Ludzie o nadludzkich mocach

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ludzie o nadludzkich mocach
Ludzie o nadludzkich mocach
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 22,30  17,84 
Ludzie o nadludzkich mocach
Ludzie o nadludzkich mocach
Audiobook
Czyta Bogumił Ostryński
12,30 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Andrzej Sarwa

Ludzie o nadludzkich mocach

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Grigorij Rasputin, zdjęcie z epoki

Copyright © 2005, 2013 by Andrzej Sarwa

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail: wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-041-3

Dwie rzeczywistości

Wszyscy z nas rodzą się, żyją i umierają na świecie, który sam w sobie jest czymś cudownie niezwykłym, lecz tej jego niezwykłości na ogół nie dostrzegają, a jeśli już, to bardzo rzadko.

Rzeczywistość, której doświadcza jakże wielu z nas, ogranicza się prawie wyłącznie do zdobywania środków służących biologicznemu przetrwaniu samych siebie oraz potomstwa i do niczego więcej. Niekiedy tylko wzruszamy się pięknem kwiatu, barwą motylich skrzydeł, błękitem jeziornej toni marszczonej podmuchami ciepłego wietrzyku... Lecz przecież natychmiast te duchowe doznania dusimy w sobie, aby czym prędzej powrócić do szarej codzienności i w pocie czoła zdobywać chleb powszedni.

Czy to dobre, czy złe? Cóż, niechże każdy sam sobie na to pytanie odpowie. Ja wspomnę tylko, że jest to naturalne, bo zgodne z podstawowymi prawami biologii: prawem do zachowania życia własnego danego osobnika i prawem do zachowania życia gatunku.

Egzystujemy zatem w jakże ciasnych ramach szarej i rzadko wesołej powszedniości, na ogół nie próbując się nawet zastanawiać nad tym, czy może być poza nią coś innego jeszcze.

Niektórym z nas przecież (a może i większości nawet?) zdarza się otrzeć w ciągu jednostajnego biegu żywota o coś co burzy wewnętrzny - zda się trwały, nie podlegający nigdy żadnym zmianom - obraz rzeczywistości jakiej doświadczali od momentu gdy ich uszy wyłowiły pierwszy dźwięk, a ich oczy spostrzegły pierwszy obraz.

I wtedy się buntujemy! Nie chcemy przyjąć do wiadomości, iż oprócz tej naszej - swojskiej, przaśnej - może istnieć równocześnie rzeczywistość inna. Co prawda niekiedy rejestrowana zmysłami, lecz różna od tego co znamy i niemożliwa do wytłumaczenia przy pomocy rozumu, któremu znane są tylko doświadczenia rzeczywistości „zwyczajnej”.

Jest to reakcja tak typowa i tak powszechna, że nie sposób wyobrazić sobie nawet, aby była inna. Oto zetknąłem się z czymś, czego nie jestem w stanie wyjaśnić przy pomocy z n a n y c h mi praw natury. Co więc czuję? Ano najpierw szukam jakiegokolwiek - byle racjonalnego, czy choćby pseudoracjonalnego - wyjaśnienia zjawiska, a kiedy go nie znajduję (bo znaleźć nie mogę!) zaczynam odczuwać niepokój, przeradzający się w strach, a przeciw temu już się buntuję, nie akceptując i odrzucając niewytłumaczalne.

Ludzie, którym zdarzyło się doświadczyć czegoś niepojmowalnego i ponadzwykłego, na ogół nie rozpowiadają o tym na prawo i lewo. Ba! Bywa, że nie informują nawet najbliższych krewnych, z tej prostej i jakże prozaicznej przyczyny: lęku przed ośmieszeniem.

To też typowe i też normalne: boimy się - prawie wszyscy - tego, iżby nam, co nie daj Boże, nie przypięto etykietki niezrównoważonych psychicznie. W normalnym świecie jest bowiem miejsce tylko dla normalnych. Każdy, który czymkolwiek lub jakkolwiek wyróżnia się w jednolitej masie człowieczej nie tylko intryguje swoją innością, ale pozostałych pobudza do agresji (często zresztą nie do końca i nie w pełni uświadomionej).

Niestety, nie ma tak dobrze w naszym świecie, którego się nie lękamy dlatego, iż jest nam przyjazny, lecz dlatego, że jest nam po prostu znany, a przez to swojski; że wszystko i zawsze toczy się tą samą koleiną, w takim samym rytmie.

Zdarza się bowiem, że oto już nie jednostka (która mogłaby owo dokładnie i skutecznie utaić) lecz cała społeczność napotyka zjawisko niepojmowalne dla ograniczonego prawami doczesności rozumu. Zdarza się, że w danej społeczności pojawia się osoba tak różna od przeciętnej i normalnej (w pozytywnym znaczeniu słowa), iż poczyna na siebie zwracać powszechną uwagę.

I wówczas - po prostu - nie pozostaje nic innego, jak - przyjąwszy do wiadomości - uznać owo za realne, chociaż niepojmowalne i niewytłumaczalne. Jednocześnie przybierając jakąś pozę, czy może przywdziewając maskę obojętności. Udając, że to nas nic, a nic nie obchodzi. Po prostu - wmówić sobie, że niezwykłe tak naprawdę jest zwyczajne.

Dopiero wtedy nasz świat wraca do zachwianej uprzednio równowagi, chociaż jednak nie mając innego wyjścia, przez życie samo jesteśmy zmuszeni do uznania faktu, iż tak naprawdę istnieje nie tylko ta jedna, powszednia, rzeczywistość, ale niejako dwie rzeczywistości (chociaż tak naprawdę jest ona tylko jedna, choć ma różne wymiary).

Sądzę, że Czytelnika bez wątpienia zainteresuje zaznajomienie się choćby tylko z niektórymi przejawami niezwykłości, jakie zdarza się - niekiedy - napotkać na zwykłej, wyboistej, zapylonej drodze żywota, wiodącej nas nieodmiennie i nieuchronnie od chwili narodzin, ku chwili zgonu.

Cuda szamanów

Amerykański psycholog Max Freedom Long obejmując w 1917 roku posadę nauczyciela w Honolulu na Hawajach, po raz pierwszy usłyszał o kahunach - tajemniczych kapłanach starożytnego kultu Polinezyjczyków. Ponieważ tubylcy niezbyt chętnie udzielali mu skąpych informacji na ich temat, nie tylko nie zaspokoili ciekawości Amerykanina, ale jeszcze bardziej ją rozpalili.

Już w tamtych czasach kasta kahunów zanikła na skutek zaciekłego zwalczania jej przez misjonarzy chrześcijańskich z jednej strony, a przez krzewicieli „najwspanialszej” kultury białych ludzi z drugiej.

Ponieważ nie ma nic gorszego od rozbudzenia ciekawości człowieka i niezaspokojenia jej, zrozumiałe się staje, że Long nie zadowolił się informacjami podawanymi mu półgębkiem i rozpoczął badanie huny - owej tajemnej religii i równocześnie wiedzy krajowców z wielkim zapałem i ogromnym zaangażowaniem.

Wkrótce trafił na żywą kopalnię wiadomości o hunie i kahunach w osobie dra Brighama - kustosza Muzeum im. P. Bishop w Honolulu.

Człowiek ten - wówczas ponad osiemdziesięcioletni starzec - przyjaźnił się swego czasu z kapłanami hawajskimi i bywał świadkiem ich nieprawdopodobnych wyczynów. Jednym z najbardziej widowiskowych było chodzenie bosymi stopami po rozżarzonej, ledwie skrzepłej lawie wulkanicznej. Co ciekawsze, dr Brigham sam brał udział w takim spacerze pod opieką kahunów.

Oto fragment jego opowiadania zanotowany przez Longa:

„Kiedy kamienie rzucone przez nas na powierzchnię lawy nie zapadły się, z czego wywnioskowaliśmy, że lawa była już dostatecznie twarda, aby mogła (...) unieść nasz ciężar, kahuni wstali i zeszli z usypiska. Gdy zeszli na dół, upał stał się wprost nie do zniesienia. Było tam bez porównania goręcej niż w piecu piekarskim. Lawa ciemniała na powierzchni mieniąc się różnymi barwami, jak stygnące żelazo, nim je kowal zanurzy w kadzi dla zahartowania. Teraz żałowałem mej ciekawości. Sama myśl przerażała mnie, gdy uprzytomniłem sobie, że będę musiał przebiec na drugą stronę po tym płaskim piekle. (...)

Kahunowie zdjęli sandały i przywiązali sobie liście ti (draceny - przyp. A.S.) dokoła stóp, biorąc po trzy liście na stopę. Usiadłem i zacząłem przywiązywać liście po zewnętrznej stronie mych podkutych butów.

To się kahunom nie podobało. Miałem zdjąć buty oraz dwie pary skarpet. Bogini Pele (bogini ognia i wulkanów - przyp. A.S.) nie zgodziła się uchronić moich butów przed spaleniem i pozostawienie ich na nogach mogło ją obrazić. (...) opierałem się stanowczo odmawiając zdjęcia obuwia.

Wyobrażałem sobie, że jeśli Hawajczycy mogli chodzić po gorącej lawie bosymi stopami mającymi twardą skórę, to i ja mogłem przejść w moich ciężkich skórzanych butach o grubych podeszwach, które by mnie chroniły przed gorącem.

Proszę wziąć pod uwagę, że opisywana tu przygoda zdarzyła się wtedy, gdy jeszcze przypuszczałem, iż istnieje jakieś fizyczne wytłumaczenie owego zjawiska.

W końcu kahuni zaczęli uważać moje obuwie na nogach jako doskonały dowcip. Jeżeli jestem gotów poświęcić je bogom, to może nawet jest i dobra myśl. Uśmiechali się do siebie porozumiewawczo i pozwolili mi przywiązać liście ti do podeszew, gdy rozpoczęli nucenie jakiejś pieśni. Słów nie mogłem niestety zrozumieć, bo tekst był w jakimś archaicznym, nieznanym mi hawajskim narzeczu. Była to (...) „mowa bogów” przekazywana z pokolenia na pokolenie od niepamiętnych czasów. Zrozumiałem tylko, że treścią pieśni były proste wzmianki o legendarnej historii, przeplatane pochwałami dla boga lub bogów.

Nim kahuni skończyli śpiewać, już byłem omal że żywcem upieczony, choć śpiew nie trwał dłużej niż kilka minut. Wtedy nadszedł czas wejścia na lawę. Jeden z kahunów uderzył w migocącą powierzchnię lawy wiązką liści ti, i uprzejmym gestem dał mi pierwszeństwo wejścia na lawę. Lecz u mnie natychmiast odezwało się dobre wychowanie i dałem pierwszeństwo starszemu niż ja kahunowi. (...)

Stary człowiek bez wahania wstąpił na tę przerażająco gorącą powierzchnię. Patrzyłem na niego z otwartymi ustami. Był już prawie na drugiej stronie, a odległość od drugiego brzegu wynosiła około pięćdziesięciu metrów. Nagle mnie ktoś pchnął tak, że miałem do wyboru albo paść na twarz, albo uchwycić rytm biegu.

 

Nie wiem jakie szaleństwo mnie opętało, lecz biegłem. Gorąco było straszliwe. Wstrzymywałem oddech, a umysł mój przestawał pracować (...) po pierwszych kilku krokach zaczęły mi się palić podeszwy (...) Szwy puściły i jedna podeszwa urwała się, a druga kłapała trzymając się jeszcze obcasa. (...)

Wreszcie skoczyłem na miejsce bezpieczne.

Spojrzawszy na stopy spostrzegłem, że (...) palą się skarpetki. Kahuni pokazywali sobie leżącą opodal na lawie dymiącą podeszwę mego buta (...) i tarzali się ze śmiechu.

Ja też się śmiałem. Nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy, że już jestem poza zasięgiem niebezpieczeństwa, i że na mych stopach nie ma śladów skutków ognia, nawet w miejscach gdzie paliły się skarpetki. (...) Również żaden z kahunów nie odniósł oparzenia, choć liście ti przywiązane do nóg dawno się były spaliły.” (Max Freedom Long, „Cuda w świetle wiedzy tajemnej”, Kraków 1983, cz. I. s. 14-15)

Czytając ów opis, mimo woli nie dowierzamy realności tego, czego doświadczył dr Brigham, starając się znaleźć jakieś racjonalne wyjaśnienie fenomenu. A ponieważ nie jesteśmy w stanie ani zagadki rozwikłać, ani wyjaśnić przy pomocy dostępnej nam wiedzy, najchętniej skłaniamy się ku poglądowi, że było to albo oszustwo, albo zbiorowa halucynacja. Czyli że nic z tego, o czym pisze Long, nie miało miejsca w rzeczywistości. Ba! Gdybyż to był przypadek odosobniony i szło wyłącznie o relację Brighama. Niestety tak dobrze nie ma. Ponieważ sztuka chodzenia po ogniu znana była nie tylko dawnym Polinezyjczykom, ale także praktykowana w innych rejonach globu ziemskiego, na przykład w Indiach, a najbliżej nas w Bułgarii.

Istnieje wiele relacji europejskich świadków, liczne filmy i fotografie. Może da się oszukać zawodne zmysły człowieka, ale przecież nie obiektyw kamery. Tak więc w końcu uznano za bezsporne i nie podlegające dyskusji chodzenie po rozżarzonych węglach, kamieniach, lawie... Nie wiedziano natomiast jak wyjaśnić fakt, iż taki spacer nie powoduje poparzenia nóg, aż ktoś w zacisznym gabinecie wykoncypował, że jest to możliwe, ponieważ idąc nie przyciska się całej powierzchni stopy do podłoża, i idąc szybko, można uniknąć poparzenia. Wielka szkoda, że ten który to wydumał, nie sprawdził hipotezy w praktyce. Jestem całkowicie przekonany, że prędziutko by ją odwołał, kurując się z bąbli na podeszwach. Ponieważ jednak tego nie uczynił, plącze się ona w wielu pracach jako „racjonalne wyjaśnienie zjawiska” (że też większość „racjonalnych, naukowych wyjaśnień”, zjawisk niewytłumaczalnych, to podobne do tego idiotyzmy).

Cóż zatem powoduje, że niektórzy ludzie mogą bezkarnie chodzić po ogniu? Czyżby liście draceny, którymi polinezyjscy czarodzieje obwiązują sobie stopy miały jakieś szczególne właściwości? Ponieważ wiem, iż tę roślinę można spotkać na niejednym parapecie, z góry ostrzegam przed podejmowaniem prób chodzenia po żarze w domowym zaciszu. Dracena nie pomoże - można mi wierzyć.

Jeśli nie dracena to co? Wiadomo iż czarodzieje przed spacerem po ogniu wprowadzają się w pewnego rodzaju trans przy pomocy śpiewu i tańca. To właśnie ma największe znaczenie, doprowadzając uczestników obrzędu do stanu będącego pograniczem jawy i snu, a żywo przypominającego zachowanie się ludzi znajdujących się pod wpływem sugestii hipnotycznej. Chociaż nadal nie wiadomo czym właściwie jest hipnoza, to od pewnego czasu z powodzeniem stosuje się ją między innymi w medycynie. Człowiek znajdujący się w transie, na rozkaz hipnotyzera przestaje odczuwać ból, co samo w sobie jest nie mniej tajemnicze od spacerów po ogniu, i nie odczuwa oparzeń - nawet miejsc szczególnie bogato unerwionych - czego sam niejednokrotnie byłem światkiem. Nie reaguje na dotyk rozżarzonego papierosa, ani płomienia zapałki i to na dowolnie długi czas. Niestety, mimo nieodczuwania bólu dochodzi do poparzeń, lub w najlepszym wypadku do mocnego zaczerwienienia skóry poddanej działaniu bodźca termicznego. Ponieważ podobnych efektów nie obserwuje się u szamanów chodzących po ogniu. Zatem wyjaśnienie za pomocą hipnozy czy autosugestii można z całym spokojem odrzucić. Chyba że... nie wszystko jeszcze wiemy o ich działaniu. Ale przecież wyjaśnianie zagadek innymi zagadkami nie jest właściwie żadnym wyjaśnieniem.

Tak więc koło się zamknęło. Chodzenie po ogniu jest faktem, zaś na rozwikłanie tajemnicy tego fenomenu trzeba będzie jeszcze poczekać, o ile oczywiście ono w ogóle nastąpi.

* * *

Czarodziejami-szamanami czyniącymi podobne cuda byli nie tylko hawajscy kahuni. Ludzi posiadających niewyjaśnione, sprzeczne z naukowym obrazem świata i zjawisk na nim zachodzących, właściwości można było napotkać - a nawet spotyka się ich dziś jeszcze - w różnych częściach świata.

Pewien młody europejski lekarz był świadkiem wydarzenia nie mniej tajemniczego niż chodzenie po ogniu.

Otóż, wśród afrykańskiego plemienia Gola dokonano zabójstwa, którego sprawcę konwencjonalnymi metodami śledczymi nie dało się wykryć. Wówczas wódz plemienia postanowił poprosić o pomoc szamankę.

Na rozkaz wodza wszyscy mieszkańcy wsi zgromadzili się na wielkiej polanie, gdzie zaproszona przystąpiła do szukania winnego pośród zebranych.

Wyglądało to tak: stanęła przed tłumem trzymając w dłoni długi drewniany pręt, opuszczony pochyło ku ziemi. Po obydwu jej stronach przykucnęły dwie stare kobiety, z których jedna na znak dany przez wodza poczęła, zrazu wolno, a później coraz szybciej, rytmicznie uderzać krótką pałeczką w pręt dzierżony przez czarownicę. Ta ostatnia jakby zesztywniała, oczy jej zaszły mgłą, a całym ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze. Po chwili jęła prętem uderzać o ziemię, a kurcze targające jej ciałem nasiliły się do tego stopnia, że straciła równowagę i upadła na bok. Widać było, iż znajduje się w transie, na co wskazywał zarówno jej wygląd, jak i zachowanie. Nadal tocząc się rytmicznie po ziemi, niczym automat, uderzała prętem o jej powierzchnię. Otaczający ją ludzie z przerażeniem cofnęli się. Wówczas szamanka porwawszy się na nogi dopadła jednej z kobiet - krewnych zamordowanego i z dziką furią poczęła ją bić trzymanym prętem. Winowajczyni w ten sposób wskazana, bez najmniejszego sprzeciwu, bez oporu, przyznała się do zbrodni.

Chociaż cały obrzęd wydał się obserwującemu go Europejczykowi prymitywny i dziki, to jednak przyniósł oczekiwany rezultat. Być może nie ma w tym nic nadprzyrodzonego, a sukces w wykryciu morderczyni należy przypisać wyłącznie doskonałej znajomości zachowań ludzkich i spostrzegawczości szamanki, która obserwując zebranych ludzi potrafiła bezbłędnie wskazać winną, opierając się na jakimś specyficznym jej zachowaniu, nacechowanym lękiem przed zdemaskowaniem, czy też niepewnością. Chociaż maska pozornego spokoju jaką przybrała zabójczyni, mogła ją osłonić przed wszystkimi innymi mieszkańcami wioski, to nie spełniła tego zadania w spotkaniu z czarownicą. (wg.: Emmanuił Swietłow, „Magizm i jedinobożije”, Bruxelles 1971, s. 51-52)

A oto przykład niezwykłych psychicznych sił szamanów zawarty w relacji rosyjskiego etnografa W. Bogoraza:

Prowadząc badania na jednej z wysp u wybrzeży Alaski spotkał się tam z szamanem. Ponieważ w tamtych rejonach szamanizm znajdował się już w zaniku, uczony ucieszył się mając możność zobaczenia na własne oczy pokazu legendarnych umiejętności czarowników. Zgodził się je zademonstrować ostatni potomek szamańskiego rodu, starzec Assunnarak.

On to stanąwszy przed badaczem ze skrzyżowanymi na piersi rękoma rozkazał mu narzucić na jego gołe plecy końce wielkiego czerwonego amerykańskiego pledu, na który najwyraźniej miał ochotę. Mimo iż staruszek trzymał ręce na piersiach i z całą pewnością ich nie użył, pled przylgnął do jego pleców niczym żelazo do magnesu.

Badacz ciągnąc z całej siły za drugi koniec nie był w stanie go oderwać. Później szaman począł wlec etnografa, który w końcu zaparł się nogami o poprzeczkę łączącą boki namiotu, ale Assunnarak nie dawał za wygraną. Pled nadal był jak przyklejony.

Kiedy w czasie tego siłowania się Bogoraz ani myślał ustąpić, szaman sprawił, że namiot dosłownie „stanął dęba”. Sterta naczyń znajdujących się w kącie z brzękiem poleciała na ziemię, a garnek, a garnek z topniejącym śniegiem się przewrócił, zalewając całe wnętrze.

Wówczas badacz dał spokój, puszczając końce pledu, a szaman, który najwyraźniej czekał na taki obrót rzeczy, natychmiast wypełznął z namiotu, triumfalnie krzycząc: „Pled jest mój!” (wg.: W. Bogoraz, „Einstein i religia. Primienienije principa otnositielnosti k issledowaniu religjoznych jawlenij”, Moskwa 1923, s. 6)

Trudno chyba podejrzewać poważnego badacza o zmyślenie całej historii. Trudno również wszystko wyjaśnić działaniem hipnozy, chociaż kto wie, czy stary Assunnarak nie skorzystał z niej w opisanym przypadku. Z drugiej jednak strony relacja badacza jest zbyt rzeczowa, aby przypuszczać, iż w czasie „pokazu” nie posiadał pełnej świadomości.

Myślę, że była to demonstracja wspaniałych zdolności telekinetycznych (przemieszczanie przedmiotów w przestrzeni bez użycia siły fizycznej) szamana. Skoro zaobserwowano i takie historie, jak np. zginanie stalowych sztućców „siłą woli”, to czarownikowi mogło się udać „przylepienie” pledu do własnych nagich pleców i wstrząśnięcie namiotem.

Jeszcze lepszy przykład wskazujący na używanie telekinezy przez szamanów podaje badacz amerykański F. Mowet, który długie lata spędził między Eskimosami.

Któregoś jesiennego popołudnia, gdy Mowet wraz z przyjacielem siedział w chacie delektując się herbatą, odczuł silny wstrząs. Domek zachwiał się w posadach. Mężczyźni przekonani, iż nastąpiło trzęsienie ziemi, przestraszeni wybiegli na dwór. Tam jednak panował zupełny spokój, a stadko jeleni odpoczywało, bynajmniej nie spłoszone. Wrócili zatem do chaty i na nowo zabrali się do herbaty. Ledwo jednak usiedli, wstrząs się powtórzył. Blaszane kubki spadły ze stołu, zatknięte za krokwie prawidła do naciągania skór z trzaskiem potoczyły się po podłodze. Tym razem przestraszeni już nie na żarty znów wybiegli na zewnątrz i znów nie dostrzegli niczego niezwykłego. Jelenie pasły się dalej. Ogłupiali podróżnicy pobiegli ku szałasowi Eskimosów sądząc, iż oni mogą im wyjaśnić owe wstrząsy. Ale ci o niczym nie wiedzieli i skierowali białych do szamana Kakuni. Gdy stanęli przed jego obliczem, ten - nim zdążyli otworzyć usta - śmiejąc się powiedział, iż oczekiwał ich przybycia i wiedział po co przyjdą.

To Apopa (duch) trząsł ich chatą - wyjaśnił szaman. (wg.: E. Swietłow, dz. cyt., s. 55)

A oto kolejny opis, zdający się dowodzić realności niewytłumaczalnych psychicznych zdolności czarowników:

Francuski dziennikarz, pisarz i podróżnik Pierre-Dominique Gaisseau przebywający wśród afrykańskiego plemienia Toma był świadkiem niesamowitego wydarzenia.

Pewnego razu Gaisseau wraz z dwoma towarzyszami i czarownikiem Waune odpoczywali w chacie. Naraz wszyscy trzej biali usłyszeli dziwne dźwięki. Drzwi skrzypiąc przeraźliwie otworzyły się na całą szerokość i w progu stanął... szaman Waune. Francuzi wystraszyli się nie na żarty, bo szaman równocześnie nadal spoczywał na swoim posłaniu umieszczonym za posłaniem Gaisseau. Podróżnik nie ośmielając się poruszyć i wstrzymują oddech, w świetle lampy, która stała na podłodze, przypatrywał się niesamowitemu zjawisku. Przybysz przez chwilę kołysał się w miejscu, po czym pochylony przelazł pod hamakami Francuzów i wszedł - wniknął w pogrążone we śnie ciało czarownika. Biali dyskutując zawzięcie na temat tego, czego byli świadkami, doszli do wniosku, że zjawiska nie da się w żaden rozumowy sposób wyjaśnić.

Wreszcie na koniec zostawiłem sprawę chyba najciekawszą i budzącą największe niedowierzanie u sceptyków, a największy podziw u ludzi przeświadczonych o realności zjawiska.

Mowa tu o lewitacji, czyli zdolności do unoszenia się człowieka w powietrzu, co przeczy powszechnemu prawu ciążenia. Temu prawu, bez którego niemożliwe byłoby życie na Ziemi i bez którego rozpadłby się Wszechświat.

Bajki! Mogą zaprotestować Czytelnicy.

Bynajmniej. Przypadki lewitacji zdarzały się (i zdarzają nadal) stosunkowo często, a co więcej, dysponuje się zeznaniami świadków, a ostatnimi czasy także fotografiami (autentycznymi, a nie trikowymi), które w sposób bezsprzeczny dowodzą tego, iż zjawisko lewitacji wystąpiło rzeczywiście.

Lewitacja była znana i praktykowana przez kapłanów polinezyjskich, a ich popisy obserwować mogli przybyli na wyspy biali, dzięki którym właśnie wiemy o tym dzisiaj. Jeden z opisów mówi, jak pewien kapłan, odpychając się lekko od stromej ściany skalnej dwoma cienkimi patykami, „wypłynął” w ten sposób na sam szczyt.

 

Unosić się w powietrzu, drwiąc sobie z praw fizyki potrafili także święci mężowie, jogini w Indiach. Pod koniec ubiegłego wieku, świadkiem niezwykłego zdarzenia był holenderski lekarz, doktor van Leuven, które mógł dokładnie zaobserwować, goszcząc któregoś dnia w celi pewnego hinduskiego mnicha. A oto co pisze na ten temat:

„Siedziałem nieporuszony, wzrok miałem wlepiony w mnicha, by skontrolować, co robi; byłem bowiem zdecydowany każdą próbę omamienia mnie z całą stanowczością zdemaskować. Ale nic nie zaszło. Cierpliwość moja była narażona na długą próbę. Mnich w ogóle nie poruszał się; stał jakby posąg. Nie wiem, jak długo to trwało.

Nagle - nie umiem podać, jak to się stało - miałem wrażenie, że mnich nie znajduje się więcej tam, gdzie był dotychczas, a o pół metra nad ziemią. Nie mogę inaczej tego wyrazić: bujał w powietrzu! Pod nim była pusta przestrzeń... Omyłka, lub złudzenie optyczne było wykluczone. Wpatrywałem się bystro; fenomen trwał! Ba, po chwili postać mnicha wzniosła się wyżej jeszcze, mniej więcej o 30 centymetrów. Mnich przez cały czas nie zmienił postawy ciała, nie poruszał się.

Skupiłem głownie uwagę na swój własny stan. Stwierdziłem, że moje zmysły działają normalnie, że moja władza myślenia jest normalna. Nie znajdowałem się w transie; widziałem wszystko dokładnie. Zauważyć muszę, że było jasno; mogłem zauważyć nawet cień bujającej w powietrzu postaci.” (cyt. za: MEB, „Tajemnice Jogów. Cudowny świat między rzeczywistością a sferą urojeń”, Warszawa brak roku wydania, s. 54-55)

Ale i u nas w Europie zjawisko lewitacji nie należy wcale do rzadkości. Po dziś dzień zachowały się świadectwa, mówiące o tej zdolności świętej Teresy z Avila, Doktora Kościoła (1515 - 1582), która uniosła się niejednokrotnie w powietrzu nie tylko w zaciszu swej celi klasztornej, ale i podczas uczestnictwa we mszy, w kościele, na oczach tłumu. Co ciekawe, tej swojej nadnaturalnej umiejętności wstydziła się mocno, prosząc Boga, aby ją od niej uwolnił.

Nasz rodak, błogosławiony Ładysław z Gielniowa, pewnego razu w Wielki Piątek 1505 roku, podczas wygłaszanego przez siebie kazania, w obecności zebranych w świątyni wiernych, popadł w ekstazę, uniósł się ponad ambonę, budząc tym oczywiście całkiem zrozumiałą sensację. (por.: Joanna Ottea, „Święci i błogosławieni polscy”, Sandomierz 1987, s. 139)

Żyjący wcześniej niż oboje z wymienionych wcześniej świętych, święty Franciszek z Asyżu (ok. 1182-1226) także lewitował, czego świadkiem był jego uczeń i współbrat zakonny, Leon.

„(...) brat Leon z czystością wielką i z dobrym zamiarem [zaczął] badać i rozważać życie świętego Franciszka i dzięki czystości swej zasłużył sobie, że widział coraz częściej świętego Franciszka zachwyconego w Bogu i wzniesionego nad ziemią, niekiedy na trzy łokcie wysoko, niekiedy na cztery, kiedy indziej aż na wysokość buka, a kilkakrotnie widział go tak wzniesionego wysoko nad ziemią i takim otoczonego blaskiem, że ledwo mógł go dojrzeć. A cóż czynił ten brat pełen prostoty, kiedy święty Franciszek tak mało był wzniesiony nad ziemią, że ów mógł go dosięgnąć? Podchodził cicho, ujmował nogi jego, całował je i mówił ze łzami: ‘Boże mój, miej litość nade mną grzesznikiem i przez zasługi tego człowieka świętego pozwól mi znaleźć Twą łaskę’.” („Kwiatki świętego Franciszka z Asyżu”, przełożył Leopold Staff, Warszawa 1959, s. 218)

Jak wspomniałem wcześniej, zjawisko lewitacji jest również obserwowane współcześnie i utrwalone nawet na taśmie filmowej. To ostatnie najbardziej chyba winno przekonać sceptyków. Oszukać może da się zawodne zmysły ludzkie, ale fotokomórkę?

* * *

Czarownicy, szamani, znachorzy-cudotwórcy, czy jak ich tam jeszcze nazwać, nieodwołalnie opatrzeni przez Europejczyków etykietką oszustów żerujących na naiwności ludzkiej i ciągnący z tego spore zyski, po zapoznaniu się z wcześniej przytoczonymi przykładami wydają się już chyba mniej odrażający.

Nie można oczywiście twierdzić, że wszyscy czarownicy byli (i są) ludźmi uczciwymi. Na pewno trafiało się między nimi także sporo oszustów, ale w którymż to zawodzie ich nie ma? Jednak większość obiektywnych relacji badaczy i podróżników spotykających się z szamanami wydaje o nich jak najlepsze świadectwo. Etykietę darmozjadów przypięli im ci, którzy sądzili, iż sprawowanie przez szamanów obrzędów jest tak samo zrutynizowane, jak w przypadku wielkich religii.

Otóż nic bardziej błędnego od takiego poglądu. Przede wszystkim szamanem może zostać wyłącznie osoba wybrana przez duchy. Sama chęć człowieka nie ma tu żadnego znaczenia.

Pewien czarownik, imieniem Igiugariuk opowiadał znanemu badaczowi Knudowi Rasmussenowi, że w młodości nawiedzały go często widzenia senne, podczas których rozmawiały z nim nieznane istoty. Kiedy się budził, miał je nadal przed oczyma.

Współplemieńcy wyjaśnili mu, iż posiada właściwości potrzebne do kontaktowania się z duchami i postanowili, że musi zostać szamanem. Igiugariuk bezskutecznie usiłował przeciwstawić się swojemu powołaniu, ale w końcu musiał ulec.

Gdy osoba wybrana sprzeciwia się woli duchów, może spodziewać się zaburzeń psychicznych, omamów i halucynacji. W przypadku dalszego uporu może dojść do ciężkiej choroby, a nawet zgonu.

Przygotowując się do pełnienia funkcji szamana musi przejść jeszcze wielką próbę. Oddala się od rodzinnej osady i w samotności poddaje się ciężkim ćwiczeniom ascetycznym, myśląc równocześnie o sprawach duchowych. Post może nieraz trwać kilkadziesiąt dni, na skutek czego adept zapada często w stan podobny do śmierci. Z chwilą zupełnej psychicznej metamorfozy człowieka, kończącej się objawieniem ducha opiekuńczego staje się on szamanem.

Czym więc jest szamanizm? Chociaż słowo to zaczerpnięto z języka Ewenków mieszkających na Syberii, nie znaczy że tylko tam należy go szukać. Szamanizm bowiem jest może nie tyle religią (chociaż bazuje na animizmie), ile sposobem na kontaktowanie się ze światem duchów. Rolę pośrednika między tą, a tamtą stroną spełnia właśnie szaman, którego psychika jest do tego specjalnie predysponowana. Tak rozumiany szamanizm występował na całej prawie kuli ziemskiej: na Syberii, w Ameryce Północnej, Tasmanii, Ziemi Ognistej, Australii, Afryce, Polinezji oraz w Europie, gdzie najdłużej utrzymał się wśród Lapończyków.

Kontaktom czarowników ze światłem pozazmysłowym służą specjalne obrzędy, których nieodłącznym atrybutem jest bęben odgrywający rolę narzędzia do przywoływania duchów. Przy jego użyciu szaman w czasie kamłania (jest to również słowo syberyjskiego pochodzenia oznaczające wzywanie duchów) wprowadza się w trans, podczas którego wydaje mu się, że odbywa podróż w Zaświaty.

Walenie w bęben, śpiew i wrzaski czarownika, wbrew utartym opiniom, wcale nie mają służyć wywarciu odpowiedniego wrażenia na widzach, lecz są potrzebne do wprowadzenia się w stan katalepsji, który szaman uważa za mistyczny.

Po „przyjściu do siebie” szaman zna już odpowiedź na zadane w wcześnie pytania, potrafi rozwiązać problemy swych współplemieńców, przepowiadać przyszłość.

Czy są to tylko i wyłącznie kłamstwa? „Dzicy” stawiają szamanowi konkretne pytania, na które musi dawać konkretne odpowiedzi. Biada mu jeżeli się okaże, że jego rady są z a w s z e złe, a przepowiednie zawsze fałszywe Taki czarownik musi opuścić swoją społeczność. To fakt, iż sporo spośród nich zostaje wypędzonych - szczególnie ci, którzy trudnią się leczeniem - ale jeszcze więcej działa, ciesząc się doskonałą opinią. Czy zupełnie bezpodstawnie?

W literaturze bardzo często spotyka się pogląd, że szamani wyzyskiwali współplemieńców w krańcowy sposób. Nic błędniejszego. Dawna przysięga szamańska zawiera takie zdanie:

„Jeśli wezwą cię jednocześnie do bogatego i biednego, to idź najpierw do biednego i nie żądaj wiele za swój trud.” (cyt. za: W.M. Michajłowskij, „Szamanstwo. Srawnitielno-etnograficzeskoje oczerki”, Moskwa 1892, s. 75), a Bronisław Piłsudski (brat Józefa) badacz życia Ajnów i sam zresztą ożeniony z Ajnuską, tak pisał:

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?