Wampir z KCTekst

Z serii: Cykl z wampirem #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wampir z KC
Wampir z KC
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,83  47,86 
Wampir z KC
Wampir z KC
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie będą mieli, bo przy wysysaniu jako efekt uboczny występuje impotencja i zaniki pamięci – wzruszył ramionami Marek.

– Ale ona ma rację! – cieszył się Igor. – Jak się ockną, będą skołowani. Rozejrzą się i pomyślą, że za dużo wypili na upale. Czysta robota.

– To może nawet zadziałać wychowawczo – zadumała się dziewczyna. – A w każdym razie przestaną pić taki zajzajer. Czyli połączyliśmy przyjemne z pożytecznym.

W dobrych humorach przebyli łańcuch wydm i wyszli na zupełnie dziką część plaży. Tu nie było wiklinowych koszy ani innych podobnych sprzętów. Nikt nie grabił wieczorami plaży, piasek usiany był patykami i muszelkami. Słońce powoli zniżało się, by zatonąć w falach Bałtyku. Stanęli na brzegu. Krew przyjemnie wypełniała żołądki, dając uczucie sytości i odprężenia.

– Tak sobie myślę... – mruknął Marek. – Tam po drugiej stronie wielkiego, zimnego morza jest taki kraj, Szwecja...

– No jest, i co z tego? – wzruszyła ramionami Gosia. – Bo to mało różnych krajów na świecie?

– Hmm... Tak sobie myślę... – powtórzył. – Bo z mapki w ośrodku wynika, że tam nad jeziorem – machnął dłonią za siebie – jest wypożyczalnia kajaków. Gdybyśmy tak jeden po cichu zaiwanili i zawlekli nocą na brzeg morza... Kilka godzin wiosłowania na północ i jesteśmy wolnymi obywatelami wolnego świata!

Zapadła cisza. Pierwszy poukładał to sobie w głowie Igor.

– Marek?

– Taaa?

– Pamiętasz, co było przed pierwszą wojną światową?

– No, w sumie coś tam z tego pamiętam.

– Jak przyjechał do naszej wsi ten Żydek Ajzyk z Ciechanowca i namawiał do emigracji. Oferta do wyboru, do koloru, Brazylia, Argentyna, USA, Kanada... W Brazylii każdy osadnik mógł dostać czterdzieści mórg ziemi całkowicie za darmo. Tylko dżunglę wykarczuj i gospodaruj na zdrowie. I bilet do Rio de Janeiro fundowali. W USA ziemi wprawdzie nie dawali, ale za to oferta obejmowała przeszkolenie, kwaterę i robotę w fabryce. Nie trzeba było żadnej głupiej wizy... W Argentynie cwaniaczki szukali ludzi konkretnych zawodów, za to fundowali przejazd na miejsce. No i oczywiście program premiera Stołypina, osadnictwo na stepach południowej Syberii. Ziemi, ile strzyma, choćby i czterdzieści hektarów, a co zaorzesz i będziesz uprawiał przez minimum pięć lat, jest twoje, do tego pięćset rubli kredytu na zakup narzędzi i zwierząt gospodarskich. Nieoprocentowane i raty rozłożone na dwadzieścia pięć lat... A w latach międzywojennych było jeszcze zagospodarowywanie osuszanych bagien Polesia. I też przejazd z całym inwentarzem fundowali, i trochę kasy na początek od rządu.

– Do czego zmierzasz?

– Skoro wtedy, zamiast wyemigrować do Ameryki, pojechaliśmy tylko do Warszawy, to dlaczego teraz chcesz do Szwecji?

– Bo mi się znudziło. Cały ten syf. – Marek gestem objął wydmy, niewidoczny stąd ośrodek i zapewne resztę kraju.

– A co konkretnie masz na myśli?

– Tu jest szaro, brzydko, ponuro. Nasza fabryka to idiotyczne muzeum, pełne doraźnie remontowanych wraków przedpotopowych urządzeń. To, co w niej wytwarzamy, już w chwili opuszczenia taśmy jest technologicznie przestarzałe o kilka dekad. Nasza kamienica to stara rudera, klatkę odmalowali ostatnio trzydzieści lat temu. Ba, cała Warszawa wygląda gorzej niż przed wojną! Dobija mnie też ta mączno-kartoflana dieta, od której krew smakuje jak stara ścierka. I jeszcze płacą nam gównianie. Tyle dobrze, że nie musimy jeść, bo nie wiem, jak związalibyśmy koniec z końcem. Zamiast w pocie czoła budować socjalizm, chcę się znaleźć w kraju, gdzie już go zbudowano!

– To Szwecja nie jest krajem kapitalistycznym!? – zdumiała się Gosia.

– I jest, i nie jest, i nie do końca tak to jest – wyjaśnił mętnie Igor. – Marek, ale ty wiesz, że bez dokumentów nie zdołamy w żaden sposób zalegalizować pobytu? Ba, gdybyśmy poprosili o azyl, Szwedzi nie wyrobią nam żadnych własnych papierów, bo po prostu wampira nie da się sfotografować.

– Zwisa mi to i powiewa. Będziemy wędrowali po wielkim, pięknym kraju i wysysali płowowłose, wesołe, młode, wysportowane Szwedki, wypasione mięskiem renifera i żurawinami. – Ślusarz uśmiechnął się do swoich marzeń. – Nie powiem, te nasze harcereczki też były niczego sobie, ale to jednak nie to samo.

– Nigdy nie wysysałeś Szwedek, więc skąd możesz to wiedzieć!?

– Może i nie wiem, ale mam przeczucie graniczące z pewnością. A Norweżki mogą być jeszcze smaczniejsze, bo więcej łososia w diecie. I malin moroszek!

– Trawa zawsze wydaje się zieleńsza tam, gdzie nas nie ma – westchnął ciężko Igor. – Darujmy sobie tę Szwecję. Na ile pamiętam książki Astrid Lindgren, to oni jadali zupełnie zwyczajne rzeczy. Pierożki, klopsiki, kiełbasę dobrze obsuszoną i inne takie. Jedyne, co mi kołacze z bardziej egzotycznych potraw, to cukierki ślazowe, cholera wie co to takiego...

– Chcę sprawdzić osobiście walory smakowe szwedzkiej krwi!

– A może skorzystamy z okazji i pojedziemy wyssać dzieci z Bullerbyn? – ożywiła się Gosia. – To by było coś wspaniałego, nietuzinkowe pożywienie. I chyba wspaniałe przeżycie, osobiście wyssać bohaterów ulubionej powieści.

– Niby można, ale pewnie już dawno dorosły, to książka napisana jakoś zaraz po wojnie – ostudził jej zapał spawacz.

– A może mają już własne dzieci albo i wnuki? – zadumała się. – No nic, sprawdzi się! Ale tej całej Pippi Langstrump tobym wolała nie spotykać. Zdziczałe jakieś dziewuszydło i silne jak kobyła. Skoro potrafiła człowieka wrzucić na dach, to i z nami by sobie poradziła.

– E, to chyba tylko fikcja literacka. Podobnie jak Filonek Bezogonek. Zresztą generalnie nie polecam wysysać kotów. Ich krew specjalnie smaczna nie jest, w dodatku drapią i sierść się potem lepi do zębów – pokpiwał Igor. – A co do Szwecji, słyszałeś kiedykolwiek o szwedzkich wampirach? – zwrócił się do kumpla.

– Tak po prawdzie chyba nigdy.

– Ja też nie. Nie dotarły też nigdy do mnie telepatyczne echa z północy. To może oznaczać, że ze Szwedów wampiry nie powstają albo że są szybko i skutecznie likwidowane przez tamtejsze służby. U nas pół biedy, oddelegowano do uprzykrzania nam życia tego palanta Nefrytowa. Ale tam może być gorzej. Znacznie gorzej.

– Może i masz rację. – Marek, słuchając wywodów przyjaciela, zmarkotniał. – Ale z drugiej strony... być tak blisko i nie zobaczyć choćby, jak tam jest? I nawet nie próbuj mi wyskakiwać z głupimi gadkami o ratowaniu naszej zasranej fabryki. Wszystkie te urządzenia powinny dawno temu trafić na złom, budynki trzeba zburzyć, a co do planu, mam go w dupie! Snopowiązałki to już i tak przeżytek! Zresztą brakuje traktorów, żeby je holować po polu! Nastała era kombajnów!

– Ale ty marudzisz – burknął Igor.

– Poza tym mam urodziny.

– Za miesiąc z hakiem.

– Być może. Ale nie obchodziłem ich od stu lat. Więc należy mi się jakiś mały prezent. Za te wszystkie lata. Symboliczny. Jedna miła, wysportowana, płowowłosa, nastoletnia Szwedka do delikatnego podessania...

– Żebyś był ciepły, to po takiej gadce uznałbym, że jesteś jakimś pedofilem – westchnął spawacz z naganą. – No dobra, jak ci na tym aż tak bardzo zależy, możemy zajrzeć, co jest po drugiej stronie morza, ale zaraz wracamy ratować fabrykę i plan produkcji podajników. No chyba że tam naprawdę jest jakoś wyjątkowo fajnie, wtedy zastanowimy się na miejscu, czy nie zostać dłużej.

– Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. – Ślusarz był wyraźnie wzruszony.

– Zaraz będzie ciemno – zauważyła Gosia. – Idziemy ukraść ten kajak od razu czy może czekamy do północy?

– Ale czemu do północy? – zirytował się Igor. – Północ to godzina duchów, a my jesteśmy przecież wampirami. To już lepiej do trzeciej nad ranem, bo wtedy sen ciepłych jest najgłębszy. Ale myślę, że trzeba mieć jak najwięcej czasu na ucieczkę, znaczy się trzeba wykorzystać noc, żeby odpłynąć jak najdalej od brzegu.

– Czyli kradniemy od razu – podsumował Marek.

– Sam nie wiem, czy tak można. Marks i Lenin w swoich pracach zwracali uwagę, że kradzież to patologia, występująca wyłącznie w społeczeństwach prymitywnych, a wynika z chciwości, nędzy, ciemnoty i zacofania. Jako zjawisko schyłkowe całkowicie zaniknie po zbudowaniu komunizmu.

– To przestań marudzić, przecież wszystko się zgadza. Żyjemy biednie, wykształcenie mamy marne. Znaczy się jesteśmy ciemni i zacofani, a i komunizmu wokoło jeszcze nie zbudowano. Czyli Marks z Leninem dają nam zielone światło! – Ślusarz zatarł ręce. – A poza tym jesteśmy ex definitione istotami potępionymi, więc dziesięć przykazań i tak nas nie obowiązuje.

Igor zamyślił się głęboko.

– Hercen i Bakunin wprawdzie uważali, że moralne jest wszystko, co służy rewolucji, ale nie wiem, co by powiedzieli klasycy myśli lewicowej na sytuację, w której klasa robotnicza kradnie łódkę, żeby uciec do kapitalistów, gdzie zostanie poddana bezlitosnemu wyzyskowi.

– Ależ wy kombinujecie jak konie pod górę. Przecież bez dokumentów nie zdołamy się tam zatrudnić. A jak nie będziemy pracować, to i wyzysk nam nie grozi – zauważyła trzeźwo ich wychowanka. – Zatem uszczkniemy coś z ich dobrobytu, lecz oni nic z nas nie wyduszą. Ich kamienice, ale nasze ulice...

Ruszyli przez ciemniejący las i nie minęło pół godziny, jak zapadli w krzakach pomiędzy wypożyczalnią kajaków a obozem harcerskim. Nad wodą płonęło ognisko. Wesoły śpiew z kilkudziesięciu młodych gardeł niósł się wokoło. Wampiry, choć opite krwią jak bąki, poczuły przyjemne mrowienie w dziąsłach, ale się opanowały. Wypożyczalnia była już oczywiście zamknięta na głucho. Budynek i przyległa szopa ledwo majaczyły w mroku, tylko nad drzwiami połyskiwała marna żarówka.

 

– Do roboty – zarządził ślusarz.

– No nie wiem. – Igor miał jeszcze skrupuły. – Mimo wszystko to jednak trochę nieładnie. Wprawdzie komuniści głosili hasło „grabcie zagrabione”, ale w sensie takim, że podczas rewolucji można się częstować dobrami należącymi do kapitalistów. A to państwowy ośrodek sportowy. – Wskazał tabliczkę. – I rewolucji też nie ma.

– Igor...

– Taaa?

– A nasza fabryka jest państwowa czy prywatna?

– No państwowa przecież.

– A mało to razy wynosiliśmy z niej różne potrzebne rzeczy?

– To nie do końca tak – bronił się komunista. – Płacili nam kompletnie nieadekwatnie do nakładu pracy, odbieraliśmy tylko w naturze należny deputat!

– Tu zachodzi podobny przypadek – rąbał słowo po słowie Marek. – Jako obywatele PRL-u jesteśmy współwłaścicielami wszystkich państwowych instytucji. W tym także ta wypożyczalnia w jakimś tam procencie należy do nas. Po prostu zabieramy ze sobą niewielką część przypadającej na nas własności! Zresztą zostawiamy znacznie cenniejsze mieszkanie. Jeśli nie wrócimy, to je przecież skonfiskują. O cholera!

– Co się stało?

– Video zostawiliśmy, też je skonfiskują. Szkoda sprzętu...

– Nie pieprz. To twoje video to używany trup z zatartymi głowicami, szmuglowany z Berlina Zachodniego. I zapłaciłeś za nie cwaniaczkom ze Skry trzy razy więcej, niż było warte. W Szwecji za jedną wypłatę dziesięć nowiutkich kupisz! Bardziej mnie martwi, że kradzież kajaka to mimo wszystko poważne naruszenie norm etycznych.

– Ależ wy jojczycie, jak stare baby – fuknęła Gosia poirytowana. – Poza tym, jak to was tak strasznie uwiera, to zapiszecie sobie adres i jak się tam urządzimy, odeślecie w kopercie sto dolców, kupią sobie dwa nowiutkie kajaki.

– Pod tym warunkiem faktycznie ma to sens – uspokoił się Igor. – Zresztą i tak pewnie wrócimy, to oddamy.

Przesadzili lichy płotek z pordzewiałej siatki.

– Kajaki są pewnie w tym hangarze – wydedukował Marek.

Obejrzeli kłódki.

– Ulala – syknął ślusarz. – Niemieckie, na klucze kodowe... Tego nie otworzę ani mokrym ręcznikiem, ani narzędziami. I kabłąk hartowany.

– A wytrychem? – zaciekawiła się Gosia.

– Dziecko, jaki znów wytrych? – Marek pokiwał głową z politowaniem. – To trzeba ciąć szlifierką kątową albo użyć tak zwanego urywka. A takiego skobelka łomem nie urwiesz, tu by trzeba lewarka. Takich narzędzi ze sobą nie zabrałem.

– Może wyskoczymy jutro pociągiem do Lęborka czy Słupska i kupimy co trzeba? – zasugerował Igor.

– Szkoda czasu! Jutro o tej porze chcę być już po tamtej stronie Bałtyku.

Marek obszedł szopę, oglądając uważnie ściany i małe okienka. Dechy przybito solidnie i wzmocniono jeszcze łączenia metalowymi kątownikami. Okienka były małe, zakratowane i zabite gwoździami.

– Przydałby się chociaż głupi łom – westchnął.

– Na filmie widziałam, jak złodzieje piłują kraty pilnikami, a przecież zabrałeś tego pół walizki – zauważyła Gosia.

– No niby tak... Tylko widzisz, to na filmie tak ładnie wygląda, w rzeczywistości do przecięcia kraty potrzebna jest raczej piłka, bo pilnik ma szeroką powierzchnię roboczą i masa wysiłku idzie na marne. No i czas. Dali tu pręty zbrojeniowe i pospawali. Minimum pół godziny roboty na każdy... To już lepiej z kłódką próbować.

Nieoczekiwanie jego uwagę przykuł ciemny kształt leżący w krzakach za wypożyczalnią. Marek przywołał resztę cichym gwizdnięciem. Podeszli.

– Ale jaja! – szepnął Igor. – Los nam sprzyja. Kajak, i to trzyosobowy! Dokładnie taki, jak nam trzeba! Widocznie przegapili go, gdy chowali na noc pozostałe. Dobra nasza!

– A może to pułapka? – zaniepokoił się jego przyjaciel. – No wiesz, my go ciągniemy, a tu włącza się alarm...

Przyklękli i obejrzeli burty. Nie było widać żadnych sznurków ani drutów mogących prowadzić do czujników. Igor pociągnął ostrożnie za dziób. Kajak przesunął się z trudem. Nic nie zawyło.

– Dobra nasza – zameldował Marek. – Jeszcze tylko wiosła. Widziałem, że kilka sztuk leży pod płotem! Tam, na lewo od bramki.

Wampiry prawie nie odczuwają zmęczenia, Marek i Igor byli silni i nieźle zbudowani, ale mimo to przewleczenie kilkudziesięciokilogramowej krypy przez szosę i wydmy na brzeg morza zajęło im ponad trzy godziny. Wreszcie dobrze po północy dotarli na plażę.

– Przydałaby się mapa morska i kompas – zauważyła Gosia.

– Furda! – uspokoił ją ślusarz. – Szwecja jest na północy i to naprawdę wielki kraj. Powierzchni ma ze trzy razy tyle, co Polska, i jest rozciągnięty. Nie sposób nie trafić. A nawet jakby nas mocno zniosło, to obok są Dania i Finlandia, też przecież państwa kapitalistyczne!

– No ale jakiś ogólny choćby kierunek... – Dziewczyna mimo wszystko miała pewne wątpliwości.

– Popłyniemy w kierunku Gwiazdy Polarnej, a w dzień będziemy orientować się na podstawie położenia słońca – uciął jej rozterki Marek. – To bardzo proste. Rano musimy mieć słońce za plecami, a po południu po lewej stronie. I na pewno nie pobłądzimy.

– Ale która gwiazda to jest ta Polarna? – zaciekawiła się dziewczyna.

Pytanie trochę zbiło ślusarza z pantałyku. Długo badał wzrokiem nieboskłon, marszcząc brwi. Coś tam pamiętał ze szkoły, ale nie bardzo potrafił odnaleźć właściwe gwiazdozbiory. Po prawdzie od tak dawna żył w mieście, że zdążył nawet zapomnieć, ile gwiazd można zobaczyć w letnią noc.

– Wielki Wóz, tylna oś... – mruczał pod nosem. – Odmierzyć pięć odległości ku górze... Szwecja jest mniej więcej w tamtą stronę – zawyrokował wreszcie, machając dłonią w nieokreślonym kierunku. – Żegnaj, jałowa polska ziemio. Opuszczamy cię nie bez pewnego żalu i może kiedyś jeszcze tu wrócimy. Ale na razie zmieniamy dietę na bardziej kaloryczną.

– Choć krew harcerzy była taka smaczna – westchnął Igor. – A siedzi ich w tym obozowisku nad jeziorem jeszcze cała masa... Nudziło nam się na wczasach i właśnie kiedy znaleźliśmy sobie kulturalną rozrywkę, ty zarządzasz wyjazd! Pomyśl sam, jaka przygoda nas ominie! Moglibyśmy każdej nocy zakradać się do ich namiotów i ssać, ssać, ssać... A w dodatku można jeszcze zaiwanić im sztandar z masztu i wymienić na jakieś fajne fanty.

– Szwedzcy harcerze, pionierzy, skauci, czy co tam mają, na pewno są jeszcze smaczniejsi! – zgasił go kumpel. – Zresztą, jak chcesz, to możesz zostać.

– Samego cię przecież nie puszczę, domniemany braciszku.

– Witaj, przygodo z kapitalizmem – dodała ich towarzyszka. – Pomyślcie, tam każdy sklep będzie jak nasz Pewex! A ich Pewexy z pewnością będą jak... – zadumała się, szukając odpowiednio mocnego porównania, ale nie znalazła.

– To tam są Pewexy? – zdziwił się Marek. – A zresztą, wkrótce sprawdzimy.

Zepchnęli kajak na wodę. Gosia umościła się jako pierwsza. Wampiry poholowały go kawałek dalej i nie bez trudu wdrapały się do środka. Łódka rozkołysała się i omal nie zaliczyli wywrotki. Wreszcie jakoś sobie poradzili. Cała trójka ujęła wiosła.

– No to razem – zakomenderował ślusarz. – Niech północne wiatry owieją moje genialne czoło. A, jeszcze jedno. Gdyby dogoniła nas straż przybrzeżna, udajemy trupy zagubionych na morzu kajakarzy.

Początkowo wiosłowanie nie bardzo im wychodziło, ale niebawem zgrali rytm. Powoli robiło się jaśniej, ale na morzu zaległa dziwna gęsta mgła. Słońce wstało, jednak ona jakoś nie chciała się rozwiać. Zegarek pokazał ósmą.

– He, he – zarechotał Marek. – Pomyślcie sami, płyniemy ku swobodzie, a nasi koledzy z fabryki teraz właśnie wstali, jedzą śniadanie i zaraz będą musieli słuchać poleceń tego durnego kaowca! Może nawet zarządził gimnastykę poranną. Pajacyki robią albo coś równie durnego. A my wolni i radośni jak ptaszki wypuszczone z klatki.

– Dzisiaj to miała być ta fajna wycieczka – burknął Igor.

Był nie w humorze, nie wyspał się, w dodatku od siedmiu godzin nieustannie robił wiosłem. Nawet jak na wampira, było to trochę za wiele.

– Tak się zastanawiam – odezwała się Gosia. – Niby fali nie ma i nic nie chlapie, ale jakoś mi tu mokro.

– To raczej żaden z nas, bo przecież wampiry nie sikają – zauważył Marek.

– Cholera, to czółno przecieka – wkurzył się spawacz, patrząc na dno łajby. – Pewnie dlatego kajak leżał oddzielnie.

– Utoniemy?! – przeraziła się dziewczyna.

– Nie bój żaby, nawet jeśli, to co z tego? Bardziej nieżywi od tego nie będziemy – uspokoił ją Marek. – Biega tylko o to, że lepiej byłoby zostać na powierzchni, bo idąc po dnie, będziemy brodzili w mule i cholera wie ile czasu zajmie nam doczłapanie do najbliższego brzegu.

– W dodatku na dnie będzie ciemno i nie wiem, jak w tych warunkach znaleźć właściwy kierunek – dodał Igor. – Wprawdzie wampiry świetnie widzą w ciemności, ale nie wiem, czy w wodzie też.

– W tej mgle też nie znajdziemy kierunku – zauważyła trzeźwo Gosia. – Swoją drogą, dziwna ta mgła, taka gęsta... i zimna.

– Mgła, dziurawa łódka i trójka wampirów... – zadumał się Marek. – Scena jak z horroru.

– A gdzie tam – odburknął jego kumpel. – Wampiry na morzu? Oglądałem ze sto horrorów, ale takiego nigdy! Przecież my tu w ogóle nie pasujemy do scenografii.

– Fakt. Ale taki horror o mgle też kiedyś widzieliśmy. Było coś z księdzem, kościółkiem na wzgórzu, zatopionym okrętem... Załoga wracała po latach, żeby mordować mieszkańców i szukać swojego złota.

– To się na stałym lądzie działo!

– A tę wodę to może trzeba powylewać – zasugerowała Gosia. – Skoro zależy nam, żeby utrzymać się na powierzchni.

W tym momencie we mgle zamajaczył jakiś kształt.

– Chyba jesteśmy uratowani! – ucieszył się Igor. – To jakiś statek. A przy odrobinie szczęścia może szwedzki, co zaoszczędzi nam masę roboty z wiosłowaniem!

– Tylko czy na statku można poprosić o azyl?

– Załoga spoglądała przez reling, gdy nieoczekiwanie z mgły wynurzyła się łódka pełna wampirów... – powiedziała grobowym tonem dziewczyna. – Kto wie, może nasze przygody posłużą za kanwę scenariusza pierwszego horroru o pływających po morzu wampirach!

– Może. Ale marynarzy nie wysysamy! I w dupie mam, co na ten temat mówią horrory. Po prostu nie wypada.

– Zamknij się i wiosłuj, bo jeszcze ta łajba odpłynie! – syknął Marek.

Naparli na wiosła i niebawem podpłynęli bliżej. Początkowo sądzili, że to jakiś kuter rybacki, ale statek okazał się dziwniejszy, niż mogliby przypuścić. We mgle czerniały drewniane burty, gęsto nabite żelaznymi ćwiekami. Gdy spojrzeli w górę, spostrzegli zwisające ponuro poczerniałe żagle i poszarpane liny.

– Hmm... – zadumał się ślusarz. – To dziwne... Nie wydaje mi się, żeby po Bałtyku pływało wiele żaglowców. I to jeszcze w tak marnym stanie technicznym.

– Może to Dar Młodzieży zerwał się z cumy? – zasugerowała Gosia.

– Albo to legendarny Latający Holender – dodał Igor. – Amsterdam jest w Holandii, no nie? – Wskazał złocone niegdyś litery na burcie.

– To by pasowało – kiwnęła głową dziewczyna.

– Szczerze powiedziawszy, nie bardzo się znam na morskich legendach. Wiem, że spotkanie tego czegoś przynosi pecha, ale co się tak konkretnie dzieje na pokładzie, nie mam pojęcia.

– Dobra – zdecydował Marek. – Okręt widmo czy nie, pies trącał. Jesteśmy w sytuacji, że się tak wyrażę, podbramkowej. Wchodzimy na górę, pytamy załogę, czy mogą nam sprezentować coś do uszczelnienia kajaka, a w ostateczności miedziany rondelek do wylewania wody. Jeśli wezmą nas za ciepłych i zechcą narobić kłopotów, wyprowadzamy ich grzecznie z błędu i niezależnie od wszystkiego raczej nie przeciągajmy wizyty.

Obok nazwy okrętu zachęcająco kiwała się drabinka linowa. W burtę wbito żelazny pierścień, w sam raz do przywiązania łódki. Drabinka okazała się zaskakująco solidna. Po chwili stali na spękanych deskach śródokręcia. Przed nimi wznosił się dziób, z tyłu połyskiwały okienka kasztelu. Na pokładzie walały się różne śmieci. Żagle łopotały na słabym wietrze, rozsiewając woń stęchlizny.

– Chyba nikogo tu nie ma – zauważyła dziewczyna. – Pusto, cicho, martwo.

– Herbaciany kliper – mruknął pod nosem Igor, rozglądając się. – Takimi pływali do Indii po herbatę i przyprawy. Zarabiali na tym kupę pieniędzy. Może warto przeszukać tę łajbę? Coś z tej forsy mogło zostać w kasie okrętowej.

– Skąd wiesz, że to herbaciany kliper? Znasz się na tym czy co? – zdziwił się jego kumpel.

 

– Powąchaj, jak strasznie zajeżdża tu herbatą.

Olinowanie zaskrzypiało ponuro. Podeszli do luku. W powietrzu unosiła się bijąca z trzewi łajby woń gnijącego drewna i zapleśniałej herbaty. W półmrok ładowni prowadziły zniszczone drewniane schodki. Pod pokładem majaczyły skrzynki i worki, poukładane wzdłuż wąskiego przejścia, biegnącego zapewne od dziobu do rufy.

– Jest tu kto? – zawołał spawacz.

Odpowiedziało mu ironiczne milczenie.

– Nie wygląda to dobrze. – Jego przyjaciel kontemplował liczne brązowe plamy zdobiące pokład, schodki i podłogę ładowni. – Tak mi się zdaje, że to krew. I to z niejednego brutalnego morderstwa.

– Chyba masz rację. – Igor podniósł walające się przy relingu podarte i pokrwawione jeansy. – Działy się tu paskudne rzeczy. Jacyś ciepli tu trafili i chyba długo nie pożyli. Choć, zdaje się, stawiali opór... Bo to mi wygląda, jakby podpalony poltergeist dla ugaszenia ognia skoczył przez dechy. – Przyglądał się plamie kopcia zdobiącej pokład.

– Mogło tak być. – Marek kiwnął głową, a potem pociągnął nosem.

Gdzieś spod pokładu dobiegła nowa, dziwna i niepokojąca woń. Świdrowała go w nozdrzach, a ponieważ martwe ciała słabo reagują na zapachy, musiała być naprawdę intensywna.

– Czujecie? – zagadnął.

– Coś jakby stare skarpetki! – wysunęła teorię Gosia. – A może onuce?

– W każdym razie bardzo wiekowe lniane szmaty, dobrze zakiszone w starych gumiakach. A to mi się kojarzy... a to mi się cholernie źle kojarzy!

– Dobra, pies to trącał, zbieramy się – burknął Igor, jakby przestraszony, i ruszył w stronę relingu.

Podszedł do drabinki, wyjrzał i zamarł. Przebiegł na drugą burtę i też wyjrzał. Gdy się odwrócił, był blady, nawet jak na wampira.

– Nie chcę was martwić, ale nasz kajak... zniknął – wykrztusił.

– Nasza łódka też – dobiegło z tyłu. – A teraz, wampirze syny, odwróćcie się i spójrzcie śmierci w oczy, bo to jednak pewien obciach strzelać w plecy. Nawet gdy się strzela do martwiaków.

Głos był zachrypnięty, jakby dobiegał nie z ludzkiego gardła, tylko dobrze wygarbowanej cholewy starego buta. Odwrócili się i zamarli. W czasie gdy oni szukali swojego kajaka, z rufowego kasztelu wyłonili się dwaj malowniczo obdarci starcy. Niższy miał na nogach schodzone gumofilce, spodnie uszyte chyba ze starego worka oraz powyciągany, połatany i sprany waciak.

– Mówiliście, że Wędrowycz to tylko głupia legenda! – jęknęła Gosia.

Egzorcysta amator stał w lekkim rozkroku, w każdej ręce krzepko dzierżąc napiętą kuszokołkownicę. Osikowe bełty ponuro bielały na prowadnicach. Lekka poświata wskazywała, że zostały poświęcone, a może wręcz wymoczone przez kilka dni w święconej wodzie. Dziewczyna zadrżała na widok zniszczonej przez czas i alkohol, niedogolonej mordy. Ale najstraszniejsze były oczy. Młode, wręcz młodzieńcze, płonące zimnym blaskiem planowanej eksterminacji. Obok Wędrowycza stał jego równie sfatygowany przydupas, Semen. Odział się w obszarpany carski mundur i spodnie z lampasami, a na głowę mimo upału założył karakułową papachę. Jego oczy dla odmiany przypominały ślepia stepowego wilka. Wygłodzonego stepowego wilka.

– Panowie, nas kołkiem? Ależ tak nie można – powiedział zirytowany Marek, jednym ruchem wpychając Gosię za Igora.

– Nie tylko można, ale wręcz trzeba! Łapy do góry! A może jeszcze powiesz, że to pomyłka i że wcale nie jesteście wampirami? – zarechotał Jakub.

– E, zaprzeczanie oczywistym faktom nie ma większego sensu. Jesteśmy wampirami jak najbardziej i nawet jesteśmy z tego dumni. Chodziło mi raczej o to, że Polacy mogą się między sobą kłócić, ale za granicą, zwłaszcza w konflikcie z obcymi, mamy obowiązek trzymać się razem. Swojak to swojak, rzecz święta.

– Ale czy my jesteśmy za granicą? – zirytował się egzorcysta.

– Oczywiście. Wedle prawa morskiego okręt pozostaje częścią terytorium kraju, pod którego banderą pływa. Od strony czysto administracyjnej właśnie jesteśmy w Holandii.

– Nie wiedziałem, że to tak... – Egzorcysta przeniósł pytający wzrok na Semena.

– Tak jest przyjęte – potwierdził kozak.

– No skoro tak mówi prawo, to w tym, co gadacie o swojakach za granicą, jest nieco słuszności – mruknął Jakub, jakby trochę zawstydzony. – Zrobimy tak: wy tu się ładnie ustawicie rządkiem do egzekucji, ale dziabnie was Semen, bo on jest rosyjskim kozakiem, więc nie będzie konfliktu moralnego.

– Ani etnicznego – dodał skromnie jego przyjaciel.

– I pan zamierza obojętnie stać, gdy na pokładzie holenderskiego statku jakiś rusek będzie mordował pańskich rodaków, w tym kobietę, a poniekąd nawet dziecko?! – zdumiał się Igor.

– Cholera... – Jakub skonfundował się po raz kolejny. – Macie rację! To kompletnie niedopuszczalne!

– Ale sam przecież... – zaczął Semen.

– Obronię tradycję i honor Polaka! – syknął Wędrowycz i zamalował kumpla w mordę.

Semen odruchowo mu oddał. I po chwili oba dziady tarzały się po przegniłym pokładzie, szarpiąc się za odzienie, kopiąc kolanami w jaja i żwawo okładając po gębach kułakami. Wreszcie Polak zwyciężył. Wstał, otrzepał kufajkę, poprawił czapkę uszankę.

– Przylutowałem mu zdrowo – oświadczył z dumą. – Jesteście bezpieczni. A ty się nie bocz. – Pieszczotliwie kopnął kumpla w tyłek. – Musisz zrozumieć, są pewne nienaruszalne pryncypia. Golnijmy teraz na zgodę i kombinujmy całą piątką, jak się z tej kabały wykaraskać.

Semen pomacał łuk brwiowy i puchnącą wargę. Skrzywił się.

– No dobra, tym razem ci odpuszczam, ale jedynie w imię wyższych wartości humanistycznych. A to picie na zgodę ty stawiasz.

– Nieodmiennie. – Kumpel podał mu manierkę z samogonem.

Siedli na zwoju liny.

– Zasadniczo sytuacja jest taka, jak widać – westchnął egzorcysta. – Przed nami pewnie trafili tu jacyś ludzie. Dedukuję to z plam krwi na ścianach i resztek, które znaleźliśmy w różnych zakamarkach. Ci turyści, czy kim tam byli, chyba stawiali opór, bo mamy tu także kilkanaście plam spalonej ektoplazmy.

– Nie spotkaliśmy żadnego ducha – zauważył Marek.

– Jest dzień, to się pochowały – tłumaczył Jakub cierpliwie. – Światło słoneczne je parzy, a potem szybko zabija. To, co tu łazi, to standardowe poltergeisty, podtyp, jak sądzę, cztery B lub cztery F. W sprzyjających warunkach luźna ektoplazma zestala się w kłąb twardych mięśni i ścięgien, zapewne humanoidalny, ale z łapami wyposażonymi w rogowe pazury długości – spojrzał na rysy zdobiące maszt – e, nie takie straszne, nie więcej niż trzydzieści centymetrów. Do tego inteligencja osiemnastowiecznego holenderskiego marynarza. I oczywiście ta pochodząca z osobników urodzonych później.

– Nie bardzo rozumiem – bąknęła Gosia.

– To taka jakby... infekcja – wyjaśniał starzec. – Jak poltergeisty załatwią kogoś, dajmy na to, w nawiedzonym domu, to on tam zostaje jako kolejny poltergeist. Im dom jest bardziej nawiedzony, tym więcej ich tam siedzi. A im więcej ich tam siedzi, tym łatwiej wykańczają kolejnych turystów. Po stu latach może być ich nawet kilkadziesiąt, bo oczywiście idzie fama, że tam straszy, a wtedy różni chojracy ciągną jak muchy do miodu sprawdzić, czy to prawda. Oczywiście giną. Tak frajerzy sami dodają się do puli zła i plugastwa.

– I długo tak? – zdziwiła się dziewczyna.

– Teoretycznie w nieskończoność. Praktycznie nie więcej, niż kubatura zamku czy dworu pomieści. Ale najczęściej w jednym miejscu mieszka nie więcej niż kilkanaście, bo oczywiście są na świecie fachowcy, którzy dbają o to, żeby ogniska zarazy w porę likwidować. – Egzorcysta poklepał się po zapadniętej piersi.

– Głównie to oczywiście zadanie fachowców kościółkowych – dodał Semen. – Ale sami nie daliby rady wszystkiego wytępić, więc w czynie społecznym pomagamy jak umiemy.

– A czasami po prostu ludzie płacą i wtedy pomagamy. Trudno wszystko w życiu robić za darmochę.

– I panowie przybyli na pokład tego okrętu, żeby... – zaczął ślusarz.