Taksim

Tekst
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Taksim
Taksim
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50  40 
Taksim
Taksim
Audiobook
Czyta Mirosław Baka
24 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WYDAWNICTWO CZARNE S.C.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel./fax +48 18 353 58 93 e-mail: arkadiusz@czarne.com.pl,

mateusz@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

tel./fax +48 18 351 02 78, tel. +48 18 351 00 70

e-mail: redakcja@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: agnieszka@czarne.com.pl, anna@czarne.com.pl, stanislaw@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: Beata Motyl, MTM Firma

ul. Zwrotnicza 6, 01-219 Warszawa

tel./fax +48 22 632 83 74

e-mail: mtm-motyl@wp.pl

Skład: d2d.pl

ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków,

tel./fax +48 12 432 08 52

Wołowiec 2009

Wydanie i

Projekt okładki i stron tytułowych Kamil Targosz

Fotografia autora © by Jacenty Dędek

Copyright © by Andrzej Stasiuk, 2009

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekta Magdalena Kędzierska • d2d.pl, Małgorzata Uzarowicz • d2d.pl

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś • d2d.pl

Skład Magdalena Kędzierska • d2d.pl

ISBN 978-83-7536-315-9

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Spis treści

  Dedykacja

  Jesienią

  Naprawdę

  Czasami

  To miasto

  Niedługo

  Wieczorem wszystko pustoszeje.

  Koło południa

  Z trudem go poznałem.

  Wciqż nie ma śniegu.

  Medziborie

  Nie może się zacząć ta zima.

  Czasami spotykaliśmy się

  Nic się nie sprzedawało

  Właścicielka

  Któregoś dnia

  Najłatwiej poszło

  W niedzielę

  Jakiś rok

  Mężczyzna,

  Był wtorek

  Kot był bury

  Jechaliśmy przez las.

  Wspominam ciepłe dni.

  – Wiesz jak jest:

  Szło nam

  W piątek

  – Nie możesz

  Woda od dawna

  Kurwa, do Rumunii,

  Przyszła

  Ciepłe dni.

  Więc dobrze,

  – To znaczy jak? -

  Przyjechałem

  Siedziałem

  Dzisiaj,

  Przypominałem

  Starzy

  Goryl

  No i teraz,

  – Prawie

  Leżałem

  Podziękowania

Dedykacja

Dla M.

Jesienią

widać, że to miasto umrze. Ci, co mieli wyjechać, dawno wyjechali. O zmierzchu czuć woń płonących liści. Dym miesza się z mgłą i zasnuwa peryferie. Światła robią się żółtawe i mdłe. Trzeba uważać na przechodniów, bo są czarni jak asfalt. Czasami przejeżdżam je wzdłuż i wszerz i widzę, że nie ma ani gdzie, ani po co wysiadać. Cztery skrzyżowania, jedno rondo, sygnalizacja miga na żółto już o dziesiątej wieczór. Gdy wieje z północy, czuć smród martwej fabryki. Wszyscy już wyjechali. Zostali tylko ci, co nie potrafią. Budzą się rano, patrzą przez okno i nie wychodzą. Chyba że mają psa. Wtedy idą na Rynek popatrzeć na klepsydry, sprawdzić, kto umarł, i pocieszyć się, że tym razem to jeszcze nie oni.

O dziesiątej wszystko jest martwe. Żyje tylko stacja benzynowa. Nikt nie tankuje. Wszyscy kupują alkohol albo przesiadują w knajpie. Mają coraz większe, coraz tańsze i coraz starsze samochody. Kupują je od cwaniaków handlujących zagranicznym złomem. Tak, wszyscy się stąd wynoszą albo coś sprowadzają. Niczego tutaj nie ma. Te auta zaraz się rozlecą, wypadną z nich podłogi, a karoserie wylądują w lasach za miastem. Nikt już tego nie kupi. Zamieszkają w nich lisy albo kuropatwy. Lisy są mądre. Widuję je coraz bliżej miasta. Ludzie wyrzucają jedzenie. Kupują i nie mogą zjeść. Jest tanie i paskudne. W sam raz dla lisów. Czasami przebiegają drogę jak koty albo psy. Żrą człowieczą kiełbasę i mieszkają w przerdzewiałych limuzynach. Nikt przecież tego nie posprząta. Stare, ledwo żywe żelastwo. Ale tym ze stacji to nie przeszkadza. Przeważnie są łysi, chudzi i mają odstające uszy. Jakby byli niedożywieni. Czasami tankuję w nocy i patrzę na nich przez szybę. Mają owadzie, nerwowe ruchy. Pewnie bili ich w dzieciństwie. Na próżno. Są głupi i klną bez końca. Ale potem, gdy się rozstaną, gdy zostają sami, przemykają chyłkiem w cieniu murów i nie podnoszą wzroku.

Gliniarze też się tam zbierają. Też są przeważnie łysi. Może tylko trochę lepiej odżywieni, więksi, wypasieni i bardziej pewni siebie. Ale to jest pewność, której nauczyli się z amerykańskiego kina. W mieście oprócz stacji nocą czynne są tylko wypożyczalnie filmów. Ludzie biorą po dwa, trzy, cztery i wracają do mieszkań. Gliniarze niczym nie różnią się od ludzi. Może tylko wydaje im się, że są lepsi od innych. Ale nie są. Są tacy sami jak łysi z odstającymi uszami. Oglądają te same filmy i tak samo siedzą w barze na stacji. I tak samo czekają na jakąś rewolucję, która wszystko odmieni. To się czuje w tym mieście – oczekiwanie. Wszyscy zajmują się życiem w sposób tymczasowy. Przeczekują je w nadziei, że wszystko wywróci się do góry nogami, że stanie się zupełnie inne niż jest, że ostatni nareszcie będą pierwszymi.

Minionego wieczoru siedziałem obok stolika zajętego przez ojca i syna. To byli przejezdni. Łatwo takich rozpoznać, bo nie czują się pewnie. Wciąż się rozglądają. Nawet gdy jest spokojnie, nie mogą się powstrzymać od zerkania na boki, jakby oczekiwali ciosu albo zaczepki. Ojciec był duży, gruby, z wąsami. Siedział niedbale rozparty, ale wciąż zerkał. Syn był podobny do niego, już rozpychało go obfite i tanie żarcie. Czekałem na kogoś i słuchałem ich przez pół godziny. Mówił głównie stary. O jakimś samochodzie, a właściwie o drzwiach do samochodu: czy opłaca się je lakierować i zmieniać poszycie. Syn w zasadzie zgadzał się ze wszystkim i kiwał głową. Słowo „poszycie” padło chyba z dziesięć, piętnaście razy, znacząc rytmicznie bezbarwny wykład. Stary nadawał temu ględzeniu ciężar właściwy ojcowskim pouczeniom o sensie i zasadzkach życia. Jedli zupę fasolową. W kuchni smażyły się dla nich schabowe. W którymś momencie monolog niezauważalnie ześlizgnął się na telefon komórkowy w jakiejś przystępnej cenie „z całym pakietem”. Syn znów przytakiwał i wtrącał sylaby. Potem wstał i poszedł do lady po talerze z drugim. Miał na sobie ciemnoniebieski ortalionowy dres. Ojciec skórzaną kurtkę.

 

Nie doczekałem się i musiałem iść. Widziałem ich jeszcze przez szybę. Stary powoli przełykał i pomiędzy kęsami mówił. Młody jadł ze wzrokiem wbitym w talerz. Nie byli stąd, ale jechali w podobne miejsce. Powiedzmy, gdzieś do Żłobisk albo jeszcze dalej, pod samą granicę. Mają tam co najwyżej mniej latarń i samochodów, ale reszta wygląda tak samo. Teraz jednak siedzieli na sztucznej skórze przy udającym drewno stole, pod plastikowym kwiatem, w tym poniklowanym i wysprzątanym wnętrzu, i wcale nie spieszyło im się do domu. Tak powstało to miasto. Ludzie ściągali tutaj, bo nie mogli wytrzymać u siebie. Teraz uciekają stąd i robią miejsce dla takich jak ci za stołem. W interesie musi być ruch.

Potem wszystko zamiera i ruch razem z interesami przenosi się gdzie indziej. Zostają tacy, co już nie mają sił. Oni wszędzie zostają i zajmują się resztkami. Jak ja.

Wystarczy dziesięć minut, by przejechać z jednego końca na drugi. W całym mieście są dwadzieścia dwa sklepy z używaną odzieżą. Jedne wyglądają tak, jakby handlowały nowym: lustra, przymierzalnie, dużo światła, a do innych wchodzi się jak do piwnicy. Nie mają okien ani wentylacji. Przywożą to wszystko z Europy. Tak mówią. Raz w tygodniu na bocznicę wtacza się towarowy i wyładowuje wielkie bele sprasowanych ubrań. Właścicielki sklepów, bo są to wyłącznie kobiety, dzielą między siebie towar, ważą, płacą i ładują na furgonetki. To wszystko dzieje się we wtorki i sklepy są wtedy czynne dopiero od południa. Ludzie mówią, że wszystko przyjeżdża z Europy. Tak mówią, bo Paryż to dla nich zawsze jakaś pociecha. Zwłaszcza dla kobiet, które oglądają rzeczy ze wszystkich stron, unoszą do światła, rozpościerają, a potem mówią: „Proszę mi to zostawić. Jutro przyjdę z pieniędzmi”.

Ten wtorkowy pociąg rusza potem w stronę gór, w stronę granicy, i ciągnie takie same wagony do Sabinova, do Gönca i do Bistricy. Na rampach czekają kobiety, samochody i faceci wynajęci do załadunku, a w Bistricy prócz samochodów czekają konne zaprzęgi. Kobiety płacą od kilograma, ale nie ma tego wszystkiego jak zważyć, więc kłócą się z wagonowymi hurtownikami, którym mieszają się przekleństwa w pięciu językach. Tutaj tak to właśnie wygląda: tlenione blondynki wyciągają pojedyncze sztuki z ciasnych pakunków, podnoszą do góry, podtykają pod nos tłustym cwaniaczkom w skórzanych kurtkach i wrzeszczą: „To jest Paryż, to jest Francja?! To jest pierdolona Turcja!”.

Znam to dobrze. Jeździłem dla nich furgonetką. Dzwoniły do mnie i mówiły, żebym przyjechał o siódmej, o szóstej albo wcześniej. Pamiętam ten smród taniego proszku do prania. Latem był nie do zniesienia. Pół godziny pod blaszanym dachem i człowiek się dusił. Woziłem towar aż do Żłobisk, do Grobowa i jeszcze dalej.

Potem poznałem Władka i zaczęliśmy to robić na własny rachunek, bez pośredników, bez bab, braliśmy z wagonu jak leci, dawaliśmy pieniądze i jechałem. Potrafił szybko liczyć i wydawać resztę. Miał w głowie wszystkie przeliczniki: siedem, osiem, dziesięć walut. Dzielił, mnożył, odejmował i liczył procenty, a jednocześnie rozmawiał, palił, targował się i kłócił z klientami. To wszystko zostało mu jeszcze z dawnych lat, gdy z kieszeniami pełnymi rubli, lei, forintów i koron jeździł przez Czerniowce do Suczawy i potem wracał przez Satu Mare, Tokaj i Koszyce.

Teraz stawaliśmy gdzieś w Ożennej albo po drugiej stronie gór, w Havaju, w Mikovej, z dala od kolei, z dala od głównych dróg. Władek zrobił się grubszy i powolniejszy, ale wciąż radził sobie z wiejskimi babami. Lepsze sztuki mieliśmy rozwieszone na stojakach – wystarczyło wyjąć to z furgonetki i ustawić na placyku przed sklepem albo knajpą: marynarki, płaszcze, żakiety. Resztę woziliśmy w plastikowych skrzynkach. Z paru desek robiło się coś w rodzaju lady i można było zaczynać. W Torysie Władek miał znajomego wójta i gdy rozkładaliśmy towar, z głośników wiejskiego radiowęzła wójtowska sekretarka zapowiadała niepowtarzalną okazję nabycia europejskich oraz wszechświatowych strojów za niewiarygodnie niskie ceny w lokalnej walucie. A potem przychodziły kobiety w fioletowych chustkach, podnosiły do oczu, oglądały pod światło, ugniatały w dłoniach te sztuczne jedwabie, spraną bawełnę, wytartą wełnę i pytały: „Kolko stojí?”, a Władek wznosił wtedy oczy do nieba, jakby ktoś go dotknął do żywego, i odpowiadał: „Szanowna pani i droga kierowniczko, tu nie ma żadnego «kolko», ponieważ to kosztuje prawie nic, to jest darmo, to jest ieftin, lacno, i stąd do samego Preszwaru nie znajdzie klientka niczego olczszob”. Brał zielony przezroczysty falbaniasty nylon, przykładał do okrągłego brzucha, robił pół kroku w jedną i pół w drugą, a kobiety wodziły za nim wzrokiem jak za magikiem, za cudotwórcą, który zjechał tutaj, aby odmienić ich życie. „Paris – London – New York, tak jest tutaj napisane” – i podtykał im pod nos śliczne, wyszywane złotą nitką metki zrobione pewnie gdzieś w Stambule albo Pekinie. „Hej, Paris” – odpowiadały i wiatr rwał im z rąk tę rozciągniętą w praniu tandetę, to wzgardzone po trzech noszeniach barachło, te kreacje, które wyszły z mody, zanim padł na nie czyjkolwiek wzrok.

Tak, bez niego nie dalibyśmy rady. Bez niego nie sprzedalibyśmy niczego nawet Cyganom. I jeśli to była rzeczywiście Torysa, Cyganie schodzili z tego swojego rozpaczliwego, drewnianego puebla skleconego na wzgórzach nad wsią. Tak, nawet im niczego byśmy nie sprzedali, chociaż wyglądali jak ludzie, którzy potrzebują wszystkiego. To były głównie kobiety, kobiety z dziećmi. Stawały w półkolu i czekały, aż te białe trochę się rozstąpią, aż się napatrzą, aż coś kupią za niebieski albo czerwony banknot. Te białe jeszcze jakoś wyglądały. Miały na sobie coś normalnego, coś, co sobie wybrały, coś, co miało jakiś sens, chustkę w kwiaty, spódnicę, fartuch, coś, co nosiły ich matki, coś zwykłego. Ale te drugie to już był wszechświatowy konfekcyjny kosmos, żółte, czerwone, zielone i niebieskie, i płonące fosforycznie niczym wiodące na pokuszenie ognie. Spod tego przeświecały czekoladowe ciała, brązowa skóra w rozdarciach i blask tysiąca i jednej nocy w rozlazłych suwakach.

„Czarni bracia i siostry...” – tak do nich zaczynał i byłem niepotrzebny. Zostawiałem go i patrzyłem na schludne murowane domy ustawione szczytami do drogi. Te wsie wyglądały jak niskie miasteczka. Co to za wsie, gdzie nie widać kur ani końskich gówien. Wszystko gdzieś schowane, za murami i bramami. Na czworobocznych kościelnych wieżach wymalowano zegary ze wskazówkami zamarłymi za piętnaście dwunasta, jakby coś miało się zaraz stać, coś nadejść, coś odmienić, jakby mieli przyjść Tatarzy albo Turcy, albo Niemcy, albo Ruscy, albo Amerykanie, albo jakby miał się za ten kwadrans stać jakiś cud i już na wieki wieków nie miał przyjść nikt.

– No więc, czarni bracia i siostry! Wiem, że nie macie pieniędzy, wiem, że nie macie ich za dużo, chociaż jestem za tym, żebyście mieli, i to jak najwięcej, i to najlepiej swoich, cygańskich, z cygańskiego narodowego banku, i mocniejszych niż dolar i euro razem wzięte, bracia i siostry.

Ale nie dałbym głowy, że to była Torysa. Może akurat wtedy zajechaliśmy dalej na południe? I wcale nie obstąpiły nas najpierw białe kobiety, tylko od razu te drugie, bo to były jakieś Vlachy albo Bystrany? To on zawsze ustalał trasy i znajdował drogi, to on wymyślił cały ten interes i to on przyszedł do mnie któregoś dnia i powiedział:

– Co będziesz tak jeździł w kółko po tej dziurze i woził tym dwudziestu babom, których zaraz będzie trzydzieści? Pojedziemy tam, gdzie nas naprawdę potrzebują i gdzie bab jeszcze nie ma. Pojedziemy tam, gdzie jest jeszcze biedniej.

Zapytałem go wtedy, dlaczego sam nie pojedzie.

– Bo ja nie lubię jeździć. Za to lubię się dość wcześnie rano napić. To jest sprzeczność.

Ale zaczynał nie tak znowu wcześnie. Gdzieś koło południa i od pięćdziesiątki. I jeśli byliśmy w trasie, w pracy, utrzymywał do wieczora, do zmierzchu, regularny godzinny rytm. Można było ustawiać zegarek. Jego spalanie było tak precyzyjne jak reakcja chemiczna w warunkach laboratoryjnych.

Powiedziałem wtedy „dobrze”, ponieważ to wyjście było tak samo beznadziejne jak wszystkie inne wyjścia, ale przynajmniej miałem pewność, że nikt przed nami tutaj na to nie wpadł.

– No i nie mam kasy – dodał na koniec.

Ale to „dobrze” powiedziałem dopiero po jakimś czasie. Wcześniej musiał mi bardzo dużo opowiedzieć. Dopadał mnie na bocznicy, na stacji benzynowej, gdy tankowałem albo jadłem, albo po prostu wskakiwał, gdy stałem na światłach. Dzisiaj wydaje mi się, że znałem go od zawsze, ale za nic w świecie nie przypomnę sobie, jak i gdzie się poznaliśmy. W takim mieście jak to wciąż spotyka się tych samych ludzi i w końcu obcy staje się znajomym z widzenia, potem znajomym, a potem nie możesz już sobie wyobrazić, że świat bez niego mógł istnieć.

– Wszystko się zmieniło – mówił. – Kiedyś jeździłem z nowym do miast. Tam, gdzie były największe targowiska. Do Suczawy na przykład albo gdziekolwiek indziej, albo do wygłodniałych Ruskich, albo na Keleti, ale to minęło. Przeminął nawet Mexikoplatz. Teraz trzeba jeździć ze starym na wieś. Z takim zużytym dla miasta, ale dla wsi jeszcze dobrym. I kolorowym jak w telewizorze, i tam, gdzie jeszcze nikogo przed nami nie było. A w każdym razie niewielu. Pomyśl!

Zagraniczne towary z zagranicy! To zadziała. Od swoich nie wezmą, ale od nas tak.

Przejeżdżaliśmy przez martwe przejście w środku gór. Wielkie oszklone budynki stały na pustkowiu i rozbijał się o nie wiatr. Z dala wyglądało to jak porzucony statek kosmiczny albo rozdupczony supermarket. Biało-czerwone szlabany sterczały w niebo i rdzewiały. Szyby były potłuczone. Przez dzieciarnię, przez wędrowne ptaki, przez wiatr – nie wiadomo. Gdy nadchodziła wiosna, gdy robiło się cieplej, nadciągali Cyganie z południowej strony gór i rozbijali tutaj coś w rodzaju obozowiska. Na zewnątrz palili ogniska, gotowali, po prostu żyli i spali w dobrą pogodę. Do środka, do biur, do sal odpraw celnych, do budek, w których urzędowali niegdyś strażnicy ze swoimi komputerami, pistoletami Glock i przyciskami do podnoszenia szlabanów, przenosili się, gdy lało. W gruncie rzeczy stali się kimś w rodzaju nowej służby celnej. Samochody jak dawniej zwalniały w tym miejscu. Wjeżdżały w cień otwartego i wypełnionego podmuchami hangaru z wyuczonym respektem i wtedy oni wychodzili z zakamarków, zagradzali drogę i po prostu domagali się myta: dzieciarnia, kobiety z niemowlętami, mężczyźni trzymali się nieco z tyłu, ale wystarczająco blisko. I większość przejezdnych płaciła. Uchylali okna i dawali jakieś drobne. Dwadzieścia centów, złotówka, piętnaście koron, sto forintów, pięćdziesiąt kopiejek, dwadzieścia bani – dawali bardzo chętnie, bo to było coś w rodzaju stempla w paszporcie. Śniada dzieciarnia bujała się na szlabanach jak na huśtawkach, ojcowie stali z rękami założonymi na piersiach i patrzyli nieruchomym wzrokiem, a kobiety po prostu podchodziły z wyciągniętą dłonią, jakby pobierały forsę za bilety, za widowisko. Na sznurach wisiało pranie i snuł się niebieski dym.

Przejeżdżaliśmy tamtędy tak często, że nic od nas nie chcieli. Stawaliśmy, a mężczyźni przychodzili się przywitać. Czasami zjeżdżałem na bok, na miejsce, gdzie celnicy przeszukiwali kiedyś bagaże, i Władek odsuwał boczne drzwi. Wybierał jeden, drugi i trzeci fluorescencyjny cud i dawał go w prezencie razem z ukłonem którejś z dostojniej wyglądających kobiet. Facetów częstował fajkami. Potem ruszaliśmy szosą przez las, wspinaliśmy się na karpacki wododział i po piętnastu minutach byliśmy po drugiej stronie gór.

– Niedługo będzie ich tutaj więcej niż nas – mówił na widok pierwszych schludnych domów przy drodze. – Założą swoje państwo i tyle.

 

Takie miał pomysły, ponieważ wciąż żył przyszłością. Pewnie w końcu dlatego się zgodziłem. Żeby nie myśleć o tym, co będzie, żeby to komuś zostawić. No i po to, by nie czuć zapachu miasta. Jeździłem po nim w kółko. Tak samo jak ci biedni i głupi łysi, co zakładali sobie podwójne rury wydechowe i myśleli, że właśnie tak ma wyglądać pełne przygód życie. Tak samo. Z tą różnicą, że ja miałem starego mulastego diesla, którym próbowałem zarabiać.

– Oni zawsze żyli z tego, co się wyrzuca, co nikomu nie jest potrzebne. I przychodzili tam, skąd wszyscy już poszli – tak mówił, gdy mijaliśmy Zborov z martwym kościołem o dwu wieżach. Teraz gnieździło się tam ptactwo i widzieliśmy, jak na tle błękitu krążą wrony, gawrony, kawki, może nawet kruki, w każdym razie coś czarnego. Całe stada wyfruwały z dziur w dachówkowej łusce. Może to właśnie wtedy pierwszy raz wyruszyliśmy z towarem na południe i najbardziej zdziwiło mnie to, że kościół może być po prostu opuszczony i mieszkają w nim wrony. Tam było skrzyżowanie. W lewo jechało się do Rusinów, w prawo do Cyganów. Tak to zapamiętałem i chociaż minęło od tamtej pory trochę czasu, wciąż w Zborovie powtarzam sobie, że w lewo to Ruś, a w prawo Indie. – No i jak granice przestały być na fali, to sam widziałeś, od razu się wprowadzili.

– Powinniśmy w tych szklarniach założyć sklep, zamiast się tak wozić – powiedziałem.

– Zapomnij. Jak zabrali strażników, to różni tam próbowali różnych rzeczy. Knajpa, knajpa z disko, burdel, burdel z knajpą, burdel z disko, ale zawsze było tak, że przychodzili z tamtej albo z naszej strony, posiedzieli, popatrzyli, wypili piwo i wracali do siebie. Czasami zjawiali się drugi, trzeci raz, ale w końcu zawsze wracali i potem już nikt ich tu nie widział. Nie mieli poczucia bezpieczeństwa. Burdel na przełęczy w środku lasu to jest dobry w jakiejś romantycznej książce. Był za bardzo na widoku, chociaż na pustkowiu.

– Droga jest za wąska – powiedziałem.

– Co?

– Tiry nie mogą jeździć. W zimie to już w ogóle.

– Tak – odpowiedział. – Masz rację. Tirowcy są jak głodne psy. Tak, tureccy tirowcy są jak głodne psy – i zaczął się śmiać.

A potem za Bardejovem kazał mi skręcić w lewo, w boczną drogę, skrót, który miał nam oszczędzić dwadzieścia czy trzydzieści kilometrów.

– Kiedyś tędy jechałem – powiedział. – Kiedyś miałem tu znajomego. Przywoziłem mu baranie skóry. Za jednym razem z dziesięć. Jechało nas trzech, czterech i to leżało na fotelach jako pokrowce. Trzeba było na tym siedzieć, żeby celnicy nie zobaczyli. To trwało z pół roku, to przebicie. Już nie pamiętam, co woziliśmy z powrotem, ale pewnie spirytus. Raz przewieźliśmy z piętnaście litrów w zapasowym kole, ale śmierdział potem gumą i musieliśmy sami wypić.

Droga zrobiła się wąska i wyboista. Stare drewniane domy stały ciasno obok siebie, a zaraz za ich plecami wyrastały strome ściany wąwozu. Na spłachetkach płaskiego pomiędzy zagrodami leżały w stosach świerkowe i bukowe pnie. Ściągali to z lasu i teraz czekało na wywózkę. W całej wsi nie zobaczyłem ani jednego samochodu. Ludzi też nie było widać. Na stromiźnie stał wielki zrywkowy ciągnik. Był zimny i pordzewiały. Stanęliśmy przy ostatnim domu i kazał mi zatrąbić. Zobaczyłem, jak w oknie porusza się firanka. Po długiej chwili zza węgła wyszedł stary mężczyzna w baranim serdaku. Zatrzymał się i patrzył w naszą stronę.

– To on. Lepiej zaczekaj. Nie lubi obcych – tak powiedział i wysiadł z auta. Stanął przy furtce, jakby czekał, aż starzec go rozpozna, i dopiero gdy tamten kiwnął głową, wszedł.

To był ostatni dom i kawałek dalej asfalt zamieniał się w szutrówkę.