Weźmisz czarno kure…

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Weźmisz czarno kure…
Weźmisz czarno kure…
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,68  45,34 
Weźmisz czarno kure…
Weźmisz czarno kure…
Audiobook
Czyta Grzegorz Pawlak
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Skrzydeko

Karta tytułowa

Spis serii

Weźmisz czarno kure...

Problemy

Bimbrociąg

Dom bez klamek

Drewniany umysł

Dziadek

Lenin

Lenin 2. Coś przetrwało

Okazja

Ostatnia posługa

Znalezisko

W kamiennym kręgu

Ostateczna polisa na życie

Park Jurasicki

Reprywatyzacja

Spowiedź

Titanic

Zbrodnia doskonała

Pogotowie

Protokół zatrzymania

Karta redakcyjna

Skrzydeko

Okładka


Andrzej Pilipiuk
Weźmisz czarno kure...
Ilustracje
Andrzej Łaski


Lublin 2011

Oblicza Wędrowycza:

1. Kroniki Jakuba Wędrowycza

2. Czarownik Iwanow

3. Weźmisz czarno kure...

4. Zagadka Kuby Rozpruwacza

5. Wieszać każdy może

6. Homo bimbrownikus

* Dobić dziada - Komiks

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Weźmisz czarno kure...


Jakub Wędrowycz stał, wpatrując się ponuro w swoją niedoszłą plantację malin na Białej Górze. Pole dobrane było idealnie. Południowa ekspozycja, solidnie zasilone obornikiem. Wąskie i długie. A jaki piękny był z niego widok. Wzrok właściciela mógł się swobodnie ślizgać po całej dolinie. Na lewo widać było wysadzaną drzewami drogę do Huty, dalej majaczyła kapliczka stojąca na rozstajnych drogach. Przed nim, w dole, leżały Wojsławice. Wyraźnie dostrzegał białą sylwetkę kościoła i dach byłego ratusza.

Za wsią znajdował się masyw Mamczynej Góry oraz Zamczyska i tylko źle dobrany punkt obserwacji utrudniał dostrzeżenie wielkiej piaskowni. Na prawo, na linii horyzontu, widać było kirkut i pagórki, za którymi leżała Tróścianka. Jeszcze dalej majaczył Witoldów, a kępa drzew wyznaczała położenie jego rodzinnego Starego Majdanu. Daleko. Prawie osiemnaście kilometrów.

Za plecami Jakuba wznosił się niewielki pagórek, a dalej był las poprzecinany licznymi parowami. W lesie znajdował się cmentarz z pierwszej wojny światowej. A tu była jego plantacja. Jego niedoszła plantacja. Dziesięć arów malin wgniecionych w ziemię kołami kombajnu, który przejechał tędy co najmniej cztery razy. Owoce opadły w większości na ziemię. Niektóre krzaczki uniknęły losu swoich braci, lecz niewiele ich zostało.

– Podłość ludzka nie zna granic – powiedział w przestrzeń.

Jego nieletni syn Marek podniósł się z ziemi, gdzie badał ślady.

– Maliny zebrali najpierw z grubsza do wiader, a później pojeździli kombajnem. Sądzę, że nie po to, aby ukryć ślady, ale to jedyna droga tędy.

– Droga!?

– Przepraszam, tato. Miałem na myśli, że to jedyny równy kawałek pola. Ten bydlak nie mógł przejechać polną drogą obok, bo ryzykowałby zerwanie bębna. Pojechał na skróty. Idziemy na milicję?

– Nie. Weźmiemy zemstę we własne ręce.

Na skraju pagórków, od strony lasu, pojawił się Józef Paczenko siedzący na swojej klaczce. Po chwili podjechał do nich.

– Ślady ciągną się aż do pola Jopka, które jest ślicznie skoszone. Podobnie jak dwa sąsiednie. W jeden dzień na pewno nie dał rady. Musiał tu szaleć co najmniej trzy dni.

– Cholera, i nikt mnie nie zawiadomił – zdenerwował się Jakub. – Żeby ich tak diabli wzięli. Jak im jestem potrzebny, to jak sarenki do wodopoju, a tak to kamieniami. Rzucają kłody pod nogi. Na każdym kroku.

– Nu, nie denerwuj się. W gminie są dwa kombajny. A to myślę, że była „Vistula” Ścierskiego. Job jeho matery!

– A to świnia. Świnia, co kiedyś był kolegą.

– Nu, i co ty będziesz robił?

– Zajdziem go we dwóch i przetrzepiem mu gnaty. Ja na milicję chodzić nie będę.

– Za dobrze cię tam znają. Choroszo. Pójdziem we dwóch, przetrzepiem mu skórę i co z tego wyjdzie? Obijem gówno, a będziem odpowiadać jak za człowieka. Jeśli chcesz, to oczywiście ja zawsze z tobą.

– Ty, Józef, boisz się sprać jednego faceta? A pamiętasz, jak we wojnę szlachtowaliśmy szwabów jak wieprzki?

– Wojna to co innego. Lepiej będzie zrobić mu jakieś subtelne kuku.

– Kuku? Subtelne...

Naraz Jakub urwał tknięty nagłą myślą. Twarz jego rozjaśnił szczery, szeroki słowiański uśmiech.

– Jak subtelnie? – zapytał. – Co miałeś na myśli?

– Podpalimy mu stóg albo i stodołę.

– Równie dobrze mógłbym się pod tym podpisać! Wiesz, kogo gliny będą podejrzewać w pierwszej kolejności? Mnie. Nie zapominaj, ile czasu siedziałem za ukraińską partyzantkę. Ale z tą subtelnością to miałeś dobry pomysł. Masz trochę bimbru? Tego mocnego?

– Dla ciebie zawsze. Ile ci trzeba?

– Dziesięć litriw!

– Dużo, ale znajdzie się. Wpadnij do mnie wieczorkiem. Po dojeniu.

Pożegnali się i Józef pojechał na swojej klaczce w dolinę. Jakub z Markiem obserwowali go przez chwilę.

– Dlaczego nigdy nie używa siodła?

– Sam go zapytaj. Konie go lubią. Zresztą jego ociec Anzelm też był dziwny. Ważne, że odleje mi spirytu.

– Po co ci aż dziesięć litrów?

– Zobaczysz. Subtelnie. Zemsta musi być subtelna.

Roześmiał się ponurym rechotem, którego nauczył się w więzieniu od najbardziej zatwardziałych kryminalistów. Sto metrów dalej poderwało się stadko kuropatw spłoszonych tym dziwnym dźwiękiem. Koń zastrzygł niespokojnie uszami, choć powinien już przywyknąć. Wsiedli na wóz i pojechali do domu.


Gdy tego wieczoru Jakub zaszedł do zagrody Paczenków, dobiegało właśnie końca dojenie. W oborze panował dziwny niepokój. Koń przestępował z nogi na nogę, to znów uspokajał się.

– Co z nim? – zapytał Józefa.

– A nerwowy trochę. Siadaj i poczekaj, już kończę.

Pociągnął jeszcze kilka razy strzyki i klepnął krowę w zad. Zdjął z wiadra gazę, wycisnął pianę do niewielkiego kubka. Następnie przeszedł z nim w kąt obory, gdzie wlał jego zawartość do niklowanej rurki sterczącej z polepy.

– Na co to robisz? – zdziwił się Jakub, który pochlebiał sobie znać wszystkie miejscowe zabobony.

– Jak by to powiedzieć, dla kotów w piwnicy. Bidne głodne kotki.

– Masz piwnicę pod oborą?

Józef wzruszył ramionami.

– Czy to ważne? Chodź do chałupy. Naleję ci bimbru.

Poszli. Wewnątrz domu panował nieład, znać było brak kobiecej ręki. Jak to u wdowca. Wdrapali się na strych, gdzie sporą część pomieszczenia zajmował solidny kocioł i system rurek tudzież kilka kadzi z zacierem.

– Nie boisz się, że ci spadnie na łeb której nocy?

 

– Ni, solidna chałupa. A sufit sam stawiałem. Wytrzyma.

Podłoga posypana była warstwą piasku. Leżały w nim butelki pełne cieczy. Jakub podniósł jedną i popatrzył przez nią na zachodzące słońce widoczne w niewielkim okienku.

– Lepszy niż Josifa.

– Pewno. Ja dbam o swój żołądek. Potrójnie destylowany. O kumpli też dbam. To na łapówkę?

– Jako honorarium.

– Ty nie wynajmuj żadnych łepków do łamania mu kości. Sypną się przy pierwszej okazji. Sami możemy to załatwić.

– Ja nie łepków. Mówiłeś „delikatnie” i ja nad tym myślałem. I mam pomysł pierwszej klasy.

– Skoro tak, to daj plecak.

Załadowali go do pełna, a potem jeszcze sprawdzili, czy samogon na pewno jest dobry. Sprawdzanie zaczęło się od małej dawki, w której dawało się wyczuć jakiś obcy posmak, potem przyszła kolej na większą dawkę dla dokładniejszego zbadania obcej domieszki. Dawka ta okazała się jednak niewystarczająca. Dopiero nad ranem udało się ustalić, że zapewne jest to dodatek „pryty” z jabłek, która wcześniej znajdowała się w tych butelkach, ale ostateczne zweryfikowanie hipotezy przyjaciele odłożyli na inną okazję.


Chata Karwowskiego leżała daleko od Uchań, na wzgórzu koło przejętego przez Herbapol pałacu. Jej lokator najwyraźniej nie życzył sobie kontaktów z mieszkańcami wsi, a oni równie mało życzyli sobie kontaktu z nim. Z Herbapolem toczył wojnę podjazdową, milicja nękała go za prowadzenie „pokątnej praktyki paralekarskiej”, a ludzie rzucali kamieniami. Edward Karwowski był bowiem znachorem. Ponadto zajmował się wróżbiarstwem i kilkoma naukami pokrewnymi. Podobno umiał też rzucać uroki, choć tego oczywiście nikt nie był w stanie sprawdzić w sposób jednoznaczny.

Owszem, gliniarze, którzy go nachodzili, cierpieli potem na świerzb i biegunkę, a jeden nawet wyłysiał, wyjątkowo często psuły im się zęby i radiowozy, a dwa razy spłonął posterunek, ale ostatecznie jakieś dziewiętnastowieczne choroby każdemu mogą się przytrafić, a komenda może się zapalić z wielu powodów. Podobnie każdy weterynarz może naukowo wyjaśnić utratę mleka u krów, a higienista powstawanie kołtunów na głowach miejscowych plotkarek. Nieurodzaj dotykający wybiórczo pól jednych rolników, podczas gdy sąsiednie rodziły wysokie plony, zapewne był kwestią umiejętnego nawożenia, a gradobicia też się ostatecznie zdarzają, choć fakt dokładnego wycelowania w pola pegeeru może być już na ten przykład nieco zastanawiający.

Jakub Wędrowycz stanął przed chatą i rozejrzał się po okolicy. Nie podobało mu się to miejsce. W promieniu dwudziestu metrów od domu gleba była wypalona na suchą glacę. Sterczały z niej smętne pozostałości jakichś badyli. Wyglądało to jak mały kawałek pustyni rzucony w świat lasów i pól Pagórów Chełmskich. Zjawisko było tym bardziej dziwne, że raptem dwanaście godzin wcześniej nad okolicą przeszła burza z piorunami i wszędzie wokoło stały kałuże wody. Dom chylił się ku ziemi. Powtykane w glebę patyki obwieszone kolorowymi szmatkami klekotały ponuro, uderzając o siebie. Zdobiąca drzwi krowia czaszka, obwieszona paciorkami, skłaniała do refleksji.

Jakub zapukał.

– Zjeżdżaj – dobiegł go ze środka starczy głos.

– Wybacz, mistrzu, że cię nachodzę, ale mam ważną sprawę – zaczął.

Z wnętrza dobiegł dźwięk oznaczający, że mieszkaniec rzucił w drzwi butem.

– Mam prezent – dodał.

Wewnątrz panowała przez chwilę cisza.

– Ktoś ty? – dobiegło wreszcie pytanie zabarwione ironią.

– Jakub Wędrowycz ze Starego Majdanu. Egzorcysta amator. Byłem tu już kilka razy, ostatnio cztery lata temu...

– Wejdź, but’ łaska.

Wszedł. W chacie panował potworny smród. Z boku pomieszczenia znajdowało się palenisko. Dalej stało zapadnięte łoże. Na wprost od wejścia królowało potężne, ciężkie biurko, z całą pewnością ukradzione z pałacu. Obok znajdował się rozwalony regał, a na nim kilka rozsypujących się książek. Koło biurka stał dumnie wyprostowany niewysoki staruszek w garniturze. Garnitur zapewne także był kradziony, na oko sądząc, jeszcze przed pierwszą wojną światową, i od tego czasu ani razu nie widział prania.

– Nu i czego ty, ha? – zapytał czarownik skrzekliwym głosem. – Ty od duchów, ja od czarów. Na naukie fachu przyszedłeś?

– Nie. Mam problem z jednym złośliwym typem. Potrzebna mi twoja wiedza.

– Hy! Znaczy co? Chcesz go otruć?

– Nie. Chcę na niego rzucić urok.

Staruszek zaśmiał się złośliwie.

– Urok? Toś dobrzi trafił. Co chcesz? Gorączkę mogie, i sraczkę, i świerzb, i włosów wypadanie, nawet zgnilca mogie mu zadać.

– Co ty? Na to są leki. Muszę zaszkodzić jego maszynom. Pojeździł mi kombajnem po polu.

– Znasz ty, gdy uroki były pisane, to jeszcze maszyn ni było, ani-ani. Recept mogie ci podać, ale czy będzie dobrzi, to nie powim.

– Podaj. Spróbuję.

– Zara, zara. Ty mówił, że jest u ciebie dla mnie podarek.

Jakub wyjął z plecaka dziesięć butelek i ustawił je rządkiem na stole. Czarownik złapał jedną. Odkorkował i pociągnął z lubością kilka łyków.

– Gut – wyraził swoje uznanie. – Trzydzieści procent jak obszył.

– No co ty? Pełne osiemdziesiąt. Mów recept.

– Nu dobra. Weźmisz czarno kure...


Noc była pogodna. Widać było wszystkie gwiazdy. Droga mleczna przecinała niebo swoim łukiem. Ziemia powoli oddawała zgromadzone podczas długiego, upalnego dnia ciepło. Gdzieś daleko ujadały psy.

Dwa cienie przemknęły bezszelestnie rowem. Rozległo się gdakanie kury. Odpowiedziały mu głosy innych, zamkniętych w kurnikach. Gdakanie nasiliło się, a potem nagle umilkło.

– Tutaj? – rozległ się stłumiony szept.

– Tutaj – uspokoił go drugi. – Dawaj łom.

Zaskrzypiały odrywane od płotu sztachety. Po chwili dwa cienie wślizgnęły się na podwórze. Pies otworzył pysk, aby zaszczekać, ale w tym momencie jeden z nocnych gości przyłożył mu do pyska kawał szmaty nasączonej eterem. Zwierzę szarpnęło się kilkakrotnie i znieruchomiało. Dwa cienie podpełzły pod drzwi. Jakub zaczął kreślić kredą na kawałku betonu skomplikowane symbole. Wreszcie zapalił zapałkę i w jej świetle przez chwilę porównywał sporządzony rysunek ze swoją pamięcią.

– Fertyg – powiedział wreszcie.

Józef przełknął nerwowo ślinę.

– Nie wiem, czy to zadziała?

– Zobaczymy.

Wydobył z koszyka czarną kurę, urżnął jej głowę brzytwą, po czym starannie zachlapał rysunek krwią.

– Uhur hakau seczech – powiedział z namaszczeniem. – Oby ten, który tu mieszka, nigdy nie dojechał swoim kombajnem na pole.

W tym momencie na piętrze otworzyło się z rozmachem okno.

– Ha, złodzieje! – wydarł się Ścierski.

– Chodu! – wrzasnął nie mniej potężnie Jakub.

Obaj czarownicy rzucili się do ucieczki. Gospodarz wygarnął z dubeltówki w powietrze i stracił następne dziesięć minut na szukanie naboi i ponowne jej nabijanie. Nim skończył, przyjaciele byli już daleko.

– Wywal to – powiedział Józef, patrząc na trzymany przez Jakuba bezgłowy zewłok.

– No co ty? Dobra kurka. Zjemy na śniadanie.


Ciężko los doświadczył Mariusza Ścierskiego. A było to tak. Następnego dnia rankiem wsiadł na kombajn i ruszył w pole, gdzie miał umówioną robotę. Pech chciał, że dwadzieścia metrów od bramy gospodarstwa strzeliła mu prawa dętka. Koło zupełnie sflaczało. Wrócił więc do domu po traktor, żeby nim ściągnąć kombajn z powrotem na podwórze. Niestety, w czasie gdy uruchamiał traktor, nadjechała ciężarówka prowadzona przez pijanego kierowcę i zwaliła kombajn do rowu. Uruchomienie pojazdu zajęło mu czas do wieczora, a urozmaicone zostało wycieczką do kółka rolniczego, gdzie musiał wyżebrać odpowiedni lewarek, oraz wizytą faceta, z którym był umówiony na koszenie pola, a który to obił mu twarz i inne części ciała, a następnie opuścił jego posesję, zabierając ze sobą wpłaconą wcześniej zaliczkę.

Następnego dnia zdołał przejechać aż kilometr, po czym pękła mu tylna oś. Sprowadzenie nowej z Lublina trwało równo tydzień i wymagało wręczenia trzech łapówek, w tym dwu całkowicie bezproduktywnie. Wreszcie, gdy znowu ruszył na pole, na szosie pojawił się drugi w gminie kombajn, należący do kółka rolniczego.

Szosa była dosyć wąska, ale przecież wielokrotnie już się na niej mijali. Ścierski miał dobre oko i tym razem też prawie mu się udało. Wylądował w rowie. Potrzebna była pomoc mechanika. Żniwa dobiegały końca, gdy ponownie ruszył na szosę. Tym razem dojechał bez przeszkód na pole i zaczął kosić. Gdy dotarł do połowy, zapaliła się słoma wewnątrz pojazdu.

Usiłował walczyć przez kilka minut z rozprzestrzeniającym się ogniem za pomocą gaśnicy, ale wysiłki jego okazały się bezowocne. Kombajn po krótkotrwałym pożarze zakończył żywot efektownym wybuchem, który z kolei podpalił leżący pokos słomy i stojące na polu zboże. Prawdopodobnie spłonęłaby cała okolica, gdyby nie to, że bardzo szybko niebo zaciągnęło się chmurami i spadł deszcz. Ludzie zaczęli jakoś dziwnie omijać jego zagrodę, a po całej gminie rozpełzły się głupie plotki o czarach. Przez parę tygodni był spokój, a potem zaczęły się wykopki.

Pech, strawiwszy kombajn, zajął się dla odmiany jego traktorem. Zaczęło się niewinnie, od zerwania paska klinowego, następnie zatarł się silnik, ale prawdziwy ubaw nastąpił kilka dni później. Z niewiadomych przyczyn zablokował się pedał gazu i jednocześnie odmówił posłuszeństwa hamulec. Traktor, ciągnąc wyładowaną burakami przyczepę, staranował bramę skupu i wyrżnął w podstawę potężnego silosu. Ścierski cudem uniknął obrażeń, wyskakując w porę.

Złośliwy los sprawił jedynie, że wpadł na słup od linii wysokiego napięcia, osunął się na zalegającą w pobliżu słupa stertę gnijących kartofli, wybił sobie siedem zębów i złamał rękę. Silos był wyjątkowo solidnie wykonany i teoretycznie nawet uderzenie rozpędzonego czołgu nie powinno zrobić mu krzywdy, jednak na skutek uderzenia traktora przewrócił się jak długi i rozwalił na kawałki. Przez następne trzy lata w tym miejscu na wiosnę wyrastały samosiejki pszenicy.

Odbył się proces, ale nie zdołano udowodnić celowego staranowania silosu, więc Mariusz otrzymał wyrok w zawieszeniu i skierowanie na badania psychiatryczne, bowiem podczas procesu wywrzaskiwał coś niezrozumiałego o klątwie i o tym, że zemści się na kimś. Nie udało się ustalić, kogo miał na myśli. Z obserwacji wypuszczono go po miesiącu, stwierdzając, że wprawdzie jest to człowiek wyjątkowo zabobonny, ale nieszkodliwy dla otoczenia.


Jakub karmił właśnie swoje świnki, gdy ktoś stanął w drzwiach obory. Poznał Ścierskiego.

– Wejdź do środka, bo wyziębisz całe pomieszczenie – powiedział nieżyczliwie.

Gość wszedł.

– I czego chcesz, ha?

– Jakub, ty na mnie rzuciłeś klątwę.

– Nie klątwę, tylko urok, poza tym co za pomysł? Czy ja wyglądam na czarownika?

– Tylko ty byś potrafił. Może jeszcze stary Karwowski z Uchań, ale on nie żyje, bo już nawet jeździłem sprawdzić, czyby mi nie pomógł i nie odczynił...

– A co mu się stało?

– Ponoć wypił na raz dziesięć litrów samogonu i szalał po wsi, aż wreszcie ktoś pokazał mu lustro i starzec padł na swój widok jak rażony piorunem.

Jakub poczuł swędzenie sumienia i podrapał się w tym miejscu po głowie.

– Nu i co dalej?

– Odczyń urok. Już nie mogę tak żyć. Jutro chcę wiać zboże.

Mrugnął i niezdarnie zaczął wciskać Jakubowi kopertę. Ten wziął i zajrzał ciekawie do środka. Wewnątrz było sześć miesięcy spokojnego życia.

– Niech ci będzie – zgodził się łaskawie. – Dostarczysz dzisiaj jeszcze następujące rzeczy...


Noc Jakub i Józef spędzili pracowicie. Zarżnęli białą kurę dostarczoną przez gospodarza, powywrzaskiwali w przestrzeń magiczne formułki.

 

– A ty, łachmyto, najpierw pomyśl dwa razy, zanim pojedziesz na skróty przez czyjąś plantację! – wrzasnął Jakub, gdy już było po wszystkim.

Dwaj czarownicy z godnością opuścili niegościnną ziemię. Następnie udali się do gospodarstwa Wędrowyczów, gdzie upiekli kurę i delektowali się nią, popijając młodym winem.

– Tak swoją drogą, to kiedy znajdował ty czas, żeby majstrować mu przy kombajnie? – zapytał nieco już podpity Józef.

– No co ja miałem majstrować. Rzuciliśmy urok. Nie pamiętasz?

– Pierdoły. Ni ma uroków.

– Teraz już nie będzie. Karwowski nie żyje.

– W ogóle nie było. Żyjemy w dwudziestym wieku.

– Haj, żywie dwudziesty wiek.

Unieśli szklanki do wschodzącego słońca...

Problemy


Ludzie mają różne problemy. Niektóre z tych problemów spoczywają w ziemi. I to jest naturalne, a zwłaszcza po wsiach. Można nawet powiedzieć, że liczba zakopanych w ziemi problemów przekracza tam średnią krajową.

Była sobie pewna wioska. Nazwa jej właściwie nie jest do niczego przydatna, bowiem mogło się to wydarzyć gdziekolwiek, ale wydarzyło się właśnie w Wojsławicach. Wieś ta nie była duża, ale dość ludna. A tam, gdzie są ludzie, tam są i problemy. Oczywiście każdemu, co jego. Fiszko miał w ogródku pogrzebaną teściową, Hryniewicz miał pod stodołą zakopanego starszego brata (poszło o spadek po ojcu, który zakopany był wprawdzie na cmentarzu, ale za to w jego organizmie występowało tak wysokie stężenie arszeniku, że nawet robaczki go nie chciały jeść). Biłyj miał zakopaną na ogrodzie skrzynię pieniędzy po pradziadku, której, nawiasem mówiąc, szukali od trzech pokoleń, i to bezskutecznie.

Ponadto w większości murowanych domów w ścianach i w piwnicach znajdowały się zamurowane problemy. O ile wioska była naszpikowana problemami, o tyle szczególne ich zagęszczenie występowało w gospodarstwie starego Józefa Paczenki.

Siedem problemów z czasów okupacji i okresu utrwalania władzy ludowej spoczywało w jego ogrodzie i wąchało kwiatki od spodu. Problemy miały rany od broni palnej i siecznej i nie żyły. Trochę problemów zakopano w stodole. Problemy te można określić z grubsza jako broń palną i amunicję do niej. Na strychu chałupy znajdował się niewielki problem w postaci kotła i systemu rurek służących do skraplania problemów lotnych. Skroplone problemy trafiały do butelek. Parę wyjątkowo dokuczliwych problemów w błękitnych mundurach mieszkało w domu po drugiej stronie płotu. Ale zasadniczy problem spoczywał głębiej w ziemi...


Był zimowy wieczór. Na dworze wiał wiatr i sypał śnieg. W taką pogodę Józef nie wyściubiał nosa za próg. No chyba że akurat musiał przejść się do wygódki. Ale na razie nie musiał. Siedział sobie wygodnie i słuchał radia. A konkretnie – Wolnej Europy. Zresztą jego radio odbierało wszystkie stacje, jakie tylko mógł wymyślić. To też wiązało się z tym głównym problemem. W drugim fotelu siedział, pociągając z lubością nieoczyszczony bimber prosto ze słoika po dżemie, miejscowy pożal się Boże egzorcysta amator Jakub Wędrowycz.

Niespodziewanie miły wypoczynek przerwało im pukanie do drzwi. Józef wyłączył radio, a Jakub wetknął dłoń za pazuchę, gdzie przechowywał zazwyczaj bagnet służący mu do krojenia różnych rzeczy. Gospodarz otworzył. Na progu stał Tomasz Cieśluk, stary znajomy obydwu. Odetchnęli z ulgą. Słoik z bimbrem wrócił na stół, a Józef ponownie włączył radio.

– Nu i co cię sprowadza? Ha? – zapytał.

– Ukradli mi jałówkę – powiedział Tomasz. – Dopiero co wróciłem z miasta. Są ślady samochodu, ciężarówki.

– Wiesz kto? – zaciekawił się Jakub, od niechcenia sprawdzając stopień naostrzenia majchra.

– Ba, żebym to wiedział. Dlatego przyszedłem do was. Ty, Józwa, kiedyś znalazłeś jakąś szkapę przez zamawianie.

– Aha. Ale potrzebuję czegoś związanego z tą krową i nie mogę dać gwarancji.

– Mam od niej kolczyk. Wystarczy?

– Powinno.

Dłoń starca zacisnęła się na plastykowej plakietce.

– Jutro rano dam ci znać. Siadaj, odpocznij. Chcesz łyka?

– Chętnie. Zdenerwowałem się.

Józef przyniósł z kuchni musztardówkę i słoik typu wek wypełniony mętnym płynem.

– Nu, zdorowia.

Gość łyknął trochę i przez chwilę usiłował złapać oddech.

– U, cholera. Co to jest? Politura?

– A co? – obraził się Józef. – Nie smakuje?

– Ognisty, ale lepiej by było go przedestylować jeszcze raz.

– E, na cholerę.

Gość dopił i odstawił musztardówkę na stół.

– Coś na zakąskę? – zapytał.

Podsunęli mu ogórki. Zjadł jednego razem ze skórą, potem pożegnał się i poszedł.

– Dawno cię miałem zapytać – odezwał się po chwili milczenia egzorcysta. – Jak to właściwie jest z tym twoim zamawianiem?

– A kładę się spać z przedmiotem pod głową i na rano wiem.

– Tak po prostu?

– Aha.

Na marginesie musimy nadmienić, że kit, który Józef wcisnął przyjacielowi, nie brał się z braku zaufania. Po prostu zobligowano go kiedyś do zachowania tajemnicy. Jakub posiedział jeszcze chwilę w cieple, a potem wsiadł na motor i pojechał do domu. Józef nastawił budzik na trzecią nad ranem i podreptał jeszcze do stajni. Sterczała tu z ziemi poniklowana rura, na którą nasadzono kiedyś nocnik, żeby do środka nie sypały się paprochy. Staruszek zdjął naczynie, a potem wpuścił do środka kilka jajek podebranych kurom. Teraz wystarczyło tylko cierpliwie poczekać. Jakieś pięć godzin.


Zasadniczy problem, który od kilku pokoleń trzymał jego rodzinę w tym miejscu, spoczywał głęboko w ziemi pod stajnią. Problem miał sto dwadzieścia metrów średnicy, ponad dziesięć grubości i był edonickim statkiem kosmicznym. O ile wszystkie pozostałe problemy były łatwe do wykopania i likwidacji, o tyle ten był w zasadzie nierozwiązywalny. Rura w stajni była z nim ściśle związana. Do tej rury po każdym dojeniu aktualny właściciel wlewał kubek mleka. Nie miał pojęcia, w jakim celu tak robi, ale jego ojciec powiedział kiedyś, że tak trzeba, więc robił. A od czasu do czasu wrzucał kilka jajek.

Był umówiony w ten sposób, że jeśli wrzucał jajka, statek pozwalał mu zejść na dół i pogadać. Ponieważ staruszek nie lubił tam złazić, statek rzadko miał jajka do jedzenia. Józef obudził się przed świtem, czując w głowie jakieś dziwne mrowienie. Wstał i ubrał się ciepło. Bardzo ciepło, bowiem na dworze było dwadzieścia stopni mrozu, a on miał już swoje lata. Łyknął na rozgrzewkę wódki i wyszedł w zadymkę.

– O job jeho matery! – zaklął, patrząc na zdumiewające zjawisko, jakie czekało go tuż za progiem.

Ziemia była rozgrzana i parowała lekko. Na jego podwórku, za płotem u sąsiadów i dalej, na ich ogrodzie, nie było nawet grama śniegu. W powietrzu unosiła się ciepła, wilgotna mgła. Na łące za szopą widać było krawędź wielkiego koła rozgrzanej ziemi. Dalej leżał śnieg.

– Idiota – warknął pod adresem statku.

Statek odebrał jego myśl. Odpowiedział mu telepatycznie.

– Ujemna temperatura panująca na zewnątrz twojego schronienia nie sprzyja właściwemu funkcjonowaniu twojego ciała. Pragnieniem moim było, abyś nie doznał niewygód związanych z twoją sprawą.

– Kij ci w oko – wściekł się Józef. – Wyłącz tę grzałkę, bo jeszcze się ktoś obudzi i będzie dekonspiracja!

Ziemia przestała parować. Trwało to sekundy. Zanim doszedł do szopy, cała woda została zamieniona w śnieg. Nie zwyczajnie zamrożona, ale ścięta w jakiś inny sposób. Czarny krąg gleby zatarł się, a potem przestał być widoczny. Józef podniósł z zaciekawieniem garść śniegu do oczu. W świetle rzucanym przez latarnię stojącą na ulicy śnieg nie różnił się niczym od zwyczajnego.

– Nieźle – powiedział z uznaniem.

– Staram się – odparł statek w jego głowie.

W kącie szopy Józef odwalił na bok stare łóżko i zaczął kopać motyką w twardej jak skała ziemi. Szło mu to opornie, gleba była zmrożona.

– Pomóc? – rozległo się w jego głowie.

– Jeśli nie sprawi ci to problemu...

Gleba zaczęła parować i w ciągu kilku minut stała się miękka. Jednocześnie poczuł się lżejszy. Praca stała się czystą przyjemnością. Ziemia ważyła tyle co puch, podobnie jak łopata. Wystarczyło jednak, że odrzucał ją trochę dalej, a opadała w dół szybciej niż normalnie.

– Sprytne – powiedział. – Jak to robisz?

– Ekranuję częściowo grawitację. Pracuj sobie, nie przejmuj się. I tak masz zbyt niski iloraz inteligencji, żeby zrozumieć, jak to robię.

– Pies ci buźkę lizał – odgryzł się kopiący. – Wcale nie jesteś taki mądry, jak ci się wydaje.

– Józefie, cywilizacja Edon trwała o całe eony dłużej niż ziemska.

– I co z tego? Zdaje się, że jesteś tu zakopany. I nie możesz się wykopać. I gdzie te zdobycze techniki, które pozwoliłyby ci wrócić do siebie? Żeby już nie wnikać, jaki błąd popełniłeś, że się tu zaryłeś?

– Nie dorosłeś jeszcze do krytykowania wyżej od ciebie stojącej cywilizacji.

– Wydaje ci się, że jesteś taki mądry. Wiesz, co mogę zrobić? Przestanę ci wlewać to mleko do dziurki co wieczór i zobaczymy, jak długo pociągniesz.

– Długo. Aż znajdzie się ktoś inny.

Pracował. Wkrótce odsłoniło się wejście. Józef odwalił właz. Zaraz za nim, w korytarzu, leżeli trzej esesmani. Tak jak wtedy, gdy w pogoni za nim wbiegli na pokład statku. Mieli otwarte oczy, ale nie oddychali. Statek zatrzymał dla nich czas. Gdyby się teraz obudzili, nie pamiętaliby, że spali. Ominął ich obojętnie. Zdążył się już do nich przyzwyczaić, jak do grzyba na ścianie.

– Mógłbym ich wypuścić – zaproponował statek. – Z ochotą podetną ci gardło. To chyba leży w waszych zwyczajach?

– Masz pojęcie o naszych zwyczajach jak ślepy o kolorach – odgryzł się. – A tylko spróbujesz ich wypuścić, to wleję ci do rury swojego bimbru. I co wtedy zrobisz, niemoto?

– Najpierw cię załatwią. Tak się tutaj mówi?

– Tak. Ale nie załatwią, bo zgłupieją. Wychodzą z piwniczki, a tu bach, inny świat. Jeśli faktycznie czas dla nich stoi, to mogą być nieźle zaskoczeni. Zdechnij ich wreszcie, po co nam oni?

Statek milczał. Starzec przeszedł po lekko nachylonej podłodze do sporej sali. Od ostatniego razu, przed dwoma laty, nic się tu nie zmieniło. Podłoga pokryta była kiedyś złotą folią, ale dawno nie zostało po niej śladu. Ostatecznie minęło tyle pokoleń, a za coś trzeba pić. Jego dziadek wykręcił spore diamenty, służące do jakichś tam celów, z takiej jednej maszynki. Dla niego nie zostało prawie nic. Owszem, było kilka siedlisk wykonanych z czystego niklu, ale statek zrobił się coś skąpy ostatnimi czasy i nie pozwalał spylić ich na złom.

Dziwaczne urządzenia połyskiwały w ciemności. Pośrodku unosiła się spora, czterowymiarowa konstrukcja. Gość omijał ją starannie wzrokiem. Patrzenie na nią groziło całkowitym pomieszaniem zmysłów.

– Włącz żarówkę, co? – zagadnął.

Zapaliło się światło. Nie było widać jego źródeł, ale w sali pojaśniało. Za to w całej wsi przygasły latarnie. Mechanizmy pojazdu przeszły z biegu jałowego w stan pełnej gotowości. Organiczno-cybernetyczny mózg sprawdził wszystkie sekcje. Był gotów.

– Pełna gotowość – zameldował.

W całej wsi ludzie ocknęli się ze snu, czując nieznośne swędzenie między uszami. Większość jednak zaraz ponownie zapadła w sen. Na cmentarzu na wpół zmumifikowane ciała poruszyły się w swoich grobach. Na okolicznych łąkach zakwitły trawy. Zakwitły, niestety, pod śniegiem, toteż nikt nie zauważył tego ciekawego i pouczającego zjawiska. Nadwyżki energii wyciekały przez pęknięcia w burtach. A były to bardzo dziwne rodzaje energii, w większości nieznane ziemskiej nauce.