Antykomunizm, czyli upadek Polski

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Biedni archiwiści

Atakując Instytut, nie krytykowano na ogół Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów: dzięki tej agendzie (trzeciemu po Komisji Ścigania i Biurze Edukacji pionowi IPN) zasoby służb specjalnych miały zostać odpolitycznione. Istotnie, artykuł 25 ustawy nałożył na Ministrów Sprawiedliwości, Spraw Wewnętrznych i Obrony Narodowej obowiązek przekazania Instytutowi dokumentów wytworzonych odpowiednio do 31 XII 1989, 6 V 1990 i 31 XII 1990 (także i tym razem ustawodawca uznał za czas komunistycznych represji okres rządu Mazowieckiego). Obowiązek przekazania dokumentów ciąży również na prezesach sądów powszechnych i wojskowych, na prokuratorach, a wreszcie i – uwaga – na dyrektorze Archiwum Akt Nowych (AAN) oraz na dyrektorach innych archiwów państwowych. O przejmowaniu archiwów ustawa mówi zresztą kilkakrotnie, z wyjątkową wręcz natarczywością, a w artykule 54 wprost grozi: „Tej samej karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8 podlega ten, kto będąc w posiadaniu dokumentów lub zapisu informacji podlegających przekazaniu Instytutowi Pamięci […] uchyla się od ich przekazania, utrudnia przekazanie, lub je udaremnia”.

Czy bez artykułów 25 i 54 ustawy o IPN archiwa PRL-owskich służb byłyby niedostępne? Czy groziłoby im zniszczenie? Teza ta, często powtarzana, nie wytrzymuje krytyki: jeżeli nie spalono akt w ostatnich miesiącach starego systemu, nie było już tego niebezpieczeństwa w Trzeciej Rzeczypospolitej. Czyżby bowiem po roku 1989, a przed powstaniem IPN-u, historycy nie korzystali z tajnych akt? Ależ korzystali jak najbardziej! Uwzględniali procedury, zwracali się z oficjalną prośbą o odtajnienie, otrzymywali zgodę – i pracowali. Komu przeszkadzał ten trwający parę lat stan, jakie właściwie utrudnienia rodził? Rozumiem, że chciano mieć dokumenty w jednym miejscu, lecz przecież istniało Archiwum Akt Nowych. I gdyby wszystkie akta, bez dokonywania ich specyfikacji, trafiały w to miejsce, sytuacja tylko na krótką metę byłaby gorsza. Bo owszem, przygotowanie do udostępnienia trwałoby zapewne dłużej, powstałaby też niewątpliwie konieczność wprowadzenia karencji, jednak ostatecznie udostępnianie akt następowałoby na ogólnych zasadach, wiedzielibyśmy też, że otrzymujemy materiał kompletny i – co równie ważne – komplementarny wobec innych (tematycznie różnorodnych) zespołów. Natomiast dzisiejsza sytuacja urąga logice: zamiast przekazywać dokumenty do archiwów, powierza się je placówce historyczno­-edukacyjno-śledczo-politycznej. A tym samym dokonuje się nie tylko (fatalne dla badacza) rozproszenie archiwaliów, ale ich swoiste „zamrożenie”, bowiem na 75 km dokumentów (przejętych tylko do roku ubiegłego) brakuje w IPN pomieszczeń. I gdybyż tylko na tym się skończyło! Ale nie: z Archiwum Akt Nowych odbiera się dokumenty – także te już opracowane. „Polityka” z 10 V 2003 donosiła, że Instytut planuje przejąć z AAN kolejne 20 km dokumentów…

W ustawie o IPN nastąpiło złamanie fundamentalnej, obowiązującej od stuleci, zasady archiwistyki: że zbiorów nie dzieli się pod kątem ideowym czy politycznym, że nie przenosi się ich na nowe miejsce, nie rujnuje istniejących zasobów, nie niszczy tego, co już jest. Quieta non movere – nie ruszać tego, co spokojne, lecz w Instytucie Pamięci Narodowej dzieje się dokładnie na odwrót. IPN stworzył bowiem zjawisko groźne i nieznane nawet w PRL: upolitycznienie archiwów.

Biedni historycy

Jeżeli Instytut przejmuje jakieś dokumenty, to znaczy, że je porządkuje. Czy jednak wystarcza czasu na to porządkowanie, skoro nieustannie dla kolejnych „pokrzywdzonych w rozumieniu ustawy” trzeba przygotowywać ich „teczki”? „Dotychczas zrealizowano ponad 2,5 tys. wniosków – donosiła w „Polityce” 10 V 2003 Agnieszka Zagner. – Do swoich akt zajrzało ponad 1,2 tys. osób, a kolejne 9 tys. czeka na taką możliwość. Prezes IPN prof. Leon Kieres szacuje, że chętnych mogą być jeszcze setki tysięcy”. Z kolei Bernadetta Gronek informuje, że choć udostępnianie dokumentów historykom rozpoczął IPN już w listopadzie 2000, to „wiele przejętych materiałów jest zapakowanych i nie możemy ich od razu otworzyć. […] Szukanie odbywało się «na piechotę». Tak jest właściwie ze wszystkimi dokumentami”. W rezultacie historyk spoza IPN-u często nie wie, gdzie czego szukać, i czy to coś mu w ogóle udostępnią. IPN jest bowiem dla historyka z jednej strony wielką szansą (znika znana z archiwów całego świata karencja), z drugiej zaś strony jest nieszczęściem (priorytetem stał się nie interes naukowca, lecz pokrzywdzonego). W dodatku kadra archiwistów była w IPN dobierana raczej na zasadach politycznych lub towarzyskich i nie wydaje się, by dysponowała wystarczającym doświadczeniem. „Większość z nich to są ludzie młodzi – wyznaje dyrektorka Gronek – absolwenci historii i archiwistyki i podyplomowego Studium Informacji Archiwizacji i Księgarstwa, czyli technicy archiwiści. Bardzo popieram ich starania, by dalej się dokształcać na studiach zaocznych i wieczorowych”. Gdyby tych młodych ludzi zatrudniono wśród elity archiwistów w AAN, czegoś by się pewnie nauczyli. Czego nauczą się w IPN? A czy nie można tu było przyjmować magistrów – choćby nawet po studiach zaocznych i wieczorowych?

Dyrektor Gronek informuje:

Zgodnie z zapisami ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej osoba zainteresowana musi osobiście złożyć u nas wniosek. Ten wniosek jest rejestrowany, analizowany, sporządza się notatkę. Jednocześnie przygotowuje się zapytanie do wydziału lub referatu ewidencji o przeprowadzenie kwerendy w kartotece i we wszelkich innych pomocach ewidencyjnych. Informacje z ewidencji trafiają do Wydziału Udostępniania. Jeśli znajdą się jakieś materiały dotyczące danej osoby, to cała jednostka archiwalna jest przekazywana z magazynu do Wydziału Udostępniania. […] Sporządzane są kserokopie, na których anonimizuje się […] dane innych pokrzywdzonych i osób trzecich. Tworzymy teczkę, osoba jest informowana, że materiały są dla niej przygotowane. […] Uzgadniamy termin spotkania, bo nasza czytelnia ma tylko osiem miejsc.

Uff, dużo roboty – czy w Archiwum Akt Nowych byłoby gorzej? I gdzież tu troska o pamięć narodową – przy tej czytelni, która ma osiem miejsc?

I tak oto historyk jest w IPN zawsze najbiedniejszy: polityzacja zbiorów archiwalnych jest dla jego pracy zabójcza. Co bowiem ma zrobić badacz, gdy interesujące go akta przejmie prokurator i opatrzy je (na jak długo?) klauzulą tajności? Gdyby pion śledczy i pion historyczny działały jako instytucje odrębne – wszystko byłoby jasne: najpierw odbywają się procesy karne, potem (po upływie karencji) badania historyczne. A co ma zrobić historyk, gdy któryś z pokrzywdzonych powoła się na artykuł 34 ustawy? „Pokrzywdzony – głosi ów zapis – ma prawo żądać, po upływie 7 lat od wejścia w życie ustawy, anonimizacji dotyczących go danych”. Rozumiem, że nie chodzi tu o anonimizację dla pokrzywdzonego – ta dokonuje się przecież rutynowo – ale że na żądanie pokrzywdzonego dane mają zniknąć raz na zawsze! To prawda, że przepisu tego nie stosuje się, jeżeli „dane te są niezbędne do badań naukowych”, lecz przecież archiwum nie powinno stosować takiej selekcji a priori. Czy Archiwum Akt Nowych godziłoby się na taką ustawową możliwość fałszowania swych zasobów? A co ma zrobić historyk wobec żądania wynikającego z artykułu 37? „Pokrzywdzony może zastrzec, że dotyczące go dane osobowe nie podlegające anonimizacji […] nie będą udostępniane w celach badawczych przez określony czas, jednakże nie dłużej niż przez 90 lat od daty ich wytworzenia”. Czy więc naprawdę (zbyt pochopnie napisałem to wyżej) zniknęła w IPN karencja? Ależ ona może się nawet wydłużyć! Względna dostępność zasobów ubeckich nie może zrównoważyć zbrodni, jaka rękami IPN dokonuje się dziś na polskiej historiografii i archiwistyce.

Inne rozkosze

Już 8 października 1998 Rada Legislacyjna przy Premierze wydała o ustawie IPN-owskiej miażdżącą opinię prawną. Opinii tej nie powtórzono jednak przy nowelizacji ustawy, choć istota nie została przecież zmieniona, przeciwnie: raczej zaostrzona – na przykład z roty ślubowania prezesa IPN skreślono wymóg „strzeżenia praworządności”. Skoro więc ostatecznie zabrakło zastrzeżeń i skoro nie chodzi nam już o praworządność – to nie dziwmy się, że skutki zakodowanego w ustawie lekceważenia prawa są dalekosiężne. Dziś pracownicy IPN, ujawniając w swych publikacjach samowolnie – bez procedury odtajnienia – kolejne wykryte przez siebie nazwiska i pseudonimy, funkcje i dokumenty, nieustannie łamią ustawę o ochronie danych osobowych i ustawę o ochronie informacji niejawnych. Prezes Kieres, w odpowiedzi na zarzut bezprawnego ujawnienia danych z IPN, ma do powiedzenia tylko tyle: „Publikacja materiałów dotyczących pokrzywdzonego powinna zawierać wyraźną informację, która wykluczałaby możliwość błędnego rozumienia przez czytelników roli, jaką odgrywała wskazana w publikacji z nazwiska osoba” („Polityka” 22 V 2004). Dyrektor krakowskiego Biura Dokumentacji i Archiwizacji, prof. Ryszard Terlecki, ogłasza tekst o nieżyjącym ojcu, który – jak się okazało – był agentem UB („Rzeczpospolita” 6–7 IX 2003). Można rzec: sprawa rodzinna Terleckiego i nawet przyjąć to ujawnienie z uznaniem. Ale nie sposób pogodzić się z faktem, że pracownicy IPN nie tylko nie zauważają złamania prawa, ale jeszcze piszą:

Jesteśmy dumni, że pośród wielu Polaków, którzy poznali w ostatnich miesiącach ponurą prawdę o swoich bliskich, właśnie pracownik Instytutu Pamięci Narodowej jako pierwszy odważył się w tej sprawie publicznie zabrać głos. […] Wyznaczył on wzór zachowania w tak trudnej i bolesnej sprawie. […] Czujemy się zaszczyceni, mogąc współpracować w jednej instytucji z człowiekiem, który ten właśnie nakaz przedłożył ponad pokusę ukrycia osobistej tragedii („Rzeczpospolita” 9 IX 2003).

Cóż, tak właśnie wygląda IPN-owska praworządność oraz IPN-ow­ska mentalność. Nikt przecież nie zwrócił uwagi na to, co w tekście Terleckiego było rzeczywiście przejmujące: na próbę zrozumienia ojca, rekonstrukcji jego motywów, wczucia się w jego sytuację. „Ach, jaka piękna denuncjacja!” – zdają się wołać pracownicy IPN. Czy ich list sprawił Terleckiemu przyjemność – tego nie jestem pewien.

 

Bo przecież, przy całym złu ustawy o IPN, psują ją jeszcze dodatkowo pracownicy Instytutu. I tak, chociaż artykuł 33 stanowi, że „pokrzywdzony ma prawo załączyć do zbioru dotyczących go dokumentów własne uzupełnienia, sprostowania, uaktualnienia, wyjaśnienia oraz dokumenty lub ich kopie”, Leszek Postołowicz, zastępca dyrektora Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów, uważa, że wykorzystywanie wiedzy pokrzywdzonych o ich donosicielach „nie należy do zadań IPN” („Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” 2002 nr 4). Czyli: gdy jeden „pokrzywdzony w rozumieniu ustawy” stwierdza, że agent „Monika” to Karkosza, to drugi „pokrzywdzony w rozumieniu ustawy” nie może napisać, że to nieprawda. Najgorzej jest jednak wtedy, gdy ustawy w ogóle nie sposób zrozumieć. „Informacje uzyskane do celów naukowych i publicystycznych na podstawie dokumentów Instytutu Pamięci – głosi artykuł 44 – nie mogą być wykorzystywane do innych celów ani przekazywane innym instytucjom”. Czyli: dokumentów, które zobaczyłem w IPN, nie mogę „przekazywać innym instytucjom”, ale – proszę bardzo – mogę je opublikować, choćby w wysokonakładowej gazecie!

A powiedzmy jeszcze i to, że Instytut wkracza czasem w kompetencje innych organów państwa, że w gruncie rzeczy niszczy Monteskiuszowski podział władz. Oto, w jaki sposób zastępuje się władzę sądowniczą: „Prezes Instytutu Pamięci, po zasięgnięciu opinii Dyrektora Głównej Komisji, może ujawnić opinii publicznej, a także innym osobom […] dane osobowe sprawcy zbrodni [… nazistowskich i komunistycznych], jeżeli postępowanie karne nie zakończyło się wydaniem prawomocnego wyroku skazującego […] albo zostało zawieszone” (art. 46). A oto, w jaki sposób zastępuje się władzę wykonawczą: „Prezes Instytutu Pamięci może, w szczególnie uzasadnionych wypadkach, zezwolić na ujawnienie wiadomości stanowiącej tajemnicę państwową lub służbową oraz na udostępnienie dokumentów lub materiałów objętych tajemnicą państwową określonej osobie lub instytucji, jeżeli zachowanie tajemnicy uniemożliwiałoby wykonanie wskazanych w ustawie zadań Instytutu Pamięci” (art. 22). Tu już naprawdę świat staje na głowie, skoro racja Instytutu jest ustawowo postawiona ponad racją stanu, ponad państwem. I nie jest to sytuacja teoretyczna: IPN, obwieszczając plan „odrębnego śledztwa katyńskiego”, nie zechciał zwrócić się o opinię do polskiego MSZ… „Nie mogę nie zgodzić się z poglądem, że IPN może doprowadzić do sytuacji dramatycznych z punktu widzenia interesów Polski”. Tak mówi nie zapiekły krytyk Instytutu, ale sam jego prezes, prof. Leon Kieres („Gazeta Wyborcza” 2–3 VIII 2003). IPN usytuowany ponad państwem? Jeżeli tak – to czy nie jest antypaństwowy?

Kiedy na temat IPN rozmawiałem ze znajomymi, słyszałem często opinię, że przesadzam, bo Instytut działa od kilku lat, a nieszczęścia jak dotąd nie było. Odpowiadałem, że skoro ustawa jest zła, to nieszczęście może się zdarzyć w każdej chwili. Oraz że złą ustawę ucywilizował prezes Kieres, który – choć ponosi odpowiedzialność za łamanie przez IPN prawa – to przecież nie dopuszcza do jaskrawych nadużyć i przynajmniej miewa wątpliwości. Tymczasem jednak doszło właśnie do sytuacji dramatycznej – wprawdzie nie z punktu widzenia interesów Polski, lecz z punktu widzenia interesów jednostki ludzkiej, obywatela. Kto będzie następnym Henrykiem Karkoszą?

Trzeba głośno mówić

Przed laty, w reakcji na weto Prezydenta w sprawie Instytutu Pamięci Narodowej, Janusz Pałubicki, ówczesny minister koordynator służb specjalnych, stwierdził: „Kwaśniewski został prezydentem wszystkich ubeków”. I to może właśnie ta obelga, z lubością przez jakiś czas powtarzana, stworzyła klimat, w którym wszelka rozmowa o IPN stała się szybko niemożliwa. W kwestii tej zapanował typowo polski „terroryzm nierozumu”: daliśmy sobie coś wmówić, pozwoliliśmy – w imię szlachetnej idei rozrachunku z komunizmem – na przyjęcie filozofii pogardy wobec prawa i praworządności, aprobaty dla obywatelskiej nierówności, przyzwolenia dla rujnowania zasobów archiwalnych i dla historiografii tendencyjnej. Jakże wielu ludzi, obdarzonych niewątpliwym autorytetem moralnym, wobec problemu IPN zachowało milczenie. Historycy odreagowują czasy PRL-owskie i często nie zauważają ani nieuchronnej jednostronności, w którą pod presją Instytutu popadają, ani instrumentalnego traktowania ich pracy przez Instytutowy pion śledczy. Archiwiści nawet nie mają złudzeń, że ich głos będzie słuchany. Prawnicy mają na głowie ważniejsze sprawy: prof. Zoll w swych rozważaniach na temat „czy Polska jest państwem prawa” („Tygodnik Powszechny” 25 I 2004) o problemie IPN-u nawet się nie zająknął (dopiero w sierpniu zechciał zauważyć, że ustawa o IPN wprowadza nierówność obywateli wobec prawa). Dziennikarze ograniczają się do podania faktów: gdzieżby chcieli psuć swój obiektywizm natrętnym komentarzem. A politycy robią swoje. Czy krytykami IPN-u mają być tylko ekskomuniści? Ale i oni – zdaje się – machnęli już ręką.

Jak dalece opinia publiczna dała się w sprawie Instytutu zahipnotyzować – o tym świadczy przykład „Tygodnika Powszechnego”. Czytaliśmy w nim niedawno:

Kolejna już skandaliczna afera z Instytutem Pamięci Narodowej skłania do tego, by zastanowić się, kto w Polsce naprawdę chce pamiętać, kto chce, żeby przypomniano zbrodnie i występki, kto rozumie sens państwa prawa i komu bliskie jest poczucie narodowego honoru. […] Kto ich nie rozumie, jak autorzy projektów ograniczenia zadań Instytutu Pamięci Narodowej, ten po prostu wybiera niepamięć, czyli odrzuca ideę narodu. Czy stać nas na niebycie narodem? (Marcin Król: Kto chce pamiętać?, „Tygodnik Powszechny” 2 II 2003).

Darujmy sobie inne cytaty z dzisiejszej „Tygodnikowej” publicystyki.

Tymczasem IPN wymaga uczciwej, ogólnonarodowej debaty. Trzeba mówić o nim jak najgłośniej – bez przemilczania faktów niewygodnych, bez lojalności politycznych czy towarzyskich. Co jest oczywiste? To, że musi istnieć placówka naukowa, będąca czymś w rodzaju przedwojennego (dalekiego od ideału, lecz przynajmniej niewyposażonego w pion śledczy) Instytutu Badania Najnowszej Historii Polski. Że powinna działać Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Że archiwa powinny możliwie szybko udostępniać akta zarówno historykom, jak osobom zainteresowanym. Czy jednak wolno godzić się na instytucję, która łącząc rozmaite porządki, tworzy prawnego i naukowego potworka?

Tylko decyzje radykalne mogą zabiec drogę dalszemu bezprawiu. A także – odbudować pamięć zbiorową, na której brak tak stale narzekamy. „Wojna – mawiał Georges Clemenceau – jest sprawą zbyt poważ­ną, by powierzać ją wojskowym”. Wydaje się, że i pamięć narodowa jest sprawą zbyt poważną, by powierzać ją Instytutowi Pamięci Narodowej.

wrzesień 2004

Życie z IPN-em

Od publikacji powyższego artykułu minęło zaledwie parę tygodni, gdy zostaliśmy zaatakowani informacją, że na liście tajnych współpracowników SB znajduje się jeden z największych polskich historyków, prof. Jerzy Kłoczowski. Tak więc ujawnił się w przestrzeni publicznej drugi – po Henryku Karkoszy – przypadek, w którym źródłem oskarżenia jest IPN. A mówiąc ściślej, źródłem tym musi być jakiś pokrzywdzony, któremu archiwiści Instytutu w ten właśnie sposób rozszyfrowali pseudonim któregoś z donosicieli.

W grudniu 2004 obserwowaliśmy sprawę Małgorzaty Niezabitowskiej. Ponieważ IPN odmówił jej statusu pokrzywdzonej, z jej teczką zapoznali się tylko dziennikarze (a za ich pośrednictwem społeczeństwo), ona zaś mogła jedynie wysłuchać umoralniającej (bezprawnej!) uwagi prezesa Kieresa, by „rozliczyła się z własnym życiem” (ale jak tu się rozliczyć? – bez teczki?). A przecież Niezabitowska i tak nie miała najgorzej: jako były członek rządu uzyskała prawo do procesu lustracyjnego, którego tzw. zwykły człowiek byłby pozbawiony. W tym samym czasie uznano za „kłamcę lustracyjnego” Józefa Oleksego. Ten wyrok (w Sądzie) zapadł po pięciu latach; tamten (w IPN) – po pięciu dniach.

Niebawem ujrzeliśmy zaś „pokrzywdzonych w rozumieniu ustawy”: Ryszarda Bendera i Macieja Giertycha. Pierwszy był posłem na Sejm PRL w czasach gen. Jaruzelskiego, drugi – członkiem Rady Konsultacyjnej przy gen. Jaruzelskim. Zjawisko to mnie nie zdziwiło: pisałem przecież, że w myśl ustawy o IPN pokrzywdzonymi mogliby być nawet zbrodniarze stalinowscy. Wyśmiał wtedy tę tezę Stefan Niesiołowski („Gazeta Wyborcza” 30 X – 1 XI 2004), ale ostatnio potwierdził ją, cytowany przez „Gazetę” (21 II 2005), „Biuletyn IPN”. Tak, pokrzywdzonymi w rozumieniu ustawy o IPN mogą być nawet najwyżsi funkcjonariusze stalinowskiego UB (albo ich żyjący członkowie rodziny – dla IPN pozostaje nadzieja, że nikt taki się nie zgłosi). Natomiast pewne było zawsze jedno: pokrzywdzoną nie może być Niezabitowska. Nie mogła być nią tym bardziej, że zwracając się o teczkę (czyli – w myśl wiedzy wyniesionej z IPN – zatajając prawdę o swej współpracy, bo zwracać się o teczkę mogą tylko pokrzywdzeni), popełniła przestępstwo z artykułu 54 ustawy o IPN. Czy Instytut, na mocy swej ustawy, wytoczy jej proces, zaprowadzi ją do więzienia na pół roku lub trzy lata?

Pożar teczkowy

Nie jest to sytuacja teoretyczna: według „Rzeczpospolitej” (8–9 I 2005) już rok temu rozpoczęły się procesy o „testowanie IPN”, czyli „sprawy byłych agentów, którzy złożyli wnioski o sprawdzenie, czy są pokrzywdzonymi w rozumieniu ustawy o IPN. […] Dyrektor oddziału Instytutu w Katowicach w lipcu 2003 skierował do prokuratury osiem zawiadomień o popełnieniu przestępstwa”. Problem polega jednak na tym, że „o tym, kto był agentem, decyduję ja” (czyli Instytut), a w dodatku ustawa o IPN „zrównuje długoletniego, gorliwego, sowicie wynagradzanego donosiciela z osobą złamaną groźbą, szantażem, a nawet torturami, która podpisała zobowiązanie, lecz potem się z niego nie wywiązywała lub wywikłała” (Janusz A. Majcherek, „Gazeta Wyborcza” 11 I 2005). Bowiem – już wtedy podkreślał ten fakt publicysta – „udostępnienie dokumentów osobom uznanym za pokrzywdzone zrównuje sytuację skrzywdzonych i krzywdzących”.

Głównym celem lustracji – także tej mimowolnie (?) prowadzonej przez IPN – miało być zapobieżenie ewentualnym szantażom. Jednakże – pisał dalej Majcherek – „do dziś przez kilkanaście lat nie ujawniono przypadku szantażowania jakiejkolwiek osoby publicznej. […] Pojawiają się natomiast przypadki szantażowania zacnych osobistości przy użyciu teczek”. Powiedzmy od razu, że takiego właśnie przykładu dostarczył prof. Bender szantażujący arcybiskupa Józefa Życińskiego ujawnieniem agentów SB w jego otoczeniu. Ale problem jest głębszy, bowiem „żadne procedury nie zostaną naruszone, jeśli nawet ostatnia szuja, byle tylko niegdyś twardo antykomunistyczna i harda wobec bezpieki albo nie dość mocno przez nią naciskana, publicznie ogłosi konfidentami i kapusiami osoby choćby najbardziej zasłużone […] Nie można takiego postępowania prawnie zabronić” (Majcherek proponuje „osąd moralny”). I tak oto IPN, mający zapobiegać szantażowi, sam go szerzy: wyprowadzona ze wspomnianego artykułu 54 niezgoda na „testowanie Instytutu” zdaje się mówić obywatelowi „zgaduj zgadula” i nie pozwala mu być pewnym dnia ani godziny.

Równocześnie ze sprawą Niezabitowskiej nabierała też rozgłosu Fundacja Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego, kierowana w Krakowie przez prof. Tomasza Gąsowskiego. W zespole planującym ujawnienie donosicieli na UJ został zatrudniony Zbigniew Fijak – człowiek bez wykształcenia historycznego (za to posiadający, według Gąsowskiego, „wykształcenie uniwersyteckie, w czasie którego odbył kurs historii zakończony egzaminem”; „Dziennik Polski” 5 XI 2004). Co jednak najważniejsze, Fijak jest czynnym politykiem, przewodniczącym krakowskiej Platformy Obywatelskiej, prawą ręką wysuwanego na stanowisko premiera Jana Rokity. Jednak ani Gąsowskiemu, ani krakowskiemu IPN-owi okoliczności te nie przeszkadzały; dopiero gdy sprawa zyskała rozgłos, interweniował prezes Kieres (jego akcję uznał Gąsowski za „ruch polityczny”). „Polityka” (15 I 2005) pisała wtedy o Kieresie: „Chociaż zgadza się, że takie ujawnianie donosicieli to konsekwencja ustawy o IPN, wciąż walczy o dobre imię kierowanej przez siebie instytucji […] Krąży po kraju. […] Gasi emocje wywołane wybuchającymi tu i ówdzie aferami teczkowymi”.