Dziennik pisany później

Tekst
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziennik pisany później
Dziennik pisany później
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 48,80  39,04 
Dziennik pisany później
Dziennik pisany później
Audiobook
Czyta Mirosław Baka
21,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WYDAWNICTWO CZARNE S.C.

www.czarne.com.pl

sekretariat: ul. Kołłątaja 14, iii p.,

38-300 Gorlice, tel./fax +48 18 353 58 93

e-mail: arkadiusz@czarne.com.pl, mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

tel./fax +48 18 351 02 78, tel. +48 18 351 00 70

e-mail: redakcja@czarne.com.pl

sekretarz redakcji: zofia@czarne.com.pl

dział promocji: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: anna@czarne.com.pl, agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

dział sprzedaży: Beata Motyl, mtm Firma

ul. Zwrotnicza 6, 01-219 Warszawa, tel./fax +48 22 632 83 74

e-mail: mtm-motyl@wp.pl

SKŁAD: D2D.pl

ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

Wołowiec 2011

Wydanie II

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Spis treści

  1

  2

  3

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

I znowu tu przyjechałem. Znowu czuję smród ścieków i płonących śmieci. W nocy spadł wielki deszcz i o świcie między domami stoi żółtawa mulista woda. W ulicznych rozlewiskach bawią się dzieci. O siódmej rano zaczyna się upał. Właściciele knajp i sklepów spłukują syf z chodników na jezdnie. Wszędzie stoją krzesła i zaraz przyjdą faceci, żeby przesiedzieć cały dzień. Obejmują się i całują, jakby nie widzieli się Bóg wie jak długo, ale przecież siedzieli tutaj w tym samym składzie minionego wieczoru. Nic się nie zmienia. Dostają swoją kawę, szklankę wody i zaczynają rozmawiać. Od siódmej rano gadają jak baby. Siedzą w rozpadających się miastach, wśród zrujnowanych domów i rozmawiają. Przychodzą kolejni, całują się, siadają i zaczynają mówić. Rozpinają koszule, żeby było widać złote łańcuchy. Podnoszą filiżanki i odginają małe palce, żeby było widać sygnety. Co parę kroków stoi kilka krzeseł i stolik. Uciekaj ą z domów i siedzą na ulicach, jakby nie mogli bez siebie wytrzymać, j akby umierali ze strachu przed samotnością. Gdyby ich rozdzielić, pewnie by oszaleli. Są jak duże, brzuchate dzieci. Żyją w stadzie.

Samotnik nie ma szans. Samotność to choroba, samotność to obłęd. Kelner sprząta ze stolików i wywala śmieci na jezdnię. Pety, paczki po papierosach, puszki po coli. Wypierdala to tam, gdzie zaczyna się niczyje, czyli reszta świata, która jest próżnią, pustką, czarną dziurą i mrocznym bezpańskim kosmosem, i pomieści się tam cały syf Albanii.

Osiemnastoletnie szczeniaki witają się tak samo jak starzy, ale dodają do tego jeszcze gesty zmałpowane z MTV albo NBA, cały ten skomplikowany, wynaleziony przez czarnych braci rytuał przybijania piątek. Ale tylko tym różnią się od swoich ojców. Cała reszta jest taka sama. Te same złote łańcuchy, ten sam samczy chód i to samo bezwiedne macanie się w kroku. Wyglądają, jakby wymknęli się z telewizyjnych reklam z tym swoim sznytem włoskich żigolaków. Wypomadowani, wypindrzeni, w obcisłych dżinsach, wyżelowani, w butach z delikatnej skóry siedzą wśród płonących hałd śmieci, wśród gnijących baranich wnętrzności, z rynsztokiem u stóp, siedzą i naradzają się w sprawie losów świata. Tu przez sześćset lat była feudalna Turcja, krótki paroksyzm wolności pomiędzy wojnami i potem katatonia plemiennego komunizmu. Teraz widać, jak telewizyjne fantomy żyją i poruszają się w tej zamierzchłej przestrzeni, w tym nowym kruchym czasie, który załamuje się i pęka niczym świeży lód. Stare kobiety chodzą w tradycyjnych białych strojach. Pod spódnicami noszą spodnie z tego samego wykrochmalone-go materiału, a na nogach kierpce.

Znowu tu jestem. Przypłynąłem zardzewiałym promem z Brindisi. W kabinie nie było okna. Wziąłem karimatę, śpiwór i poszedłem na dziób. Pokład wibrował i cuchnął ropą. Niebo było pełne gwiazd. Natychmiast zasnąłem. Zbudziłem się o świcie. Widać było ląd. Przy burcie stali mężczyźni i patrzyli w stronę zamglonych wzgórz. Stali pojedynczo, nie rozmawiali. Mieli poważne twarze. Płynęli do ojczyzny, ale nie mogłem dostrzec śladów podniecenia ani radości. Poprzez mgłę, poprzez złociste światło poranka widzieli bezbrzeżny smutek swojego kraju. Wracali tylko po to, by znowu wyjechać. Wracali na miesiąc, na tydzień z ukrytymi głęboko w zakamarkach ubrania pieniędzmi z Włoch, Niemiec albo Szwajcarii. Z końcem sierpnia wszyscy ruszą z powrotem i barak w porcie Durres służący za halę odpraw zamieni się w przedsionek piekła. Ale to dopiero za dwa tygodnie. Teraz rozdygotany, trawiony rdzą prom wpływał do portu we Wlorze.

Gdy przybiliśmy, zjawili się mundurowi i z oszklonej kanciapy, w której wcześniej sprzedawano piwo i kawę, zaczęli wykrzykiwać dane z paszportów. Ludzie tłoczyli się wokół okienka, wyciągali szyje i nasłuchiwali, jakby bali się, że ich nazwiska gdzieś zaginą, przepadną, że zostaną skazani na nieistnienie. Bez skrępowania podawali sobie z ust do ust cudze imiona.

Dwa dni później Orges zapytał: „I po co tu przyjeżdżasz? Dla przyjemności? Bo jest pięknie? Bo egzotyka? Chcesz powiedzieć, że gówno nie śmierdzi? Przecież śmierdzi. Przecież tutaj jest syf”.

Miał rację. Syf był na maksa. Na targowisku wielkie ryby leżały w błocie na chodniku. Miał rację. Cuchnęło pod niebiosa. Obok kucali faceci, którzy chcieli je sprzedać. Przy wyjeździe z miasta wśród bud, straganów, śmietników, wśród badziewia, wśród wiekuistego parteru i postosmańskiego slamsu była rzeźnia: po prostu jeszcze jedna buda, ciemna wnęka w zabudowie, mroczna jaskinia z dykty, glinianych cegieł, diabli zresztą wiedzą z czego, po prostu trochę cienia, i tam, w tym półmroku uwijał się mężczyzna, na hakach wisiały nagie, czerwone ciała zwierząt, a przed wejściem, właściwie na ulicy, tak że trzeba je było omijać, leżały te jeszcze żywe, trzy albo cztery szarobure owce, i w zupełnym spokoju czekały na swoją kolej. Na ulicę wypływała woda pomieszana z krwią. Miasto liczyło ponad dwa tysiące lat i mogło sobie na to wszystko pozwolić. Było śmiertelnie zmęczone. W nocy wszyscy wychodzili na ulice. Nie było światła i wszędzie terkotały japońskie generatory. Nie paliły się latarnie, ale zewsząd dobiegały głosy mężczyzn, rozmowy i śmiech. Tylko błyski zapalniczek i samochodowe światła wyłuskiwały z mroku pojedyncze gesty, twarze, okruchy życia i kształty. To było jak jakaś wielka termitiera wydrążona w głębi nocy. Ludzie wyczuwali swoją obecność jak zwierzęta. „Po prostu nikt nie płaci za prąd - powiedział potem Orges. - Te ciemności to kara”.

Tak. Sam nie wiem, po co przyjechałem. Nie ma tu żadnej egzotyki. Te wszystkie rzeczy, zapachy, zdarzenia i reszta istnieją też gdzie indziej. Tutaj są tylko podniesione do potęgi, zwielokrotnione i wyzywające jak tanie i mocne perfumy w ciasnym pokoju. Gdzieś koło Rranxe kładli nowy asfalt. Szosa zwęziła się do jednego pasa. Ten drugi, świeży, czarny i lśniący zarzucony był kamieniami wielkości psiej albo ludzkiej głowy.

Obdarci i spaleni słońcem robotnicy szli skrajem drogi i kładli kolejne kawałki białej skały. To wyglądało jak deszcz meteorytów. I nigdzie ani śladu maszyny. Tylko pustka pustynnego pejzażu, połyskliwa, jaszczurcza nagość tego nowego kawałka i trzech mężczyzn znoszących z pobocza skalne odłamki. Potem nowe się skończyło i znowu można było jechać całą szerokością.

Trzy dni później byliśmy w Bajram Curri. To tutaj parę lat temu pewien amerykański dziennikarz razem z kluczem do hotelowego pokoju dostał pistolet, żeby w razie czego radził sobie sam. Tak przynajmniej twierdzi albański Blue Guide Jamesa Pettifera. Teraz w hotelowej knajpie z głośnika leciał przebój z refrenem „Do zobaczenia w wolnym Kosowie”, ale nie chodziło o politykę, tylko o niewiernego kochanka, który pożegnał się właśnie tymi słowami i nigdy nie wrócił z dalekiego świata. Kelner był wysoki, chudy i mówił doskonałą angielszczyzną. Zajmował się nami w lekki, bezpretensjonalny sposób, niespotykany zbyt często w Albanii, gdzie obsługa jest albo uniżona, albo skrępowana. Tymczasem ten chłopak zachowywał się tak, jakby podawanie do stołu, doradzanie i dyskretna opieka nad gościem były jego powołaniem, jego spełnionym marzeniem. Znalazł wolną chwilę i wdał się z nami w rozmowę. Gdy zapytaliśmy, skąd tak świetnie zna angielski, odpowiedział z lekką melancholią: „Ach, spędziłem kilka lat w Londynie”.

 

Był z Kosowa. Na teren Zjednoczonego Królestwa przedostał się ukryty w podwoziu ciężarówki. Pracował w myjniach samochodowych, pracował w restauracjach i po jakimś czasie, gdy wydawało mu się, że jest już kimś na kształt obywatela albo uczciwego członka społeczeństwa, postanowił uregulować swój status. Wynajął adwokata. „Był z Jamajki”, powiedział i westchnął. Adwokat poradził mu, by zgłosił się do Immigration Office, i zredagował mu jakieś papiery, które chłopak miał pokazać urzędnikom. Jamajczyk wziął kilkadziesiąt funtów, a naszego kelnera deportowali tuż po wizycie w urzędzie. Teraz podawał nam szmuglowane martini, czarny albański fernet i łagodnie się uśmiechał.

Bajram Curri było młode. Miało coś koło pięćdziesięciu lat. Zbudowano je, by trzymać w szachu górali z północy. Od zawsze byli buntownikami i nie znosili obcej władzy. Uznawali jedynie zwierzchność naczelników swoich klanów. Widziałem ich domy. Przypominały czworoboczne wieże z otworami strzelniczymi zamiast okien. Za dnia musiało być tam ciemno jak w piwnicy. Stały tak od stu albo dwustu lat.

W te strony dotarliśmy wodą. Prom płynął długim i wąskim jeziorem pośród gór i czasem przybijał do brzegu. Wychodziła jedna albo dwie osoby i ruszały niewidoczną ścieżką w stronę przełęczy albo grani zarysowanej gdzieś pod samym niebem. Czasami na kogoś czekał ktoś z osłem. Jezioro nazywało się Komani. Było sztuczne i przypominało fiord. Ciągnęło się przez kilkadziesiąt kilometrów. Rzekę Drin zamknięto zaporą, żeby produkować prąd. Do przystani w Koman jechało się czarnym tunelem wydrążonym w skale. Tunel wyglądał jak naturalna jaskinia. Furgonetka ledwo się mieściła. Nikt nie zadał sobie trudu, by wygładzić ściany po dynamitowych eksplozjach. Potem zaczynał się jeden z najpiękniejszych kawałków świata. Białe góry wznosiły się pionowo z zielonej toni na kilkaset metrów. Czasami pejzaż trochę łagodniał i skały pokrywały się świerkowym borem. Przez trzy godziny nie spotkaliśmy żadnej łódki, stateczku, nic, tylko zielona tafla i nasz zabytkowy prom złożony z kanciastego kadłuba, na który nasadzono karoserię starego autobusu razem z siedzeniami. Pasażerowie pili colę, jedli chipsy, a opakowania wywalali prosto w stumetrową głębię. W tamtych stronach nie było żadnych dróg, tylko ten prom. Ośle ścieżki prowadziły do ukrytych na skalistych wysokościach wsi, które składały się z kilku kamiennych czworobocznych wież, gdzie żyli ludzie połączeni wiekuistymi więzami krwi.

Tak się podróżowało do Bajram Curri, do ostatniego miasta w kraju. Trzeba było wysiąść w Fierze i złapać jakaś okazję. Zabrał nas Xhemal białym transitem. Milczał przez całą drogę i dopiero pod hotelem zaczął rozmawiać z Rigelsem. Zgodził się zawieźć nas następnego dnia dokąd tylko sobie zażyczymy.

Ale zobaczyliśmy się jeszcze tego samego wieczoru. Wpadł na kawę do hotelowej knajpy. Zaczął opowiadać o swoim mieście. Mówił, że już nie jest takie jak kiedyś i ludzie po prostu boją się w nim żyć. Z gór zeszli wieśniacy, których nikt tutaj wcześniej nie oglądał. Zostawili swoje owce i kozy i przyszli zakosztować miejskiego życia. Wychowani w kamiennych wieżach, przygotowani na atak albo obronę, nieufni wobec obcych traktowali resztę świata jak łup. „Żyją z wilkami i zachowują się jak wilki”, powiedział.

Po mieście jeździło w kółko żółte sportowe auto. Wśród szarego kamienia, kurzu i śmieci wyglądało jak wcielenie absurdu. Rozpędzało się, krzesało niskim podwoziem iskry na dziurawym bruku i zaraz musiało hamować, bo w Bajram Curri było niewiele miejsca. Od razu zaczynało się jakieś zrujnowane przedmieście. Tak, wszyscy o nich mówili. W Tiranie, w Szkodrze i tutaj. O ludziach z gór, o ludziach z północy. Wzdłuż szosy wiodącej ze stolicy do Fushe-Krui ziemia była podzielona i ogrodzona. Prostokątne działki otaczały solidne metalowe płoty. Oni po prostu zeszli z gór i ogrodzili to, co wydawało im się niczyje. Potem, gdy znajdowali się wydziedziczeni przez komunizm właściciele, zwyczajnie ich przepędzali. W końcu to oni mieli kałasznikowy i starożytną jasność obyczajów, która nakazywała obronę zdobyczy, bo tylko wtedy zdobycz zamieniała się we własność. Czasami na tych działkach stały obok siebie domy identyczne jak krople wody. „To na pewno bracia”, mówił Rigels.

No więc ta żółta podstarzała furka jeździła w kółko. Po prostu nie miała dokąd pojechać. W środku siedziało dwóch kolesi w obowiązkowych lustrzankach i złotych łańcuchach. Tak sobie wyobrażali wielki świat: jedynka, pisk, dwójka, trójka i hamowanie z jeszcze większym piskiem. Musieli tylko uważać na kozy i osły. Przejeżdżali pięćdziesiąt metrów, stawali, witali się z kimś, ruszali i znowu stawali, żeby się przywitać. W Bajram Curri znali się wszyscy i wszyscy musieli się witać. Z Bajram Curri nie było dokąd pojechać. Można było tylko zostać albo wracać. Kilkanaście kilometrów dalej zaczynało się Kosowo. Tego roku przemycano stamtąd bułgarskie bydło. Tak nam przynajmniej powiedział policjant na promie. Jechał do pracy, do swojego plutonu. Trzydziestu mężczyzn miało pilnować sześćdziesięciokilometrowego odcinka granicy biegnącej przez góry przekraczające dwa tysiące metrów. Xhemal popijał kawę i wspominał dawne czasy. Teraz ludzie przestali się szanować, a zaczęli bać. Tak mówił. Miał czterdzieści parę lat, wąsy, lekki brzuszek i wyglądał statecznie i sympatycznie. Całe życie był kierowcą. Opowiadał o barbarzyńcach, którzy wtargnęli do jego świata. Wydawało się, że ci ludzie z gór, w końcu rodacy i sąsiedzi, byli dla niego bardziej obcy niż my. Bajram Curri jawiło się zaś jako ostoja cywilizacji. To było jak wskrzeszenie opowieści o najeźdźcach, konnych koczownikach, wędrówce plemion i ludów. Dzikie, brutalne i zachłanne chciało zagrabić cywilizowane. „Czasami wystarczyło się krzywo uśmiechnąć, a oni już wyciągali broń”. Tak, miasto, zgromadzone w nim rzeczy i możliwości to był po prostu łup. Ci ludzie z gór nigdy przecież nic nie mieli. A w każdym razie nic więcej nad to, by po prostu przeżyć. Oglądałem z promu samotne domy. Były samowystarczalne: kukurydza, drzewa owocowe, tytoń, stogi siana, gdzieś wyżej niewidoczne stada owiec. W dole przy brzegu stały niewielkie łódki. Te oddalone od siebie, samotne gospodarstwa miały w sobie coś z obejścia Robinsona Crusoe. Wyobrażałem sobie zimę, wysoki śnieg i samotność tych domostw. W ciemnych wnętrzach żyli dziadowie, synowie i córki ze swoimi żonami i mężami, zięciowie i synowe, wnuki i prawnuki. Od stu, od dwustu lat w tym samym miejscu. Jedząc z tych samych naczyń, to samo, w niezmienionych od pokoleń strojach, ze strzelbą albo karabinem pod ręką, bo złe czaiło się tuż za progiem domu, którego trzeba było przede wszystkim bronić przed obcym, a obce było wszystko poza rodziną i klanem.

A teraz to obce było do wzięcia. Żółte samochody, bydło z Bułgarii, kałachy dla Kosowa, narkotyki dla znudzonego Zachodu i niewolnice dla europejskich burdeli. Teraz to wszystko leżało na ulicy i wystarczyło się schylić, wystarczyło mieć odwagę, by uznać za swoją własność te wszystkie rzeczy nie dość dobrze pilnowane albo wyglądające na niczyje. Wystarczyło wiedzieć, skąd wieje wiatr, i zdać sobie sprawę, że embargo na dostawy paliwa dla Miloseviciowskiej Jugosławii to nic innego jak wielka okazja. Właśnie wtedy nocą przez Jezioro Szkoderskie płynęły do Czarnogóry łodzie z beczkami ropy i benzyny. Tak, wystarczyło pojąć proste mechanizmy rządzące światem, prawa podaży i popytu, które są silniejsze nawet od serbsko-albańskiej nienawiści.

Rigels uważał, że ludzi z gór można bez trudu rozpoznać. Na przykład po zmarszczkach wokół oczu. „Oni całe życie spędzili pod gołym niebem i nigdy nie używali okularów. Dopiero teraz je założyli”. To była dość odważna teoria, ale rzeczywiście spotykaliśmy kolesi z twarzami przesłoniętymi obowiązkowymi lustrzankami i gdy je zdejmowali, wydawało się, że bez zmrużenia mogliby patrzeć w słońce. To właśnie tacy najczęściej jeździli wypasionymi terenówkami, których obecność w Bajram Curri wyglądała na surrealistyczny kaprys. Jednocześnie trudno było sobie wyobrazić miejsce, w których te terenówki byłyby bardziej przydatne. Tyle tylko że rynkowa wartość niektórych tych bryk to był paroletni budżet niejednej bajramskiej rodziny, a może nawet którejś nieco krótszej bajramskiej ulicy.

Xhemal przyjechał po nas rano. Zabrał ze sobą dwójkę swoich dzieci: trzynastoletnią dziewczynkę i ośmioletniego chłopaka. Ruszyliśmy w stronę wsi Valbona. Na mapie właśnie tam kończyła się droga. Dalej rozciągała się kraina legend. To tam mieli żyć w jaskiniach półnadzy i długowłosi Anglicy. Mieli polować za pomocą oszczepów i na podobieństwo przodków żywić się pieczonym na ogniu mięsem. To tam zginęła dwójka czeskich turystów i nikt nigdy nie znalazł po nich żadnego śladu, nikt nigdy niczego się nie dowiedział. Gdyby znaleziono ciała, ubranie, cokolwiek, wszystko stałoby się jasne. Tymczasem tajemnica ich zniknięcia była trudniejsza do pojęcia niż wieść o śmierci. To tam mieli się ukrywać wyjęci spod prawa, którym nawet w Bajram Curri ziemia paliła się pod nogami. Żyli w opuszczonych kamiennych domach na pustkowiu, a pasterze ostrzegali ich przed policyjnymi obławami przybywającymi z Tirany, bo przecież tutejsi gliniarze uwikłani byli w tysięczną sieć rodowych i tradycyjnych powiązań.

Furgonetka wspinała się wyboistą drogą i pierwszy raz od tygodnia poczułem, że upał nieco łagodnieje. Woda w rzece była błękitnozielona. Skalne urwiska wznosiły się kilkaset metrów nad drogą. To był podobno ulubiony zakątek Envera Hoxhy, właśnie te dwadzieścia parę kilometrów kamienistego traktu wiodącego gdzieś w głąb gór i w głąb czasu.

Jechaliśmy przez jeden z najbardziej archaicznych zakątków Europy. Od stuleci nie działo się tutaj nic nowego. Teraźniejszość po prostu naśladowała przeszłość i tyle. Hoxha przyjeżdżał tam być może po to, by oglądać pradawną Albanię, którą miał zamiar przemienić w rewolucyjną awangardę ludzkości. Może oddawał się halucynacjom i projektował na tym pustkowiu jakiś przyszłościowy hiperkomunizm? Jakieś iliryjsko-robotniczo-chłopskie piramidy? A może zwyczajnie szukał chłodu i wytchnienia od własnych obsesji i strachu przed zdradą i spiskiem.

Minęliśmy skałę, na której ktoś wmurował granitową tabliczkę z cmentarnym zdjęciem młodego chłopaka i paroma wyrytymi słowami. Xhemal powiedział, że po prostu tutaj zginął, że ktoś go zabił. Na zupełnym pustkowiu. Jechaliśmy dalej i góry wyglądały na wymarłe. Nie spotkaliśmy ani człowieka, ani samochodu. Przy drodze stały zrujnowane wojskowe baraki i resztki szlabanu. Kiedyś nie wolno było jechać dalej. Valbona leżała już w przygranicznej strefie i czyhała na nią zdradziecka Jugosławia. Graniczne pasmo i w serbskim, i albańskim nazywało się Góry Przeklęte. Szczyty wznosiły się na dwa i pół tysiąca metrów i tonęły we mgle. To było miejsce tych wszystkich legend.

Dojechaliśmy w końcu do Valbony. Powiedzieliśmy Xhemalowi, że pójdziemy dalej piechotą. Dolina rozszerzała się tutaj na kilkaset metrów. Rzeka podczas wiosennych powodzi wymyła ziemię i odsłoniła wielkie pola białoszarych otoczaków. Kilka domów przypominało ruiny. W samym środku niszczał czteropiętrowy hotel pod dwuspadowym dachem. Zaczął się rozpadać, zanim go ukończono. Znowu nie było żywej duszy. Na pustym betonowym cokole widniała czerwona gwiazda. Kawałek dalej stał nieruchomo gniady koń. Panowała zupełna cisza i w powietrzu nie było czuć żadnego wiejskiego zapachu - ani drzewnego dymu, ani nawozu, nic. Jakby nikogo nie było albo jakby wszyscy czekali w ukryciu, aż odejdziemy. Zatrzymaliśmy się za wsią. Tutaj droga zamieniała się w kamienistą łąkę przeciętą meandrem rzecznego koryta. Sześć albo siedem betonowych bunkrów tkwiło w ziemi tuż obok cmentarza. Cmentarz był piękny i prosty. Składał się z kilku płaskich trawiastych kopczyków obramowanych luźno ułożonymi kamieniami. W oddali wznosiły się szczyty Gór Przeklętych. Niektóre z kopczyków były już ledwo widoczne. Ziemia wygładzała się i zmarli ostatecznie powracali do jej wnętrza. Mogli żyć tylko w pamięci bliskich, dopóki nie zmienili się w legendę i nie rozpłynęli ostatecznie wśród innych bezimiennych cieni. Przy tych pozbawionych ostentacji mogiłach betonowe czerepy bunkrów wyglądały głupio i żałośnie.

Nadjechał Xhemal i j ego kilkunastoletnia córka zaczęła przygotowywać posiłek. Rozłożyła obrus, rozstawiła talerze, z koszyka wyjęła pieczonego kurczaka, warzywa, ser i chleb. Tego nie było w planie. Xhemal po prostu chciał nas ugościć. Przyniósł z auta skrzynkę piwa Tirana. Usiedliśmy nad rzeką. Chłopiec został w aucie i bawił się w kierowcę. Ojciec popatrywał na niego z dumą. „Chce być piłkarzem - powiedział. - Ja wolałbym, żeby został lekarzem. Ale zrobi, co będzie chciał”. Dziewczynka nie podnosiła wzroku. Rozkładała jedzenie. Potem powiedziała nam, że ledwo uprosiła ojca, żeby ją zabrał na tę wycieczkę, a gdy się końcu zgodził, nie mogła zasnąć z podniecenia. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżała poza Bajram Curri. Cały czas zerkała na nas, obcych, z ledwo skrywaną ekscytacją. Gdy zabraliśmy się do jedzenia, podsuwała nam najlepsze kąski, strzepywała okruchy z obrusa, sama niczego nie tykając. Chłopak porzucił kierownicę i usiadł obok ojca, który natychmiast go przytulił. Ich bliski kontakt wydawał się tak naturalny jak kontakt matki z niemowlęciem. Córce nie poświęcał uwagi. Była delikatna i cicha jak duch. Ojciec i syn tworzyli coś w rodzaju męskiej wersji Madonny z Dzieciątkiem. To się potem miało powtarzać przy tych stolikach o poranku, w gestach facetów, którzy całowali się i dotykali z taką czułością, jakby wrócili cało z wojny, a nie rozstali się dzień wcześniej w zadymionej knajpie z telewizorem pod sufitem.

 

Zapytaliśmy dziewczynkę, kim chciałaby zostać, jak dorośnie. Pytanie zbiło ją z tropu, jakby nigdy wcześniej nic podobnego nie przyszło jej do głowy. Patrzyła na nas z bezradnym uśmiechem. Jej życie nabrało ostatecznego kształtu już w chwili, gdy przyszła na świat.

W drodze do Kukes nie działo się nic. Łódź miała może z osiem metrów. Drobny, żylasty policjant też znał historię czeskich turystów. Znała ją chyba cała Albania i historia powoli zmieniała się w legendę. Siedziałem na dziobie i wypatrywałem samotnych gospodarstw. Wyobrażałem sobie życie, które przypominało wspomnienie z dzieciństwa. Wyobrażałem sobie, że jest tak proste jak zabawa: cztery strony świata, poletko kukurydzy, czterdzieści winnych krzewów, łódka na brzegu, dziesięć owiec, zagon tytoniu, karabin, posłanie, lampa naftowa, raz w miesiącu wyprawa po najpotrzebniejsze rzeczy, których nie można zrobić ani wyhodować w domu. To wszystko wydawało się tak proste, że przypominało dziecinny rysunek.

Ktoś machał z cypla i łódź lekko położyła się na burtę. Na brzegu stali kobieta, mężczyzna i dziecko. Wokół były tylko góry i nawet żadnej ścieżki, która by wskazywała, skąd nadeszli. Chłopak pomagający sternikowi przerzucił na ląd deskę i rodzina, podtrzymując się wzajemnie, weszła na pokład. Stali skrępowani, onieśmieleni, ze spuszczonymi oczami. Byli ubrani z tą wzruszającą elegancją wieśniaków wybierających się do miasta. Ona miała falbaniastą sukienkę i pantofle na obcasie, a on spodnie w kant, błyszczące półbuty na cieniutkiej podeszwie, koszulę polo w kolorowe pasy. Sternik zapytał, o której wyszli z domu. Odpowiedzieli, że przed czterema godzinami, ale od godziny czekali już na brzegu, żeby nie przeoczyć łodzi.

Miasto leżało w cieniu góry Pikellimes. Do granicy było piętnaście kilometrów. Przybyliśmy zbyt późno. Nic już nie odjeżdżało. Ani w stronę Tirany, ani do Kosowa, gdzie wybierał się Rigels. Była czwarta albo piąta po południu. Upał i kurz wypełniały ulice. Domy miały nie więcej niż dwa piętra. Ze swoimi plecakami i w sandałach musieliśmy wyglądać nieco dziwnie. Podjeżdżały furgonetki i lekko napici faceci pytali nas szyderczo, dokąd nas podwieźć, a potem odjeżdżali z piskiem opon. Kukes to było pogranicze i czułem to jak nigdzie indziej. Wszyscy coś robili, ale nie mieli jakiegoś konkretnego zajęcia. Ich praca przypominała nerwowe oczekiwanie na znak, na sygnał, na zmianę sytuacji. Pozornie wszystko wyglądało jak gdzie indziej, z tym samym lenistwem, wysiadywaniem, paleniem i gadaniem, ale w powietrzu czuć było gotowość i napięcie.

Poszliśmy do knajpy, żeby za pomocą kawy i raki podjąć jakąś decyzję. Wnętrze przypominało jaskinię zbójców, ale nikt nie zwrócił na nas specjalnej uwagi. Te twarze przy sąsiednich stołach widziały już wszystko. Raki smakowała jak benzyna. Rigels wdał się w rozmowę z jakimś mężczyzną. Wyszli razem przed knajpę. Po chwili wrócił. „Nie zrozumieliśmy się. Myślał, że nie mam paszportu, i chciał mnie przeszmuglować”.

Kukes nic nie robiło. Kukes czekało na okazję. Jak drapieżnik albo sęp. Tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Kukes należało do mężczyzn. Jak cały ten kraj. A oni oczekiwanie mieli w genach. Tak jakby życie i zdarzenia zawsze przychodziły z zewnątrz. Tak, cały ten kraj wyglądał jak obóz wojskowy w czasie zawieszenia broni albo niepewnego pokoju, a ci wszyscy faceci jak żołnierze na przepustce. Nie chodziło nawet o wojnę, ale o to, że ktoś nadejdzie i powie im, co mają robić. Ktoś, kogo oni uznają za szefa. Pozostawieni sobie potrafili tylko gadać i się obściskiwać. Ulice należały do nich i wypełniał je smród płonących śmieci, odór gnijących baranich flaków. Podzwaniali złotymi łańcuchami, siedząc wśród śmietników. Natomiast w domach, tam gdzie było królestwo kobiet, panował porządek, czystość i schludność. Byłem w wielu albańskich domach i wiem, co mówię. Zdejmowanie butów przed wejściem jest naturalnym gestem szacunku dla tych wypieszczonych, przytulnych wnętrz. Natomiast tam, gdzie zaczynał się świat mężczyzn, od razu zaczynał się burdel. Jakby bezbrzeżnie gardzili rzeczywistością. Jakby wszystko inne poza nimi samymi było czymś w rodzaju niedopałka albo smarka. Siedzieli w tych podrabianych butach włoskich alfonsów, w tych pedalskich lustrzankach, siedzieli na skraju rynsztoka i nie przychodziło im do głowy, żeby coś z tym smrodem zrobić.

Takie aroganckie myśli miałem o szóstej po południu w Kukes. Rigels w końcu znalazł auto, które miało go zawieźć do Djakovicy. Wcześniej pomógł nam wynająć pokój w hotelu. Pożegnaliśmy się i wskoczył do białej terenowej toyoty. Hotel był pusty, chłodny i cichy. Mogłem popijać czarny fernet i oddawać się aroganckim myślom, mając gdzieś polityczną poprawność oraz szacunek dla kulturowych niuansów. I tu, i w Bajram Curri doświadczałem czegoś w rodzaju płciowej alienacji. Zawsze wydawało mi się, że w mniejszym lub większym stopniu, zależnie od sytuacji, ale jednak jestem mężczyzną. Tymczasem tutaj odnajdowałem sytuację tak radykalnie męską, że na dobrą sprawę czułem się jak kobieta, albo przynajmniej eunuch. To wszystko dookoła było tak skończenie męskie, że przypominało jakąś homoseksualną utopię. W sensie społecznym było to państwo facetów. Jeśli spotykali się z kobietami, jeśli okazywali im czułość i przywiązanie, to musieli to czynić w taj emnicy, w ukryciu, jakby oddawali się perwersji. Natomiast przywiązanie, miłość i czułość dla przedstawicieli własnej płci były realizowane w jasnym świetle dnia, w każdej kawiarni od samego świtu. Miało się wrażenie, że ci faceci urodzili się razem, razem pragną spędzić całe życie i razem, trzymając się za ręce, umrzeć.

Popijałem czarny fernet i wsłuchany w szum klimatyzacji przypominałem sobie minione dni. Byłem śmiertelnie zmęczony. Chciałem już wyjeżdżać. Albania to zmęczenie. Nie można odpocząć, ponieważ nigdy nie jest się samemu. Nawet w klimatyzowanym, cichym, pustym hotelu samotność jest pozorna, bo myśl zajmuje właśnie ona, Albania. Jej faceci, jej smród, pradawność, piękno, jej istnienie i jej obłęd. W Bajram Curri albo w Kukes nie możesz sobie powiedzieć: „Teraz będę myślał o czymś innym, na przykład o swoim dzieciństwie”. To się po prostu nie uda. Przyjeżdżając do Albanii, możesz myśleć tylko o niej.

O piątej rano do drzwi zapukał recepcjonista. Tak było umówione. Miał nas zaprowadzić na autobus do Tirany. Zjedliśmy szybkie śniadanie, wypiliśmy kawę i byliśmy gotowi. Na ulicy było jeszcze chłodno i w poprzek chodnika leżały długie cienie. Recepcjonista przekazał nas kierowcy autobusu, uśmiechnął się i pożegnał. Kierowca pokazał nam na migi, żebyśmy zostawili bagaże w autobusie i poszli do kawiarni obok, bo do odjazdu jest jeszcze trochę czasu. W środku siedziała reszta podróżnych. Piliśmy kawę. Niektórzy sączyli poranną raki, która budzi lepiej niż kawa.

Z Kukes do Tirany jest mniej niż dwieście kilometrów. Jechaliśmy osiem godzin. W autobusie siedziało może z piętnaście osób. Co dwie godziny stawaliśmy, żeby coś zjeść. To ci, to tamci robili się głodni i nie było litości: postój. Ta forma podróży wydawała się bardzo ludzka. Żadnej paranoi, żadnego pośpiechu. W przydrożnych knajpach podawali najczęściej pilaw z ryżem. Podróż była dla człowieka, a nie człowiek dla podróży. Stary autobus męczył się j ak zwierzę i co pięćdziesiąt kilometrów musiał odpoczywać. Potem ruszaliśmy znowu. Wszyscy przyglądali się nam dyskretnie, ale z ciekawością. W końcu młody, dwudziestoparoletni chłopak z siedzenia obok zapytał w powolnej angielszczyźnie: „Skąd jesteście?”. Odpowiedzieliśmy. Wtedy odwrócił się i na cały głos po albańsku powiedział: „Są z Polski ! ”. Przez autobus przebiegło coś w rodzaju westchnienia ulgi i wyrazów podziwu. Ludzie zaczęli mówić jeden przez drugiego, nasz nowy kolega wsłuchiwał się w zgiełk i wyławiał to, co najważniejsze. W końcu zapytał: „A po co przyjechaliście?”. „Jesteśmy turystami. Zwiedzamy”. Przekazał naszą odpowiedź. Tym razem pomruk nie był tak jednoznaczny. Wyrażał coś w rodzaju niedowierzania albo zdziwienia. Autobus tracił zainteresowanie. Jechaliśmy na południe. Spytali nas jeszcze, czy Albania nam się podoba, wysłuchali odpowiedzi i powrócili do swoich rozmów.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?