Antykomunizm, czyli upadek Polski

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ANTYKOMUNIZM,

CZYLI

UPADEK POLSKI

Andrzej Romanowski

ANTYKOMUNIZM,

CZYLI

UPADEK POLSKI

Publicystyka lat 1998–2019

Od autora

Słowo „upadek” ma w języku polskim dwa odcienie znaczeniowe. Może chodzić o upadek, który już się dokonał, lecz może też chodzić o stan w trakcie upadku, chylenie się do upadku, zmierzch. Używam tego słowa oczywiście w drugim sensie.

Upadek Polski następował od początku Trzeciej Rzeczypospolitej. Niezależnie od jej wyjątkowych, wręcz niewyobrażalnych, sukcesów. Przyczyną był ideowy fundament tego państwa: solidarnościowy antykomunizm (faktycznie: łże-antykomunizm), sprzężony z politycznym katolicyzmem (faktycznie: łże-katolicyzmem). Rozumiane w ten sposób antykomunizm i katolicyzm paraliżowały odzyskane państwo od początku. Stawały się ważniejsze niż Polska.

Trzecia Rzeczpospolita była najlepszym państwem w polskich dziejach. Ale była nie do utrzymania – podkopywana przez antykomunizm i katolicyzm, została skazana w kolebce. Ta sekwencja wydarzeń dopiero dziś układa się w logiczną całość. Bo dopiero dziś możemy zobaczyć, co naprawdę się stało w momencie zaprzysiężenia przez prezydenta Andrzeja Dudę sędziów-dublerów Trybunału Konstytucyjnego. Jakże łatwo, jak niemal niezauważalnie, wtedy, nocą 2/3 grudnia 2015 roku, Trzecia Rzeczpospolita przestała istnieć.

Karol Irzykowski mawiał: „Ja pierwszy….”. Trudno, bym frazę tę powtórzył wobec siebie, zwłaszcza że Dudy przecież nie przewidziałem. Przeczuwałem jednak, do czego dojdzie, do czego może dojść. Toteż nie będzie chyba przejawem zadufania, gdy powiem, że z grupki alarmistów byłem w minionym dwudziestoleciu może najbardziej radykalny. Lub może najbardziej histeryczny. Dlatego, jak pisał Antoni Słonimski, „bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw”.

CZĘŚĆ I

W STRONĘ DESTRUKCJI
1791, 1918, 1989

Dokładniej: 3 maja 1791, 11 listopada 1918 i 12 września 1989. Co łączy wszystkie te daty? Polskie „wybicie się” na niepodległość.

Oczywiście, można tu przywoływać także inne wydarzenia. Na przykład wybuch powstania listopadowego, który także umożliwił zaistnienie niepodległego państwa – choć tylko na okres dziewięciu miesięcy. Można też uwzględniać daty proklamowania surogatów polskiej państwowości: Księstwa Warszawskiego i Królestwa Kongresowego, ale czy należy uwzględniać pół-niepodległość? Trudno też przytaczać datę powstania PRL: cokolwiek mówić o zasadniczej ewolucji tego państwa i nierzadkim działaniu w zgodzie z polską racją stanu – zostało ono powołane do życia przez Stalina, a jego pierwszym czynem było zniszczenie II Rzeczypospolitej. Dlatego, gdy myślimy o polskiej suwerenności ostatnich trzech stuleci, możemy wskazać tylko te trzy daty: 1791, 1918 i 1989.

Są to oczywiście – jak zawsze w procesie dziejowym – daty umowne. 3 maja 1791 jedynie przypieczętowywał niepodległość, faktycznie odzyskaną już dwa lata wcześniej. Jak wiadomo, z początkiem XVIII wieku Rzeczpospolita utraciła swą – jak wówczas mówiono – „independencję” (w roku 1702 stało się tak z Wielkim Księstwem Litewskim, w 1704 – z Koroną). Państwo Obojga Narodów, mimo przejściowych prób samostanowienia, było odtąd faktycznym rosyjskim protektoratem, w którym stacjonowały carskie wojska i w którym nic (w tym także wybór monarchy, a bywało, że i uchwały parlamentu) nie działo się bez woli Petersburga. Dopiero w roku 1789, a więc w 85 lat po popadnięciu w rosyjską zależność, Sejm Czteroletni przeprowadził dzieło zasadniczej narodowej emancypacji (oczywiście, tylko na tym terytorium, które mu podlegało, bowiem – na mocy pierwszego rozbioru – pokaźne części Rzeczypospolitej wchodziły już wtedy w skład Rosji, Prus i Austrii). Korzystając z trwającej właśnie wojny rosyjsko-tureckiej, a chroniony parasolem stworzonym przez Królestwo Prus, Sejm Czteroletni zlikwidował ustrojowe instytucje rosyjskie (w tym pierwszy polski rząd – Radę Nieustającą…) i doprowadził do ewakuacji z kraju rosyjskich wojsk. Konstytucja 3 Maja była ukoronowaniem tego procesu: najbardziej spektakularnym przejawem suwerennej woli narodu. Rzecz w tym, że w wyniku rosyjskiego najazdu 1792 roku została unieważniona. Kraj znalazł się ponownie pod protektoratem carycy, następnie zaś uległ kolejnemu rozbiorowi. Insurekcja Tadeusza Kościuszki, która w rok później wybuchła na ostatnim już skrawku państwowości – w Krakowie, Warszawie i Wilnie – zdołała utrzymać narodową władzę przez okres najwyżej ośmiu miesięcy. Tak więc data 3 maja 1791 symbolizuje – oprócz oczywistego faktu uchwalenia Konstytucji – także niepodległość. Choć trwała ona niewiele ponad trzy lata, była i tak najdłuższa w całym XVIII wieku.

Datą umowną jest też 11 listopada 1918. Jedynie dla państw Zachodu ma on znaczenie istotne: w wagonie kolejowym na stacji Compiègne podpisano wtedy zawieszenie broni, kończące I wojnę światową. Ale w Polsce działo się w tym dniu niewiele. Akcję rozbrajania Austriaków i Niemców w Galicji i w Kongresówce rozpoczęła Polska Organizacja Wojskowa już dwa tygodnie wcześniej. Owszem, 11 listopada rozbrojono Niemców w Warszawie, ale tysiące okupacyjnych żołnierzy przebywało tu nadal, zamknięte w swych koszarach. Władzę w Warszawie i byłej Kongresówce wciąż jeszcze sprawowała – powołana przez okupanta – Rada Regencyjna; rządził – powołany przez Radę i uzależniony od Berlina – polski rząd. Choć i ten rząd podejmował coraz odważniejsze próby emancypacji. Co zatem zmieniło się 11 listopada? Zwierzchnictwo nad tworzącym się polskim wojskiem otrzymał generał Józef Piłsudski. Ale dopiero w trzy dni później, 14 listopada, został on Tymczasowym Naczelnikiem Państwa.

Czyżby więc Święto Niepodległości należało przenieść na 14 listopada? A może nawet na 16 listopada, kiedy „depesza iskrowa” notyfikowała światu powstanie państwa polskiego? Lecz przecież przez cały tamten listopad jakże iluzoryczna i krucha była ta niepodległość! Jurysdykcja Piłsudskiego obejmowała jedynie skrawek dawnej Rzeczypospolitej: z Warszawą, Krakowem i Lublinem, ale bez Lwowa, Poznania i Wilna. A zwycięska Ententa ani myślała uznawać fakty dokonane, zachodzące w Warszawie pod cichym protektoratem pokonanych Niemiec. Może więc Święto Niepodległości powinniśmy przesunąć na czas jeszcze późniejszy: moment mianowania premierem Ignacego Paderewskiego, otwarcia Sejmu, zjednoczenia armii? Czujemy intuicyjnie, że nie miałoby to sensu. Bo przecież to dzień 11 listopada 1918 uruchomił proces, w którym możliwe stały się wszelkie późniejsze wydarzenia.

Taką właśnie symboliczną, umowną datą jest też 12 września 1989. Gdyby do tego dnia odnieść dawne słowa Piłsudskiego, można by rzec: „stał się wypadek bynajmniej nie historyczny, ale taki sobie zwykły”. Jaki to bowiem był wypadek? Rzeczywiście najzwyczajniejszy: w PRL powstał nowy rząd. A przecież w PRL rząd wprawdzie rządził, ale kierowała zawsze Partia. Jednak polskie społeczeństwo nie miało wątpliwości. Właśnie przy tym nowym rządzie skupiła się nie tylko cała, przez lata prześladowana, solidarnościowa opozycja, ale i najszersze kręgi ludzi, których polityka nie dotknęła nigdy dotąd, nawet w stanie wojennym. „Jesteśmy wreszcie we własnym domu. Nie stój, nie czekaj. Co robić? Pomóż”. Tak wtedy mówiono. Niemal każdego dnia.

12 września – tak jak 3 maja i 11 listopada – był jednak rezultatem procesu: krótszego niż w przypadku pierwszym, dłuższego niż w przypadku drugim. Jeżeli bowiem nie będziemy sięgać aż do sierpnia 1980 (stanowiącego jednak zaledwie manifestację woli zmian), początkiem politycznych reform był dzień 6 lutego 1989: inauguracja Okrągłego Stołu. Potem nadszedł 4 czerwca i wyborczy triumf Solidarności. Ale kolejne dni, tygodnie i miesiące nie przynosiły jeszcze upragnionej zmiany i nawet okrzyk Joanny Szczepkowskiej o „końcu komunizmu” miano usłyszeć dopiero w pięć miesięcy później. Lato 1989 wydawało się kolejnym triumfem nie tylko nawet ancien régime’u, ale wręcz – twórców stanu wojennego: prezydentem PRL został przecież generał Wojciech Jaruzelski, premierem – generał Czesław Kiszczak. I dopiero 24 sierpnia, po fiasku misji sformowania gabinetu przez Kiszczaka, Jaruzelski powołał na premiera człowieka Solidarności: Tadeusza Mazowieckiego.

A więc przełom 24 sierpnia? Chyba wciąż jeszcze nie! Nawet tego niezwykłego dnia istniały przecież dla społeczeństwa przynajmniej trzy ważne pytania. Pierwsze: czy Mazowieckiemu uda się sformować gabinet w Sejmie zdominowanym przez tzw. komunistów? Drugie: czy skład osobowy jego rządu rzeczywiście będzie mógł świadczyć o nowej politycznej jakości? Trzecie, najważniejsze: czy rząd ten – przy wciąż trwających uwarunkowaniach wewnętrznych i zewnętrznych – będzie w ogóle zdolny do działania?

Dopiero więc dzień 12 września 1989 odpowiedział twierdząco na pierwsze dwa pytania. A następujące po nim tygodnie i miesiące odpowiedziały twierdząco na pytanie trzecie. Zjawisko niezwykłe! Tak samo jak 11 listopada 1918 został uruchomiony proces budowania państwa – kształtowania jego ustroju i wyznaczania granic – tak 12 września 1989 został uruchomiony proces odzyskiwania państwa.Oba procesy były jednak skomplikowane i żmudne. Pierwszy trwałdo roku 1922, a więc niemal cztery lata.Drugi przedłużył się do ponad siedmiu lat: od wolnych wyborów prezydenta w roku 1990, przez wolne wybory parlamentarne w 1991, wyjście ostatnich oddziałów armii rosyjskiej w symbolicznym dniu 17 września 1993, aż po zastąpienie konstytucji o rodowodzie stalinowskim nową konstytucją, „wielkanocną”, na wiosnę roku 1997.

A przecież już znacznie wcześniej, zaledwie po kilku tygodniach 1989 roku, polska „zaraza wolnościowa” przekroczyła nasze granice. Czy bez Wałęsy i Mazowieckiego byłaby do pomyślenia Jesień Ludów? Niegdyś przykładu zmian nie mogła dać Europie Konstytucja 3 Maja, niemal natychmiast obalona przez rosyjską przemoc. Przykładu takiego nie mógł też dać polski „Jedenasty Listopada”; Europa leczyła powojenne rany i z osłupieniem patrzyła na rosyjski eksperyment „dziesięciu dni, które wstrząsnęły światem”… Dopiero po latach przełomem dla Europy – pewnie nie całej, ale na pewno środkowej – okazał się nasz Dwunasty Września.

 

1791, 1918, 1989. Oprócz faktu zdobycia niepodległości wszystkie te daty łączy wybór orientacji. Za każdym przecież razem Polska odchodziła od Rosji: od protektoratu Katarzyny II, od niewoli carskiej czy bolszewickiej, od ZSRR i Paktu Warszawskiego. Jednak takie odejście przynosiło zwykle w odwecie najazd rosyjski – tak działo się w latach: 1792, 1830, 1920, 1939… Po raz pierwszy nie stało się tak w roku 1989. Kiedy Mazowiecki złożył wizytę w Moskwie, usłyszał od Michaiła Gorbaczowa: „Może to wyda się dziwne, ale życzę wam powodzenia”. Nie był to bluff. Takiej polityki trzymała się Moskwa – zarówno Gorbaczowowska, jak Jelcynowska – przez całe następne dziesięciolecie. Jedyna rosyjska ingerencja w polskie sprawy dotyczyła w tym okresie naszego akcesu do NATO. Zważywszy na przeszłość, było to jednak bardzo mało.

Odchodząc od Rosji, w każdym z trzech omawianych przypadków Polska „wracała do Europy”. Tym samym wracała też do najbliższego zachodniego sąsiada: krajów niemieckich. W latach 1789–1790 Rzeczpospolita Obojga Narodów schroniła się za ochronny parawan Prus. W roku 1918 Druga Rzeczpospolita odradzała się za cichym przyzwoleniem Niemiec, choć zaraz potem zyskała otwarte już poparcie zwycięskiej Ententy, zwłaszcza Francji. Przełom roku 1989 dokonał się ponownie przy poparciu niemieckim (wizyta kanclerza Helmuta Kohla złączona w czasie z upadkiem muru berlińskiego), potem – niemiecko-francuskim („trójkąt weimarski”), może zaś przede wszystkim – amerykańskim. Tak czy inaczej, wkraczaliśmy zawsze na szlak, na którym już w X wieku przywędrowała do nas cywilizacja łacińska i chrześcijaństwo. Niepodległość przywracała nas samym sobie.

Ale daty 1791, 1918 i 1989 łączy coś daleko jeszcze istotniejszego: sposób dochodzenia do niepodległości. Jest rzeczą oczywistą, że we wszystkich trzech przypadkach stało się tak w wyniku korzystnej koniunktury międzynarodowej. Ale bezpośrednim rezultatem tej koniunktury stało się zjawisko przedtem nieoczekiwane i niewyobrażalne: porozumienie z wrogiem.Wrogiem był przecież dla polskich patriotów Stanisław August – król-„Ciołek”, który władzę w Polsce zdobył przez łoże Katarzyny w Petersburgu, który stłumił pierwsze powstanie narodowe – konfederację barską, który podpisał rozbiór własnego państwa. Wrogiem była Rada Regencyjna, powołana przez okupanta we wrześniu 1917 (czyli wtedy, gdy Piłsudski był już więziony w Magdeburgu), kolaborująca z Niemcami nawet po pokoju brzeskim, blokująca – mimo swego orędzia z 7 października 1918 – sprawę polską wobec zwycięskiej Ententy. Tym większym wrogiem był generał armii Wojciech Jaruzelski – I sekretarz KC PZPR, twórca stanu wojennego i pogromca Solidarności. A jednak z nimi wszystkimi – ze Stanisławem Augustem, z regentami, z Jaruzelskim – porozumienie okazało się możliwe, ba! nadspodziewanie łatwe. Choć przecież im wszystkim (najmniej może regentom, którzy w roku 1918 znaleźli się rzeczywiście w sytuacji przymusowej) innych dróg wyjścia nie brakowało. Tak jakby fakt „bycia Polakiem” automatycznie spychał na plan dalszy wszelkie inne uwarunkowania.

W rezultacie, we wszystkich trzech omawianych przypadkach, polska niepodległość została odbudowana niemal bez przelewu krwi. W dniu 3 maja 1791 jedynym aktem przemocy stało się poturbowanie – niechby nawet podeptanie w tłoku – krewkiego posła Suchorzewskiego. 11 listopada 1918, podczas uwalniania stolicy, zginęło tylko pięć przypadkowych osób (choć już w parę dni później liczba ofiar urosła w skali kraju do kilkudziesięciu). A 12 września 1989? Ten dzień mamy świeżo w pamięci: nie rozbito wtedy żadnej szyby.

We wszystkich też trzech przypadkach polska niepodległość stała się rezultatem polskiej solidarności. Można powiedzieć jeszcze konkretniej: stała się rezultatem „grubej kreski”… Już bowiem podczas Sejmu Czteroletniego nastąpiło „unarodowienie” obozu królewskiego, a dawni konfederaci barscy (ci sami, którzy przed dwudziestu laty organizowali porwanie rosyjskiego agenta – króla-„Ciołka”), teraz stali się liderami Stronnictwa Patriotycznego, orientującego się właśnie na króla. Nie bez powodu śpiewano wtedy o „królu kochanym” i „zgodzie wszystkich stanów”. Całkiem podobnie w roku 1918 działał Józef Piłsudski. Zamiast wziąć władzę od zrewoltowanej ulicy (od swego „dziecięcia” – Polskiej Organizacji Wojskowej, czy od rządu lubelskiego, w którym ministrem wojny był Edward Rydz-Śmigły), wolał się porozumieć z tymi, którzy byli mu dotąd wrogami, lecz którzy mieli w ręku atut podstawowy: wznosili – choćby tylko szczątkowe i kalekie – formy polskiej państwowości. Ostatecznie niepodległościowiec Piłsudski postawił na stronniczkę Niemiec – Radę Regencyjną (od której przejął wszystkie atrybuty władzy – od zwierzchnictwa nad wojskiem po zwierzchnictwo nad państwem) oraz na stronnika Francji i Anglii – Komitet Narodowy Polski Romana Dmowskiego (od którego już po dwóch miesiącach dostał nowego premiera – Paderewskiego). A przecież Rada Regencyjna współdziałała z Niemcami, którym Komendant energicznie się przeciwstawiał. A Dmowski współdziałał z Rosjanami, podczas gdy „towarzysz Ziuk” walczył z nimi zbrojnie – w Organizacji Bojowej PPS. Wartością nadrzędną okazała się w roku 1918 zgoda narodowa. Oraz niezaglądanie ludziom w życiorysy.

Czy Mazowiecki, realizując swą „grubą kreskę”, był świadom tamtych wzorów? W każdym razie, wciągając do współpracy nad naprawą państwa także ludzi dawnego systemu, wszedł na „stary szlak” ojców i dziadów, na szlak polskiej „łagodnej rewolucji”. Postawa ta okazała się przy tym nader pragmatyczna: PZPR, odsunięta na boczny tor, nie tylko nie wezwała na pomoc „bratnich krajów”, lecz udzieliła Mazowieckiemu poparcia, ba! głosowała za planem Balcerowicza. Jeżeli nawet dali wtedy „komuniści” przykład swej zdolności do błyskawicznej i biegunowej zmiany orientacji – to przecież miało to dla kraju skutki błogosławione. Tak czy inaczej zaś, we wszystkich trzech omawianych przypadkach, zwyciężała solidarność nad odmiennością orientacji, „gruba kreska” nad zemstą i odwetem. Rzeczpospolita – o ile tylko była naprawdę wolna i naprawdę niepodległa – dawała zawsze szansę każdemu obywatelowi.

Dzień 12 września nie stał się nigdy świętem państwowym. A przecież jest nie mniej ważny niż 3 maja i 11 listopada. Czas pokaże, czy stanie się od nich ważniejszy.

wrzesień 1999

Solidarność czy „obóz posierpniowy”?

Związek „Solidarność” tworzą dziś ludzie nowi. Odpłynęły miliony działaczy. Odeszły elity: zdecydowana ich większość znajduje się w Unii Wolności, niewielka część – w partiach wchodzących w skład Akcji Wyborczej Solidarność (AWS), poszczególni liderzy są w Unii Pracy, bądź nawet w SLD czy kancelarii Prezydenta, osobno jest Lech Wałęsa. I tylko w najsilniejszym ugrupowaniu AWS – w Ruchu Społecznym Jerzego Buzka – z historycznych przywódców nie pozostał (poza samym szefem) już bodaj nikt.

To prawda, że przeciwnik cementował niegdyś jedność Solidarności, wymuszał jej „samoograniczanie”. Ale to może właśnie dlatego ruch ten stanowił nie tylko negację systemu, lecz także jego konsekwencję. Dwadzieścia jeden sierpniowych postulatów było – jak pisał ostatnio Wiesław Władyka – „wpisane w PRL-owską istotę”, Solidarność „w większym stopniu przynależała do przeszłości niż do przyszłości”. Wbrew uparcie uprawianej mitologii, w sierpniu 1980 chodziło nie tyle o zmianę ustroju (ten wydawał się nienaruszalny, choćby przez „socjalistyczne otoczenie”), ile o realizację obietnic PZPR. Hasło wywieszone w Stoczni Gdańskiej „socjalizm tak, wypaczenia nie” dla jednych było kamuflażem, dla drugich jednak (i chyba dla większości) – autentycznym przekonaniem. Od Partii bowiem należało wprawdzie żądać (instrumentem miał być niezależny związek zawodowy), należało ją kontrolować (instrumentem miała być wolna prasa), ale nie należało – w imię realizmu – pozbawiać jej władzy. Inna sprawa, że ustrój z wmontowanym weń systemem wolnych związków siłą rzeczy przestawał być autorytarny. To akurat dobrze rozumiano – po obu stronach barykady.

Ale było w dawnej Solidarności coś więcej jeszcze: był sformułowany przez księdza Józefa Tischnera jej etos. „Gdyby trzeba było jakoś bliżej określić znaczenie słowa «solidarność» – mówił Tischner już we wrześniu 1980 – to należałoby chyba sięgnąć do Ewangelii i tam szukać jego rodowodu. Sens tego słowa określa Chrystus: «Jeden drugiego ciężary noście». Solidarność, ta zrodzona z kart i ducha Ewangelii, nie potrzebuje wroga lub przeciwnika, aby się umocnić i rozwijać. Ona się zwraca do wszystkich, a nie przeciwko komukolwiek”. W czasie obu swych pielgrzymek do „Polski Jaruzelskiego” dokładnie to samo mówił Jan Paweł II:„Miłość jest większa od sprawiedliwości. I miłość społeczna jest większa od sprawiedliwości społecznej! […] Solidarność – to znaczy: jeden i drugi […] brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. I nigdy brzemię dźwigane przez człowieka samotnie, bez pomocy drugich. Nie może być walka silniejsza od solidarności”.

Oczywiście, były to raczej idealne postulaty niż rzeczywistość. Solidarność, będąca ruchem protestu, nie mogła obyć się bez nienawiści – nawet wtedy, gdy deklarowała (poniekąd z konieczności) walkę non violence. Mimo to, właśnie ów czyn bez przemocy, z nałożonym kagańcem samoograniczenia, stanowił siłę atrakcyjną Związku. To ów ideał chrześcijański przesądzał o moralnej wyższości w starciu ze zmurszałą ideologią leninowskiej walki klas. Solidarność, właśnie dlatego, że była tak polska i tak chrześcijańska, mogła przyjąć w swe szeregi każdego – także członka Partii, z najwyższymi jej władzami włącznie. Każdemu bowiem rodakowi, każdemu bliźniemu, Solidarność dawała szansę. I bynajmniej nie wymagała ekspiacji.

„Polska posierpniowa”

Powtórzmy: inne były uwarunkowania. Ten „etos” był przecież także „taktyką”, stanowił bowiem zaraźliwy przykład, wobec którego propaganda partyjna była bezsilna. Jakkolwiek jednak patrzyć, jest rzeczą przygnębiającą, że w dzisiejszym AWS-ie wszystko to wyparowało. To, co dawniej było przejawem „cywilizacji miłości”, dziś stało się ideologią nienawiści. To, co było dawaniem świadectwa, dziś stało się politycznym szantażem. Miejsce księdza Tischnera już u progu lat dziewięćdziesiątych zajął ksiądz Tadeusz Rydzyk. Jednolity obóz uległ podziałowi, co było w warunkach demokracji nieuchronne, ale co mogło przecież dokonać się w sposób naturalny i organiczny, w oparciu o różnice programowe, a nie o głoszone przez braci Kaczyńskich „przyspieszenie”. Bojownicy wspólnej sprawy znaleźli się po różnych stronach kolejno wznoszonych barykad, a to zaowocowało walką polityczną nieprzebierającą w środkach. Do wzajemnego zwalczania zaprzęgnięto przy tym rozwiązaną już wcześniej Służbę Bezpieczeństwa – tak pojawiła się ideologia lustracji. A żadne ugrupowanie solidarnościowe od niej się nie odżegnało.

Kiedy więc w roku 1993 Solidarność obaliła rząd solidarnościowy, kiedy do władzy doszedł – niewpuszczany dotąd na solidarnościowe salony – SLD, trudno się było nawet dziwić, że wstrząs przeżyty przez przegranych był już wybitnie destrukcyjny. Czy bowiem sporządzono bilans błędów, zaniedbań i win? Rozpoczęto pracę programową? Postawiono na służebność wobec społeczeństwa? Nic z tych rzeczy: zamiast autokrytycznej refleksji zrodziła się żądza odwetu, za całą myśl polityczną starczył program odebrania władzy „czerwonemu”. I tak jak nikt nie odżegnał się od lustracji, tak nikt już nie miał ochoty na „samoograniczenie”.

A przecież – zdawałoby się – polityka w kraju demokratycznym, polityka w kraju papieża i Solidarności, nie powinna być postrzegana inaczej niż służba. Rozumiał to Józef Tischner, przestrzegający na progu polskiej niepodległości: „Rola ruchu Solidarności nie może polegać na tym, by do istniejących podziałów dodać nowe podziały, lecz na tym, by stworzyć możliwość ich przezwyciężenia. Tylko w ten sposób można kłaść fundamenty rzetelnej demokracji”. Tymczasem właśnie po przegranych wyborach pojawiło się pojęcie „obozu posierpniowego” („sił posierpniowych”, „Polski posierpniowej”). Cóż ono znaczyło? Było prostą odwrotnością pojęcia „Solidarność”. Bo wynikało z niego, że istnieje inny rodzaj Polaków: skażonych PZPR-owską biografią. Zgoda: komunizm był złem, ale nie o komunizmie mówimy. Pytamy tylko, czy koalicja SLD–PSL, kontynuująca przecież polskie reformy (choć można dyskutować o ich tempie), musiała być traktowana jak „PRL-bis”? Czy musiano ostrzegać przed prezydenturą Aleksandra Kwaśniewskiego jako najgorszym złem? I czy musiano potem wyrokować, że nowy prezydent ma wprawdzie legitymację demokratyczną, ale nie ma legitymacji… moralnej? Nie sądzę, by takie ideowe łamańce były możliwe w Pierwszej Solidarności. Pewien natomiast jestem, że były one nie do pogodzenia z porządkiem demokratycznym, uznającym za nadrzędną wolę ludu. Jak też z nauczaniem Jana Pawła II, twierdzącego – nawet wobec przemocy stanu wojennego! – że walka nigdy „nie może być silniejsza od solidarności”.