Wampir z KCTekst

Z serii: Cykl z wampirem #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wampir z KC
Wampir z KC
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,83  47,86 
Wampir z KC
Wampir z KC
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dostali wreszcie klucze. Sprawdzili na mapce ośrodka, gdzie jest ich domek, i ruszyli obładowani bagażami. Żużlowa dróżka doprowadziła ich prawie pod płot kempingu. Pod drzewami jakiś typek o wyglądzie ciecia kosił trawnik, starannie omijając rozłożyste kępy szarozielonych liści. Kilka podobnych krzaczków wyrastało wprost ze ścieżki. Inne zaburzały kompozycję pobliskiego kwietnika. Marek popatrzył na to i podrapał się po głowie.

– Mikołajek nadmorski – wyjaśnił koszący. – Te chwasty są pod ścisłą ochroną, dlatego muszę je zostawić. Kolczaste paskudztwo...

Wampiry pokiwały ze zrozumieniem głowami i pomaszerowały dalej. Domek stojący pod rozłożystym świerkiem był niewielki i najlepsze lata miał już za sobą. Drzwi trochę się spaczyły, okno opadło na zawiasach i widać było, że lepiej go nie otwierać. Ale przynajmniej i tutaj dach świeżo pokryto nowiutką papą. Za domkiem stała wygódka, chyba nieczynna, bo solidnie przygnieciona pochylonym drzewem. Ale ostatecznie nie była im przecież do niczego potrzebna.

Wnętrze domku powitało ich swojskim zaduchem stęchlizny, z lekką nutką smoły i mysich siuśków. W pokoiku znajdowały się trzy zapadnięte łóżka, niewielka, zwichrowana szafa, kulawy stolik z porysowanym blatem i trzy krzesła. Tapczany przy naciśnięciu wydawały żałobny dźwięk. Podłoga z desek, pokryta dywanopodobną wykładziną, lekko uginała się pod stopami, ale za to nie trzeszczała. Z miłym zdziwieniem zauważyli, że szybki w oknach ktoś przetarł niedawno szmatą. Gosia rzuciła plecak na łóżko.

Marek rozpakował swoje bagaże. Odwinął z gazety małe imadło ślusarskie i przykręcił je do stołu. Obok ustawił zegarmistrzowskie kowadełko. Z zawiniątka wyjął kawałek stali narzędziowej i garść pilników. Rozłożył je na blacie, układając od najgrubszych po najdrobniejsze. Oddzielnie umieścił rysunki techniczne i arkusze papieru ściernego.

– A to po co? – zdumiała się dziewczyna, śledząc jego poczynania. – Zadali ci terminową robotę do domu czy jak? Przecież mamy wakacje...

– Głupieję bez ulubionej pracy – wyznał, gniotąc w dłoni motek wełny stalowej. – Weekendy jeszcze jakoś wytrzymuję, ale dwa tygodnie by mnie chyba zabiło. No, w przenośnym sensie, rzecz jasna.

– Mamy tu wypoczywać... A jak ktoś się czepi, że zamiast leżeć na leżaku, pracujesz? Albo jeszcze donos napisze? – zaniepokoiła się.

– Jak kto będzie pyszczył, to mu powiem, żeby spadał! To się nawet nazywa odpowiednio: wczasy pracownicze. A poza tym ślusarka to jest moje hobby. Każdemu wolno na wakacjach zajmować się swoimi zainteresowaniami.

– Też mi hobby, całe życie z pilnikiem w łapie. Lepiej byś czasem jakąś mądrą książkę postudiował i dowiedział się czegoś o świecie, w którym żyjesz – burknął Igor, wyjmując z bagaży zaczytany do cna egzemplarz „Kapitału” Marksa. – A swoją drogą, cholerna szkoda, że nie mogliśmy zabrać video i telewizora.

– Za pół godziny jest obiad – zameldowała Gosia, studiująca nalepione na ścianie wywieszki: plan dnia i regulamin ośrodka. – Skoro my nie jemy tego, co ciepli, to chyba znaczy, że w tym czasie mamy wolne?

– Nie wiem, jakoś tak się złożyło, że nigdy nie byłem na wczasach – wyznał ślusarz. – Ale tak na logikę, to chyba rzeczywiście możemy robić, co chcemy... Może zatem pójdziemy nad morze? Jest za tymi pagórkami.

– To się nad morzem nazywa wydmy – pouczyła go dziewczyna. – Chodźmy!

Przeszli przez ośrodek, mijając kolegów ciągnących z rodzinami ku jadłodajni. Pomaszerowali przez las pełen komarów. Pokonali piaszczyste podejście. Nie minęło piętnaście minut i mrużąc oczy, stali już przy betonowych słupkach ozdobionych zardzewiałym drutem kolczastym. Wiatr targał kępami lichej trawy.

– Wieki całe nie byłem nad morzem – mruknął Marek, obserwując fale. – Ale wcale nie tęskniłem do tego widoku.

Minę miał przy tym nieco zdegustowaną, jakby wcale nie cieszył się z wyjazdu.

– A konkretnie to ile lat? – zaciekawiła się Gosia.

– Ostatnio byliśmy nad Bałtykiem w czterdziestym piątym, jak zdobywaliśmy Kołobrzeg – wyjaśnił Igor. – Dowódca kazał wysadzić szkopski bunkier, żeby utorować drogę piechocie. Nie było jak podejść, szkopy walili do wszystkiego, co się ruszało. Nie chcieliśmy, żeby chłopaki z oddziału poginęli, tośmy we dwóch poszli i szwabów unieszkodliwili. Nocą się podkradliśmy i wykonaliśmy zadanie. A właściwie sam wykonałem, bo Marek się zagapił, podlazł gdzie nie trzeba i czterdzieści kul z automatu oberwał. Chwila minęła, zanim się pozbierał.

– Więc sam wysadziłeś ten bunkier?

– Nie wysadziłem, bo z tych nerwów zapomniałem trotyl zabrać i zapalniki. Ale jak przez szczelinę celowniczą zobaczyli moje zęby, to większość uciekła, a pozostali... No cóż, nie powiem, dobrze byli wypasieni tym, co w Polsce zrabowali, całkiem kaloryczna krew, choć z takim paskudnym blaszanym pruskim posmakiem. – Skrzywił się na wspomnienie.

– Wtedy poznaliśmy Dziadka Weterana – dodał Marek. – To znaczy nie tamtej nocy, tylko dwa dni później, jak nasz pluton go rozstrzeliwał. I też na plaży.

– Rozstrzeliwaliście go?! – zdumiała się Gosia.

– Póki zabijał Niemców, dowództwo go chwaliło. Jak zabijał, a potem kastrował i skalpował, przymykali oczy. Jak kastrował i skalpował, a dopiero potem zabijał, też jeszcze nie było problemu. Ale jak zaczął kastrować, skalpować, a potem puszczać żywych, uznali, że choć to fantastycznie podkopuje morale wroga, to jednak dość tego łamania konwencji genewskiej.

– Kastrował i skalpował!? – zdumiała się.

– Miał po prostu do nich jakiś osobisty żal – mruknął Igor. – Nie wypadało pytać.

– No i sama rozumiesz, rano go rozwaliliśmy, a następnego dnia wieczorem widzimy, jak się zgłasza na ochotnika do naszego oddziału, przebrany w cywilne łachy i udając byłego robotnika przymusowego. Zrozumieliśmy, że to wampir, jak my... – dodał ślusarz. – W każdym razie nie podobało nam się nad morzem. Cała plaża zaminowana, wszędzie trupy się walały, flaki wisiały na zasiekach i śmierdziało, bo przed klęską iperytu Niemcy narozsypywali. A do tego tu i ówdzie ruskie i szkopskie czołgi się paliły, więc duszący dym szedł od ropy i tego, co zostało w środku. Sceneria jak z horroru jakiegoś, tyle że to wszystko było naprawdę. – Wzdrygnął się na wspomnienie.

– Patrząc obiektywnie, to może nie podobało nam się, bo to był marzec i pogoda pod zdechłym Azorkiem – zauważył jego kumpel. – Teraz jest lipiec. I min nie ma, trupy też zakopane, albo może foki ciała zjadły... Choć zasieki, jak widzę, nadal są w użyciu, tylko już bez rozwłóczonych flaków. – Igor popatrzył w zadumie na rząd słupów i naciągnięte pomiędzy nimi druty kolczaste.

– To nie zasieki, tylko takie zabezpieczenie, żeby ludzie po wydmach nie łazili i nie wydeptywali chronionych gatunków roślin – wyjaśniła ich towarzyszka. – Popatrzcie lepiej, jak tu ładnie. Słoneczko świeci. Piaseczek i fale... Mewy krzyczą. Wraków nie ma, bunkrów ani trupów.

– Chcesz powiedzieć, że niepotrzebnie się wtedy zraziliśmy? – Ślusarz poskrobał się po głowie. – Może i masz rację... No nic, dwa tygodnie mamy. Tak jak radzisz, połazimy, popatrzymy, przemyślimy. Może to nie taka głupia rzecz te wakacje, tylko, cholera, ręce same szukają jakiegoś zajęcia.

– Jak chcesz, możemy zajść jutro do przetwórni ryb przy porcie, zapytamy, czy im jakaś maszyna nie strzeliła, to ją w czynie społecznym naprawisz – zaproponował Igor. – Zresztą na kutrach też pewnie dużo rzeczy się psuje.

Marek wyraźnie poweselał. Zeszli nad wodę. Piasek był miękki i ciepły. W oddali po lewej widzieli wieżę domu wczasowego Neptun. Tamta część plaży była mniej dzika, w oddali majaczyły kolorowe wiklinowe kosze plażowe. Brzeg zabezpieczono rzędami poczerniałych drewnianych pali, tworzących falochrony i ostrogi. Obiad chyba dobiegł końca, bo z ośrodka nadchodzili coraz to nowi ludzie. Rozkładali koce, stawiali parawany... Gosia jednym ruchem ściągnęła szarą płócienną sukienkę. Ufarbowana bejcą na złocistobrązowo i w kolorowym bikini zrobionym na szydełku wyglądała bardzo ładnie. Nie tak pięknie wprawdzie jak Isaura, ale też nieźle.

– Jedno jest fajne w byciu wampirem – powiedziała, wchodząc po łydki w morze. – Nie odczuwa się, jaka ta woda jest lodowato zimna.

Marek usiadł na brzegu, znalazł kawałek kija i teraz w zadumie strugał go scyzorykiem. Igor klapnął obok. On też czuł się dziwnie, nie mogąc niczego zespawać.

– Nudzi mi się – marudził ślusarz. – Tu nie ma kompletnie nic do roboty. Ciepli to wiadomo, przyjadą na plażę, pogapią się na babeczki w strojach kąpielowych, poczują przyjemne mrowienie tu i ówdzie. Potem wypiją piwo albo dwa, zapalą papieroska, radia posłuchają i czas im zleci. Dzieci zamki z błota budują i w morzu się taplają. Chłopcy obłapiają się w wodzie z dziewczynami. Babki się opalają i czytają romansidła. A my? Kompletnie nic.

– Też możemy popatrzeć na babeczki w bikini. – Igor łypnął okiem na pluskającą się Gosię. – Niezła sztuka ta nasza lokatorka. Apetyczna, rzekłbym. Choć po prawdzie bez popędu płciowego gapienie się na nią nie jest aż takie przyjemne. A piwo w sumie możemy wypić, nie zaszkodzi nam przecież, i tak go nie strawimy.

– Myślisz?

– Nie wiem. Nie próbowałem od stu lat. Przeleci przez organizm... Kurde! W sumie to fajnie byłoby sobie przypomnieć, jak to jest, gdy się sika.

– A jeśli w środku już wszystko pozarastało? Ja bym nie ryzykował. W końcu jesteśmy nieżywi. A co, jeśli piwo zostanie w żołądku, skwaśnieje, namnoży się w nim bakterii i zaatakują nas od środka? Nasze ciała, odpukać, nie gniją i wolałbym, żeby tak zostało!

– Fakt... To i petów lepiej nie palmy. Niby kiedyś lekarze zalecali palenie tytoniu jako środek pomagający w razie uporczywego kaszlu... ale cholera wie jak martwe płuca zareagują na smołę.

 

Połazili brzegiem godzinkę, nudząc się jak mopsy. Doszli aż do Neptuna, popatrzyli na dziewczęta grające na brzegu w siatkówkę, zawrócili... Popatrywali pod nogi, ale bursztynów nie było. Gosia już się nacieszyła wodą, leżała teraz na piasku i udawała, że się opala. Przechodzący brzegiem młodzieńcy muskali ją spojrzeniami. Ciepli z zakładu, jak to przewidział Marek, po swojemu zagospodarowywali czas wolny. Pili piwo, ciskali puste butelki za wydmę, palili papieroski i beztrosko rozrzucali niedopałki wokoło. Kobiety czytały babskie gazety albo książki. Ktoś włączył radio, po chwili dwóch innych poszło w jego ślady.

– Nie bądź frajerem, kup bułkę z serem! Lepsze bułki z jagodami niż chleb i salami! – wiatr niósł okrzyki. To przez plażę, dysząc w upale, szli dwaj wędrowni sprzedawcy niosący plastikowy transporter z drożdżówkami. Mimo dość wyśrubowanych cen zbyt mieli niezły, ale wampiry, patrząc, jak handlarze z mozołem drepczą po gorącym piachu i co chwila ocierają pot z czoła, wcale nie zazdrościły im zarobku.

– Chyba wolę się nudzić w ośrodku niż na tym słońcu – westchnął Igor. – Poza tym jesteśmy już tak starymi wampirami, że trzeba zacząć uważać z ultrafioletem!

I poczłapali ukryć się w domku. Może godzinę później pukanie do drzwi wyrwało Marka z zadumy. Odłożył pilnik, starł rękawem opiłki metalu ze stołu i otworzył. Na progu stał jakiś kafar, opalony na brąz, z teczką w ręku. Na szyi dyndał mu trenerski gwizdek, zawieszony na sznurówce. Twarz gościa wyrażała niezachwiany optymizm.

– Panowie Marek, Igor i panienka Małgorzata – mruknął bysio, odhaczając coś w papierach. – Po obiedzie było zebranie na temat oferty kulturalnej i sportowej.

– Że niby co?! – zdumiał się Marek.

– Że nie byliście na zebraniu – cierpliwie wyjaśnił kafar.

– Pierwsze słyszę, żeby na wczasach były jakieś zebrania – zirytował się Igor. – A w ogóle kto pan niby jest?

– Mówcie mi Sebastian. Jestem instruktorem kulturalno-oświatowo-wychowawczym tego ośrodka. – Nieznajomy wypiął pierś szeroką jak łom granitu.

– Nie czuję potrzeby instruowania mnie w dziedzinach kultury i oświaty – mruknął ślusarz. – Sam sobie radzę z jednym i drugim. Co do wychowania, zadbały o to pospołu mamusia i szkoła, do której uczęszczałem.

– Zjednoczenie zatrudniło mnie, żebym ujął wypoczynek pracowników w pewne ramy organizacyjne...

– Są wakacje – Igor wsparł kumpla. – Jak pan nie wiesz, co to znaczy, sprawdź pan sobie w słowniku.

– Popełniacie poważny błąd. – Twarz osiłka jakby lekko stężała. – Wymigując się od zajęć wspólnych, ryzykujecie zebranie punktów ujemnych.

– Czego niby!?

– Przecież kierownictwo ośrodka musi wystawić dla zakładu opinię o wszystkich wczasowiczach i jak za rok zechcecie jechać na wakacje, to kadrowa zajrzy do akt i oceni, czy zasługujecie.

Marek zaczął rechotać.

– To wpisz pan od razu, że jesteśmy leniami, malkontentami, alkoholikami, dopuszczamy się tu rozkładu moralnego z nieletnią oraz w rozmowach prywatnych kontestujemy ustrój socjalistyczny i nie zasługujemy na żadne więcej wakacje – powiedział wreszcie, gdy skończył się śmiać. – A od kadr oczekuję, żeby się odwaliły i pozwoliły mi spokojnie pracować! Ja się na żadne wczasy nie prosiłem!

– Z tym ustrojem to tylko on kontestuje tak na poważnie – dodał Igor. – Bo ja zasadniczo jestem bezpartyjnym sympatykiem. Uważam, że socjalizm i komunizm są, mimo pewnych wypaczeń, całkowicie OK. A jedyne, czego bym się czepił, to że mamy za mało prawdziwego socjalizmu w naszym realnym socjalizmie. Marks i Lenin widzieli ten etap zupełnie inaczej.

– Tak czy inaczej, skoro już nas przywlekli nad to morze, chcemy wypoczywać w spokoju. Odczep się pan i pozwól nam robić to po naszemu – zakończył ślusarz.

– Mamy naprawdę fajne propozycje przyjemnego spędzania czasu. – Osiłek jakby posmutniał.

Ale wampir zatrzasnął mu drzwi przed nosem i wrócił do szlifowania stali wkręconej w imadło. Igor przesiadł się pod okno, gdzie było lepsze światło. Otworzył „Kapitał” Marksa w miejscu założonym banknotem jednodolarowym i oddał się lekturze. Gosia wyciągnęła z walizki sczytany do cna numer „Burdy” sprzed kilku lat i kartkowała go, szukając ciekawych wzorów do wydziergania. Popołudnie leniwie zmieniało się w wieczór. Z daleka, to znaczy od strony stołówki, wiatr przyniósł rytmiczne dudnienie.

– Dwudziesta – zauważyła Gosia, patrząc na zegarek.

– To co? – zdziwił się ślusarz.

– Chodźmy na wieczorek zapoznawczy – przypomniała.

– A po co? – zdumiał się Igor. – Przecież już wyjaśniliśmy, że my tu wszystkich znamy, bo przecież z jednej fabryki jesteśmy. A poczęstunek i wypitka to nie dla nas przecież.

– Ale skoro jest taka tradycja... Muzyki posłuchamy, potańczymy... – kusiła dziewczyna.

– Taka tam teraz muzyka – machnął dłonią Marek. – Przed wojną to była muzyka.

– Przed pierwszą czy przed drugą? – zaciekawiła się Gosia.

– Przed mandżurską – zakpił Igor. – I przed rewolucją tysiąc dziewięćset piątego. Dzisiejsza muzyka to nie dla nas w każdym razie. A ty jak chcesz, to idź.

– No to idę – mruknęła. – Bo ja nie znam ani waszych kolegów, ani ich żon i dzieci. – I faktycznie poszła.

– Cholera – westchnął Marek. – Coś z racji to ona ma.

– Co takiego?

– Facetów znamy, bo w końcu to koledzy z roboty. Ale żon ani dzieci na zakład nie przyprowadzali, to może wypadałoby poznać.

– To co? Idziemy?

– Po tym, jak wykpiliśmy jej pomysł, trochę mi głupio – wyznał ślusarz. – Ale może odczekamy, a potem niepostrzeżenie wmieszamy się w tłum. I wtedy się pozapoznajemy.

Wieczorek zapoznawczy urządzono w jadalni. Zdjęto kotarę, odsłaniając lustrzaną ścianę. Pod sufitem zawieszono kulę dyskotekową. Na podeście ulokowało się trio. Jeden muzykant brzdąka rozpaczliwie w struny gitary, drugi wybijał staccato na talerzach perkusji, trzeci bębnił palcami po klawiszach keyboardu. Instrumenty wydawały dźwięki jak kot ciągnięty za ogon. Zadudniły głośniki. Jakiś babsztyl w obszytej cekinami kiecce wypłynął zza kotary i ujął w dłoń mikrofon.

– Daaaaj mi tę noc, tęęęę jedną noc! – kobieta zapiała dyszkantem.

Ludziska wylegli na parkiet. Robotnicy tańczyli kiepsko, jakby mieli połamane nogi. Ich żony i podrośnięte potomstwo płci obojga nieco lepiej. Gosia, w kusej mini i bluzce z dekoltem sięgającym niemal do pasa, zaczęła kręcić się po parkiecie. Na szczęście dziury w piersi, które wystrzelał jej z pepeszy Radek, już zarosły, pozostawiając tylko ledwo widoczne blizny. Tańczyła, niestety, sama. Wprawdzie chłopaków w zbliżonym wieku kilku by się na sali znalazło, ale zachowywali się jakoś dziwnie. Gdy uśmiechała się do nich albo puszczała oko, bledli i kryli się po kątach lub za plecami mamuś.

Nagadali im bzdur o wampirach, domyśliła się. Tchórze i frajerzy! Przecież ładna jestem, a na sali pełnej ludzi wysysanie im nie grozi!

Zmarkotniała i zaczęła się nawet zastanawiać, czy nie wrócić do domku, gdy nieoczekiwanie jak spod ziemi wyrósł przy niej kaowiec. Oczy miał maślane, może po małej wódeczce, a może to widok dziewczyny tak na niego podziałał...

– Zatańczymy? – zagadnął.

– W sumie czemu nie? – Wzruszyła ramionami. – A umiesz?

– Dziecino, ja jestem od lat niekwestionowanym królem tutejszego parkietu! Niejedną wczasowiczkę wyszkoliłem.

Gosia łypnęła na niego, rozejrzała się po sali. Przy tak marnej konkurencji zostać królem nie było trudno. Może faktycznie mówił prawdę? Poza tym, skoro nikt inny nie chciał...

– To tańczmy.

Kaowiec faktycznie okazał się doskonałym tancerzem. Obracał Gosią z ogromną wprawą, wkładał w to masę wysiłku, aż pot perlił mu się na czole. Ona wręcz przeciwnie, w ogóle się nie męczyła. Ale było jej bardzo przyjemnie, bo od licealnych dyskotek nie miała okazji tak poszaleć na parkiecie.

– Józek, nie daruję ci tej nocy! – Kobieta na podium dyszała do mikrofonu.

Bardziej dynamiczny taniec przeszedł w spokojny z przytulankami.

– Aleś ty chłodna – mruknął kaowiec i niczym ośmiornica oplótł ją opalonymi na brąz, umięśnionymi ramionami. – Ale trochę potańczysz, kilka drinków ci postawię i od razu się rozgrzejesz.

– Pewnie się nie uda, trzeba by przyspieszyć tempo przemian chemicznych, ale możemy spróbować – zgodziła się.

Dłuższą chwilę spokojnie kiwali się w rytm muzyki.

– Moglibyśmy pójść potem do mnie – szepnął jej do ucha. – Mam magnetofon i znacznie lepsze nagrania niż te... Mam też butelkę dobrego wina. Z Pewexu.

Dłoń muskająca plecy dziewczyny jakby od niechcenia zawędrowała niżej i przykleiła się do jej pośladka.

– Lepiej zabierz tę łapę – doradziła mu życzliwie Gosia.

– Oj, nie bądź taka niedotykalska – burknął.

Zamiast odpowiedzieć, tylko uśmiechnęła się lekko i w tańcu zawinęła nim tak, że znaleźli się obok lustrzanej ściany.

– Popatrz tam – szepnęła mu do ucha.

Spojrzał ponad jej ramieniem i zamarł. Zamrugał. Spojrzał jeszcze raz. W lustrze odbijał się tylko on. Zerknął na swoje ramię oplatające dziewczynę. Raz jeszcze popatrzył w zwierciadlaną taflę. Jego ręka, dziwacznie wygięta, wisiała w powietrzu. Pod nią nie było nic.

– Co jest grane, do cholery?! – Wybałuszył oczy. – Dlaczego ty nie masz odbicia?!

– Mądrzy ludzie twierdzą, że srebro to święty metal, który nie przyjmuje wizerunku istot potępionych.

– Że niby co? – Chyba nie zrozumiał.

– Zgadnij. – Uśmiechnęła się kusząco, pokazując kły. – A co do propozycji wspólnego posłuchania płyt, to chyba jestem zainteresowana. Idziemy do ciebie?

Nie spodziewała się, że ciepły tak łatwo może zemdleć. Zobaczyła, jak oczy wywracają mu się do góry białkami, poczuła, jak stalowe mięśnie wiotczeją, i bysio runął na parkiet niczym podcięte drzewo. Gdyby go w ostatniej chwili nie podtrzymała, pewnie rozwaliłby głowę o klepki. Zrobiło się zbiegowisko. Muzyka ucichła, wokalistka oderwała się od mikrofonu.

– Czy jest lekarz na sali? – zawołała jakaś kobieta.

– Ja miałem kurs BHP w dziedzinie wypadków przy pracy. – Brygadzista Piotr przepchnął się przez tłum.

– Pan instruktor chyba za dużo wypił, zagapił się w lustro i potknął – wyjaśniła ludziom wampirzyca.

Stary majster przyklęknął, zmierzył puls nieprzytomnego. Otworzył mu oko i spojrzał na źrenicę.

– To chyba tylko omdlenie – zawyrokował. – Gorąco tu, duchota. A on chyba przez godzinę wywijał po parkiecie. To i nic dziwnego, że zakręciło mu się w głowie. Wynieście go na zewnątrz przed stołówkę i bawmy się dalej.

Kilku najsilniejszych robotników dźwignęło z trudem osiłka i opuściło z nim salę. Zespół znów zaczął dokazywać na instrumentach, a śpiewaczka podjęła skowyt. Przed jadalnią niosący kaowca natknęli się na Marka i Igora.

– Co mu się stało? – zdumiał się ślusarz.

– Tańczył ze mną i nagle się przewrócił – wyjaśniła Gosia, nieznacznie puszczając do niego oko.

– Dajcie go tu na ławkę, połóżcie na wznak, zaraz pewnie dojdzie do siebie – zakomenderował Igor. – A jak się nie ocknie, to mam z wojska przeszkolenie felczerskie, docucę go. A w najgorszym wypadku zadzwonimy po pogotowie.

– To zostawiam go w pańskich rękach – ucieszył się brygadzista.

Kaowiec, rozciągnięty na twardych dechach, faktycznie westchnął, stęknął, odetchnął głębiej i zaczął poruszać powiekami. Wreszcie otworzył oczy. Wczasowicze, widząc, że nic mu nie jest, wrócili do przerwanej zabawy.

– Józek, nie daruję ci tej nocy! – wydzierała się piosenkarka.

Bysio spojrzał na otaczającą ławkę trójkę. Zmarszczył czoło, jakby nie do końca pewien, czy to, co go spotkało przed chwilą, wydarzyło się naprawdę.

– Masz za swoje, stary oblechu – warknęła Gosia, znów pokazując ząbki. – A ostrzegałam, nie pchaj się z łapami, frajerze.

Nie odpowiedział, przerażony wpatrywał się w ziemię. Latarnia oświetlała otoczenie. Każda najlichsza nawet trawka rzucała ciemny, konkretny cień. I tylko oni stali bez choćby najmarniejszego skrawka czerni koło stóp.

– Wy... wy... wy... – krztusił się kaowiec. – Je...je...

– Jesteśmy wampirami – warknął Marek. – Cała trójka. I zapamiętaj sobie, że przyjechaliśmy tu wypocząć. Ty się nie czepiasz nas, my się nie czepiamy ciebie. W twoim grafiku gier i zabaw ruchowych nie istniejemy.

 

– Ale... – zaczął.

– Bo jak będziemy robić gimnastykę, zmęczymy się. A zmęczony wampir staje się głodny, bardzo głodny... – Igor oblizał wzrokiem szyję osiłka.

– A jak się będziesz dostawiał do naszej koleżanki, to cię tak wyssiemy, że staniesz się zombiakiem – dodał ślusarz. – Będziesz łaził, cuchnąc, i gubił odłamujące się paluchy, aż cię kościółkowi dopadną, a nie chciałbyś wiedzieć, jak inkwizycja likwiduje żywe trupy.

A potem zostawili go przerażonego, wtulonego w oparcie ławki i poszli sobie – Gosia jeszcze potańczyć, a oni zapoznawać się z żonami i dziećmi kolegów z fabryki.


Kolejny dzień wlókł się niemiłosiernie. Wampiry nie miały kompletnie nic do roboty. Mogły tylko z zazdrością popatrywać, jak kaowiec dwoił się i troił. Po śniadaniu zorganizował dla dorosłych turniej siatkówki i koszykówki. Dzieciaki natomiast strzelały z łuków i odbyły bieg w workach. Najstarsi wiekiem robotnicy, którym ani w głowie był nadmiar wysiłku, wzięli udział w konkursie kalamburów. Wszyscy świetnie się bawili. Instruktor, mimo koszmarnych przeżyć poprzedniego wieczora, najwyraźniej doszedł do siebie. Był w swoim żywiole i dawał z siebie wszystko. Jedynym śladem nocnej przygody była okazała główka czosnku, którą nanizał na sznurek od gwizdka. No i co jakiś czas oglądał się nerwowo przez ramię.

– Chyba popełniliśmy zasadniczy błąd i niepotrzebnie zraziliśmy do siebie tego w gruncie rzeczy miłego człowieka – westchnął wreszcie Marek, opuszczając zasłonkę.

– To nie nasza wina. – Igor bezradnie rozłożył ręce. – Nie byliśmy nigdy na wczasach, to skąd mogliśmy wiedzieć, jak tu jest?

– Trzeba było kłaść uszy po sobie i naśladować bywalców – dogryzła im Gosia. – Postraszyłam go tyci, tyci i by wystarczyło. Niepotrzebnie się wtryniliście. A w tenisa sama bym zagrała!

Po południu kaowiec zorganizował na plaży rodzinny konkurs na najpiękniejszy zamek, a dzieciaki grały w nogę w kopnym piachu, co stało się przyczyną wielu radosnych upadków. Potem trenowały skok w dal i wzwyż. Dla najlepszych przewidziano nagrody, a wszyscy uczestnicy dostali lody.

Przed wieczorem, gdy upał nieco zelżał, trójka wampirów ruszyła na spacer. Najpierw szli drogą na wschód, wzdłuż brzegów jeziora, a potem odbili w las – ku morzu.

– Podsłuchałam, że jutro ma być wycieczka do parku narodowego, pogadanka historyczna na terenie wyrzutni hitlerowskich rakiet V2 i oglądanie ruchomych wydm w rezerwacie – marudziła Gosia. – Ale nas nie zaprosili.

– Może by tego instruktorka choć pro forma przeprosić? – westchnął Igor.

– O nie! – burknął Marek. – Nie damy się kupić przechadzką po stosach piachu. Mamy swój honor!

– No to trzeba będzie nudzić się dalej.

Nagle ślusarz przystanął w pół kroku, schował się za krzakiem i uciszył pozostałych gestem.

– Popatrzcie, to chyba nasza kolacja – szepnął. – Ostrożnie tylko!

Zapadli za krzewy jałowca. W dolince pomiędzy wydmami wśród chaszczy rozłożyła się na kocu trójka harcerzy w wieku późnonastoletnim. Chłopak z gitarą i dwie dziewczyny. Harcerki przez chwilę mościły się na pledzie, a potem ściągnęły mundurki. Jak się okazało, pod nimi miały stroje kąpielowe. Ich towarzysz też po chwili był już w samych kąpielówkach. Dziewczyny zaczęły nacierać się kremem do opalania. Chłopak niby to odwrócił się bokiem, ale popatrywał na koleżanki kątem oka. Minę miał rozanieloną... Z plecaka wydobył butelkę wina i trzy plastikowe kubeczki.

– No nie – mruknął Marek zbulwersowany. – Za moich czasów harcerze naprawdę nie pijali alkoholu!

– Może to jak z milicją, że jak taki zdejmie mundur i czapkę, to już nie jest na służbie? – rozważał jego przyjaciel. – Ale z drugiej strony harcerz w kąpielówkach nadal pozostaje nieletni. A to podpada pod ustawy o wychowaniu w trzeźwości i tak dalej.

– Igor?

– Taaa?

– Powiedz mi taką rzecz... Lubisz posmak jabola we krwi?

– Nieszczególnie.

– No to musimy się pospieszyć. My wysysamy dziewczyny, a ty chłopaka – polecił Gosi. – Obejdziemy ich od tyłu przez te krzaczory i skaczemy na karki. Szybko, zanim smak popsują! – dodał, widząc, że chłopak nalewa już koleżankom pierwszą kolejkę.

Zeszli z wydmy i chyłkiem pomaszerowali przez las, by dużym łukiem zajść ofiary od tyłu. Na szczęście wydmy i chaszcze ułatwiały zadanie.

Skradamy się zupełnie jak Indianie, pomyślała z zachwytem Gosia, wpinając sobie we włosy piórko mewy.

Chyba po raz pierwszy od zwampirzenia czuła się naprawdę dobrze. Lato, słoneczko, zapach igliwia i perspektywa fajnej kolacji... Wydmy trochę ich zasłaniały, za to w krzakach za harcerzami leżała masa uschniętych gałęzi. Nie było innego wyjścia, jak ostrożnie przepełznąć ostatni odcinek. Na szczęście grupka ignorowała nadciągające zagrożenie. Chłopak usiłował obejmować koleżanki, one uchylały się, chichocząc, ale nie uciekały. Tanie wino najwidoczniej buzowało im już we krwi, nie zwracali uwagi na wampiry czyhające w lesie.

Marek gwizdnął, dając sygnał do ataku. Gosia doskoczyła do upatrzonego chłopaka. Zadziałał wampirzy instynkt. Dziabnęła go zębami w szyję z taką wprawą, jakby przez całe życie nic innego nie robiła. Bezbłędnie trafiła w tętnicę. Harcerz szarpnął się ze trzy razy, ale zaraz zwiotczał w jej uścisku i oklapł nieprzytomny. Pociągnęła delikatnie dwa hausty krwi.

– Delicje – westchnęła, puszczając ofiarę.

Krew smakowała jakby trochę wędzonką, ale też ziołami, wiatrem, pieczonymi kartoflami i dymem wieczornego ogniska. Orzeźwiała, delikatnie szczypała w podniebienie. Doznanie kojarzyło się nieco z piciem wody sodowej. Kątem oka Gosia spostrzegła, że Marek i Igor także poradzili sobie bez problemu ze swoimi ofiarami. Ich twarze wyrażały najgłębszą błogość. Widać im też smakowało.

– Uwielbiam harcerzy – westchnął ślusarz, ostrożnie odkładając podessaną nastolatkę na piach. – Prowadzą bardzo zdrowy tryb życia. Odżywiają się też nieźle. Stąd ich krew ma wspaniały bukiet. Jak najlepsze wino.

– Mnie osobiście posiłek na łonie natury zawsze poprawia humor – wyznał Igor, trąc wargę oparzoną na srebrnym łańcuszku. – Choć nie powiem, jeszcze fajniej byłoby dopaść ich w nocy, przy ognisku, słuchając brzdąkania gitary.

– Daj spokój – przestraszył się Marek. – Też masz pomysły! Przy ognisku to siedzi ich cała kupa. Chcesz się bić w pojedynkę z całym zastępem uzbrojonych w finki, wysportowanych...

– Nie chcę! Tak tylko się rozmarzyłem.

– Wakacje, posiłek w plenerze, czego jeszcze chcieć od życia? – westchnęła dziewczyna.

– Przecież nie żyjemy, wampiry są martwe – zauważył trzeźwo ślusarz.

– Hmmm... no tak. Zapomniałam – zawstydziła się. – Ale wolę być martwa jako wampir niż jako zombie!

– No ba! Igor, a pamiętasz tamtą akcję w czasie wojny?

– Wysysaliście harcerzy z Szarych Szeregów? – oburzyła się Gosia.

– Nie, ale raz trafiliśmy na obozowisko tych niemieckich podróbek z Hitlerjugend – wyjaśnił spawacz. – Nie była to jakaś poważna akcja partyzancka, raczej drobny psikus, żeby się w okupowanym kraju nie czuli zbyt pewnie. Zaatakowaliśmy w biały dzień. Strasznie zabawne to było. Ja trzymałem i wysysałem instruktora, Marek zrywał sztandar ze swastyką z masztu, a te małe blond naziolki uciekały do lasu. Stratowali namioty, pogubili furażerki, poplątali się w linkach i tak rozpaczliwie wrzeszczeli: „Hilfe, Hilfe”. Zabawa była przednia! Ale naszym nigdy byśmy takiego numeru nie wycięli – spoważniał.


– Niedługo odzyskają przytomność, nie ma się co rozsiadywać – zauważył jego kumpel.

Ułożyli ofiary w cieniu, następnie opróżnili butelkę jabola, wylewając zawartość w krzaki. Każdemu harcerzowi wcisnęli w dłoń opróżniony kubeczek.

– Będą mieli nauczkę, czym grozi łamanie prawa harcerskiego – zachichotała Gosia. – Pijaństwo nie popłaca!