Jadąc do BabadagTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jadąc do Babadag
Jadąc do Babadag
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 53,80  43,04 
Jadąc do Babadag
Audio
Jadąc do Babadag
Audiobook
21,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy dalej. Tęga kobieta znów wychodziła z domu z miednicą pełną mydlin. Morgeczanka płynęła w dole po prawej. Z lewej wznosił się grzbiet Dreveníka. Za miastem na zboczu, na wyrytych w pochyłości tarasach, stały ich domy. Już nie cudze, nie dawne i po kimś pozostałe, ale ich własne. Przypominały dziecięce rysunki – tak były proste, małe i kruche. Wyglądały jak idee, które dopiero zaczęły się materializować. Zrobione były z ledwo okorowanych sosnowych okrąglaków, właściwie żerdzi, nie grubszych niż ramię mężczyzny, i pokryte dwuspadowymi smolistymi dachami. Były tak skromne, że co najwyżej dało się w nich siedzieć i przeczekiwać czas między jednym a drugim zdarzeniem. Przylegały do siebie, wspinały się i spiętrzały niczym drewniane pueblo. Z cienkich kominów snuł się żywiczny dym. Rozgardiasz podwórek, rupieciarnia, żywa, skłębiona substancja rzeczy pozornie martwych i zużytych pokrywała ziemię jak postindustrialna roślinność. To mógł być równie dobrze dzień, w którym się zjawili, jak i ten, w którym mają ruszyć w drogę. W dole, wzdłuż cienistej drogi, bawiły się dzieci. Dorośli stali i rozmawiali o swoich sprawach, a może o obcych przejeżdżających tędy od czasu do czasu. Tutaj wszystko należało do nich. Nie miałem pojęcia, że przestrzeń można tak jednoznacznie i nieodwołalnie wziąć w posiadanie, nie wyrządzając jej przy tym krzywdy. Trochę dalej całkiem samotnie stała dziewczyna w czerwonej sukience. Zdaje się, że była bardzo piękna. Patrzyła gdzieś w bok, w stronę, gdzie nic się nie działo. Widziałem ją przez moment, a potem czerwony płomyk zgasł we wstecznym lusterku.

Rășinari

Zawszeni i pogodni, powinniśmy trzymać się towarzystwa zwierząt, kucać sobie u ich boku jeszcze przez tysiąclecia, wdychać woń stajni raczej niż laboratoriów, umierać z chorób, a nie z lekarstw, kręcić się wokół naszej pustki i łagodnie w nią zapadać.

Cały dzień wiało z południa. Pod błękitnym szkliwem nieba suche światło zakreślało wokół rzeczy czarne kontury. W takie dni świat jest wyrazisty jak wycinanka. Nie da się patrzeć w jedno miejsce, bo można oślepnąć. Powietrze niesie ze sobą blask, do jakiego nie jesteśmy tutaj przyzwyczajeni. Afrykańska, śródziemnomorska światłość przelewa się przez karpacki grzbiet i spada na wieś. Pejzaż jest nagi i przejrzysty. Wśród bezlistnych gałęzi widać opuszczone ptasie gniazda. Wysoko, skrajem zrudziałych łąk idzie stado krów. Zaraz znikną w lesie. Tam jest cicho, ciemno i płożą się zielone ostrężyny. Zwierzęta cofają się kilka tysięcy lat wstecz, porzucają nasze towarzystwo i na powrót stają się sobą do czasu, gdy za dzień, dwa ktoś je odnajdzie i przygna z powrotem.

„[…] powinniśmy trzymać się towarzystwa zwierząt, kucać sobie u ich boku…” Przeczytałem to zdanie w lipcu. W sierpniu pojechałem odszukać rodzinną wieś Emila Ciorana. Nigdy nie mogłem pogodzić się z tym, że myśl jest bytem abstrakcyjnym, i musiałem pojechać do Rășinari. Przez Gorgany, przez ukraińską i rumuńską Bukowinę, przez Kluż i Sybin dotarłem na południowy skraj Siedmiogrodu. Tuż za ostatnimi domami wsi wyrastały Karpaty. Dosłownie. Szło się po płaskim i zaraz trzeba było się wspinać bydlęcymi ścieżkami, co kilkadziesiąt kroków przystając dla nabrania oddechu. Na północy w sinawej mgle leżała Transylwania. Strome, rozgrzane łąki nad Rășinari pachniały krowim nawozem. Nie padało od wielu dni i ziemia oddawała nagromadzone zapachy.

Parę dni później widzieliśmy wieczorny powrót z pastwisk. Szosą od Păltinișu w czerwonych promieniach słońca szły setki krów i kóz. Nad stadami unosiły się ciepło i odór. Siwe, rozłożystorogie krowy szły na samym przedzie. Ludzie stali w otwartych bramach obejść i czekali. Wszystko odbywało się w ciszy, bez pokrzykiwań, bez ponagleń. Zwierzęta oddzielały się od stada i wchodziły do swoich zagród. Znikały w półmroku cienistych dziedzińców i rzeźbione wierzeje zamykały się za nimi w całkiem ludzki sposób. Ogromne bawoły lśniły jak czarny metal. Na jeden ich krok wypadało półtora krowiego. Były monstrualne i diabelskie. Wilgotne szczeciniaste pyski przywodziły na myśl jakąś odległą i lubieżną mitologię. Na końcu drobnym truchtem dreptały kozy. Pstrokacizna szła o lepsze z ruchliwością. Capi cuch unosił się nad rozciągniętym stadem. Asfalt lśnił od krowich rozprysków.

To było Rășinari, miejsce urodzin i pierwszych dziesięciu lat życia Emila Ciorana. Słońce spadało pionowo z góry na brukowane uliczki, na pastelowe domy, na czerwoną łuskę dachówek i wydobywało najstarsze zapachy. Na początku nie wiedziałem, co to jest, co wisi w powietrzu, co przenika mury, ciała mijanych ludzi i karoserie starych pojazdów. Dopiero potem, po paru dniach, odkryłem, że to są pomieszane wonie zwierząt. Z zamkniętych podwórek ciągnęło świńskim nawozem. Ziemia między kocimi łbami gromadziła od stuleci koński mocz, smugi stajennego zapachu snuły się za niezliczonymi zaprzęgami, z połonin spływało duszne powietrze pastwisk, rynsztokami sączyła się gnojówka z chlewików i obór, a w rzece wypatrzyłem pewnego dnia rozwleczone wnętrzności. Nurt zagarniał opalizującą migotliwą czerwień i niósł gdzieś w stronę Sybina. Z gór wiatr niósł przenikliwy, ostry aromat owczych koszarów – mieszaninę zdeptanych ziół, lepkiego, tłustego runa i zeschniętych jak kamyki zielonkawych bobków. I tylko gdzieniegdzie wypływała strużka świerkowego dymu, nitka cebulowej smażeniny albo benzynowy obłoczek spalin.

Najlepiej, gdybym nigdy nie opuszczał tej wsi. Nie zapomnę dnia, kiedy rodzice wsadzili mnie na wóz i zawieźli do liceum w mieście. To był koniec mojego pięknego snu, ruina mojego świata.

Teraz z Rășinari do Sybina jeździ tramwaj. Pętla jest na skraju wsi. Można usiąść na schodkach między barem a szewcem. W barze sprzedają czystą wódkę, która smakuje drożdżami, ma trzydzieści sześć procent i jest tania. Zanim tramwaj nadjedzie, niektórzy wypijają kieliszek albo dwa. Tak jak ten Cygan, którego widywaliśmy przez kilka dni to tu, to tam. Raz czekał na autobus do Păltinișu, kiedy indziej snuł się w okolicach dworca w Sybinie. Na głowie miał czarny filcowy kapelusz, w dłoni kosisko ze złożoną kosą, a na ramieniu stary plecak. Był sierpień, pora sianokosów, i niewykluczone, że po prostu szukał pracy, lecz nie mógł albo nie chciał znaleźć, więc spędzał jakoś czas i czekał, aż wszystko minie, skończy się i będzie mógł dokądś powrócić.

Rano i wieczorem chodziliśmy do knajpy przy strada Nicolae Bălcescu. Wchodziło się po paru stopniach. Wewnątrz fruwały muchy i siedzieli mężczyźni. Piliśmy kawę i brandy. Z tych samych schodów można było wejść do fryzjera, gdzie stał staroświecki fotel. Zakład był otwarty do późna, do dziesiątej, do jedenastej, i w fotelu zawsze ktoś siedział. Piliśmy też piwo, ursusa albo silvę. Na ulicy wciąż słychać było stukot końskich kopyt. Czasami w ciemnościach podkowy krzesały iskry. Wszystkie furmanki miały z tyłu numery rejestracyjne. Sklepy pracowały długo w noc. Kupowaliśmy salami, wino, chleb, paprykę i arbuzy. Zapadała ciemność i wnętrza sklepów jarzyły się jak ciepłe jaskinie. Kieszenie mieliśmy pełne tysiąclejowych banknotów z Michałem Eminescu i stulejowych monet z Michałem Walecznym.

Teraz, w tej chwili, powinienem czuć się Europejczykiem, człowiekiem Zachodu. Ale nic z tych rzeczy; u schyłku życia, w trakcie którego poznałem wiele krajów i przeczytałem wiele książek, doszedłem do wniosku, że rację ma rumuński chłop. Ten chłop, który nie wierzy w nic, który myśli, że człowiek jest przegrany, że nic nie można zrobić, że historia go miażdży. Ta ideologia ofiary jest też moją koncepcją, moją filozofią historii.

Któregoś wieczoru schodziliśmy z gór do wsi. Rășinari spoczywało w dole nasycone upałem. Czułem jego zwierzęcą obecność. Promieniowało ciepłem i złotawym blaskiem. W plątaninie uliczek światła było tyle, co kot napłakał. Żaluzje, które za dnia chroniły przed słońcem, teraz zamykały wątłą światłość wewnątrz domów. Tak było kiedyś – pomyślałem. Nie wytwarzało się rzeczy zbędnych, nie marnowało ognia ani jedzenia. Zbytek był obowiązkiem i przywilejem królów. Na placu przed cerkwią Świętej Paraskewy zbierała się dzieciarnia. W mroku połyskiwały chromowane części rowerów. Osiemdziesiąt lat temu mały Emil spędzał w cieniu tej samej świątyni ostatnie dni wakacji. Też był sierpień, wieczór i chłopcy przekomarzali się z dziewczętami. Nie było tylko tak wielu rowerów, a w powietrzu unosił się jeszcze zapach węgierskich rządów i niektórzy wciąż używali nazwy „Resinár” albo „Städterdorf”. Nazajutrz miał wyruszyć i nigdy już tu nie powrócić.

Dzisiaj naprzeciwko mego domu czterech mężczyzn zrywało drewno. Wyciągali na skraj lasu pojedyncze świerkowe pnie. Potem, gdy zebrały się trzy, cztery sztuki, ładowali kłody na rozciągnięty wóz. Pracowali jak zwierzęta – wolno, monotonnie, wykonując te same czynności i gesty co sto i dwieście lat temu. Zjazd był długi i stromy. Wczepieni w kłonice, powstrzymywali bieg pojazdu. Zablokowane hamulcem koła ślizgały się w mokrej glinie. Okutani w zniszczone kufajki i kapoty, wyglądali jak ulepieni z ziemi. Padał deszcz. Z rzeczy, które różniły ich od ojców, dziadków i pradziadków, mieli spalinową szwedzką piłę i jednorazowe zapalniczki. No i wóz miał gumowe koła. Cała reszta pozostawała niezmieniona od dwustu, może trzystu lat. Ich zapach, wysiłek, stęknięcia, ich istnienie wypełniały formę trwającą od niepamiętnych czasów. Byli tak samo pradawni jak dwa gniade konie w zaprzęgu. Wokół nich rozciągała się stara jak świat teraźniejszość. O zmierzchu skończyli i odjechali. Ich ubrania parowały tak samo jak grzbiety zwierząt.

Wyszedłem na werandę, żeby znów popatrzyć na południe. Rozciągała się tam wprawdzie listopadowa ciemność, ale ja patrzyłem wstecz, patrzyłem na ostatni sierpień i moje spojrzenie biegło gdzieś nad Bardejovem, nad Sárospatakiem, nad Nagykálló, nad Masywem Bihorskim, nad Sybinem, by sięgnąć Rășinari tamtego dnia o trzeciej po południu, gdy schodziliśmy z gór, a za nami zbierały się ciemnosine chmury. Szliśmy w dół i w dół, aż do tego niemiłosiernie zasranego płaskowyżu, gdzie stały i leżały dziesiątki rudych, siwych i łaciatych krów. Niżej zaczynała się już wieś. Pierwsze domy były tymczasowe, rozpirzone, przypominały bardziej obozowisko niż osadę. Nad drogą i rzeką wznosiło się skalne urwisko porośnięte brzozowym młodnikiem, który trzymał się na tej stromiźnie przy pomocy jakiegoś cudu. Kilkadziesiąt metrów nad naszymi głowami samotny mężczyzna wycinał siekierą cienkie drzewka. Potem spinał je łańcuchem i posyłał w dół. Pęki sunęły z trzaskiem i grzechotem oderwanych kamieni. Echo niosło się w głąb doliny. W dole czekały kobiety i dzieci, żeby przeciągnąć to wszystko przez rzekę i załadować na ręczny wózek. Nigdzie im się nie spieszyło. Przy drodze leżały koce, płonęło ognisko, obok poniewierała się lalka. Ich dom stał kilkadziesiąt metrów dalej, ale oni już urządzili sobie tutaj następne chwilowe schronienie. Przy ognisku walały się resztki jedzenia, plastikowe butelki z piciem, kubek i coś jeszcze, ale nie chcieliśmy przyglądać się zbyt natarczywie. Wiązka utknęła w połowie skalnej ściany i mężczyzna powoli opuszczał się w dół, by ją uwolnić.

 

Deszcz zaczął padać, gdy byliśmy już w domu. Siedziałem w otwartym oknie na poddaszu. Słyszałem, jak krople padają na dach i liście winorośli rozpostarte nad dziedzińcem w dole. Spłowiałe góry na południu pociemniały jak nasiąknięta tkanina. Stado białych kóz szukało schronienia w zaroślach. Pomyślałem sobie, że mógłby mieć teraz osiemdziesiąt dziewięć lat i siedzieć na moim miejscu. W końcu ten dom należał do jego rodziny. Nasz gospodarz nazywał się Petru Cioran. Miał na półce jego książki, chociaż nie sądzę, by do nich zaglądał. Zresztą były po francusku i po angielsku. Razem z żoną pokazywali nam wyblakłe zdjęcia: to Emil, gdy miał osiem lat, a to Relu, młodszy brat. Pięćdziesięcioletni masywny mężczyzna był dumny, ale na co dzień zajmował się sklepem. Wstawał rano, ładował do furgonetki skrzynki i ruszał do miasta po towar. Na śniadanie wypijaliśmy po kieliszku śliwowicy. Pachniała samogonem, była mocna jak spirytus i pasowała do wędzonej słoniny, koziego sera i papryki.

No więc mógłby siedzieć tutaj zamiast mnie i patrzeć, jak deszcz moczy worki cementu załadowane na pakę stojącej w uliczce furgonetki. Bruk lśni, dym z kominów przepada w szarudze, woda w rynsztokach podnosi się i zagarnia śmieci, a on wrócił, jakby nigdzie nie wyjeżdżał, i jest tylko starym człowiekiem sam na sam ze swoimi myślami. Nie ma już sił na wędrówki po górach ani ochoty na rozmowy z pastuchami. Patrzy i nasłuchuje. Filozofia z wolna przybiera materialną postać. Wchodzi w jego ciało i je unicestwia. Paryż i podróże nie przydały się na nic. Bez tego wszystko trwałoby po prostu trochę dłużej i nuda przybierałaby formy nieco mniej wyrafinowane. Z kuchni na parterze snuje się zapach rozgrzanego tłuszczu i słychać głosy kobiet. Winorośl błyszczy i szeleści w deszczu. Potem od wschodu nadciągnie zmierzch i w altanie przy sklepie zaczną zbierać się mężczyźni. Po całym dniu będą zmęczeni i brudni. Wezmą butelkę drożdżowej wódki. Sprzedawczyni poda im szklankę z grubego szkła i uporają się z flaszką w piętnaście minut. Będzie słyszał ich coraz głośniejszą i coraz szybszą rozmowę i będzie czuł zapach ich ciał przenikający przez listowie. Pierwszy będzie pachniał smołą, drugi dymem, a trzeci będzie wydzielał woń koziej zagrody u progu jesieni, gdy kozły zaczynają cuchnąć moczem, piżmem i rują. Ten trzeci upije się najszybciej i koledzy będą go podtrzymywać, opierać o ścianę, nie przerywając rozmowy. Paczka papierosów carpati opróżni się w godzinę, a oni będą już wtedy pili jasnożółte piwo z zielonych butelek. Złotoszare światło płynące z otwartych drzwi sklepu zmiesza się z gorącymi oddechami, z parną ciemnością nocy i sprawi, że ich postacie staną się lekkie, półwidzialne, oczyszczone z brudu i zmęczenia. Wtedy wejdzie ta para: on, śniady, z wąsikiem, w marynarce w pepitkę, z szarmanckim wdziękiem, w błyszczących butach i czarnych spodniach w kant, rozpromieniony i rozgadany, ona, nieco stropiona, przejęta, jakby właśnie postanowiła coś ważnego. Kobieta będzie się uśmiechać nieśmiało i poprawiać tlenione włosy. On będzie ją zabawiał, nadskakiwał i tokował, a robiąc jednocześnie zakupy – czekolada, wódka, piwo – oraz ładując wszystko do plastikowej torby, ani na chwilę nie przerwie tańca godowego. Jedno piwo wypiją na miejscu, stojąc wpatrzeni w siebie. Ona ze szklanki, on resztę z butelki. Potem wyjdą, objęci, w ciemność, a jej wysokie obcasy będą się ślizgać i potykać na bruku.

No więc przypuśćmy, że on słyszał to wszystko i czuł zapach perfum przenikający przez listowie. Noc wypełniała drewniany pokój na poddaszu i mógł wspominać własne życie bez przeszkód, ponieważ bezsenność, tak jak kilkadziesiąt lat temu w Sybinie, znów zastępowała mu wieczność. Przy strada Brazilor i strada Popa Bratu, przy strada Episcopiei, przy strada Andrei Șaguna i strada Ilarie Mitrea, wszędzie śpią zwierzęta. W mroku w zaduchu obór leżą krowy i przeżuwają przez sen. Konie stoją u pustych żłobów ze zwieszonymi łbami. Tak miało być i tak jest w istocie. Ciepło ulatuje z niego raz na zawsze i łączy się nad Rășinari z ciepłem bydląt. Potem unosi się w czarne niebo nad Karpatami i płynie w stronę zimnych gwiazd jak wyobrażenie duszy, którego nie mógł znieść, bo przyprawiało go o bezsenność.

Trzy miesiące później jechałem o zmierzchu przez wieś Rozpucie u podnóża Gór Słonych. Krowy wracały z pastwisk i szły całą szerokością drogi. Musiałem zwolnić i w końcu całkiem się zatrzymać. Rozstępowały się przed autem jak ruda leniwa fala. Chwytał przymrozek i z nozdrzy buchała para. Były ciepłe, rozdęte i obojętne. Patrzyły wprost przed siebie, w dal, ponieważ rzeczy, przedmioty i pejzaż nie miały dla nich żadnego znaczenia. Po prostu patrzyły wskroś tego wszystkiego. I we wsi Rozpucie poczułem ogrom i nieprzerwaną ciągłość świata wokół. O tej samej porze, w tym samym gasnącym blasku wracały do domów bydlęta: od Kijowa, powiedzmy, po Split i od mojego Rozpucia po Skopje i – dajmy na to – Starą Zagorę działo się to samo. Krajobrazy i architektura, rasy, kształty rogów i maści trochę się zmieniały, lecz poza tym obraz pozostawał nienaruszony: drogą między dwoma szeregami domów podążały syte stada. Towarzyszyły im kobiety w chustkach i rozdeptanych butach albo dzieci. Ani samotne wyspy industrialu, ani porozrzucane tu i tam bezsenne metropolie, ani pajęczyna dróg czy linii kolejowych nie potrafiły ukryć starego jak świat obrazu. Ludzkie łączyło się ze zwierzęcym, by wspólnie przeczekać noc. Łączyło się, chociaż nigdy nie zostało rozdzielone.

Nie będzie żadnego cudu, pomyślałem, wrzucając jedynkę. We wstecznym lusterku widziałem rozkołysane zady. Nie było już much i ogony zwisały bezczynnie. To wszystko będzie musiało zginąć, żeby przetrwać choć w szczątkowej formie. „Gorsze i mniejsze” narody żyją ze swoimi zwierzętami i razem z nimi chciałyby zostać zbawione. Chciałyby być uznane ze swoimi trzodami, ponieważ niewiele więcej mają. Granatowa otchłań bydlęcych oczu jest jak lustro, w którym widzimy siebie jako ożywione mięso, obdarzone jednak pewnym rodzajem łaski.

Dojechałem do szosy i skręciłem w lewo. Chciałem wydostać się serpentynami na główny grzbiet Gór Słonych, zanim zajdzie słońce. Było pusto i zimno. Nic nie jechało. W Tyrawie mgły mieszały się z dymem z kominów. Tutaj wieczór trwał już w najlepsze, ale po pięciu minutach jazdy niebo raptem pękło i wypłynęła z niego świetlista czerwień. Zostawiłem auto na zasyfionym parkingu i poszedłem na skraj urwiska. Szosa do Sanoka była szara jak popiół. W Załużu zapalały się pierwsze światła. Słabe, ledwo widoczne, jak ukłucia igły. Mgliste dno doliny kryło kształty domów i zagród, jakby nigdy nikogo tam nie było. Za to Karpaty stały całe w ogniu. Pozioma rana zachodu ciągnęła się wzdłuż horyzontu. Całe południe wyglądało jak świeżo rozcięte mięso, jak świetlisty szlachtuz.

Przypomniała mi się podróż z Klużu do Sighișoary. Jechaliśmy pociągiem. W przedziale siedział japoński kolekcjoner ludowych strojów ze swoją rumuńską przewodniczką; gdzieś za Apahidą zaczęła się trawiasta pustynia. Nigdy wcześniej nie widziałem tak nagiej ziemi. Łagodne wzgórza ciągnęły się po horyzont. Czasami pociąg wspinał się trochę wyżej i wtedy było widać, że za tym horyzontem jest następny taki sam i jeszcze jeden, i jeszcze. Bezdrzewna i bezludna przestrzeń miała szarożółtą, wyschniętą barwę czegoś, co czeka na pożar, na jedną zapałkę. Tam nie było nic. Czasami migały jakieś odległe zabudowania, chałupa z przylepionym chlewikiem, szopa na siano, a potem znowu otchłań powietrza i pofałdowana ziemia. Pojawiały się małe stada owiec. Towarzyszył im zawsze jeden człowiek, nie większy od szpilki. Pod rozpalonym niebem, na spopielonej upałem ziemi wyglądali jak zbłąkani w jakichś oślepiających zaświatach. Szli znikąd donikąd. Wśród kruchych traw żyły tylko muchy, ptaki i jaszczurki. Ziemia wydzielała upał i pył.

Teraz jest mokry, bezśnieżny grudzień i mapy pogody mówią, że sięga aż tam. Niebo jak wypełniona wodą płachta zwisa nad Erdély i wzgórza zamiast kurzu pokrywa błoto i zgniła trawa, a ja chciałbym tam być i powtórzyć tę letnią drogę, tym razem wysiadając gdzieś w Boj-Cătun z dziesięcioma rumuńskimi słowami w głowie i pięcioma węgierskimi. Nie pamiętam nawet tej stacji – tak była mała i beznadziejna. Niewykluczone, że składała się jedynie z blaszanej tablicy przy torze i tyle. Ale chciałbym się tam znaleźć 14 grudnia bez konkretnego planu, ponieważ już dawno przestała obchodzić mnie przyszłość i coraz bardziej pociągają mnie miejsca, które przypominają jakiś początek, a w każdym razie takie, gdzie smutek ma siłę przeznaczenia. Jednym słowem gówno mnie obchodzi, dokąd zmierzamy, a ciekawi tylko to, skąd się wzięliśmy. No więc dziesięć słów po rumuńsku, pięć po węgiersku, stacja Boj-Cătun i – powiedzmy – milion lei w małych nominałach, żeby zobaczyć pustkę pomiędzy niebem a ziemią, w której brną czarne bawoły. Pięćset kilometrów do Wiednia, osiemset do Monachium, tysiąc osiemset do Brukseli, wszystko pi razy oko, w przybliżeniu i w linii powietrznej. To powietrze jednak gdzieś po drodze pęka i rozsuwa się jak płyty tektoniczne rozdzielające kontynenty. Tak, trochę pieniędzy, dobre buty, coś od deszczu, bihorska palinka w plastikowej butelce i czułbym się całkiem dobrze, ponieważ prześladuje mnie wizja tych wzgórz, prześwituje przez wszystkie pejzaże, jakie ostatnio oglądam, ponieważ gdzieś między Valea Florilor a Ploscoșem uwierzyłem na nowo, że człowiek ulepiony został z błota. Nic innego nie mogło się wydarzyć w takim krajobrazie, a jego smutek wynika tylko z tego, że owo zdarzenie nigdy się już nie powtórzy.

„Mój kraj! Za wszelką cenę chciałem się z nim związać – i nie miałem z czym. Ani w jego teraźniejszości, ani w czasie przeszłym nie znajdowałem niczego rzeczywistego. […] Moja miłosna i obłąkana nienawiść nie miała, by tak rzec, obiektu; albowiem od siły mego spojrzenia mój kraj się rozpadał. Chciałem, by był potężny, nieumiarkowany i szalony niczym jakaś zła siła, fatalność wstrząsająca światem, a on był mały, skromny, bez żadnych przymiotów składających się na przeznaczenie”. Tak pisał Emil Cioran w roku 1949, wracając pamięcią do swojej przygody z Żelazną Gwardią.

Krowy pogubiły się gdzieś w lesie. Porykują w grudniowym półmroku. Romania Mare, Wielka Serbia, Polska od morza do morza… Cudownie durna fikcja tych krain. Beznadziejny smutek tęsknoty za tym, co nie bardzo było, za tym, co być nie mogło, i zasmarkany żal nad tym, co jest. Zeszłego lata w Lubowli u stóp zamku podsłuchiwałem rozgdakaną polską wycieczkę. Przewodził grupie czterdziestoletni na oko bęcwał w papuzich gorteksach i polarach. Walił w wierzeje zamkniętego już o tej porze muzeum. W końcu kopnął we wrota i oznajmił towarzystwu: „To powinno być znowu nasze albo węgierskie. Wtedy byłby jakiś porządek!”.

Tak. W tej części świata wszystko wszędzie i zawsze powinno być inaczej. Wynalazek map dotarł tu przedwcześnie albo zbyt późno.

Piję mocną kawę i myślę wciąż o rozdartym sercu Emila Ciorana w latach trzydziestych. O jego szaleństwie, o jego rumuńskiej dostojewszczyźnie. „Codreanu był w rzeczywistości Słowianinem w istocie kojarzącym się z ukraińskim atamanem” – powie po czterdziestu latach. Ach, te bezlitosne umysły. Najpierw pustoszą świat niczym płomień albo trzęsienie ziemi i gdy wszystko spłonęło i rozpirzyło się w drobne chujki, gdy wokół nie ma już nic poza pustynią, pustką i otchłanią sprzed stworzenia, wówczas porzucają zdobytą właśnie wolność i oddają się żarliwej wierze w sprawy i rzeczy beznadziejne i przegrane. Zupełnie tak, jakby bezinteresowną miłością próbowały odkupić zwątpienie. Samotność wyzwolonego umysłu jest wielka jak niebo nad Siedmiogrodem. Myśl błądzi w niej jak bydlę w poszukiwaniu cienia albo wodopoju.

 

W końcu jednak powrócił do Rășinari. Przed domem, w którym się urodził, stoi jego popiersie. Dom jest w kolorze spłowiałego różu. W szczytowej ścianie od ulicy ma dwa okna z okiennicami. Fasadę zdobią białe gzymsy i pilastry. Samo popiersie stoi na niewysokim postumencie. Twarz Ciorana oddana jest werystycznie i nieporadnie. Mógł ją wyrzeźbić ludowy artysta naśladujący salonową sztukę. Dzieło jest „małe, skromne i bez żadnych przymiotów”, poza podobieństwem do pierwowzoru, lecz pasuje do tego wiejskiego placyku. Obok codziennie przechodzą stada krów i owiec. Zostawiają za sobą woń i ciepło. Ani daleki świat, ani Paryż nie odcisnęły na tej twarzy żadnego śladu. Jest po prostu smutna i zmęczona. Podobni mężczyźni zasiadają w knajpie koło fryzjera i przy sklepie pod winoroślą. Wszystko wygląda tak, jakby ktoś tutaj spełnił jego marzenie albo ostatnią wolę.

Acel blestemat, acel splendid Rășinari”.