reklamując ją jakimś chwytliwym sloganem. Na przykład: „Doktor «Shey» Scott gwarantuje, że po kilku miesiącach będziesz przypominać chodzącą reklamę zakładu pogrzebowego!”.

Nie mógł się skupić na swojej przeglądarce. Za jego czasów tej restauracji jeszcze nie było. Chodziło się za róg, do Meksykanina, którego lokal był jednym z ostatnich z ludzką obsługą. Oczywiście nie licząc tych ekskluzywnych, w bogatych dzielnicach.

Litery skakały mu przed oczami. Lou Landon… Absolwent… Laureat… Dyplom w pierwszej pięćdziesiątce… Lat… Ile? Dwadzieścia pięć? No nie! Tuż po szkole. Może nie „tuż”, ale rok, czyli wciąż niewiele. Poza wykazem spraw, nad którymi pracował, w materiałach nie było żadnej opinii, żadnej analizy ani charakterystyki. Cóż, trudno spodziewać się ocen po tak krótkim okresie służby. Zresztą dżokeja nigdy nie oceniał jego partner. Liczyło się to, ilu partnerów zginęło pod jego opieką. Tu Landon miał czyste konto, ale znowu: trudno wiele nabroić, pracując raptem przez rok. Nie wyróżniał się niczym, nie był chorobliwie ambitny, nie ulegał nałogom… Ha, ha! To się jeszcze okaże.

Scott przyglądał się właśnie wielowariantowej fotografii, kiedy w drzwiach stanęła Tahira. Na pewno się tutaj nie stołowała, ale musiała od czasu do czasu zaglądać, bo poruszała się z dużą pewnością. No i przynajmniej raz musiała spróbować tu kawy, bo teraz wzięła sobie jedynie wodę.

– Tutaj, tutaj! – Pomachał w jej stronę. – I jak?

Przysiadła się z dziwnym wyrazem twarzy. Mógł tylko zgadywać, co za chwilę usłyszy. Wzięła głęboki wdech, wydęła policzki, po czym z sykiem wypuściła powietrze.

– Nie sądziłam, że wszczepianie implantów mózgowych jest tak powszechnie stosowane… – powiedziała cicho.

– Serio? Co w tym dziwnego, że różne służby lubią wsadzać coś do głowy swoim ludziom?

Pokręciła głową.

– Ale… Ale żeby wszystkie?

– Oprócz policji.

– Jakim cudem jesteś tak dobrze zorientowany?

– Nie pamiętasz? Moja ostatnia sprawa dotyczyła właśnie implantów.

– Ach, tak. – Poprawiła włosy opadające na czoło. – Ale wtedy chodziło o gangi, jeśli dobrze pamiętam.

– Owszem. I o nielegalny handel wszczepami.

Uśmiechnął się do wspomnień. Jego też zaskoczyła wtedy skala produkcji implantów. Każda służba, każda specformacja miała własne. Oprócz policji, jak wspomniał. I dlatego niezbyt odległy był już czas, kiedy gangsterzy zdobędą miażdżącą przewagę.

– Udało się? – zapytał.

Westchnęła ciężko.

– I tak, i nie.

Robiło się coraz ciekawiej. Tahira Ghailani, która nie potrafiła się precyzyjnie wyrazić. Chyba coś naprawdę poszło nie tak.

– Masz czip? – Przeszedł do konkretów.

– Mam.

– No to gra muzyka. Niech jakiś fachowiec przeprogramuje element łączności i dziewczyna cała stanie się nadajnikiem. Łatwo będzie wyśledzić ją w Zakazanym Mieście.

Tahira zerknęła na niego spod oka.

– Nie powiedziałam ci wszystkiego.

– No to śmiało. Wal.

Trochę trwało, zanim się zdecydowała.

– Jedyne, co udało mi się zdobyć po znajomości, to stary procesor z nieudanej serii.

– Nieudanej?

– Nigdy nie wszedł do produkcji. Coś poszło nie tak, cofnięto zamówienia i cała próbna partia kurzy się na półkach.

– Ale działa?

– Działa.

– Więc czym się martwisz? Posłuchaj…

– To ty posłuchaj… – usiłowała mu przerwać, ale nie dopuścił do tego.

– Ja mam to lepiej przemyślane. Miałem więcej czasu.

Z rezygnacją wzruszyła ramionami.

– No dobra, mów.

Udawał, że zbiera myśli, żeby dodać wagi swoim słowom.

– Posłuchaj: dla tej dziewczyny to wybór pomiędzy życiem a śmiercią. Jeśli jej tego nie włożymy, to w najlepszym wypadku zamieni się w roślinę. Choć nie wiem, czy określenie „w najlepszym wypadku” jest adekwatne do sytuacji. W każdym razie, alternatywą jest śmierć.

– Teraz ty mnie posłuchaj. To stary szajs!

– Jeśli przeżyje z szajsowym czipem w mózgu, będzie go sobie mogła później wymienić. Jeśli umrze, to siłą rzeczy straci nawet tę szansę.

Trudno było odmówić mu racji. Dawali w ten sposób dziewczynie możliwość podjęcia decyzji. A że nie kierowali się szlachetnymi pobudkami? Że najpierw chcieli ją wykorzystać? Owszem, w niczym jednak nie zmieniało to faktu, że ta oferta zawierała cokolwiek poza opcją zero, czyli śmiercią. Z praktycznego punktu widzenia sprawy miały się jednak odrobinę inaczej. Nawet gdyby wszczepienie się powiodło, późniejszy wybór był raczej iluzoryczny. Druga operacja na otwartym mózgu? Przecież nie chodziło o otwieranie drzwi, tylko o otwieranie czaszki. Ile jest w stanie wytrzymać mózg, w którym się ciągle grzebie? To nie ząb. Ząb wyrywasz, wstawiasz implant i po krzyku. Jak się nie uda – wstawiasz drugi. I tak do skutku, aż dobierzesz właściwy. Kiedy chodzi o mózg, coś takiego raczej nie zadziała.