Wampir z M-3Tekst

Z serii: Cykl z wampirem #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wampir z M-3
Wampir z M-3
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,83  47,86 
Wampir z M-3
Wampir z M-3
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Andrzej Pilipiuk
Wampir z M-3
Ilustracje
Andrzej Łaski


Lublin 2011

Książki Andrzeja Pilipiuka wydane nakładem Fabryki Słów

1 Kroniki Jakuba Wędrowycza (także w wersji do słuchania)

2 Czarownik Iwanow

3 Weźmisz czarno kure...

4 Zagadka Kuby Rozpruwacza

5 Wieszać każdy może

6 Homo bimbrownikus

7 Kuzynki

8 Księżniczka

9 Dziedziczki

10 2586 kroków

11 Czerwona gorączka

12 Rzeźnik drzew

13 Aparatus

14 Norweski dziennik – tom 1. Ucieczka

15 Norweski dziennik – tom 2. Obce ścieżki

16 Norweski dziennik – tom 3. Północne wiatry

17 Operacja Dzień Wskrzeszenia

18 Wampir z M-3

19 Dobić dziada – komiks

20 Oko Jelenia. Droga do Nidaros

21 Oko Jelenia. Srebrna Łania z Visby

22 Oko Jelenia. Drewniana Twierdza

23 Oko Jelenia. Pan Wilków

24 Oko Jelenia. Triumf lisa Reinicke

25 Oko Jelenia. Sfera Armilarna

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Przebudzenie

Liceum zaległo wśród drzew morwy i grzało się w promieniach wiosennego słońca niczym wielki szary kot. Budynek wzniesiono wedle projektu typowego dla „tysiąclatek”. Był brzydki, ale funkcjonalny. Silikatowa cegła już się sypała. Duże okna straszyły brudnymi szybami.

Było może trzydzieści sekund po dzwonku, gdy Gosia zadyszana wpadła do klasy.

– Małgorzata Brona jak zwykle spóźniona – zrymowała nauczycielka. – Na maturę też się spóźnisz? Siadaj! – westchnęła, robiąc znaczek przy nazwisku.

– Przepraszam – bąknęła dziewczyna. – Tramwaj mi uciekł...

– Po raz piąty w tym tygodniu? – zakpiła kobieta, rzucając okiem w dziennik.

Gosia zajęła swoje miejsce, obok Marty. Założyła nogę na nogę. Położyła na blacie podręcznik, oprawiony w papier z nadrukowanym portretem Limahla. Obok wylądował zeszyt obłożony w okładkę z Limahlem. Wyjęła jeszcze piórnik z nadrukiem przedstawiającym Limahla i dopiero rozejrzała się po klasie.

Dziś przyszli prawie wszyscy. Bronek, drobny brunet w okularach siedzący po drugiej stronie przejścia, spojrzał na nią tęsknie. Pewnie znowu spróbuje zaprosić ją do kina. Sentymentalny dureń, tylko siedzi i książki czyta. I to jakie! Aż się skrzywiła z pogardą na samo wspomnienie tytułów. Same badziewne przedwojenne horrory.

Odwróciła się demonstracyjnie w stronę Konrada. Niestety, największy klasowy przystojniak nie patrzył na nią, tylko schowawszy pod ławką najświeższy numer tygodnika „Veto”, przeliczał sobie na końcu zeszytu kursy walut.

– Nie rozglądaj się tak – szepnęła Marta. – Baba jest dziś wściekła. Podobno znowu przesunęli ją na koniec.

– Na koniec? – nie zrozumiała Gosia.

– No, w kolejce na przydział mieszkania. Powiedz ojcu, niech zadzwoni gdzie trzeba, popchnie sprawę i maturę masz w kieszeni – doradziła przyjaciółka.

W jej głosie zabrzmiała jakby nutka zazdrości.

– Przyniosłaś mi Tolkiena? – koleżanka z ławki wolała zmienić temat.

– Zapomniałam.

Nauczycielka skończyła sprawdzać listę obecności.

– Wyciągamy karteczki – oznajmiła i zaczęła dyktować.

Pytania były jak zwykle trudne, na szczęście Marta jakimś cudem znała odpowiedzi. Gosia, zapuszczając co chwila żurawia, coś tam naskrobała. W końcu od czego ma się przyjaciółki?


Dzwonek na przerwę wybawił ją od męki... Gosia wyszła z klasy i rozejrzała się za swoim chłopakiem. Nigdzie go nie było widać. Obeszła pół szkoły, nim wreszcie go spostrzegła. Konrad siedział na parapecie i ostentacyjnie liczył swoje cztery banknoty jednodolarowe. Cztery? Nie! Teraz miał ich sześć. Widać wyszedł mu jakiś interes.

– Coś taka skwaszona? – zapytał, gdy podeszła.

– Pokłóciłam się rano z ojcem – westchnęła. – Myślałam, że uda się pojechać na wakacje do Szwecji, ale uparł się na tę pieprzoną Bułgarię! – wybuchła. – Niby że arbuzy i ciepłe morze... Wolałabym do Turcji, skórzaną kurtkę bym kupiła...

– Bułgaria? – W oczach chłopaka błysnęło zainteresowanie. – Można tam zawieźć walizkę kremów Nivea, spylić po dolarze za sztukę i kupić zegarki elektroniczne albo...

Skrzywiła się w duchu.

– A po co mam się bawić w jakąś handlarę? – wydęła wargi.

Nie odpowiedział. Schował walutę do kieszeni i zastanawiał się nad czymś.

– Widziałeś moją nową bluzkę? – Wyeksponowała dekolt, podstawiając mu piersi niemal przed nos. – Niemiecka, z Peweksu.

Zgodnie z jej oczekiwaniami instynkt przeważył. Konrad, zamiast podziwiać ciuch, zerknął gdzie trzeba. Namęczyła się jak diabli nad tym biustonoszem. Dwa tygodnie dziergała go szydełkiem z kordonka, ale była bardzo zadowolona z efektu. Wyszedł tak ażurowy, że więcej w nim było dziur niż koronki. Niestety, widok niemal nagich piersi wzbudził w chłopaku jedynie przelotne zainteresowanie.

– No, niezła – mruknął. – Tylko czemu znowu z tym pedałkowatym typkiem? – Spostrzegła, że zamiast na jej biust gapi się na portret Limahla. – Rzygać mi się już chce na widok tego blondaska...

Miała na końcu języka ciętą ripostę, ale zadzwonił dzwonek. Chemia... Kolejne lekcje wlokły się jak pociąg osobowy. Polonista wyrwał ją do odpowiedzi z lektury. Nie czytała, więc przylufiła. Na matmie okazało się, że nie zabrała z domu zeszytu. Brak pracy domowej. Ponownie przylufiła...

– Co za dzień popierdolony – żaliła się, zakładając kurtkę.

– Ciesz się, że już piątek – skwitowała Marta. – Odpoczniesz przez weekend... Wiosna jest, trzeba spojrzeć na świat z optymizmem. Wykrzesać z siebie trochę radości życia...

– W sobotę muszę posprzątać, w niedzielę ojciec wlecze mnie na Dni Kultury Czechosłowackiej. Wynudzę się jak mops! I wypożyczalnię wideo ubecja zamknęła. A w poniedziałek oddadzą klasówki z historii. Do bani to wszystko. Jak tu żyć? I jeszcze te wakacje w Bułgarii...

– Ty weź nie narzekaj! Co ja mam powiedzieć? Ojca znowu pominęli przy podwyżkach – westchnęła koleżanka. – Ty sobie popływasz w ciepłym morzu, a ja co najwyżej z wiejskimi dziewuchami w stawie u dziadków.

– Jak się zwąchał z Solidarnością, to niech teraz cierpi. – Gosia wzruszyła ramionami. – Do zobaczenia! – rzuciła i pobiegła po schodach na górę.

Po chwili była już przed budą.

– Cześć, Gośka – znajomy głos wyrwał ją z zadumy.

Obejrzała się. Drobna blondyneczka z warkoczem miała na imię Iza. Chodziła do pierwszej klasy, ale mieszkała niedaleko, więc znały się z widzenia.

Ubrana jak bazarowa księżniczka, pomyślała Gosia, czując ukłucie zazdrości. Tatuś milicjant nieźle prywatną inicjatywę skubie. Ten to się ustawił. Pewnie co miesiąc słono mu płacą za święty spokój...

Iza ubrana była w prawdziwe lycry, włoską haftowaną bluzeczkę i zagraniczne pantofelki. Na ramiona narzuciła kurtkę z jeansu, i to prawdziwą amerykańską, szytą żółtą nitką. Pod szyją miała turecki szaliczek, połyskujący jadowicie intensywną barwą odblaskowej zieleni. No i woniało od niej dobrą turecką podróbką dezodorantu Fa.

– Cześć – mruknęła Gosia. – Co się stało?

– Sprawę mam... Paskudną raczej. Dalej chodzisz z Konradem?

– A co ci do tego? – nastroszyła się.

– Konrad kumpluje się z moim bratem.

– No... I co z tego? – powtórzyła z roztargnieniem.

– Wiesz, jaki jest mój ojciec. Pracoholik, nawet po domu w mundurze chodzi. Całe mieszkanie naćkał mikrofonami. No i wczoraj... Nagrało się coś, o czym powinnaś wiedzieć. – Iza podała jej kasetę. – Skasuj potem... To niby sekret, ale tacie się nie przyda, a do tego po prostu uznałam, że muszę cię ostrzec...

– Khm... Dziękuję – bąknęła Gosia, wrzucając kasetę do torby.

– To na razie. – Iza pobiegła po schodach, żółta kitka włosów podskakiwała na plecach.

Gosia powlokła się na przystanek tramwajowy.

Gdybym miała walkmana, tobym sobie od razu posłuchała, rozczulała się nad sobą. Ale nie. Ojcu żal głupich kilkudziesięciu dolarów. Zebrał na swoich wyjazdach i handelkach z pięć tysięcy i tylko kisi gdzieś w słoiku zakopane... I po co mu to? Sam nie korzysta, a innym nie daje. Się w końcu wnerwię, to przekopię rabatki i tyle!

Dojechała na plac Komuny Paryskiej. Wysiadła z tramwaju. Krzaki porastające wały starego carskiego fortu obsypane były żółtymi kwiatkami. Ruszyła wzdłuż nasypów. Pogoda była naprawdę fajna, ale Gosia naburmuszyła się jak gradowa chmura.

– Ech – westchnęła. – Wiosna. I z czego tu się niby cieszyć? Za rok o tej porze matura...

Zagłębiła się w plątaninę uliczek Żoliborza Oficerskiego. W ostrym słońcu przedwojenne domki straszyły poszarzałymi elewacjami, poczerniała i omszała dachówka prosiła się o wymianę. Kute ogrodzenia obłaziły z farby, odsłaniając bąble i sople rdzy. Kocie łby pokryto nierówno asfaltem.

Wreszcie dziewczyna stanęła przed willą. Namacała w kieszeni jeansów klucze. Furtka zaskrzypiała przeraźliwie...

 

– Wezmę oleju w strzykawkę i puszczę wreszcie w zawiasy – obiecała sobie licealistka, tak jak co dnia od kilku miesięcy.

Suka Luna usłyszała ją i zaskamlała. Gdy tylko Gosia otwarła drzwi, zwierzę wybiegło radośnie do ogrodu.

Babcia Adelajda siedziała w swoim pokoju przytulona do radia. Na uszach miała toporne ebonitowe radzieckie słuchawki. Na widok wnuczki zsunęła je z uszu.

– Jak było w szkole? – zapytała.

– Zamiast słuchać tej Wolnej Europy, byś się psem czasem zajęła – burknęła dziewczyna.

– A już byłam z Luneczką na spacerku, jakem szła do kościółka – powiedziała babcia. – Poza tym to nie żadna Wolna Europa, tylko Głos Ameryki. Też byś czasem posłuchała, ciekawe rzeczy mówią. I do kościoła powinnaś się wybrać...

Gosia skrzywiła się demonstracyjnie i poszła do swojego pokoju. Na wprost wejścia na meblościance wisiał wielki plakat z podobizną Limahla. Uśmiechał się, jakby na powitanie. Druga podobizna, mniejsza, ale ładniejsza, oprawiona w ramkę stała na komodzie. Trzeci Limahl spoglądał znad biurka. Dziewczyna cisnęła torbę na łóżko. Zeszyty i książki wysypały się kaskadą.

Obróciła kasetę w dłoniach. Po chwili zastanowienia wsadziła ją do magnetofonu i wcisnęła odtwarzanie. Jakość nagrania była rewelacyjna. Dwa głosy. Jeden niewątpliwie należał do Konrada. Wsłuchała się w dialog.

– Z tej twojej Gośki to niezła dupa.

– Że co? To ty chyba porządnej dupy na oczy nie widziałeś.

– Dała ci?

– Co dała?

– No, bzykałeś ją już?

– A po cholerę? – zdziwił się Konrad. – Kiepska jest. Ani tyłka, ani cycków, ładna też nie. Chuda taka, wypłoszowata. Głupia do tego jak but. No, może nogi ma niezłe, ale bzyknąć to bym chciał Mariolkę.

– To po co chodzisz z Gośką?

– A ty wiesz, kim jest jej ojciec?

– To ten Brona, co go czasem pokazują w telewizji, ekspert rządowy znaczy się od czegoś?

– No ba. Wiesz, jaka to szycha? Do KC kandyduje. Służbową ładę dostał. W willi mieszka, i to niezłej. Dla niego załatwić mi paszport to tyle co splunąć. Jeden telefon i na talerzyku przyniosą. Dlatego gadam tej kretynce, jak bardzo ją kocham, i czekam, aż mnie przedstawi rodzicom. Przecież przyszłemu zięciowi to i owo załatwią. A jak już będę po tamtej stronie żelaznej kurtyny, to zostaję, i niech mnie cmokną w trąbę.

Gosia wdusiła przycisk „stop” z taką siłą, że magnetofon zarzęził.

– Ty gnoju! – ryknęła. – Ty gówno! Ty ścierwo!

Limahl z plakatu patrzył na nią współczująco.

– Mogłabym mu wybaczyć, gdyby łaził za mną tylko po to, żeby mnie przelecieć! – powiedziała z nienawiścią. – Ale tego, że od mojej cnoty wolał paszport, nie daruję mu nigdy! Co za parszywe bydlę! Zaraz mu wygarnę, co o nim myślę!

Zerwała się z fotela i ruszyła w stronę aparatu, ale zatrzymała się w pół kroku. No tak. Rodzina Konrada od dwudziestu lat czekała na instalację telefonu...

– A dość już tego! – warknęła. – Przesrane życie, szykują się tragiczne wakacje, parszywy świat, szkoła do dupy. A ja wam wszystkim o! – Pokazała światu gest Kozakiewicza. Wściekłość aż ją dusiła. I naraz błysnął jej iście genialny pomysł. – Ja wam, ścierwa, pokażę!

Z łazienki przyniosła pasek do szlafroka. Postawiła stołek pośrodku pokoju. Zaplątała stryczek jednym końcem do żyrandola. Drugi uformowała w pętlę.

– Tylko ciebie kocham – powiedziała do Limahla. – Tylko ty byś mnie zrozumiał... Gdybyś oczywiście gadał po naszemu...

Plakat nie odpowiedział, jedynie patrzył z jeszcze większym współczuciem. Założyła pętlę na szyję i zdecydowanym ruchem kopnęła stołek w kąt. Poczuła jeszcze, jak pasek miażdży jej krtań, i zapadła ciemność.


Ocknęła się zupełnie nagle, w jednej chwili przechodząc od snu do pełnej przytomności. Wciągnęła nosem woń kurzu i piwnicznej stęchlizny. Kichnęła jak z armaty.

– Co jest grane? – zdziwiła się.

Leżała na czymś miękkim, choć zarazem niewygodnym. Wokół panował dziwny, zgaszony półmrok. Nad głową miała pikowaną wyściółkę. Zbadała otoczenie rękami. Ściany? Uniosła głowę i wytężając wzrok, spróbowała cokolwiek dojrzeć. Minęła dłuższa chwila, nim pojęła całą straszliwą prawdę.

– Leżę w trumnie!? – wyszeptała.

Z wrażenia próbowała usiąść, ale tylko z rozmachem wyrżnęła głową w wieko. Mimo wyściółki zadudniło jak pusta beczka, a dziewczyna przed oczyma zobaczyła wszystkie gwiazdy moskiewskiego Kremla. Dłuższą chwilę masowała obolałe czoło. Rozejrzała się wokół raz jeszcze. W półmroku wyraźnie widziała charakterystyczny kształt pudła, w którym była zamknięta.

– No, jak w mordę strzelił! – powiedziała na głos.

Zmarszczyła brwi. Przecież trumnę mieli w domu. Widziała ją nieraz. Ojciec kupił „dębową jesionkę” jeszcze w stanie wojennym. Brakowało wtedy wszystkiego, nawet wyżsi funkcjonariusze partyjni szynkę jadali tylko co trzeci dzień. Tata pojechał akurat z delegacją KC na wizytację fabryki mebli w Henrykowie. Oczywiście towarzysze wyższej rangi zgodnie z regułą dziobania mieli pierwszeństwo. W mig wyczyścili wzorcownię z ciekawszych kredensików i stolików. Ale trumną akurat nikt z nich nie był zainteresowany. Trafiła się okazja, to nie namyślał się długo. Kupił za bezcen, przywiózł do domu na dachu malucha i przewidując rychły zgon babci, ustawił w piwnicy willi. Tylko że babcia jakoś nie wybierała się na tamten świat. Mebelek od paru lat stał w kącie, porastając kurzem.

– Czyli to głupi dowcip kochanego braciszka i jego porypanych kumpli... – domyśliła się Gosia. – Tylko czemu cokolwiek widzę? Powinno być ciemno.

Zamrugała powiekami. W półmroku majaczyły jej nawet noski tenisówek, które miała na stopach.

– Pewnie tkanina nasączona fosforem albo coś – wydedukowała. – Tylko że to diabelnie trujące!

Pchnęła wieko. Nie ustąpiło. Kopnęła kolanem. Wreszcie załomotała pięścią. Odpowiedziało tylko głuche echo.

– Radek, ty palancie – warknęła. – Poczekaj, tylko stąd wylezę, a dostaniesz takiego kopa...

Uderzyła raz jeszcze. Gucio. Podkuliła nogi i kopnęła w deskę na końcu. Nic z tego. Braciszek pewnie siedzi sobie obok i zaśmiewa się do łez z tym swoim kumplem Mariuszem. Może nawet kamerę wideo przynieśli.

– To wcale nie jest śmieszne, ty głąbie! – wrzasnęła. – Otwieraj w tej chwili!

Odpowiedziało jej milczenie. A gdyby tak przewrócić trumnę na bok? Może wtedy góra odpadnie? Naparła na ściankę i poczuła wyraźnie, że konstrukcja drgnęła. Powoli udało jej się rozhuśtać. Jeszcze trochę... Jeszcze...

Trumna upadła na bok, przekręciła się, dachowała, a potem spadła jakby ze stopnia. Trzasnęła pękająca płyta paździerzowa. Wieko nareszcie odpadło.

Gosia wygrzebała się z wnętrza zła jak osa. Wyprostowała i boleśnie uderzyła o coś głową.

– Co jest grane!?

Rozejrzała się i z wrażenia opadła jej szczęka. Do tej pory sądziła, że znajduje się w piwnicy pod własnym domem. Teraz ze zdumieniem patrzyła na wnętrze niewielkiej, półkoliście sklepionej krypty. Pod ścianami na ceglanych podestach stały cztery trumny. To znaczy stały trzy, bo jej własna przecież spadła.

Dziewczyna machinalnie wepchnęła zdezelowaną skrzynię na miejsce. Wrzuciła do środka poduszkę i przywaliła wszystko wiekiem.

To chyba nie jest dowcip braciszka, pomyślała.

Usiadła na wilgotnym kamieniu i ścisnęła skronie. Zaraz... Jak to było? Ta mała blondynka, nagranie, ten palant Konrad... Na samo wspomnienie zalała ją fala wściekłości. Przypomniała sobie, jak wiąże pętlę do lampy, stołek bujający się pod stopami, słodkie spojrzenie Limahla, ciemność...

– Powiesiłam się! – powiedziała na głos. – Ale żyję! Czyli widocznie jakiś niedouczony konował stwierdził zgon i ot tak wpakowali mnie do grobu!

Chciała ponownie zerwać się na równe nogi, ale w porę sobie przypomniała, że sufit jest nisko. Rozejrzała się po wnętrzu krypty. Drewniane trumny były przepróchniałe i przeżarte przez korniki. Aplikacje z miedzianej blachy pozieleniały. W skrzyniach z pewnością spoczywały szkielety pradziadka i innych krewnych.

– Błe! – wzdrygnęła się. – Umarlaki.

Ciarki chodziły jej po plecach, ale z drugiej strony sądziła, że przestraszy się bardziej. W ogóle krypta trochę ją rozczarowała. Wyglądała mało efektownie. Żadnych przegniłych kości, pokrytych pleśnią czaszek, pajęczyn, szczurów, nietoperzy... Nawet mech nie porastał ścian. Schodki... Weszła po kilku stopniach i zatrzymała się przed żeliwną płytą. Pchnęła ją bez przekonania. Wmurowana? Drzwiczki może? Walnęła raz jeszcze. Płyta słabo drgnęła. Po kilku solidnych uderzeniach przeszkoda uchyliła się z piskiem zardzewiałych zawiasów, wpuszczając do wnętrza krypty światło i powietrze.

– No, nareszcie wolna – westchnęła Gosia, wychodząc na zewnątrz.

Odetchnęła głęboko kilka razy i rozejrzała się. Alejka, stare grobowce, kasztany gubiące liście. Powązki. Zatem... Odwróciła się. Nad dziurą wiodącą do podziemi wyraźnie widniał wykuty w piaskowcu napis. „Grób Rodziny Brona”. Czyli słusznie się domyślała. Pochowali ją w grobowcu pradziadka.

Ależ idiotyczna przygoda, pomyślała wesoło. Kumpele nie uwierzą, jak opowiem.

Zatrzasnęła drzwiczki. Siadła na ławeczce, by trochę się pozbierać do kupy. Miała wrażenie, że jest kompletnie rozkojarzona, ale ostatecznie nie co dzień ucieka się z trumny. Kasztan pacnął o alejkę tuż obok jej stóp. Kolczasta łupina pękła, odsłaniając błyszczącą brązoworudą kulkę.

– Do diaska – wymamrotała pod nosem licealistka. – Co jest, do cholery, grane!? Skąd tu kasztan?

Rozejrzała się wokoło. Teraz dopiero spostrzegła leżące wszędzie liście.

– Jesień!? Gdzieś mi się parę miesięcy zgubiło... Jak to możliwe? – zastanawiała się. – Chyba że... Oż, do cholery... Widocznie gdy się powiesiłam, pętla coś uszkodziła. Rdzeń kręgowy? A może ustał dopływ krwi do mózgu? Pewnie byłam potem nieprzytomna przez całe lato i w końcu zapakowali mnie do trumny i pogrzebali. Tak. To jedyne sensowne wyjaśnienie. Nie ma co się zasiadywać. Trzeba prędko wracać do domu i odkręcić całą sprawę.

Ruszyła przez cmentarz. Po drodze zaczęła zbierać sobie bukiet z pięknych złocistych liści, ale po chwili go wyrzuciła. Brama była zamknięta, więc skierowała się w stronę kościoła Świętego Karola Boromeusza. Tak jak przypuszczała, tamtędy dało się przejść. Dotarła na przystanek tramwajowy. Dwie staruszki siedzące na ławeczce na jej widok wstały, przeżegnały się i chyłkiem umknęły.


– Demonstracyjne zachowania religijne w miejscu publicznym. Co za zabobon – parsknęła.

Od strony Żoliborza powiał wiatr, ale mimo że ubrana była w letnią sukienkę, nie poczuła chłodu.

Ciepła jesień tego roku, pomyślała leniwie.

Wreszcie nadjechała jedynka. Dziewczyna wskoczyła do drugiego wagonu. Nie miała biletu, ale specjalnie jej to nie obeszło. Była tak wkurzona, że gdyby jakiś kanar ją wyhaczył, to chyba podrapałaby mu gębę do krwi.

Koło Dworca Gdańskiego wdrapała się na estakadę wiaduktu i przesiadła w szóstkę. Nie minął kwadrans, gdy była na miejscu. Zapukała do drzwi, a po chwili zniecierpliwiona nacisnęła dzwonek.

Luna zaszczekała we wnętrzu domu. Gosia uśmiechnęła się. Radek otworzył drzwi. Przez sekundę patrzył w zdumieniu na siostrę.

– Co się gapisz, jakbyś ducha zobaczył! – warknęła.

– Wampir! – ryknął, uciekając w głąb mieszkania.

– Palant! – rzuciła za nim, pakując się do przedpokoju.

Pies na jej widok zaskamlał żałośnie i z podwiniętym ogonem czmychnął do kuchni. Ojciec stanął w drzwiach salonu. Na widok córki jego twarz w jednej chwili pokryła się trupią bladością.

– Jezus Maria! – wrzasnął komunista-ateista. – Krzyż! Dawajcie krzyż!

– Skąd ci wezmę krzyż w partyjnym domu? – lamentowała matka, wybiegając z kuchni z tłuczkiem do mięsa w ręku.

– A ten srebrny?

– Sprzedaliśmy!

– Może babcia ma? – Z nadzieją spojrzał w lewo. W szparze między skrzydłem a framugą błyszczało ciekawskie oko.

– Mam, ale nie dam – zarechotała starowinka. – Smażcie się w piekle, czerwone antychrysty.

Dziewczyna skrzywiła się demonstracyjnie.

– Może starczy już tych głupot! – warknęła. – Mamy dwudziesty wiek!

– Czosnek! – Ojciec nadrabiał miną. – Dawaj, stara, czosnek.

 

– Skąd wezmę? – pisnęła znowu matka. – Kryzys jest! Nawet sól czosnkowa się skończyła! I nie mów do mnie stara!

– Czy wyście pogłupieli? – parsknęła Gosia rozżalona. – Przestańcie się miotać. Pochowali mnie omyłkowo, to się zdarza! Widać jakiś konował się pomylił i wystawił akt zgonu. Ocknęłam się w trumnie i wyszłam...

– Pochowali cię sześć miesięcy temu! – warknął Radek, stając w drzwiach salonu, uzbrojony w dębowy stołek. – Wracaj do grobu, upiorze!

– Jak mnie nazwałeś, palancie? Odszczekaj!

Próbowała go trzepnąć, ale zasłaniał się meblem, a gdy podeszła bliżej, dźgnął ją boleśnie nogami taboretu.

– Mówiłam, księdza wezwać i mszę zamówić – dogadywała babcia ze swojego pokoju. – Ale nie, uparliście się na świecki pogrzeb, to teraz macie! – Zarechotała złośliwie.

– Nie czas teraz na reakcyjne dyrdymały! – wrzasnął pan domu. – Trzeba się jej pozbyć!

– Przyznaj się – chichotała staruszka. – Boisz się, że córcia wampirzyca popsuje ci karierę? To ci dopiero będzie skandal! Jak się towarzysz Pierwszy dowie, to cię z PZPR wywalą w pięć minut.

– Pozbyć się mnie!? – Gosia ryknęła, aż zabrzęczały wisiorki żyrandola. – Odwaliło wam?

– Lecę po dubeltówkę! – krzyknął brat i pocwałował po schodach na górę.

Gosia pchnęła drzwi swojego pokoju.

– Ożeż wy! – ryknęła. – Co to ma znaczyć!?

Jej kolekcja plakatów z tygodnika „Razem” znikła bez śladu. Szafka z ciuchami była pusta. Tylko piękne kolorowe zdjęcie Limahla, to, które oprawiła w ramkę po zdjęciu ślubnym pradziadków, leżało porzucone na parapecie.

– Coście zrobili z moimi ciuchami!? – Złapała portret idola i wróciła do przedpokoju wściekła jak osa. Ojciec na jej widok wycofał się rakiem w stronę salonu.

– Wyrzuciliśmy – bąknął.

Otwarła z rozmachem szafę.

– Ha!

Jej śliczna jeansowa kurteczka na szczęście ciągle wisiała na wieszaku.

– Znalazłam czosnek! – Matka wybiegła z kuchni, trzymając w ręce torebkę. – Ten, co z Czechosłowacji przywiozłeś. Granulowany chyba może być? A kysz! – Sypnęła na oślep.

– Jau!

Drobinki, które do niej doleciały, zapiekły jak smagnięcie pokrzywą. W tym momencie u szczytu schodów pojawił się Radek wymachujący dubeltówką.

– Giń, potworze! – wrzasnął i wypalił.

Uchyliła się w ostatniej chwili. Ciężka breneka na dzika rozbiła lustro.

– Moje kryształowe zwierciadło! – ryknęła matka. – Osiemdziesiąt tysięcy w Desie kosztowało! Uważaj, jak strzelasz, idioto!

– Zaraz ją kropnę! – Braciszek najwyraźniej szykował się, by wygarnąć z drugiej lufy.

– Daj, ja lepiej strzelam! – spod kanapy w salonie dobiegł głos ojca.

Gosia, widząc palec braciszka na spuście, zrozumiała, że to nie przelewki. Szarpnięciem zerwała kurtkę i rzuciła się w drzwi. Ściskając w objęciach portret Limahla, wyskoczyła z domu. Huknął drugi strzał. Kuleczki śrutu rykoszetowały od płytki chodnika, kilka smagnęło ją boleśnie po nogach. Skoczyła w stronę furtki.

– Gdzie jest amunicja!? – usłyszała krzyk ojca. – Dawajcie tę na jelenie!

Zadyszana wypadła na ulicę. Przy chodniku naprzeciwko jej willi stał nieco zdezelowany mały fiat. Drzwiczki od strony pasażera były gościnnie otwarte.

– Wskakuj – rozległo się ze środka.

Usłyszała świst koło ucha i po ułamku sekundy huk kolejnego wystrzału. Wskoczyła do auta, zatrzaskując drzwi. Fiacik ruszył z piskiem opon. Kierowca prowadził jak wariat. Mknął wąskimi brukowanymi uliczkami, aż resory malucha podejrzanie rzęziły. Z daleka dobiegł jeszcze jeden wystrzał.

– Marek jestem – odezwał się niespodziewany wybawca.

– Gośka – przedstawiła się odruchowo. – Czemu pan... W każdym razie dziękuję za ratunek.

– Drobiazg. Przepraszam za mały poślizg, liczyłem, że zdołam przechwycić cię, zanim dotrzesz do domu, ale echo telepatyczne nie zawsze daje się precyzyjnie namierzyć.

– Przechwycić? Echo? Tele... Co!? Kim pan, do cholery, jest!? – Wytrzeszczyła oczy.

– To bardzo częste u świeżo przebudzonych, że skołowani idą tam, gdzie dawniej mieszkali. No i jest z tego powodu masa kłopotów.

Z wprawą prowadził auto przez labirynt uliczek wytyczonych na zachód od Cytadeli. Kierowali się na południe, w stronę dworca Warszawa Gdańska.

– Zaraz. – Potrząsnęła głową. – Jeszcze raz od początku. Proszę mi wytłumaczyć...

– A co tu dużo tłumaczyć – zirytował się. – Popełniłaś samobójstwo. Sądząc po tej uroczej bruździe wisielczej, powiesiłaś się. Dziś obudziłaś się w trumnie, wyszłaś z grobu, otumaniona wsiadłaś do tramwaju i pojechałaś do domu.

– Skąd pan wie...

– Jak już mówiłem, telepatia. – Postukał się palcami po skroni. – Młodego wampira bardzo łatwo wyczuć.

– Wampira!?

– Jesteś wampirem. Wampirzycą.

– No bez jaj!

Zaparkował samochód na parkingu koło basenu przy Inflanckiej. Za płotem wznosił się bury pagórek namiotu pneumatycznego, kryjącego kąpielisko. Wokół było zupełnie pusto.

– Uspokój się – powiedział mężczyzna łagodnie. – To się po prostu zdarza.

– Nie jestem żadnym wampirem. Co za kosmiczna bzdura! Przedwcześnie mnie pochowali... – bąknęła.

– Nie powiedziałbym.

– Co?

– Nieboszczyków się grzebie. To normalne.

– Ale ja żyję.

– Wydaje ci się. My, wampiry, jesteśmy martwe.

Wytrzeszczyła oczy. Facet nie sprawiał wrażenia świra. Ba, wyglądał zupełnie zwyczajnie. Miał, na oko sądząc, jakieś dwadzieścia kilka lat. Ciemnowłosy, trochę opalony, gładko ogolony... Nawet dość przystojny. W swetrze. Dłonie oparte na kierownicy były spękane, widać było, że pracuje fizycznie...

– Czy może pan powtórzyć? – wybąkała.

– Jeszcze raz od początku? – Nawet jeśli się zirytował, nie było tego po nim widać. – Dobrze. Jesteś wampirem. Wampirzycą. Jak ja. To znaczy ja nie jestem wampirzycą, tylko wampirem płci męskiej. Starsze wampiry pomagają trochę nowym. Taka solidarność gatunkowa. Dlatego przybyłem wybawić cię z opresji. Proste?

– Chyba cię... Znaczy pana porąbało!

– I oczywiście nie żyjesz. Oboje nie żyjemy. Jesteśmy bytami bionekrotycznymi.

– Co to znaczy, że nie żyję? – wściekła się. – Co za pierdoły pan wygaduje!?

– Oż, w mordę – westchnął ciężko. – Popatrz tylko na siebie. Blada jesteś jak ściana, bo serce nie bije i nie ma krążenia. Twoja skóra jest zimna, no tak dokładniej, to ma temperaturę ciut wyższą niż otoczenie. Jakieś przemiany chemiczne wewnątrz generują trochę ciepła. Dzięki temu nie zamarzamy zimą, choć palce potrafią na mrozie nieźle zesztywnieć.

Gosia spojrzała za okno auta. Wokół było jasne, ciepłe jesienne popołudnie. Na basen ciągnęły grupki ludzi. Jakiś psiak podlewał beztrosko drzewko. W oddali zabrzęczał ruszający z przystanku tramwaj.

– Nie jestem wcale zimna – odparowała i przyłożyła dłoń do czoła. – Cieplutkie...

Było lodowate, ale nadrabiała miną.

– Nie czujesz tego, bo... No, nie wiem czemu. Może dlatego, że i palce masz zimne. Przeprogramowało się odczuwanie różnic temperatury albo co? Może żebyś nie marzła, śpiąc w trumnie. Przystosowanie takie. Zresztą sama możesz to sprawdzić. – Otworzył znoszoną skórzaną teczkę i przez chwilę grzebał wewnątrz jedną ręką.

Wreszcie podał jej radziecki termometr laboratoryjny.

– Co niby mam z tym zrobić? – Zważyła cienką szklaną rurkę w dłoniach.

– Nie wiesz, jak się mierzy temperaturę? Pod pachę sobie wsadź. Albo do buzi czy gdzie tam chcesz.

– Ale to jakiś inny...

– Bo lekarski ma skalę od trzydziestu pięciu do czterdziestu dwu stopni Celsjusza. Gucio na nim zobaczysz.

Wetknęła bez przekonania. Słupek rtęci powoli zaczął się wspinać, ale na siedemnastu stopniach zatrzymał się zdecydowanie.

– Może to zepsute – bąknęła. – Albo dlatego, że ruskie, inną skalę stopni mają. Fahrenheita czy coś...

Westchnął ciężko i z politowaniem.

– Proszę. – Podał jej dla odmiany stetoskop.

– Po co mi to?

– Posłuchaj, czy serce ci bije.

Wsunęła słuchawkę przez dekolt i przyłożyła do piersi. Nie usłyszała nic. Wciągnęła powietrze, w płucach zaświszczało, ale bicia serca nie zdołała wychwycić.

– Oddychać też nie musisz – poinstruował ją. – Oczywiście jeżeli chcesz mówić, to trzeba nabierać powietrza, ale poza tym nie ma konieczności. I co? Bije serduszko?

– Eeee... A może to zepsuty stetoskop? – zasugerowała.

– Sprawdź jeszcze to. – Wręczył jej zwierciadełko.

– Co to?

– Zapewne stwierdzisz, że zepsute lustro. – Twarz wykrzywił mu ironiczny grymas.

– Chuchnąć mam na nie, żeby parę oddechu zobaczyć?

– Przejrzyj się!

Spojrzała w szklaną taflę. Zobaczyła wnętrze auta, ale nic poza tym. Przesuwała w prawo i w lewo, jednak odbicie jakoś się nie pojawiło. Ba, nie było też odbicia jej rozmówcy.

– To kompletnie niemożliwe – szepnęła. – Przecież pana widzę. Widzę siebie. To znaczy, że istnieję realnie. Nawet gdybym z jakiegoś powodu zmieniła kolor na taki jak barwa ultrafioletu, to nie mogłabym w lustrze zobaczyć tego, co jest za mną, bo przecież bym to zasłaniała... No i inni kierowcy.

– Co: inni kierowcy?

– Nie widzą pana w lusterku wstecznym!

Westchnął tylko w odpowiedzi.

– Nadal nie przedstawił pan żadnych dowodów na to, że jesteśmy wampirami! – rzuciła ostro.