Antykomunizm, czyli upadek Polski

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Deprawacja

W sprawie klęski w IPN historycznego profesjonalizmu trudno dorzucić nowe argumenty po artykule Mirosława Czecha. Skoro jednak Andrzej Friszke nadmienił wcześniej o lustracji dominikanina, ojca Konrada Hejmo, to warto przypomnieć, jak tryby mielące historyków działały w IPN także w czasach Leona Kieresa. Bo przypadek z Hejmą to nie był, jak chce Friszke, jedynie „błąd”! Lustrujący zakonnika Andrzej Grajewski, Paweł Machcewicz i Jan Żaryn nie zadali sobie trudu ani nawiązania kontaktu z „oskarżonym”, ani przeprowadzenia rozmowy z prowadzącym go esbekiem, ani nawet przeczytania artykułów z pisma „W drodze”, mogących świadczyć o stopniu szkodliwości podjętej przez Hejmę współpracy. Za emocjonalizm oskarżeń Grajewski przynajmniej przeprosił, natomiast Machcewicz – skądinąd jeden z najwybitniejszych historyków swego pokolenia – na pytanie, czy skonfrontuje materiały esbeckie z funkcjonariuszem „prowadzącym” ojca Hejmę odpowiadał: „Mam wątpliwość natury etycznej. Traktowanie funkcjonariusza SB, którego zadaniem było osaczanie ludzi, łamanie ludzi, jako pełnoprawnego źródła – to dla mnie nieetyczne” („Gazeta Wyborcza” 14 VI 2005).

Powstaje więc pytanie: czy historyk może być takim wrażliwcem? Czy ma on klasyfikować źródła pod względem postawy moralnej ludzi je wytwarzających? Czy taka selekcja nie jest przejawem założonej z góry tendencji? I czy w ogóle można mieć taki stosunek do badania przeszłości? Minęło jednak parę lat i w wystąpieniach Machcewicza przestałem słyszeć dawną zajadłość. Co się zmieniło? Tylko jedno: nie pracuje on już w IPN.

I tu właśnie tkwi problem. Profesor Paczkowski bezpodstawnie insynuuje „Gazecie Wyborczej” ukucie terminu „historyk IPN-owski”: termin taki funkcjonuje od dawna w środowisku historycznym, a dokumentuje to Friszke, piszący o „izolowaniu się historyków IPN od życia naukowego uniwersytetów czy struktur PAN”. Na uprawianie historiografii tendencyjnej historyk IPN-owski jest bowiem po prostu „skazany”, co oczywiście nie znaczy, by fachowcy o twardym kręgosłupie nie byli w stanie temu się oprzeć, ani że nie powstają w IPN również książki ważne i cenne, bywa że i rewelacyjne. Jednak pokusa wartościowania (osądzania, piętnowania etc.) uwidacznia się w Instytucie raz za razem, poczynając właśnie od sprawy ojca Hejmo, gdy materiał historyczny musiał być w ekspresowym tempie przygotowany pod z góry założoną tezę, po oskarżenie przez prezesa Kurtykę Aleksandra Kwaśniewskiego – akurat wtedy, gdy były prezydent zaryzykował krytykę Instytutu. A dołącza się do tego „przyjmowanie optyki źródeł”, w tym przypadku źródeł służb specjalnych – w dodatku komunistycznych służb specjalnych – a to już wymaga niezwykłej ostrożności i precyzji, nieznanych IPN-owskim „wilczkom”, choćby tylko z racji ich tak często młodego wieku.

Ale nieszczęściem jest też ustawowe ograniczenie obszaru badawczego IPN: ma on zajmować się wyłącznie okresem 1939–1990. Pomińmy już datę końcową, choć – gdy trzeba było uderzyć w Lecha Wałęsę – badania bez problemu dochodziły do roku 1995. Lecz jak może być poważną instytucja, która nie tylko ma ustawowo ograniczone pole badań, ale nawet na tym polu (jak świadczy cytowany w poprzednim rozdziale Janusz Kurtyka) dokonuje zawężeń dalszych, dokonywanych w dodatku z przyczyn nie merytorycznych, lecz ideologicznych? IPN, jak się wydaje, powstał nie po to, by ocalać narodową pamięć, lecz by amputować całe obszary narodowej pamięci.

Manipulacja

Przyjęcie głębokich wartościowań nie może przy tym nie rzutować na epoki jeszcze wcześniejsze. Wszak gdyby przez IPN-owskie sito prze­puścić bojowników o niepodległość z czasu zaborów, niewielu cnotliwych by się ostało. W każdym razie nie uchroniłby się ani Kościuszko, biorący od cara grube pieniądze w zamian za obietnicę niepodniesie­nia już oręża, ani Mickiewicz, przyrzekający donosić na kolegów, ani Łukasiński, zakładający konspirację z podszeptu tajnej policji, ani Traugutt – oficer rosyjski, tłumiący węgierską Wiosnę Ludów … A cóż powiedzieć o bohaterach powstania styczniowego, którzy w zeznaniach złożonych w śledztwie byli tak niepowściągliwi? I cóż rzec o bohaterach innych XIX-wiecznych powstań? Dlaczego nikt nie wpadł na pomysł, by również tamtą historię napisać „na nowo”: na bazie papierów policyjnych?

Ale spoko. Prędzej czy później, ktoś na to wpadnie. Sygnały już zresztą się pojawiły – na razie w postaci oskarżeń pod adresem wielkiego badacza historii XIX wieku, prof. Stefana Kieniewicza. Choć przy okazji warto odnotować, że akurat w tej konkretnej sprawie wyważone i powściągliwe stanowisko zajął, tak zwykle radykalny, prof. Andrzej Nowak – vide wywiad z nim w „Dzienniku” z 4–5 IV 2009. Nie zmienia to faktu (można rzec: tym bardziej nie zmienia to faktu, który widzi nawet Nowak), że pisanie „na nowo” historii Polski XIX wieku jest niebezpieczeństwem realnym. I nie trzeba tłumaczyć, że byłoby to dla polskiej pamięci zbiorowej – ba! dla polskiej tożsamości – zabójcze.

Na razie wszakże niebezpieczeństwo mamy jedno: IPN-owską kodyfikację polskiej pamięci, dotyczącej czasu niedawno minionego: drugiej połowy XX wieku. Przeorania tożsamości na tę skalę nie dokonywano u nas od czasu stalinizmu i trudno do takich działań nie czuć obrzydzenia, skoro wyraża się w nich nie tylko światopoglądowo-partyjna tendencyjność historyka, ale też jego pogarda dla zdrowego rozsądku obywatela. Można się cieszyć, że – jak się zdaje – zabiegi te poniosły klęskę. Ale nie sposób się cieszyć, że dla najmłodszych pokoleń historia ostatnich lat dwudziestu jest świństwem. Czy taki ma być rezultat „edukacji” IPN?

Kolejnym rezultatem jest zaś stan polskich archiwów. Wielokrotnie alarmowałem, że IPN, tak na mocy konkretnych paragrafów ustawy, jak w swej codziennej praktyce, przenosi i faktycznie rujnuje zespoły archiwalne, że dokonywane w ten sposób ich upolitycznienie jest zjawiskiem niespotykanym w najczarniejszych czasach PRL. Przed paru laty (w „Polityce” z 9 VI 2007) mówił o tym wiceprezes Stowarzyszenia Archiwistów Polskich, Zbigniew Pustuła: „Żadne względy racjonalne, wynikające z wielu lat doświadczeń państw demokratycznych, nie uzasadniają wyjęcia fragmentów zasobów archiwalnych z mnóstwa instytucji – bo do IPN ściągnięto akta z ok. 150! – i skoncentrowania tego w jednym miejscu”. Gniewną polemikę z Pustułą wszczął wtedy natychmiast prof. Andrzej Paczkowski – czy można się temu dziwić? Tymczasem straty w polskich archiwaliach są już nie do odrobienia, bo nikt po raz drugi nie będzie zbiorów przetasowywał i przenosił z IPN na miejsce im właściwe. I jest to może najwyższa cena, jaką zapłaciliśmy za istnienie IPN-u. Nie widzi jej tylko naczelny dyrektor Archiwów Państwowych, dr Sławomir Radoń; za to (w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” z 11–13 IV 2009) staje się on po raz kolejny demagogiczną tubą IPN.

Krzywda

Ale i tak najgorszy jest w IPN los obywatela: w każdej chwili może on stać się przedmiotem ataku. Wynoszenia z poesbeckich archiwów nazwisk zarejestrowanych tam ludzi nie byłbym w stanie zaakceptować nawet w przypadku kapusiów (od wymierzania sprawiedliwości jest z jednej strony sąd, z drugiej – konfesjonał), tym bardziej więc nie mogę tego przyjąć w przypadku osób niewinnych. Bo przecież są tu też ludzie niewinni! I choć Bronisław Wildstein ma zapewne rację, że „bezpieka nigdy siebie nie oszukiwała”, to równocześnie nie ma racji, bo nie uwzględnia zwykłego w PRL bałaganiarstwa i nacisków „statystycznych”, owego „wielkiego picu”, o którym pisze Mirosław Czech, czy zwykłych w rodzaju ludzkim barier intelektualnych i szumu komunikacyjnego, a wreszcie i rozmaitych kategorii współpracy oraz różnych technik pozyskiwania informacji, w rodzaju słynnej instrukcji gen. Kiszczaka nakazującej kamuflowanie źródeł. Przytoczmy dwa tylko nazwiska: Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Ten pierwszy, po ujrzeniu swej teczki, rzekł, że odzwierciedla ona „ubecką wizję świata”. Ten drugi jest kojarzony z „lojalką” – w rzeczywistości fałszywką wyprodukowaną w latach dziewięćdziesiątych. A skoro takie oszustwo popełniły służby III RP – jak możliwa jest pełna wiarygodność dokumentów wytworzonych przez SB w PRL?

Tymczasem IPN zdaje się mówić obywatelowi: to, co od nas otrzymujesz, to wszystko prawda. Od dziś jesteś depozytariuszem wiedzy dostępnej nielicznym. I teraz wiesz: nie ma ludzi niewinnych. Są ci, na których już coś znaleziono, i ci, na których jeszcze nic nie znaleziono. Bo wszystko jest ubrudzone, ale ty sam – ty jeden – jesteś czysty: nie na darmo otrzymałeś dostęp do świątyni prawdy. A równocześnie, z samej IPN-owskiej „góry”, sączą się kolejne „rewelacje”: a to książka Cenckiewicza i Gontarczyka o Wałęsie, a to przypis Żaryna o ks. Jankowskim…

I tak oto, hipnotyzując, żeruje IPN na ludzkich słabościach. Wiem, co mówię, bo przed laty, na wieść o agenturalnym uwikłaniu ojca Hejmo, złapałem się na odruchu satysfakcji: „a to dostało się temu stronnikowi Radia Maryja”! I gdy po paru minutach nadeszła refleksja, pomyślałem, że przecież bardzo dobrze rozumiem lustratorów. My, ludzie, lubimy łapać bliźniego na złym uczynku. Wyrastamy wtedy w swoich oczach, napawamy się dumą, że nie jesteśmy „tacy, jak ten oto celnik”. Przed paru laty moi koledzy z Uniwersytetu Jagiellońskiego napisali w kontekście ustawy lustracyjnej: „Informujemy publicznie, że złożyliśmy takie oświadczenia [lustracyjne – A.R.], nie czując żadnej niedogodności z tym związanej. A uczyniliśmy tak nie tylko z tego powodu, że nie mamy się czego wstydzić, ale przede wszystkim dlatego, iż uważamy, że tak pracodawca, jak młodsi koledzy i studenci, mają prawo wiedzieć, jak postępowaliśmy niegdyś” [wszystkie podkr. – A.R.]. Umiemy więc zadbać o certyfikat własnej moralności… Zwłaszcza że to tak proste: udać się po zaświadczenie do IPN. Stawka jest wysoka: w IPN grzechy nie będą nigdy odkupione, cnota lśni tutaj blaskiem najmocniejszym z możliwych. A najważniejszy pozostaje i tak odwet.

 

Co robić?

Oczywiście, IPN jest tyleż sprawcą naszych konfuzji, co ich wyrazicielem. Jacek Żakowski słusznie zwraca uwagę, że obecnie historiografia „stała się narzędziem emancypacji, buntu i rozliczania elit”, że weszła do kultury popularnej i zyskała walor „narzędzia walki politycznej” („Polityka” 11 IV 2009). Smutny to znak naszych czasów, choć prędzej czy później będziemy musieli sobie z nim poradzić, jeśli nie chcemy wejść w stadium intelektualnego barbarzyństwa. W każdym jednak razie jest IPN także rodzajem kozła ofiarnego, na który zlewamy winy nas wszystkich, winy własne. Ale nie zmienia to faktu, że w dziele tabloidyzacji i komiksyzacji historii ta właśnie instytucja jest w Polsce najbardziej wyrazista: wszak pamiętamy ekshumację gen. Sikorskiego.

„Dziś – pisze Friszke w zakończeniu swego artykułu – padają głosy zarówno za likwidacją IPN, jak i za utrzymaniem go w nie zmienionej postaci. Oba te stanowiska uważam za skrajne. Likwidacja IPN oznaczałaby postawienie zarazem wielu nowych pytań – co zrobić z archiwami, kto ma nimi administrować i wedle jakich zasad? Kto będzie je udostępniał badaczom, ale też dla potrzeb procedur lustracyjnych, wreszcie wydawał zaświadczenia potrzebne byłym pracownikom służb, np. dla ZUS”. Mirosław Czech jest w swej diagnozie ostrzejszy, ale i on zatrzymuje się na poziomie apelu o „proces naprawczy w IPN”.

Rozumiem ich obu. Przez powstrzymanie się od wniosków radykalnych będą w stanie silniej niż ja wpływać na bieg wydarzeń. Mogą być skuteczni, nie grozi im znalezienie się na jałowym biegu. Cóż ważniejszego dla publicysty i obywatela? A jednak trudno się pogodzić z sytuacją, w której głos za likwidacją IPN rozlega się tylko z szeregów SLD. Rozumiem partykularny interes tego ugrupowania, ale – by trzymać się tej insynuacyjnej poetyki – równie dobrze rozumiałbym głos tych, którzy nie chcą być „karpiami głosującymi za przyspieszeniem świąt Bożego Narodzenia”. Likwidacja IPN – to nie jest interes ani „komuchów”, ani „solidaruchów”; to interes całego, wolnego społeczeństwa.

Bo IPN musi zniknąć. Instytucja ta będzie nas wciąż łudziła kolejnymi książkami i udowadniała, jak bardzo jest potrzebna. Nie, nie jest. Jest nie do utrzymania w państwie demokratycznym. Jest nie do pogodzenia z porządkiem chrześcijańskim. Badanie historii najnowszej trzeba zacząć w Polsce od nowa.

lipiec 2009

CZĘŚĆ II

POLSKIE PIEKŁO
Z wolnością źle, z godnością dramat

Wszystkich, którzy dla dobra Trzeciej Rzeczypospolitej tę Konstytucję będą stosowali, wzywamy, aby czynili to, dbając o zachowanie przyrodzonej godności człowieka, jego prawa do wolności i obowiązku solidarności z innymi, a poszanowanie tych zasad mieli za niewzruszoną podstawę Rzeczypospolitej Polskiej.

Preambuła do uchwalonej w roku 1997 Konstytucji RP („Konstytucji wielkanocnej”) zwraca uwagę na wartości, mające być fundamentem naszego państwa. Czy jednak solidarność, wolność i godność stały się konstytutywnym składnikiem naszej obywatelskiej tożsamości?

Zapytajmy najpierw o solidarność. Państwo, w którym żyjemy, powstało jako następstwo ruchu Solidarności, nic więc dziwnego, że idea solidarnościowa pojawia się tu w pierwszym rzędzie, co więcej: traktuje się ją w kategoriach obowiązku. Czym jednak był ruch Solidarności? Określenie tym mianem tworzących się spontanicznie w całym kraju jesienią 1980 wolnych związków zawodowych było odpowiedzią na „klasowy” (w ówczesnych realiach „reżimowy”) charakter koncesjonowanego ruchu zawodowego. W wywiedziony z socjalnej zawiści klimat komunistycznego szukania wroga wnosiła Solidarność tęsknotę tyleż za społeczną sprawiedliwością, co za atmosferą narodowego „kochajmy się”, tak zadomowionego w polskiej kulturze. Zarazem zaznaczył się wyraźnie chrześcijański charakter takiego nastawienia. Zauważył to ks. Józef Tischner, a zaraz po nim papież Jan Paweł II. Ewangeliczne wezwanie „jedni drugim ciężary noście” stało się wizytówką Solidarności, a szeregi związku otwarły się na wszystkich, działaczy rządzącej partii (wraz z jej najwyższymi władzami) nie wyłączając.

Nie miejsce tu, by pisać historię Solidarności. Cokolwiek jednak powiemy o skomplikowanym splocie ówczesnych uwarunkowań, łącznie z działalnością dywersyjną i agenturalną ze strony władz, nie ulega wątpliwości, że – choćby tylko w sposób deklaratywny – tamta Solidarność była miejscem spotkania rozmaitych opcji światopoglądowych i politycznych, że tworzyła przestrzeń dla wszystkich.

Solidarność

Czy dziś możemy mówić o tak rozumianym „obowiązku solidarności z innymi”? Nie sposób tego dostrzec. I nie chodzi tu tylko o zwyczajną w demokracji zajadłość walki politycznej. Chodzi o to, że idea solidarności zmieniła się w swe przeciwieństwo: w ideę nienawiści i odwetu. Idea Solidarności stała się obuchem, którym wali się na oślep aktualnego przeciwnika politycznego, stała się apologią „zadymy”, w której jedyną regułą jest brak reguł (w publikowanym 21 IX 2009 w „Gazecie Wyborczej” liście do marszałka Sejmu pisał o tym sędziwy gen. Stefan Bałuk). Co może najciekawsze: zarówno partie wywodzące się z Solidarności, jak i sam związek zawodowy „Solidarność”, szerzą dziś hasła wykluczające (drogą projektów lustracyjnych, dekomunizacyjnych czy dezubekizacyjnych) z równości wobec prawa pewne kategorie obywateli. Idea solidarności stała się więc w naszym życiu publicznym pojęciem pustym, porównywalnym do „ustroju sprawiedliwości społecznej”, którym według oficjalnej wykładni miał być PRL.

Wszystko to rodzi niewesołe refleksje. Ale czy możemy poprzestać na melancholijnym stwierdzeniu idealizmu twórców naszej Konstytucji? Owszem, idealizm taki jest widoczny – trudno, by miało go nie być po dziesięcioleciach zniewolenia oraz po kilku latach budowy Polski suwerennej. Ale niewesołe refleksje biorą się zwłaszcza ze świadomości skarlenia języka. Co właściwie ma wynikać z faktu, że słowo „solidarność” jest dziś w Polsce odmieniane przez wszystkie przypadki? I jak to możliwe, by termin ten był wyprany ze swego pierwotnego znaczenia? A przecież nie jest to wyjątek: wyprania takiego doświadczają także inne pojęcia, w których znaczeniu potocznemu został nadany sens odmienny, by nie powiedzieć: odwrotny. Dwadzieścia lat po likwidacji komunizmu zaistniał w Polsce język de facto ideologiczny, i niewielką jest pociechą, że największe zagrożenie, związane z ideologią tzw. Czwartej Rzeczypospolitej, mamy już za sobą. Wszak prokuratora lustracyjnego nazywało się rzecznikiem interesu publicznego (zakładając a priori, że interesem publicznym jest lustracja), archiwa ubecko-esbeckie nazywa się do dziś Instytutem Pamięci Narodowej (zakładając a priori,że pamięć narodową buduje się na takiej podstawie), obywatela, którego oświadczenie można podważyć, nazywa się stale kłamcą lustracyjnym (zakładając a priori,że postępowanie takie było świadome – dzieje sprawy Józefa Oleksego przekonują o nieostrości przyjmowanych kryteriów)… Wydaje się więc, że wspomniany w Konstytucji „obowiązek solidarności” powinien w pierwszej kolejności objąć sprzeciw wobec dokonującej się dewastacji w sferze pojęć i języka. Bo tylko na przejrzystości słów oraz na ich przyleganiu do rzeczywistości (przekonuje o tym dowodnie historia komunizmu) można budować szacunek dla drugiego człowieka. A na czymże, jak nie na szacunku, można oprzeć ów „obowiązek solidarności”?

Wolność

Pierwsza przywołana w Konstytucji wartość – wolność – wydaje się bardziej oczywista. „Człowiek urodził się wolnym” – pisał w roku 1762 w Umowie społecznej Jean-Jacques Rousseau. „Ludzie rodzą się wolni” – powtarzała za nim francuska Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela z roku 1789. Trzecia Rzeczpospolita respektuje prawo człowieka do wolności – wystarczy obecne praktyki porównać z tym, co jakże często działo się w PRL. Czy jednak możemy mieć czyste sumienie? Czy prawo do wolności jest dobrem realnym, czy też – równie jak prawo do solidarności – jedynie postulowanym?

Powiedzmy od razu, że z wolnością jest lepiej niż z solidarnością. Solidarność nie znaczy dziś nic, wolność zaś – przeciwstawiona karze więzienia – musi z natury rzeczy znaczyć dużo więcej. Solidarność możemy udawać, wolność – jedynie do pewnego, i to niewielkiego, stopnia. Ale w ostatnich latach, wraz ze wspomnianą ideą „Czwartej Rzeczypospolitej”, pojawiło się sporo sygnałów wskazujących, że również od idei wolności odchodzimy. Wszak – jeszcze przed dojściem do władzy Prawa i Sprawiedliwości – społeczeństwo zażądało zaostrzenia polityki karnej. To w tym okresie pojawił się termin „areszt wydobywczy”, a jego ucieleśnieniem stał się Marek Dochnal, który bez wyroku sądowego spędził w więzieniu okres od września 2004 do lutego 2008, a więc trzy i pół roku. „Rzecz bez precedensu we współczesnej Europie” – zauważała „Polityka” (nr 10 z 8 III 2008). I rzeczywiście – pytamy dziś – jak to było możliwe? Jak można zjawisko takie godzić z demokratycznym ustrojem panującym ponoć w Polsce? Jak sprawa ta ma się do zadeklarowanego w Konstytucji prawa obywatela do wolności?

Zjawisko to wydaje się wierzchołkiem góry lodowej. Zasadnicze, jak sądzę, pytanie brzmi: w jakim stopniu jesteśmy chrześcijanami? Owszem, na co dzień jesteśmy ogromnie katoliccy, ale czy z doktryny katolicyzmu rozumiemy coś więcej od prawdy, że Jan Paweł II wielkim rodakiem był? Nie sądzę, by podstawowy rdzeń chrześcijaństwa, jakim jest miłosierdzie, został przez nasze społeczeństwo przyswojony. Wszak to akurat polscy politycy chrześcijańscy optują częściej niż inni (wbrew umiłowanemu papieżowi!) za karą śmierci. Wszak to właśnie oni opowiadali się za zaostrzeniem przepisów prawa karnego. Lecz ani ich, ani kogokolwiek, sprawa Dochnala specjalnie nie obeszła. Czy rzeczywiście prawdziwa jest diagnoza Tadeusza Mazowieckiego, że „Polacy nie znają miłosierdzia”?

Największym wyrzutem sumienia III RP powinna się stać sprawa Aleksandra Omiljanowicza. Powinna się stać – bo bynajmniej się nie stała, i fakt ten wystawia naszemu poczuciu sprawiedliwości oraz naszemu miłosierdziu tym niższą ocenę. To prawda: Omiljanowicz, jako młody człowiek (23–26 lat), służył w latach 1945–1949 w Urzędzie Bezpieczeństwa. Już w roku 1949, a więc długo przed destalinizacją, komunistyczny wymiar sprawiedliwości skazał go za stosowanie niedozwolonych metod śledztwa na 8 lat więzienia (odsiedział 4 lata). Co Omiljanowicz musiał robić, że już w tym okresie zarzucono mu takie rzeczy? Wygląda na to, że był zbrodniarzem wyjątkowym. Ale można też zapytać inaczej: czy w roku 1949 rzeczywiście dbano o praworządność? Nie znam akt procesu Omiljanowicza, nie mam więc pojęcia, czy mógł on, czy nie, paść w roku 1949 ofiarą prowokacji, czy mógł on, czy nie, stać się kozłem ofiarnym zwierzchników. Jedno jest wszakże pewne: na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Omiljanowicz swoje już odcierpiał. A po wyjściu na wolność poświęcił się działalności pisarskiej – jego bibliografia liczy 18 tomów prozy.

Gdy jednak w roku 1999 ustawa o IPN stworzyła pojęcie „zbrodni komunistycznej”, prokuratura Instytutu postawiła Omiljanowiczowi w grudniu 2001 kilkanaście zarzutów związanych z jego działalnością sprzed pół wieku. „Za zbrodnie komunistyczne i przeciw ludzkości” Sąd skazał go 22 września 2004 na 4,5 roku więzienia. Czy złamano tu, istniejącą od II w. n.e. w prawie rzymskim, zasadę Ne bis in idem – „Nie wolno dwukrotnie [sądzić] w tej samej sprawie”? Wydaje się to prawdopodobne. Natomiast poza dyskusją pozostają fakty. Po pierwsze, w momencie skazania miał Omiljanowicz ukończone 81 lat. Po drugie, był już wtedy ciężko chory: w roku 2006 udzielono mu krótkiego urlopu zdrowotnego, ale nawet wtedy nie pozwolono umrzeć w domu. Sprowadzo­no go z powrotem do więzienia. Pisarz zmarł w więziennym szpitalu 4 kwietnia 2006, w wieku 83 lat.

I oto ostatnie pytania: komu taka zemsta była potrzebna? Czy była ona wolna od piętna polityki? Czy Omiljanowicza należy, czy też nie, uznać za więźnia politycznego III RP? I wreszcie: nie upominając się bynajmniej o specjalne względy dla człowieka pióra, warto zapytać, ileż to w państwie polskim mieliśmy w przeszłości wyroków wydanych na polskich pisarzy? I czy w świetle sprawy Omiljanowicza możemy nadal tak ochoczo potępiać PRL-owskie procesy Melchiora Wańkowicza, Jana Nepomucena Millera, Jerzego Kornackiego? Owszem, kategoria moralna wydaje się w przypadku Omiljanowicza drastycznie odmienna, lecz w tamtych przywołanych przypadkach za kratami realnie siedział jedynie Kornacki. Ale jeżeli sprawa Omiljanowicza była tak oczywista, to czemu przywoływano do osądzenia ukutą tak niedawno (i groteskową w innych realizacjach), kategorię „zbrodni komunistycznej”? Jak więc wyglądało, jak się w tym przypadku realizowało, to nasze „prawo do wolności”?

 
To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?