Relacje o zdarzeniach prawdziwych chociaż nieprawdopodobnych

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Andrzej J. Sarwa

Relacje o zdarzeniach prawdziwych

chociaż nieprawdopodobnych

Armoryka

Sandomierz

Redaktor: Włóczysław (Włóczek) Kot

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Johann Heinrich Füssli, Nachtmahr (1802),

(licencja public domain), źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Johann_Heinrich_F%C3%BCssli_053.jpg

Copyright © 2009, 2013 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail: wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-056-7

Bardzo krótkie wprowadzenie ... które niech mi Czytelnik wybaczy

Kiedyś, przed laty, nieżyjący już profesor Stefan Manczarski, wybitny polski badacz zjawisk paranormalnych, tak pisał:

“Powtórzmy raz jeszcze za Boltzmanem, iż w naturze nie ma nic niemożliwego, mogą być tylko wydarzenia w najwyższym stopniu mało prawdopodobne (...).

Musimy więc liczyć się z tym, że i my możemy w życiu codziennym napotkać fakt, który tak dalece odbiega od norm naszego zwykłego doświadczenia, iż należy nazwać go “wydarzeniem nieprawdopodobnym”. Uprzytomnienie sobie realnej możliwości takiego faktu stanowi niewątpliwie poważny wstrząs.

Ja poszedłbym jeszcze dalej: skoro nawet uprzytomnienie sobie możliwości napotkania w swoim życiu “wydarzenia nieprawdopodobnego” doprowadza do poważnego wstrząsu psychicznego, to co może się zdarzyć z człowiekiem, który takowego faktu doświadczył? Przeżywając coś niewytłumaczalnego przy pomocy całej dostępnej nam wiedzy, doznajemy szoku i przez długi czas po podobnym przeżyciu ciężko nam całkowicie i w pełni powrócić do przaśnej powszedniości.

Doświadczając niesamowitego, automatycznie niejako zaczynamy się uważać za innych, może lepszych, może w jakiś sposób uprzywilejowanych, bo to przecież “coś” nas właśnie, a nie kogoś innego wybrało, nam, a nie innym osobom się objawiło, to my doświadczyliśmy niesamowitego i niecodziennego kontaktu z nadprzyrodzonym.

Lecz nim dopuścimy do własnej świadomości, iż dziwne zdarzenie rzeczywiście nie mieści się w “naukowo uporządkowanej rzeczywistości”, zawsze na początku, za wszelką cenę usiłujemy znaleźć dla niego racjonalne, zrozumiałe dla nas, a przez to niestraszne wyjaśnienie. I dopiero gdy się to nie udaje, poczynamy odczuwać lęk...

Drogi Czytelniku, w tej oto książce, którą teraz trzymasz w ręku, chcę Ci zaprezentować kilka relacji osób, którym dane było się zetknąć z innym – nazwijmy to – “wymiarem”, otrzeć się o inną, częstokroć budzącą już nie tylko zaskoczenie i zdziwienie, ale wręcz lęk, rzeczywistość.

Żadna – podkreślam to: żadna z relacji nie jest wyssaną z palca bajdą, a wszystkie z opowiedzianych tutaj zdarzeń w rzeczywistości miały miejsce.

Cóż, sceptycznym wolno być każdemu z nas, dlatego nie wymagam wiary, stuprocentowej wiary w to wszystko, co tu zostało zaprezentowane, chociaż zbierając owe relacje, starałem się zawsze, w dostępny mi sposób, sprawdzić rzetelność i prawdomówność opowiadającego lub źródła, z którego zaczerpnąłem informacje.

Niektóre imiona, nazwiska oraz inicjały osób, które – tak, tak, to nie było łatwe i proste, nakłonić normalnych obywateli, przeciętnych zjadaczy chleba, aby zechcieli mi zwierzyć się ze swoich niecodziennych przeżyć niczym księdzu na spowiedzi – udzielały mi informacji, zostały zmienione.

Jakoś dziwnie się dzieje, iż ludzie niechętnie mówią o rzeczach “innych”, niecodziennych, niesamowitych, jakich dane im było doświadczyć. Wstydzą się śmieszności, wstydzą się, że zostaną uznani za (łagodnie mówiąc) niespełna rozumu, i – biorąc pod uwagę nasz jakże powszechny sceptycyzm – nie dziwimy się im i nie potępiamy.

A zatem, w niniejszej książce umieściłem relacje osób, które doświadczyły dotknięcia Niezwykłego, ubierając je w nieco zbeletryzowaną formę, aby uczynić je bardziej interesującymi, i “lżej strawnymi”. W miarę możności jak najwierniej i jak najrzetelniej opisałem przeżycia ludzi jakie miały miejsce w ciągu kilkudziesięciu ostatnich lat, ale przecież znajdziemy i takie, które zapisano na kartach XVIII i XIX-wiecznych książek, a które niejednokrotnie mają ciąg dalszy we współczesności.

Cóż mieści owa książka? Otóż chciałem, żeby była w miarę możności dość zróżnicowania. Niezwykłe może bowiem nas dotykać na najrozmaitsze sposoby. A więc opisałem w niej zetknięcia żywych z istotami, zjawami, upiorami, ale także zająłem się szeroko rozumianymi zjawiskami cudownymi. Ale dość już tego zbyt chyba przydługiego wstępu. Teraz zapraszam do dalszej lektury – opisów niesamowitych wydarzeń.

Moje spotkanie z poltergeistem

Jako pierwszą zamieszczę na tych kartkach moją własną relację ze spotkania z “innym wymiarem”.

Nigdy nie byłem zbyt łatwowierny, nigdy też nie byłem nadto sceptyczny. Zawsze starałem się podchodzić do świata i zjawisk w nim zachodzących w sposób ostrożny, ale równocześnie byłem otwarty na przyjmowanie do wiadomości i godzenie się z każdym, najbardziej nawet nieprawdopodobnym zdarzeniem, o ile rzecz jasna miałem absolutną pewność, że ono rzeczywiście zaistniało.

Oczywiście wielokrotnie zdarzyło mi się słuchać rozmaitych i licznych relacji o niewytłumaczalnych faktach, jakich świadkami czy uczestnikami byli krewni oraz bliżsi i dalsi znajomi. Owszem, słuchałem owych opowieści zawsze chętnie (bo je lubię, podobnie jak pewnie lubisz je Ty, Czytelniku), ale przecież nigdy wszystkiego co zasłyszałem, nie przyjmowałem absolutnie bezkrytycznie, starając się – o ile było owo możliwe – sprawdzić prawdomówność i rzetelność opowiadającego.

Jak nietrudno się chyba domyślić, zdarzało się, że pragnąłem, aby i mnie spotkało coś tak dziwnego, niesamowitego, budzącego dreszcz emocji, co spotykało moich rozmówców. Niestety – tak dobrze nie ma i niewytłumaczalnych zdarzeń nie doświadcza się na zawołanie.

Aż tu raptem, zgoła nieoczekiwanie, moje wcześniejsze pragnienie się ziściło. Niestety, nie byłem wówczas przygotowany na przeżycie niesamowitości, wszystko to mnie po prostu zaskoczyło i dlatego chyba pierwszym odruchem było szukanie – co jest zresztą chyba typowe – racjonalnych wyjaśnień.

Ale przejdźmy do rzeczy. Może jednak zacznę od początku. Pamiętam doskonale: było to 8 maja 1982 roku, między godziną 18.30, a 20.00. Nie zajmowałem się wówczas jeszcze pisarstwem, lecz uprawiałem, któryś tam z kolei, przypadkowy, absolutnie mnie nie satysfakcjonujący zawód. Pracowałem wówczas w automatycznej centrali telefonicznej w Miechowie, małym podkrakowskim miasteczku.

Tego dnia miałem popołudniowy dyżur, który pełniłem z dwiema jeszcze osobami Grażyną M. i Bronisławem W. Około godziny 18.20 przyszedł mnie odwiedzić mój kolega Stanisław J., który nie był pracownikiem Urzędu Telekomunikacyjnego, a sprowadził go wówczas do mnie interes.

Skoro się zjawił, postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na podwieczorek. Gdy zatem zagwizdał czajnik, a herbata poczęła dymić ze szklanek, wszyscy usiedliśmy – gość również – w niewielkim pomieszczeniu, sąsiadującym z biurem napraw telefonicznych z jednej strony i wąskim, ciemnym korytarzykiem, zakończonym ciężkimi metalowymi drzwiami, prowadzącymi na klatkę schodową, a z niej na podwórze na tyłach Urzędu, z drugiej strony.

Jedliśmy ubogie kryzysowe kanapki, popijaliśmy “popularną” lurą udającą herbatę i rozmawialiśmy na jakieś błahe tematy. Gdy zacząłem ze swoim znajomym Stanisławem J. umawiać się na spotkanie u mnie w mieszkaniu, gdzie mieliśmy zabrać się do przepisywania na maszynie tekstu książki, którą przełożył z angielskiego, dało się słyszeć kilkakrotne, bardzo silne – jakby pięścią – uderzenia w żelazne zewnętrzne drzwi, sąsiadującego z naszym pomieszczeniem korytarzyka.

– Pewnie to któraś z telefonistek – zauważyła Grażyna M., nie kwapiąc się by wstać, podejść do tych drzwi i wpuścić osobę stojącą za nimi.

Zresztą żadnemu z nas nie chciało się ruszać z miejsca. Aż wreszcie, widząc że nikt tego nie ma zamiaru uczynić, sam wstałem. Podszedłem do ciężkich podwoi, uchyliłem je, ale nie zobaczyłem za nimi nikogo.

– Pewnie to tylko były żarty – zauważył Bronisław W. – Pewnie telefonistka szła do kiosku i przechodząc obok naszych drzwi postukała w nie.

Ale nim zdążyłem dobrze usiąść przy brudnym, obskubanym biurku, na którym stała moja szklanka z herbatą i nadgryziona kromka chleba, z centrali automatycznej do naszych uszu dobiegł tak potworny hałas, że wszyscy porwaliśmy się z przerażeniem na równe nogi.

Trwał akurat stan wojenny, znajdowaliśmy się na terenie obiektu zmilitaryzowanego, urządzenia telekomunikacyjne były pod szczególną ochroną, a tu wyglądało, iż na naszym dyżurze centrala się rozpada. Już obydwaj z drugim dyżurnym widzieliśmy się w więzieniu.

Łomot (nie potrafiłem znaleźć bardziej odpowiedniego słowa) był tak ogromny, że ani przez chwilę nie mieliśmy wątpliwości, iż to istotnie rozpadają się urządzenia albo – co nam dosłownie zamroziło krew w żyłach – do pomieszczenia centrali dostał się jakiś szaleniec i teraz ją demoluje.

Dźwięki dobiegające naszych uszu jako żywo przypominały ze straszną, potworną siłą zadawane żelaznym łomem uderzenia w metalowe stojaki z wybierakami.

 

Obydwaj z Bronisławem W. co rychlej przebiegliśmy te kilka kroków do pomieszczenia centrali, ale nim zbliżyliśmy się do stojaków, łoskot jak nieoczekiwanie się zaczął, równie nieoczekiwanie ustał.

Spoglądaliśmy na siebie zupełnie zdezorientowani, a potem poczęliśmy dokładnie i szczegółowo oglądać urządzenia. Pracowały spokojnie jak zawsze. Słychać było terkotanie wybieraków, startujących gdy abonenci w swoich mieszkaniach podnosili słuchawki i wykręcali numery.

A zatem? Co to było? Tego co słyszeliśmy przez jedną czy dwie minuty, nie umieliśmy sobie wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób. Wszystko się okazało w absolutnym porządku. Więc? Zaczęliśmy powątpiewać w swoje zdrowe zmysły.

Powoli szliśmy przez pomieszczenie centrali, w kierunku pokoiczku, gdzie usiłowaliśmy się posilić podwieczorkiem, a co się nam nie udawało. I wtedy znów się zaczęło! Tym razem wyglądało na to, że jakiś wariat kopie ciężkimi buciorami w drewniane drzwi korytarza prowadzącego w głąb budynku Urzędu Telekomunikacyjnego, jednocześnie na zmianę silnie potrząsając żaluzjową kratą oddzielającą nasze pomieszczenie od reszty budynku.

– Kie licho? – zawołał Stanisław J., który zawsze i wszędzie zachowywał kamienny spokój i zdrowy sceptycyzm. Podbiegliśmy czym prędzej do owych drzwi wszyscy trzej, a za nami Grażyna M., która pierwsza zaczęła się bać.

Na cienkie deski stanowiące lichą przegrodę między pomieszczeniem biura napraw telefonicznych, a korytarzem wiodącym w głąb budynku, cały czas spadały silne ciosy. Jeszcze moment, a deski rozsypią się w drzazgi. Bronisław W. delikatnie ujął za klamkę, jednocześnie przekręcając klucz tkwiący w zamku i z całej siły pchnął drzwi, otwierając je na całą szerokość.

Zdumieni wytrzeszczyliśmy oczy: za nimi nie było nikogo. Tylko żaluzjowa krata, potrząsana przed chwilą jakąś nieznaną ręką, jeszcze się chwiała!

I dopiero wówczas poczuliśmy ogarniając ą nas grozę. Tak, grozę. To chyba będzie najodpowiedniejsze słowo. Uświadomiliśmy sobie bowiem, że jest rzeczą absolutnie niemożliwą, aby te silne uderzenia mogły pochodzić od istoty z krwi i kości. Żaden śmiertelnik nie byłby w stanie umknąć i schować się w ciągu – dosłownie – ułamka sekundy, bo tyle właśnie trwało otwieranie drzwi. Zresztą, po ich otwarciu, co już wcześniej zaznaczyłem, jeszcze się chwiała żelazna żaluzjowa krata, znajdująca się tuż za nimi.

Zdezorientowani i przestraszeni zamknęliśmy drzwi i stojąc za nimi spoglądaliśmy jeden na drugiego, nie bardzo wiedząc, co o owym myśleć. Lecz nie dano nam czasu na zastanowienie. Oto bowiem na nowo rozpoczął się potworny, przerażający łomot. Drzwi drżały pod ciosami, ze szpar obok futryny posypały się grudki odbitego tynku. A jednocześnie słychać też było charakterystyczny klekoczący łoskot żaluzjowej kraty.

Bronisław W. znów nagle i gwałtownie nacisnął klamkę i znów na korytarzu nie zobaczyliśmy nikogo, choć krata tak jak i poprzednio, jeszcze delikatnie się chwiała.

Wybiegliśmy z pomieszczenia, ale zanim zbliżyliśmy się do najbliższego sąsiadującego z biurem napraw telefonicznych pokoju, oto rozpętało się prawdziwe piekło. Z pokoiku zwanego monterką, w którym znajdowały się ustawione pod ścianami metalowe szafki ubraniowe telemonterów, dobiegł naszych uszu tak przerażający łomot, że poprzednie hałasy zdały się przy nim delikatne i ciche. Oto “coś” (bo już mieliśmy stuprocentową pewność, iż nie może to być żadna cielesna istota), ni mniej, ni więcej, tylko – na co niezbicie wskazywały odgłosy – jęło ciskać ciężkimi metalowymi szafkami o podłogę.

Lecz nim dopadłem drzwi monterki, potężny huk dobiegł naszych uszu z pomieszczeń piwnicznych, ku którym – rad nierad – musiał skierować się mój współdyżurny.

Na monterce panował – jak chyba już łatwo się domyślić – idealny porządek. Szafki stały równo, zupełnie nietknięte, tak jak zwykle pod ścianami. Podobnie niczego nie znaleziono w piwnicy.

Zrezygnowani postanowiliśmy dać spokój całej sprawie, bo i co tu można było zdziałać, kiedy tylko słyszeliśmy łoskot i nic poza tym?

I wówczas – niejako na pożegnanie – raz jeszcze rozpętało się piekło: niesamowite huki dobiegały naszych uszu z wielu miejsc jednocześnie – słychać było dobijanie się do drewnianych drzwi na korytarz, i do żelaznych, prowadzących na klatkę schodową, potrząsanie żaluzjowa kratą, uderzenia w stojaki z wybierakami, przewracanie metalowych szafek, wreszcie rumor w piwnicy.

Około godziny 20.00 zapanowała wreszcie cisza. Owo “coś” nie dawało nam spokoju przez półtorej godziny! Był to – powtarzam – majowy wieczór, widno i w pomieszczeniu znajdowało się nas czworo. A zatem? Zatem omamy czy przywidzenia należy absolutnie wykluczyć.

Podobne zdarzenie – a pracowałem w tej instytucji jeszcze przez kilka lat – nigdy więcej się już nie wydarzyło. Tylko starzy pracownicy opowiadali, że zanim jeszcze ja przyszedłem do urzędu, jakieś dziwne trzaski słyszała jedna z telefonistek mająca nocny dyżur. Poza tym zaobserwowała, iż okazała palma rosnąca w ciężkiej donicy, przesuwa się po podłodze w jej kierunku.

* * *

Poltergeist, to popularna nazwa “ducha stukającego”, pochodzi ona od starogermańskiego określenia Paul-tergigst, nadprzyrodzonej istoty władającej hałasem i w ten właśnie sposób zwykło się określać wszelkie niewyjaśnione, acz odbierane zmysłami stuki, hałasy i samoistne przemieszczanie się przedmiotów.

Oczywiście różnej maści XIX i XX-wieczni mędrkowie, wszechwiedzący uczeni, bez trudu znaleźli wytłumaczenie zjawiska, przypisując jego powstawanie... dzieciom w okresie dojrzewania (!), które rzekomo podlegając jakimś (ale jakim, tego nie sprecyzowali, Boże broń!) zaburzeniom w sferze psychiki, zupełnie nieświadomie powodują stukoty, hałasy i poruszają przedmiotami martwymi bez użycia jakiejkolwiek siły z zewnątrz.

Chyba trudno o większy idiotyzm. Ale zwykle tak już jest, że to, co przeciętnemu śmiertelnikowi wydaje się nielogiczne i głupie, “uczonym” wystarcza do wyjaśnienia całej kwestii, której nie rozumieją, a przy pomocy obowiązującej wiedzy o świecie, wytłumaczyć nie są w stanie.

Oczywiście w moim spotkaniu z poltergeistem nie brała udziału osoba w wieku pokwitania. Stukoty i hałasy miały miejsce tylko raz i od owej pory już się nigdy więcej nie powtórzyły. Z racjonalnych wyjaśnień nie udało się znaleźć żadnego, które mogłoby wyświetlić owo dziwne i budzące lęk zdarzenie. Z wyjaśnień zaś pozaracjonalnych, chyba tylko jedno mogłoby pretendować do takowego, to mianowicie, iż budynek Urzędu Telekomunikacyjnego został zbudowany na starym cmentarzu i być może temu należy przypisać owo niesamowite wydarzenie.

Skoro jednak dla nauki nie istnieje nic poza materią, więc nie ma też i duchów. Zatem, jeśli odrzucimy irracjonalne duchy i racjonalne “dziecko w okresie dojrzewania” jako przyczynę potwornego hałasu, to nic nam nie zostanie.

A zatem? Zatem można wyciągnąć tylko jeden wniosek: to co wcześniej opisałem nie mogło mieć miejsca!

Cóż, w świetle obowiązującego wyjaśnienia świata i zjawisk w nim zachodzących, będzie to wniosek logiczny. Tylko co zrobić ze świadectwem zmysłów jeszcze trojga, oprócz mnie, osób, które to słyszały? Co ciekawsze, jedna z nich to zatwardziały ateista i materialista...

Co zobaczyła mała Kasia?

Było to zimą, którejś z sobót lutego lub marca 1981 roku. Franciszek S. tego popołudnia był sam w domu ze swoimi dwiema córeczkami. Miał akurat wolne, zaś jego żona przebywała na dyżurze w pracy. Zmierzch – jak to w zimie – zapadł dość szybko.

Mężczyzna najpierw próbował coś poczytać, ale przy dzieciach mu się to nie udało. W końcu zrezygnował, włączył telewizor, żeby mieć trochę spokoju. Liczył bowiem, że dziewczynki zainteresują się tym, co będzie wyświetlane na małym ekranie, a jemu dadzą odpocząć po nieprzespanej uprzednio nocy, którą spędził w pracy, i równie nieprzespanym (bo nie było ku temu warunków) dniu.

I nie pomylił się. Zarówno trzyletnia Ela, jak i czteroletnia Kasia dały mu odrobinę odsapnąć. Nawet udało mu się zdrzemnąć. Przebudził się akurat w trakcie dziennika telewizyjnego. Młodsza z dziewczynek spała, więc przeniósł ją ostrożnie na jej posłanie, starszej jakoś nie kleiły się oczy, więc pozwolił by jeszcze została.

Leżeli oboje na wersalce. Skończył się dziennik, zaczęto wyświetlać jakąś głupią czeską komedię, która – nie wiedzieć czemu – bardzo podobała się Kasi. Dziecko śledziło akcję rozbawione, śmiejąc się co chwilę na całe gardło.

Chociaż film był idiotyczny, Franciszek spoglądając na córkę również śmiał się serdecznie.

Tymczasem emisja dobiegła końca. Wyświetlono planszę z programem na niedzielę, który Kasia kazała ojcu odczytywać na głos. Zastosował się do jej życzenia. Kiedy skończył, dziecko spojrzało na niego zawiedzione i zapytało:

– A nie będzie przygód Sindbada?

Nie zdążył odpowiedzieć na zadane pytanie, gdy Kasia odwróciła głowę od ekranu telewizora i popatrzywszy w prawy kąt pokoju, nagle – ni stąd, ni zowąd – poczęła krzyczeć.

Drżała wylękniona i pochlipując wołała:

– Boję się... boję się...

– Czego się boisz, córeczko? – zapytał łagodnie Franciszek, jednocześnie zapalając światło. Myślał, że kiedy w pomieszczeniu zrobi się jasno, dziecko się uspokoi. Niestety, pomylił się. Dziewczynka – skoro stało się widno – baczniej przyjrzała się czemuś, co sama tylko widziała w kącie, i wystraszona jeszcze bardziej przytuliła się do ojca z całej siły.

Darmo próbował ją uspokoić, tłumacząc, że przecież nie ma powodów do obaw, bo nikogo prócz nich nie ma w tym pokoju. Ale dziecko przerwało mu słowami:

– Jest, jest. O! Tam! – wyciągniętym paluszkiem pokazując miejsce, w którym czemuś już wcześniej się przypatrywała.

– Co tam jest? – delikatnie sądowa! ojciec. – No, powiedz mi co tam jest, bo ja niczego nie widzę?

– Tam stoi taki straszny czarny pan. Boję się go!...

– Córeczko, zobacz, tu naprawdę nie ma nikogo!

Franciszek podniósł się z wersalki i podszedł do miejsca, w które z przerażeniem w oczach wpatrywała się dziewczynka.

Ale ta poczęła jeszcze bardziej krzyczeć:

–Uciekaj stamtąd! Uciekaj! On się tak brzydko patrzy na ciebie. Boję się go!

Franciszkowi zrobiło się nieprzyjemnie, a skoro dziecko zaczęło znowu krzyczeć, poczuł ogarniający go lęk.

–Tatusiu, prędko, szybko daj mi krzyżyk ze ściany, bo czarny pan tu idzie do nas!

Franciszek już nie usiłował przekonywać córki, że nikogo prócz nich nie ma w pokoju. Ta jej ostatnia prośba przekonała go ostatecznie, iż dziecko rzeczywiście widzi coś strasznego, czego on sam nie może dostrzec.

Oto bowiem, kierując się przekonaniem, że nie należy małym dzieciom pod żadnym pretekstem opowiadać o duchach, diabłach, zjawach czy upiorach, takie tematy nigdy nie były poruszane w domu, ani przez nich samych, ani przez nikogo z rodziny czy znajomych.

A zatem? Dlaczego dziecko zażądało krzyża jako ochrony przed ,,czarnym panem”, który rzekomo znajdował się w mieszkaniu?

Dla mężczyzny stało się oczywiste, iż córeczka rzeczywiście widzi coś, co jest zakryte przed jego oczyma i instynktownie wie, w jaki sposób przed groźnym przybyszem może się zabezpieczyć.

Podał jej zatem krzyż i usiadłszy obok, przytulił ją mocno do siebie. Dziecko szeroko otwartymi ze strachu oczami, jak zahipnotyzowane wpatrywało się przez cały czas w ten sam kąt pokoju, z całej siły przyciskając krzyż do piersi.

Trwało to długo, bardzo długo. Od czasu do czasu, delikatnie, aby córki jeszcze bardziej nie przestraszyć, pytał:

– I co, stoi jeszcze?

–Tak, jeszcze stoi – odpowiedziała.

Dopiero po upływie blisko godziny, dziewczynka odezwała się sama, nie pytana:

– Już poszedł, nie ma go.

W widoczny sposób jej napięcie minęło, chociaż strach nie ustępował jeszcze przez wiele chwil. W końcu jednak zmęczona zasnęła.

Nie miał serca odnosić dziecka na jego posłanie, toteż aż do powrotu żony z pracy, Kasia spała obok ojca. Od tamtej pory minęło już wiele lat, dziewczynka urosła i nie pamiętała owego dziwnego, niepokojącego zdarzenia, ale Franciszek wie, że wówczas rzeczywiście doświadczyła ona spotkania z kimś z natury złym.

Czy był to sam Szatan, któryś z demonów, a może duch pokutującej zmarłej osoby? Tego się nigdy nie dowiemy. Jednego tylko można być pewnym: nie był to omam, halucynacja, ani iluzja. Lecz jeśli nie, to co?