Zima

Tekst
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zima
Zima
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,89  44,71 
Zima
Zima
Audiobook
Czyta Artur Ziajkiewicz
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Andrzej Stasiuk

Zima


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Kamil Targosz

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Ilustracje na okładce i wewnątrz tomu Kamil Targosz

Copyright © by Andrzej Stasiuk, 2001

Korekta Małgorzata Poździk / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-483-1

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Paweł

Mietek

Grzesiek

Paris–London–New York

Zima

Kolofon

Paweł

No więc kiedyś był tu dwór, a teraz stoi chałupa Pawła. W tym miejscu rozchodzą się drogi. Dwie wiodą do lasu, ciągną się dnami dolin i w końcu przepadają w jarach potoków, błocie i olszynach. Trzecia prowadzi na północny zachód i w świat.

O wpół do ósmej Paweł wychodzi z domu i w swojej jasnej czapce z daszkiem rusza przez wieś. Mija Wtorków, mija Michała, przechodzi mostek i zaczyna iść prosto w górę, bo ktoś kiedyś wymyślił tę szosę tak, jakby przez półtora kilometra miała prowadzić wprost do nieba. Wszystko jest w nim okrągłe, stworzone po to, by turlać się w dół, więc co jakiś czas przystaje, odpoczywa i wtedy z daleka, z dołu, ze środka wsi wygląda jak maleńki jałowcowy krzaczek w bezmiarze łąk. Między Obszarem i Mareszką rozpędza się wiatr i rozbija się dopiero o Żydówkę. Stąd ta biała czapeczka.

Autobus jest o wpół do dziewiątej i Paweł może sobie odpocząć trzy albo i cztery razy. Czasem, gdy wyjdzie trochę wcześniej, może nawet zrobić sobie po drodze wygodny stołeczek z paru płaskich kamieni. Te rozsiane tu i tam małe monumenty to są kamienie milowe jego wędrówek.

W końcu wydostaje się na Banicką Górkę. Rozwlekły grzbiet Magury przeciąga się w słońcu, a spadzista budka przystanku jest pusta jak zwykle. Wokół nie ma nic, tylko dwa kilometry poniżej cerkiewnej kopuły widać białą kreskę autobusu, w którym sadowią się pegeerowskie chłopaki wystrojone jak na bal. Buty w szpic, złote blaszki na obcasach, kolczyki, kucyki, trefione, tlenione grzywki i napisy z całego świata gdzie popadnie. Wiatrówka Pawła jest granatowa i skromna. Takie same są spodnie w kant. Gdy daleki myślnik autobusu rusza, Paweł zdejmuje czapeczkę i chowa do kieszeni. Wyjmuje pieniądze, odlicza złotówki i drobniaki, żeby nie robić kłopotu kierowcy, ściska je w dłoni i czeka.

A na Zawodziu jest wtorkowy jarmarczny ruch. Samochody z Dukli i Sącza wypatrują świateł, ale sygnalizacja jest dzisiaj ślepa, więc trąbią, popyrkują i pchają się jak ludzie w tłumie. W wystawie mistrza szklarskiego Chrząścika przeglądają się dziewczyny z gastronomika, w barze Pod dziewiątką za firankami jest żurek z kiełbasą, a po drugiej stronie rzeźnicza firma Amigo wabi uśmiechniętą krową. Na lewo za skrzyżowaniem są cuda hiszpańskiej terakoty w kolorze nieba i ognia, trzyosobowe wanny, złocone krany, bidety z wodotryskiem, automatyczne klozety i spłuczki z jedwabnym sznurkiem oraz pozytywką.

Na to wszystko patrzył Paweł. Szedł posuwistym, trochę zadziornym krokiem, a w jego błękitnych oczach odbijał się świat i wielokrotniał.

Skręcił w lewo na targ, między żuki i ciężarówki, z których wystawiono szeregi pufiastych kanap i foteli w kwieciste tłoczone wzory. Obok stały lśniące stoły na spiralnych ślimaczych nogach, zestawy do relaksu obciągnięte czarną dermą, zielone gaje plastikowych bluszczy, palm i rododendronów, taborety w tureckie desenie, karmazynowe dywany w arabeski i rozety, a dalej cała reszta rzeczy służących do lenistwa, i tak aż do miejsca, gdzie zaczynał się rewir prosiąt, cieląt i krów uwięzionych w drabiniastych dwukółkach.

Paweł przechadzał się wśród mebli, macał obicia, przysiadał na kanapach, próbował rozłożystych foteli i przymykając oczy, wystawiał twarz do słońca. Pod palcami czuł wytworne skrzypienie skóropodobnych imitacji. Tuż obok szumiały zielone wody rzeki Ropy i chwilami robiło się tak, jak na dalekich wakacjach. W źrenicach sprzedawców zapalała się nadzieja.

– Kupujecie? – zapytał jeden z nich.

Paweł otworzył oczy, uśmiechnął się i odpowiedział:

– Kto by tak od razu kupował taką dużą rzecz? Popróbować trzeba.

– No bo tak siedzicie, jakby było wasze.

– Przecież to do siedzenia – odparł Paweł i wstał, skrzypiąc czarną dermą. Obciągnął na brzuchu wiatrówkę, spojrzał w dal nad głową handlarza i dokończył:

– Może kupię, może nie kupię. Zresztą nie noszę przy sobie gotówki.

Włożył ręce do kieszeni i poszedł w stronę mostu. Wydawało się, że jarmarczny tłum porwie go jak piłeczkę i uniesie, ale on nie poddawał się pospiesznemu nurtowi. Stanął dokładnie na środku mostu i zapatrzył się w białe grzywki skaczących po kamieniach fal. Ale tak naprawdę to nie było wiadomo, czy patrzy na rzekę, czy w ogóle na świat, na rozległe targowisko, a właściwie dwa, bo oprócz wtorkowego po prawej, po lewej był codzienny bazar pełen bud, kramów i kiosków ze wszystkim, czego tylko można zapragnąć. Ludzie napływali ze wszystkich stron, gęstnieli, skupiali się w wąskich przesmykach, a ich serca biły coraz żywiej i żywiej, bo przecież oczy zawsze widzą więcej, niż dłonie mogą dotknąć i wziąć.

Tego samego dnia widywano Pawła w wielu jeszcze miejscach, chociaż nikt pewnie go nie zapamiętał. Stał w sądzie na parterze i czytał tablicę ogłoszeń, czytał orzeczenia kolegiów i tabliczki na drzwiach prokuratorów, referentów i sędziów, bo to też były wieści ze świata. Później był w Urzędzie Pracy i uważnie zagłębiał się w propozycje zatrudnienia wiszące na ścianach, w te wszystkie „potrzebny niepijący murarz z praktyką”, „zatrudnię stolarza na pół etatu – firma pogrzebowa Smutex, dzwonić przed szesnastą” albo „dam pracę dla bezdzietnego małżeństwa po ślubie kościelnym”. To wszystko żółkło, zwijało się w ruloniki i strzępiło na brzegach od spojrzeń ludzi stojących w kolejce do kasy.

Paweł jako rencista nie był wprawdzie zainteresowany pracą, ale lubił wiedzieć, co w trawie piszczy i jak się rzeczy mają. Wracając po południu do domu, mówił do tego lub owego w autobusie: „Więcej ludzi ostatnio mrze”. Albo: „Ostatnio ludzie więcej budują”, by potem przejść do spraw konkretniejszych i personalnych w rodzaju: „A sędzia Mackiewicz to już na emeryturze i na jego miejsce przyszedł nowy, ale nazywa się jakoś tak, że trudno zapamiętać”.

No, ale to dopiero gdzieś koło wpół do piątej. Przedtem zachodził do piwiarni Antałek na tyłach Urzędu Pracy, gdzie od szóstej rano zbierali się bezrobotni. Brał pepsi-colę, siadał i czekał, aż trafi się ktoś, kogo będzie można posłuchać. Bo widzieć to jedno, a słyszeć zupełnie co innego. I przychodzili jeden po drugim. Przychodził Władek w nowym kowbojskim kapeluszu i opowiadał o Warszawie, bo akurat wrócił – stąd ten kapelusz i buty z wężowej skórki:

– No, niby się żyło w baraku, ale jaką się willę stawiało. W samej łazience można by z rodziną mieszkać. Jak jeden z taczkami rano zabłądził, to go dopiero na fajrant znaleźliśmy. No i w ogóle kultura, latarnie się świecą, tramwaje dzwonią i autobusy przez całą noc jeżdżą. Nie to, co tu.

Za barem pan Leon wycierał szklanki i sprawdzał czystość, zerkając przez nie na telewizor. Pstrykał od czasu do czasu pilotem, jakby szukał dla tej kontroli najlepszego kanału.

– A nam gasili o dziesiątej – powiedział Janek, przysiadając się do sąsiedniego stolika.

– Co wam gasili? – zapytał Władek.

– Światło. A co mieli gasić – odpowiedział Janek.

– To na strasznym zadupiu żeś był.

– Samo centrum Sącza. Zaraz przy rynku – sprostował Janek i zaczął opowiadać, jak spędził czterdzieści osiem godzin na przejściówce, ale go puścili z braku dowodów.

– Nie mogli znaleźć? – zapytał Władek.

– Były nie do znalezienia – odpowiedział ze spokojem Janek.

Błękitne oczy Pawła wędrowały od jednego do drugiego. Wydawało się, że są całkiem przejrzyste i niematerialne, bo opowieści przybierały postać obrazów. Wchodziły w Pawła bez najmniejszego oporu i rozświetlały jego wnętrze. Mieszały się tam w środku na przedziwne i skomplikowane sposoby, i w końcu nie było wiadomo, czy Paweł słucha, czy wpatruje się w świat, czy też spogląda gdzieś w siebie, w cudny kłębek własnej głowy.

A potem na czwartego do dwóch stolików przysiadł się Bajer z brodą i w skórzanej kurtce, bo miał akurat trzy dni wolnego i zostawił swój cyrk Pieniny na przedmieściach Przemyśla, żeby wpaść i sprawdzić, czy w mieście i w Antałku wszystko idzie po staremu.

 

– Tylko domowe zostały. Kucyki, osły, owce, kozy i psy. To już nie jest cyrk. To jest gospodarstwo rolne. Nie ma dzikich. Kawa bez kofeiny, piwo bez piany, cyrk bez lwów, dźwięk bez obrazu, ekologia. Rozstawiamy budę w Krośnie, a tu wylatują jakieś długowłose szczyle z transparentami. W Rzeszowie to samo. W Tarnobrzegu też. I nas wyzywają od morderców. Że zwierzęta męczymy. Co oni wiedzą. Taka Świetlana, co robi za kobietę-gumę, to się męczy. Ja się męczę. Klauni, jak jest upał, też się męczą pod szminką. A widział ktoś, żeby kiedyś słoń się zmęczył?

Później Paweł poszedł do Hotelowej i zamówił pierogi z mięsem. Jadł i uważnie czytał kartę, porównując wagi i ceny. Potem poszedł w stronę Rynku i przestudiował tablicę ogłoszeń. Oderwał kilka telefonów z różnymi ofertami i schował w kieszonce na piersiach obok rachunku z restauracji. Potem zajął się klepsydrami. Niektóre nazwiska były znajome, w niektórych nie zgadzały się imiona. Zestawiał daty urodzin ze swoją i na ogół wypadało na korzyść. Przypominały mu się twarze albo opowieści o znanych jedynie ze słyszenia nieboszczykach. Stał z zadartą głową i obrót rzeczy wciągał go w swój wir. Mijały minuty, a on krążył w kosmosie przedmiotów, domniemań, wyobrażeń i pragnień, bo przecież nawet proste „sprzedam malucha w bardzo dobrym stanie rocznik 1978” przywoływało wizję spokojnej porannej podróży. Wychodziłby wtedy ze swojego domu o jakiejś dowolnej godzinie, otwierałby drzwiczki kluczykiem z breloczkiem, wsiadał, zapalał silnik i ruszał powoli przez wieś, mijając dom Wtorków, Michała, mostek i potem spokojnie pod górkę, a pejzaż przesuwałby się po szybach jak w najlepszym telewizorze. Żadnego wiatru, zadyszki ani oczekiwania na autobus, nic, tylko barwne wstążki krajobrazu, a w środku ciepło i może nawet mały radioodbiornik z wieściami z Rzeszowa, z Krakowa, a gdy się przejedzie Banicką Górkę i minie masyw Magurycza, to nawet z Kielc. I powrót też o dowolnej porze. A jakby ktoś zamachał, to proszę bardzo i byłoby komu opowiedzieć o minionym dniu, o tych wszystkich splotach faktów, spostrzeżeń i hipotez.

Dlatego jeszcze raz przeczytał oferty i oderwał dodatkowe dwa języczki z telefonami. Potem obszedł Rynek, minął magistrat z wieżyczką i zegarem, zatrzymał się na chwilę przy sklepie Levisa, pokręcił głową nad cenami portek bez kantów, skręcił w prawo, minął knajpę Piotrka Nowaka, z której ktoś ostatnio podprowadził żółwia z baseniku z wodotryskiem, minął sklep pana Wacka z materiałami piśmiennymi, popatrzył na stojący od tygodni szereg taksówek, przeciął Piekarską i po paru stopniach wszedł do sklepu z rowerami.

Stały zielone, stały czerwone, stały pomarańczowe i błękitne, i czarne, i wszystkie oplecione srebrnymi pnączami osprzętu Shimano. Lakier połyskiwał metalicznie i zmysłowo. Przypominały zwierzęta zbiegłe z techno łąk. Dotykał kierownic, głaskał siodełka i odczytywał napisy: Trek, Mountain, Happy Pedals.

– Słucham – powiedział sprzedawca. – Jaki pana interesuje?

Paweł już chciał odpowiedzieć, że w zasadzie interesują go wszystkie, ale powstrzymał się i odrzekł ostrożnie:

– Właściwie to tylko oglądam. U nas jest taka góra, że żaden rower nie podjedzie.

– Można poprowadzić.

Paweł popatrzył na sprzedawcę jak na kogoś znacznie młodszego i powiedział:

– Jak już człowiek wydaje na coś dziesięć milionów, to chyba nie po to, żeby to prowadzić.

Sprzedawca widać przyznał mu rację, bo odszedł w głąb sklepu i zajął się kwitami. Paweł pozostał przy rowerach. Dotykał delikatnie dźwigni przerzutek, przesuwał dłoń po chłodnych lakierowanych ramach, badał palcami sprężystość opon, które wydzielały gorzkawą woń nowej gumy. I wtedy, chyba po raz pierwszy w życiu, przyszła mu do głowy myśl, że mógłby mieszkać gdzie indziej. Na przykład w Małastowie, gdzie jest tylko jedna niewielka górka, ta obok kościoła, a potem szosa wprawdzie wznosi się i opada, ale są to łagodne, dziecinne wzniesienia, jak choćby to obok Stasi Lisowej. Wtedy rower, nawet ten czerwony z pięcioma tylko przerzutkami z tyłu, miałby sens. Wystarczyłoby się tylko trochę rozpędzić i do miasta jechałoby się nie dłużej niż pół godziny albo i szybciej, jeśli miałby akurat wiatr z południa. Z powrotem ostatecznie można by wracać autobusem. Z większością kierowców był przecież na „ty”.

Dotykając dzwonka, czuł wiatr we włosach i widział te wszystkie dziewczyny, które latem puszczały się pędem z góry nad wsią, przemykały między domami, psy zostawały przy drodze z otwartymi do szczeku pyskami, lecz one były już dalej i lekko hamując, mijały jego chatkę, by przepaść na zawsze gdzieś u podnóża Uherca, zupełnie tak, jakby wjeżdżały do wnętrza góry. Nigdy ich więcej nie widywał, ale przez całe lato pojawiały się nowe. Czasem w towarzystwie chłopaków, zawsze w szortach, kolorowych koszulkach, z rozwianymi włosami, opalone i szczupłe. Niektóre miały małe plecaczki. Stawał wśród pachnącego siana, opierał się na grabiach i zastanawiał, skąd przybywają i dokąd jadą, ale nie przychodziło mu nic do głowy, a przynajmniej nic konkretnego. Wyglądało to tak, jakby gdzieś na Banickiej Górce kończył się jakiś świat, a u stóp, czy też we wnętrzu Uherca, zaczynał następny.

Głaskał czarne siodełko i próbował sobie wyobrazić, dokąd one odjechały, lecz przychodziły mu do głowy same takie w rodzaju „do domu”, „do mamy” albo „skończyły się wakacje”, i nic wyraźnego z tego nie wynikało. Widywał tylko ich szczupłe pośladki, znikające w letnim, rozedrganym i zielonym powietrzu.

Tego dnia widziano go jeszcze w sklepie myśliwskim. Przymierzał z powagą zieloną kamizelkę o kilkunastu kieszeniach i przeglądał się w lustrze. Później sprawdził reper­tuar wywieszony w gablocie kina Wiarus. Później przyglądał się wozom strażackim na Dworzysku. Później wstąpił do lokalu Fisical na strogonowa i gdy zjadł, zajrzał do sklepu z narzędziami, ale akurat zamykali, więc ruszył w dół Mickiewicza i gdy przeszedł na drugą stronę i znalazł się na moście, spostrzegł, że zatoczył koło. Targowisko nad rzeką było już puste. Bazar też powoli zamierał. Słońce przetaczało się nad Szymbark i w ukośnych promieniach lśniły na straganach złote sprzączki nowiutkich butów i powiązanych w pęczki torebek. Zatrzymał się przy kiosku i spojrzał na magistracki zegar zawieszony nad dachami. Miał jeszcze pół godziny. Chciał pójść w stronę dworca, ale pomyślał, że równie dobrze złapie autobus na przystanku przy Węgierskiej, a po drodze wdepnie jeszcze do piwiarni Zawodzie, gdzie faceci rozmawiali jak najęci i wspominali mijający dzień.


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?