Gdzie narozrabiał krukTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gdzie narozrabiał kruk
Gdzie narozrabiał kruk
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,40  54,72 
Gdzie narozrabiał kruk
Gdzie narozrabiał kruk
Audiobook
Czyta Filip Kosior
36,90  27,31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sichote Aliń – świat tygrysa amurskiego

Miasto wybudowano na miejscu nanajskiej wioski. Dzisiaj liczy 300 tysięcy mieszkańców i jest ważnym węzłem komunikacyjnym. Komsomolsk ma kolejowe połączenie z Chabarowskiem i Władywostokiem oraz Moskwą (BAM-em lub transsibem). Jest stąd także wygodny dojazd do Wanino i Sowieckiej Gawani – portów nad Cieśniną Tatarską. Ważną drogą wodną jest rzeka Amur. Statki i wodoloty docierają z Komsomolska do Chabarowska i Nikołajewska nad Amurem, miejscowości położonej przy ujściu rzeki do Cieśniny Tatarskiej.

Komsomolsk przytłacza stalinowską architekturą lat trzydziestych XX wieku. Ostrzegano mnie, że cudzoziemcy nie są tu mile widziani ze względu na bazę remontową łodzi podwodnych znajdującą się pod miastem. Mimo to wielokrotnie zatrzymywałem się w Komsomolsku. Do jego atrakcji należą księgarnie doskonale zaopatrzone, także w mapy i przewodniki. Można kupić książki drukowane w Chabarowsku, Wła­dywostoku, jak również w Chinach i Tajlandii. Wydawnictwa są świetnie opracowane, a jakość ich wydania jest na poziomie światowym. Podczas jednego z przejazdów kupiłem serię książek o przyrodzie Sichote Aliń, gór oddzielających dolinę Amuru od Morza Ochockiego i Cieśniny Tatarskiej. Jedna z nich, Spotkania z tygrysem amurskim, okazała się fascynującą lekturą. Pracujący w lesie geolodzy, geodeci czy leśnicy często byli atakowani przez tygrysy lub traktowani przez kota jak zabawki. Bywały przypadki, że tygrys szedł za człowiekiem przez kilka dni, obserwując go. Gdy kierunek marszu nie odpowiadał zwierzęciu, stawało na drodze człowieka, pokazując mu, że nie tędy droga. Przy świadomości, że ten kot wielkości cielaka jest bezwzględnym mordercą, takie spotkanie było mocno stresujące. Książka powstała przy wsparciu fundacji rosyjskiego WWF, a jej treść, wciągająca jak dobry kryminał, sprawiła, że jeden z moich przejazdów do Moskwy mniej mi się dłużył.

Inną atrakcją Komsomolska jest bazar z licznymi stoiskami rybnymi. Można tu kupić wędzone mięso kaługi (jesiotra) i inne ryby typowe dla Amuru. Specjalnie reklamowane są łososie przywożone z Sachalina, a także pakowana w plastikowe pudełka łososiowa ikra. Na oddzielnych stoiskach sprzedaje się dalekowschodnie miody. Produkowane przez pszczoły z innych niż w Europie roślin, szokują zapachem i smakiem.

*

Jeden dzień poświęciliśmy na wypoczynek nad Amurem. Miejska plaża znajduje się tuż obok przystani statków pasażerskich, a nad nią góruje pomnik komsomolców, którzy dotarli tu w 1934 roku rzeką. Przedstawia grupę młodych ludzi wysiadających na brzeg z karabinami, łopatami i gitarami w rękach. Obok jest także Muzeum Krajoznawcze z ekspozycją ukazującą historię miasta i dużym działem przyrodniczym z obowiązkowym wypchanym tygrysem amurskim.

Na plaży spotkaliśmy wielu Rosjan. Wszyscy odpoczywali, popijając piwo lub łowiąc ryby. Na Amurze było widać spory ruch motorówek i od czasu do czasu statki płynące w górę i w dół rzeki. Nastrój jak w letni dzień nad Wisłą.

Ale Komsomolsk to przede wszystkim Luba, ruda, zielonooka i piegowata nauczycielka angielskiego, i jej przyjaciele. Lubę poznałem na dworcu morskim, w porcie Chołmsk na Sachalinie. Razem z nią i Bartkiem, moim ówczesnym współtowarzyszem podróży, czekaliśmy całą noc na prom do Wanino na kontynencie. Przemiła dziewczyna, jeżdżąca po świecie z rosyjskimi biurami podróży, była już w Chinach, Indonezji, a podczas ostatnich wakacji na Filipinach. Chętnie też opowiadała o kraju, w którym żyje:

– Nigdy stąd nie wyjadę na stałe za granicę, bo straciłabym możliwość spływania dzikimi dopływami Amuru i podróżowania po zupełnie bezludnych terenach Sichote Aliń i Syberii Wschodniej.

Para jej przyjaciół, fizyk pracujący na miejscowej politechnice i jego młoda, świeżo poślubiona żona, powiedzieli mi o niej:

– Luba na co dzień prowadzi prywatną szkołę języka angielskiego. W wolnych chwilach razem ze znajomymi podróżuje i biwakuje w tajdze, bo kocha intensywne życie.

Zupełnie inaczej niż Luba o sichotealińskim lesie opowiadał Aleksander, geolog z Sachalina. Gotowaliśmy obiad na wyspie leżącej w korycie jednego z dopływów sachalińskiej rzeki Susui. Cała okolica zdeptana była przez niedźwiedzie, a komary i meszki szalały. Aleksander zamyślił się i powiedział:

– Wiesz, tu jest raj.

Zgłupiałem, bo moje wyobrażenie o raju było zupełnie inne.

– Kilka lat prowadziłem badania geologiczne w Sichote Aliń. Tam nie zjadłbym tak spokojnie obiadu, bo to straszny las pełen owadów, trujących roślin, jadowitych węży, niedźwiedzi i tygrysów. Po wykonaniu pracy jak najszybciej uciek­łem do domu.

Podczas jednej z podróży, tym razem linią transsyberyjską, trafiłem do lasu w Sichote Aliń. Przez pięć dni jechałem z Moskwy z Tanią zdążającą do Chabarowska na spotkanie z rodzicami. Szybko się zaprzyjaźniliśmy. Dziewczyna miała ze sobą małego psa (jak się okazało, w rosyjskich kolejach to możliwe). Na dworcu w Chabarowsku na Tanię czekali rodzice. Powiedzieliśmy sobie cześć i myślałem, że widzimy się ostatni raz. Nic bardziej mylnego, po piętnastu minutach spotkaliśmy się znowu. Tania powiedziała mi:

– Wiesz, w Rosji dworce są niebezpieczne, nie możesz tu zostać sam. Rodzice zapraszają cię do naszego domu pod Chabarowskiem.

Pojechaliśmy. Dotychczas przez Chabarowsk tylko przejeżdżałem, mając kilka godzin na zwiedzenie miasta. Ojciec Tani na pytanie o tygrysy amurskie odpowiedział:

– Ślady tygrysów widzę codziennie, idąc pięć kilometrów przez tajgę do pracy. One tutaj po prostu są. W związku z kurczeniem się dzikich, niezamieszkanych terenów podchodzą coraz bliżej do siedzib ludzkich.

Podczas tej rozmowy narodził się pomysł wyjazdu do ośrodka rehabilitacji zwierząt leśnych współfinansowanego przez WWF.

Ośrodek leżał w połowie drogi między Chabarowskiem a Komsomolskiem nad Amurem. To tylko 300 kilometrów podróży kiepską syberyjską szosą wynajętym samochodem. Ale warto było. Wysiadłem z auta. Było gorąco i wilgotno. Popularne w Polsce biedronki osiągały tu wielkość pięćdziesięciogroszówki, a o komarach lepiej nie mówić.

Główną atrakcją ośrodka był olbrzymi stary tygrys amurski Luty ze złotym zębem wstawionym przez rosyjskich i amerykańskich lekarzy weterynarii. Mieszkał na wielkim wybiegu otoczonym płotem wysokości 5 metrów. Był ciekawy i podchodził do samego ogrodzenia, by obejrzeć sobie ludzi. Dobrze żywiony, chyba nie patrzył na nas jak na pokarm, ale zdecydowanie reagował na rosyjskich turystów fotografujących go z fleszem. Wszystkim pokazywał imponujące uzębienie. Robiło to wrażenie – tygrys amurski może zabić człowieka w kilka sekund.

W lecie ośrodek jest prawie pusty. Na wiosnę odchowane i wyleczone zwierzęta są wypuszczane. Poza stałym rezydentem Lutym pensjonariuszami i pacjentami były tylko dwa rysie. Stale prowadzona jest także akcja dydaktyczna związana z ochroną okolicznej przyrody. Wiele informacji zawierają przygotowane przez pracujących tu naukowców plansze mówiące o żyjących w Sichote Aliń zwierzętach i roślinach.

*

Pociąg do Sowieckiej Gawani, rosyjskiego portu wojennego nad Morzem Ochockim, odjeżdżał wieczorem. Linia kolejowa prowadziła przez Sichote Aliń. Zatrzymywaliśmy się na maleńkich stacyjkach, gdzie nawet w nocy stały babuszki sprzedające szyszki i „orzeszki cedrowe” tutejszych sosen zwanych limbami syberyjskimi (Pinus sibirica). Dzikie i bezludne góry na wiosnę całe pokryte są kwitnącymi na fioletowo różanecznikami dahurskimi (Rhododendron dauricum), a jesienią łanami dalekowschodnich „smolinosów”, saranek – lilii dahurskich (Lilium dauricum).

Jechaliśmy wagonem plackartnym i na jedną noc nie kupiłem pościeli. Pociąg wolno przejeżdżał przez pokryte tajgą góry, a ja piłem herbatę. Po pewnym czasie przysiadła się do mnie jadąca bez miejscówki kobieta i spytała, czy mogę postawić jej coś do picia. Było to całkowicie naturalne, bo w wagonach tworzy się specyficzna wspólnota. Pamiętam, jak nad Bajkałem znalazłem kawałek drobnoziarnistej skały nadający się do ostrzenia i polerowania noża. Po godzinie cały wagon ostrzył noże moją osełką.

Kobieta wracała do domu w Wanino. Jechała bez biletu i zastanawiała się, czy nie będzie miała z tego powodu kłopotów. Zaproponowałem, że dam jej lub pożyczę pieniądze na przejazd.

– Nie trzeba – powiedziała. – Na Syberii jest tak, że można jechać bez biletu. Trzeba to tylko zgłosić kierownikowi pociągu.

Do Wanino, stacji kolejowej i portu morskiego, z którego odpływają promy na Sachalin, pociąg dotarł wcześnie rano. Jest to mała, położona na wzgórzach miejscowość i bardzo ważny tętniący życiem port. Dawniej było to miejsce przeklęte, kojarzące się tysiącom ludzi z koszmarem transportu do gułagów. Do Wanino więźniów dowożono pociągami i stąd barkami transportowano do Magadanu. Następnie pieszo docierali oni do kopalń nad Kołymą. Dworzec kolejowy w Wanino to niemy świadek tej budzącej grozę gehenny.

Gdy pociąg się zatrzymał, podróżni pobiegli, by zająć miejsce w kolejce do kasy sprzedającej bilety na prom. My, trochę oszołomieni tym, że przejechaliśmy całą Eurazję, postanowiliśmy nigdzie się nie spieszyć.

Linię Wanino–Chołmsk na Sachalinie obsługują wielkie kolejowe promy. Jednostki były budowane w Kaliningradzie, a silniki miały serwisowane w Świnoujściu. Jak się okazało, kapitanowie i część załóg doskonale znają Bałtyk i Polskę. Dawniej linię obsługiwało 11 statków, obecnie jest ich mniej, a rejsy są oszczędnościowe – prom płynie na jednym silniku 18 godzin. Cieśnina Tatarska znana jest z silnych wiatrów i gwałtownych sztormów. To Biskaje Dalekiego Wschodu i czasem rejs trwa nawet dwie, trzy doby, bo przy wysokiej fali wejście do maleńkiego portu w Chołmsku nie jest możliwe.

 

Po zaokrętowaniu (kupiliśmy miejsca na pokładzie) wylądowaliśmy w sąsiadującej z barem promowej palarni. To niezłe warunki do podróżowania, bo do dyspozycji mieliśmy wygodne fotele. Czas płynął wolno. Przez bulaje widać było spokojne wody Cieśniny Tatarskiej. Piliśmy piwo i zastanawialiśmy się, co zrobić po dotarciu do celu wyprawy – Jużnosachalińska.

Spokój był niestety tylko pozorny. W pewnej chwili podszedł do nas ubrany po cywilnemu prawie dwumetrowy, barczysty mężczyzna. Był mocno pijany i wyraźnie nastawiony niezupełnie pokojowo. Oparł się dłońmi o stół i powiedział do mnie:

– Ty jesteś Amerykaninem, my tu was nie chcemy.

Atmosfera stała się napięta i musiałem jakoś zareagować. Odparłem:

– Spróbuj mnie jeszcze raz tak obrazić. Jestem Polakiem, a nie Amerykaninem.

Wyciągnąłem paszport i reakcja była natychmiastowa.

– Jak nie jesteś Amerykaninem, to ja stawiam wódkę.

Ale po alkohol poszedł adiutant mojego rozmówcy, także ubrany po cywilnemu. Rosjanie rozlali wódkę i po pewnym czasie okazało się, że panowie jadą prosto z Czeczenii. Alkohol rozwiązał języki. Mój rozmówca, z wyraźnymi objawami stresu pourazowego (pierwszy raz widziałem na własne oczy, jak wielkie spustoszenie w psychice człowieka może zrobić wojna), jechał na Sachalin, aby odpocząć i zapomnieć.

Rano dopłynęliśmy do Chołmska. Mały wybudowany przez Japończyków port o wąskim wejściu to spore wyzwanie dla załogi promu. Wielki statek wpływał tyłem, tak by mogły z niego wyjechać wagony kolejowe i samochody.

Z Chołmska pojechaliśmy do Jużnosachalińska. To ponad 100 kilometrów zupełnie przyzwoitej szosy z pięknym widokowo Chołmskim Pieriewałem (Przełęczą Chołmską), gdzie jakiś administracyjny szaleniec usytuował wysypisko śmieci.

Po drodze zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji z napisem: „U nas potrawy tylko z mięsa niedźwiedzia”. Weszliśmy do środka. Spytałem Maćka, przyszłego lekarza weterynarii:

– Jadłeś kiedyś niedźwiedzia?

Odpowiedział, że nie jadł. Ja także nie jadłem.

– To najlepiej – zadecydowałem – pijmy tylko piwo, mogą być Trzy Niedźwiedzie.

I tak zrobiliśmy, bo piwa są tutaj świetne.

Jeszcze z Warszawy zadzwoniłem na Sachalin. Moja dawna znajoma Kira, kustoszka zbiorów Muzeum Krajoznawczego w Jużnosachalińsku, trochę się zdziwiła, ale zadeklarowała pomoc, gdy przyjedziemy. Kiedy zadzwoniłem z Wanino, że będziemy następnego dnia, usłyszałem w głosie Kiry zaskoczenie i radość.

– Przyjeżdżajcie, czekamy!

Dopiero podczas spotkania u niej w domu, powiedziała:

– Andrzej, ja myślałam, że to żart, kto by jechał taki kawał drogi z Europy na Sachalin! Dopiero po telefonie z Wanino zrozumiałam, że naprawdę przyjechaliście.


Kolej Transsyberyjska, wagon plackartny


Wieś na trasie Kolei Transsyberyjskiej – Syberia Wschodnia


Rzeka Szyłka na trasie Kolei Transsyberyjskiej (Kraj Zabajkalski)


Rzeka Amur w Chabarowsku


Chabarowsk, zmiana pogody


Komsomolsk nad Amurem, końcowa stacja Bajkalsko-Amurskiej magistrali kolejowej


Bazar w Komsomolsku nad Amurem


Port w Wanino


Hotel Rybak w Jużnosachalińsku


Koreański ślub w Jużnosachalińsku


Droga na Sachalinie


W drodze na południe Sachalina


W Porieczu koło Makarowa (centralna część Sachalina)


Anna Koczetkowa z mężem i autor, Jużnosachalińsk


Muzeum Krajoznawcze w Jużnosachalińsku


Kira Jakowlewna Czerpakowa, kustoszka Muzeum Krajoznawczego w Jużnosachalińsku, i autor


Japońska rekonstrukcja szkieletu dinozaura Nipponosaurus sachalinensis w Muzeum Krajoznawczym w Jużnosachalińsku


Pomnik Bronisława Piłsudskiego w parku Muzeum Krajoznawczego w Jużnosachalińsku


Sachalińska katastrofa w ruchu drogowym


W domku myśliwskim nad rzeką Araksą na Sachalinie


Sachalińskie mokradła


Trzej Bracia, skały w Aleksandrowsku Sachalińskim


Północny Sachalin, najdłuższa ciuchcia świata


Nogliki


Stara latarnia morska w Aleksandrowsku Sachalińskim


Due, najstarsza miejscowość i punkt pocztowy na Sachalinie


Panorama Aleksandrowska Sachalińskiego


Molo w Aleksandrowsku Sachalińskim


Niwch ze złowionym łososiem


Lidia Mufczik, pisarka niwchska


Łososie płynące na tarło, wschodnie wybrzeże Sachalina


Połów łososi w bazie rybackiej na wschodnim wybrzeżu Sachalina


Wrak statku w Starodubskoje


Siergiej fotografujący wschodnie wybrzeże Sachalina


Jużnosachalińsk, miejska plaża


„Kapusta morska”, jadalne glony (brunatnice)

Sachalin – Czarny Kamień

Dorzecze Amuru zamieszkiwali Niwchowie, zwani przez Rosjan pogardliwie Gilakami, czyli psami. Olbrzymią rzekę nazywali Czarną Rzeką, a o wielkiej wyspie przy jej ujściu do Morza Ochockiego mówili Ych Myf – Czarny Kamień.

Sachalin to wyspa leżąca na Morzu Ochockim, mająca 948 kilometrów długości i przypominająca kształtem rybę. Od kontynentu azjatyckiego oddzielona jest Cieśniną Tatarską, w którą od południa wpływa ciepły prąd japoński, a od północy zimne prądy z Morza Ochockiego. Do Cieśniny Tatarskiej wpada największa rzeka regionu – Amur. W rejonie jego limanu wyspę od kontynentu oddziela wąska Cieśnina Newelskiego, mająca około 7 kilometrów szerokości.

Sachalin jest górzysty. Wzdłuż wyspy ciągną się dwa pasma górskie: zachodnie i wschodnie z najwyższym wzniesieniem – Górą Łopatina (1609 m n.p.m.). Góry oddziela od siebie ciągnąca się z północy na południe dolina dwóch największych rzek Sachalina: Poronaju i Tymu.

W północnej części wyspy, między miejscowościami Nogliki i Ocha, znajduje się bagnista, porośnięta tajgą Nizina Północnosachalińska. Najdalej na północ wysunięty jest górzysty Półwysep Schmidta. Południe wyspy to dwa pokryte tajgą półwyspy Krilon i Tonino-Aniwski, okalające zatokę Aniwa.

Na wyspie na stałe żyje około 600 tysięcy ludzi, 88 procent z nich mieszka w większych miastach: Aleksandrowsku Sachalińskim, Chołmsku, Jużnosachalińsku, Korsakowie, Makarowie, Newelsku, Noglikach, Poronajsku, Uglegorsku i miejscowości Ocha – stolicy regionu, w którym wydobywa się ropę.

Główne bogactwa naturalne wyspy to ropa naftowa, gaz ziemny, węgiel (wysokiej jakości, obecnie prawie nieeksploatowany) i złoto. Rozwój wydobycia ropy i gazu spowodował powstanie koniecznej infrastruktury. Wyspę połączono rurociągiem i gazociągiem z Komsomolskiem nad Amurem. Przeprowadzono także rurociąg i gazociąg z Ochy przez całą wyspę do położonej pod Korsakowem miejscowości Prigorodnoje. Tu znajduje się pirs załadunkowy i wielki zakład skraplania gazu. Większość wydobytych surowców odbiera Japonia.

Ogromnym bogactwem Sachalina są ryby i inne owoce morza (kraby, krewetki, małże, ślimaki i jeżowce). Złowione tutaj łososie i uzyskany z nich kawior trafiają także na polskie stoły.

Sachalin porasta tajga, na północy modrzewiowa, a w centralnej części i na południu jodłowo-świerkowa. W strefach zimnych wyspy występuje tundra.

 

Świat zwierzęcy to liczne niedźwiedzie brunatne (Ursus arctos), borsuki (Meles meles), rosomaki (Gulo gulo), jenoty (Nyctereutes procyonoides) i renifery (Rangifer tarandus). Częste są sobole (Martes zibellina), lisy polarne (Vulpes lagopus), zające bielaki (Lepus timidus) i wiewiórki (Sciurus vulgaris).

Sachalin na długo przed pojawieniem się tu Europejczyków był odwiedzany przez kupców chińskich i japońskich. Podczas wypraw prowadzono wymianę handlową z zamieszkującymi wyspę plemionami Ajnów, Ewenków, Niwchów i Oroków.

Dla Europejczyków wyspę odkryła w 1640 roku rosyjska wyprawa I.J. Moskwicyna. Trzy lata później na Sachalin dotarł szkunerem „Castricum” holenderski podróżnik i kartograf Martin Gerritz de Vries (Maarten Gerritszoon de Vries). Sądził, że odkrył naturalne północne przedłużenie japońskiej wyspy Hokkaido. W latach 1643–1646 przybyła tu badająca rzekę Amur wyprawa Wasilija Poriakowa, która dotarła do tajemniczego lądu u jej ujścia. W 1787 roku Japończyk Mugami Tokunay założył na półwyspie Krilon pierwsze stałe japońskie osiedle.

Następne dwie europejskie wyprawy: francuska Jeana François de La Pérouse’a w 1787 roku i rosyjska Adama Johanna von Krusensterna w 1805 roku, uznały Sachalin za półwysep kontynentu azjatyckiego. Wyprawa Francuzów doprowadziła do odkrycia cieśniny oddzielającej Sachalin od Hokkaido, nazwanej później imieniem jej odkrywcy Cieśniną La Pérouse’a. Krusenstern, rosyjski admirał pochodzący z Estonii i mający szwedzkie korzenie, w latach 1803–1805 poprowadził rosyjską wyprawę dookoła świata. W 1805 roku dotarł na Sachalin na żaglowcu „Nadieżda”.

W 1796 roku badała wybrzeże wyspy angielska wyprawa Williama Roberta Broughtona. Wyprawy Europejczyków pozwoliły na stopniowe uzupełnianie informacji kartograficznych o regionie. Wcześniej, w XVII i XVIII wieku, światowi kartografowie tworzyli mapy wybrzeża Morza Ochockiego i Kurylów po prostu z wyobraźni.

W 1806 roku Sachalin został przyłączony oficjalnie do Rosji. Kapitan N.A. Chwostow, który przybył na żaglowcu „Junona”, ogłosił, że jest to teren podległy carowi, i wypędził z wyspy mieszkających w jej południowej części rybaków japońskich.

Problem, czy Sachalin jest wyspą, czy półwyspem, rozwiązała wyprawa rosyjska, którą kierował oficer marynarki Giennadij Niewielski. W 1849 roku dowodzony przez niego statek „Bajkał” przepłynął Cieśninę Tatarską, potwierdzając, że Sachalin nie ma połączenia z kontynentem.

W XIX wieku Sachalin stopniowo zasiedlali od południa Japończycy, a od północy Rosjanie. W 1855 roku ustalono, że mają nim wspólnie zarządzać oba narody. Było tak do 1875 roku, w którym na skutek działań generała-gubernatora Nikołaja Murawiowa-Amurskiego Rosjanie zajęli całą wyspę.

Po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej w 1905 roku desant japoński w zatoce Aniwa pod Korsakowem doprowadził do zajęcia południowego Sachalina. Na plaży w rejonie Prigorodnego leży zniszczony przez Rosjan japoński pomnik upamiętniający to wydarzenie, a docierające na wyspę nieliczne wycieczki japońskie obowiązkowo odwiedzają to miejsce. Ich uczestnicy zabierają do Japonii czerwony piasek z plaży, na której lądowały japońskie wojska. Po drugiej wojnie światowej Sowieci dowodzeni przez pochodzącego z Białostocczyzny marszałka Aleksandra Wasilewskiego zajęli całą wyspę, a ich roszczenia terytorialne zostały zaakceptowane przez konferencje poczdamską i jałtańską.

W badaniach naukowych Sachalina brali udział także Polacy. W 1851 roku w wyprawie Niewielskiego, która dowiodła, że Sachalin jest wyspą, brali udział Polacy, Rozgraski i Rudanowski.

W latach 1858–1859 dotarł na wyspę hydrolog Władysław Bogdanowicz, który na statku „Striełok” badał jej południowe wybrzeża. Podróżnik działał na zlecenie generała-gubernatora Murawiowa-Amurskiego, który w tym czasie za prowadzenie badań naukowych rosyjskiego Dalekiego Wschodu i Mandżurii często darowywał zesłańcom katorgę.

Kolejnym badaczem geografii i przyrody wyspy był Fryderyk Schmidt, który dotarł tu w 1859 roku. W latach 1871–1872 badał gatunki roślin porastających wyspę, a także klimat i warunki glebowe. Badania prowadził pod kątem ewentualnego rozwoju rolnictwa.

W latach 1878–1882 badania nad przyrodą Kamczatki prowadził wsławiony naukowym opracowaniem fauny Bajkału zoolog Benedykt Dybowski. Towarzyszył mu, na prośbę hrabiego Konstantego Branickiego, Jan Kalinowski. Wyprawy przygotowywały zbiór okazów dla warszawskiego muzeum Branickich. Obaj badacze dotarli w 1881 roku na Sachalin.

W 1903 roku przy okazji podróży do Japonii trafił na wyspę pisarz i podróżnik Wacław Sieroszewski. Zainteresowany Ajnami zbierał materiały do książki Kosmaci ludzie. Po wizycie w rejonie Aleksandrowska Sachalińskiego, razem z Bronisławem Piłsudskim – ekspertem znającym zwyczaje tubylców – pojechał do Japonii, aby odwiedzić kotany (wsie) ajnuskie na Hokkaido.

Do poznania budowy geologicznej wyspy przyczynili się polscy geologowie. W 1888 roku Leopold Bacewicz odkrył tu złoża ropy naftowej, które są obecnie eksploatowane. Rozpoznanie geologiczne wyspy przeprowadzał podczas ekspedycji ochockiej (1895–1899) inny Polak, geolog o światowej sławie Karol Bohdanowicz. W tym czasie prowadził poszukiwania złóż złota na zachodnim wybrzeżu Mo­rza Ochockiego. Podczas wyprawy badacze dotarli na Sachalin i Wyspy Szantarskie. Ze względu na bardzo trudny, pełen mokradeł teren rozpoznanie geologiczne prowadzono zimą przy temperaturze minus 40–50 stopni. Wyprawa musiała pokonywać głębokie śniegi, by zbadać odsłonięte przez wiatr wychodnie skalne. Nocowano w namiotach ogrzewanych piecami. Przed samym osiągnięciem celu – miasta Ochocka – musiano przeprawiać się przez rozmarzające rzeki, często w wodzie po pas. Rosjanie docenili ogromny wkład pracy Bohdanowicza, który zlokalizował bardzo wiele złóż surowców mineralnych. By uhonorować polskiego geologa, jego imieniem nazwano przylądek na północy Sachalina.

Kolejnym polskim geologiem badającym wyspę był inżynier Kazimierz Grochowski. Mieszkał w Harbinie, brał udział w licznych wyprawach, między innymi poszukiwał złóż w rosyjskiej Mandżurii. W latach 1908–1909 pracował dla rosyjskiego przedsiębiorstwa górniczego Jantor M.I. Suworow. W tym czasie dotarł na Sachalin, gdzie prowadził badania górnicze, geologiczne i ekonomiczne.

*

Późnym popołudniem dotarliśmy do stolicy Sachalina – Jużnosachalińska. Dowiedziałem się, że działa tu polski misjonarz, ksiądz Jarosław Wiśniewski. Postanowiliśmy go odnaleźć i poprosić o pomoc na początku pobytu.

Weszliśmy do pierwszego napotkanego w mieście kościoła – do cerkwi. Młody, sympatyczny pop oznajmił nam:

– Znam Jarka, czasem razem pijemy kawę. Jeśli chcecie, zawiozę was do jego parafii.

I stało się. Wylądowaliśmy we Władimirowce, biednej dzielnicy miasta zwanej przez Sachalińczyków Szanghajem, w katolickiej parafii na krańcu Eurazji, a właściwie już na Pacyfiku. Mieszkańcy Sachalina i Wysp Kurylskich często mówią o sobie: „My nie jesteśmy z Azji, jesteśmy z Pacyfiku”.

Jarek przygarnął nas i zapewnił pełną opiekę. Mieszkaliśmy na plebanii, przy maleńkiej, urokliwej kaplicy całkowicie urządzonej przez księdza. Ksiądz Jarosław ma pod opieką jeszcze trzy kaplice w miejscowościach, w których mieszkają katolicy. Co niedzielę w Korsakowie, Aniwie i Chołmsku odprawia nabożeństwa i spotyka się z wiernymi. Dla nas, przyzwyczajonych w Polsce do wielkich kościołów, gdzie kapłan prawie nie ma kontaktu z wiernymi, rodzinna atmosfera panująca w sachalińskich kaplicach była zupełnie nowym, ale przyjemnym doświadczeniem. Kontakt wiernych z księdzem jest bezpośredni. Przy herbacie po mszy ksiądz pyta:

– Co słychać? Czy wszystko w porządku? Jeśli jest potrzebna jakaś moja pomoc, to powiedzcie.

Taki stosunek pasterza do owieczek, którymi się opiekuje, robi wrażenie i ukazuje zupełnie inne oblicze znanego nam przecież Kościoła.

W najbliższą niedzielę pojechaliśmy z księdzem Jarosławem do Korsakowa na popołudniową mszę. Tu spotyka się sachalińska Polonia, a kaplicą opiekuje się osoba wyjątkowa – Anna Koczetkowa. Szalenie delikatna i wrażliwa, jest zdeklarowaną Polką i często opowiada o swoich rodzinnych korzeniach. Otwarta na problemy innych ludzi zawsze stara się pomagać, co czasem stwarza śmieszne sytuacje. Moimi sprawami Anna zajmowała się także.

Bardzo chciałem pojechać na Wyspy Kurylskie, zwłaszcza na te bezludne i trudno dostępne w centralnej części archipelagu. Anna wpadła na pomysł, by pójść do jej znajomego, kapitana okrętu wojennego, który obsługuje latarnie morskie na Kurylach. Raz w roku okręt odwiedza wszystkie wyspy archipelagu, więc warto było spróbować.

Poszliśmy do portu, weszliśmy na pokład kutra i tu poznałem znajomego Anny. Miło sobie porozmawialiśmy, ale dowódca od razu powiedział, że mój wjazd „na dziko” na Kuryle mógłby wywołać międzynarodową awanturę. Jest to strefa przygraniczna i do tego granicząca z Japonią, z którą stosunki Rosji nie są najlepsze. Na koniec rozmowy wymieniliśmy wizytówki.

Mój rozmówca był komandorem. Ja w tym czasie w Polsce wydobywałem wraki i miałem na głowie sporą bazę wodną złożoną z dwóch statków i kilku barek. Wszyscy zwracali się do mnie trochę żartem „panie komandorze” (w Polsce zwyczajowo stosuje się tytuł komandora nie tylko w marynarce wojennej, jest też na przykład komandor jachtklubu), więc zrobiłem sobie taką wizytówkę. Trzeba było widzieć minę autentycznego komandora (droga konieczna do uzyskania tak wysokiego wojskowego stopnia jest długa i zajmuje połowę życia), gdy dostał moją wizytówkę. Długo potem śmiałem się z tej pociesznej sytuacji.

Ale pomysły Anny miały także dobre strony. Któregoś dnia powiedziała:

– Andrzej! Poznam cię z moim znajomym pracującym w lesie. Zgodził się nauczyć cię życia w tajdze.

Ucieszyłem się, bo tajga z wielu powodów może być niebezpieczna i lepiej przejść jakieś szkolenie. Ustaliliśmy, że znajomy Anny, Siergiej, zabierze mnie do myśliwskiej bazy pod Makarowem, nad rzekę Araksę. Nocnym pociągiem pojechałem z Jużnosachalińska do Makarowa. O czwartej rano, jako jedyny wysiadający, wygramoliłem się z wagonu. Na peronie stał człowiek w panterce. Był to Siergiej. Po przywitaniu się zapytałem:

– Co robimy?

– Czekamy na kierowcę, który zawiezie nas do hotelu.

– A gdzie jest ten hotel?

– O tutaj, widać go.

– To może pójdziemy na piechotę?

– Nie – powiedział Siergiej. – Kierowca jest w pracy i ma nas zawieźć.

Trochę się wystraszyłem – zapowiadała się niezła szkoła przetrwania. Ale pozory mylą. Jak się potem okazało, to wtedy właśnie poznałem wspaniałego człowieka, przyjaciela i osobę, której zawdzięczam bardzo wiele w poznawaniu Sachalina i Kurylów.

Rano pojechaliśmy do Poriecza, gdzie czekał na nas Witia Sokołowski, miejscowy leśniczy, oraz wiezdiechod – rozbrojony czołg do jeżdżenia po bezdrożach. Pracownicy leśni ładowali na czołg beczki z paliwem, bo taki pojazd strasznie dużo pali. Podczas przygotowań do wyjazdu zorientowałem się, że Siergiej jest osobą ogromnie poważaną przez wszystkich. Później okazało się, że jest dyrektorem Państwowej Służby Leśnej Sachalina – odpowiednikiem polskiego ministra środowiska.

Siergiej jak to Siergiej, sprawę mojego bezpieczeństwa na „leśnym kursie” potraktował poważnie. Codziennie wędrowałem piękną doliną Araksy, oglądając stanowiska geologiczne i zbierając skamieniałości. W pierwszych dniach towarzyszył mi wszędzie uzbrojony pracownik nadleśnictwa. Ja tłukłem skały, a on siedział, paląc papierosa za papierosem, i wyraźnie trafiał go szlag. Zapytałem więc Siergieja:

– Czy muszę mieć asystę?

– Tak, bo możesz się zgubić.

Jestem geologiem i nawet w obcym terenie, mając mapę i kompas, na ogół wiem, gdzie jestem. Powiedziałem więc:

– Jesteśmy na wyspie o najgęstszej sieci wodnej, jaką widziałem. Jeśli się zgubię, to pójdę pierwszym napotkanym potokiem w dół do morza i w ciągu dwóch dni będę u was z powrotem. Na Sachalinie nie można się zgubić!

– Jeśli to wiesz, to możesz chodzić sam, ale zabieraj broń, bo nie wiadomo, co jest za następnym zakrętem rzeki. Tylko z bronią jesteś bezpieczny.

Co było robić! Nosiłem strzelbę, a Siergiej i jego pracownicy robili mi heroiczne fotosnimki (zdjęcia). Po paru dniach łażenia z dodatkowym obciążeniem po dzikim lesie oznajmiłem po powrocie do bazy:

– Macie piętnaście minut na pokazanie mi niedźwiedzia. Jak nie, to rezygnuję z noszenia broni.

Niedźwiedzia nie było i od tej pory miałem spokój. Dopiero wtedy powiedziałem żartownisiom, że przed przyjazdem nad Araksę sam, bez przewodnika i broni, pracowałem w tajdze, ucząc się miejscowej geologii.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?