Wampir z KCTekst

Z serii: Cykl z wampirem #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wampir z KC
Wampir z KC
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,83  47,86 
Wampir z KC
Wampir z KC
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

W serii ukazały się

Wakacje

Wycieczka

Skarb

Drzewko

Łowcy

Audyt

Babcia

Krwiopijca

Firma

Kostucha

Książki Andrzeja Pilipiuka

Karta redakcyjna

Okładka


W serii ukazały się:

1 Wampir z M-3

2 Wampir z MO

3 Wampir z KC

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wakacje

Powietrze nad Warszawą drgało w upale, lecz w starych fabrycznych halach panował miły chłód. Grube, zawilgłe ceglane ściany nie nagrzewały się tak łatwo. Poza tym wampiry słabiej niż ludzie odczuwają wahania temperatury. Ślusarz Marek zostawił kurtkę w szatni, pobrał skrzynkę z narzędziami, przerzucił skórzany pas przez ramię i pomaszerował na swój wydział. Brygadzista, stary majster Piotr, już na niego czekał. Wymienili uścisk dłoni. Wampir podszedł do pierwszej obrabiarki. Na stole leżały cztery detale wymontowane z uszkodzonych maszyn przez nocną zmianę. Obejrzał je krytycznie. Pokruszone, wytarte tryby, wyrobione panewki...

– Sowiecki szmelc – mruknął pod nosem. – Szajsmetal, żelaza ma mniej niż marchewka. Za cara to były zębatki, odlewy w twardym brązie maszynowym... Ano nic, dorobi się co trzeba ze stali narzędziowej i kolejne dwadzieścia lat maszyny posłużą.

Rozejrzał się po hali i westchnął. Tak po prawdzie cały park maszynowy od dawna kwalifikował się na złom lub do muzeum. Carskie obrabiarki sypały się na potęgę. Do sanacyjnych od dawna brakowało części zamiennych. Sowieckim zbywało na precyzji. Najnowsze, te z lat sześćdziesiątych, też już swoje odsłużyły. Spojrzał na stojące w kącie hali zawinięte w folię maszyny, sprowadzone za Gierka. Westchnął ponownie. Maszyny angielskie nie dość, że nacinały gwinty w odwrotnym kierunku, to jeszcze wyskalowane były w calach. Francuskie, delikatne gówno, nie wytrzymywały skoków napięcia w fabrycznej sieci, a nowych silników nie było skąd wytrzasnąć.

– Wymienić to wszystko – rozmarzył się. – Ujednolicić...

– Z drugiej strony na co niby wymienić!? Z Ameryki sprowadzić? Brak dewiz – skrzywił się Piotr.

– Niemieckie gdyby zdobyć... Chociaż niemieckie niemieckim też nierówne.

– Święte słowa.

Nie musieli rozwijać tej myśli, obaj doskonale pamiętali, jak fabryka dostała do testów jedną maszynę produkcji NRD. Aż do tamtej pory sądzili, że najlepsze są urządzenia produkowane za Odrą, a tu nagle się okazało, że wyroby bratniego kraju są niby niemieckie, ale ich jakość dziwnie odbiega od tego, czego można by oczekiwać.

– To już lepiej niech będzie, jak jest. – Majster zakręcił w imadło detal przeznaczony do obróbki. – Przynajmniej jak coś strzeli, człowiek przyuczony i od razu wie, co robić.

– No i jakby nic się nie psuło, zanudziłbym się na śmierć – mruknął wampir.

– Z drugiej strony nudny, bezpieczny dostatek też nie jest taki głupi – westchnął brygadzista. – Byłem w zeszłym roku w Szwecji z partyjną wizytą studyjną jako przedstawiciel klasy robotniczej i powiem szczerze...

– Szczerze? Szczerze to lepiej o tej wycieczce nic nie opowiadać! – zaniepokoił się Marek. – To już wprawdzie nie czasy Bieruta, ale jeszcze ktoś podkabluje i będzie nieszczęście!

– To powiem tyle, że co się raz zobaczyło, trudno potem odzobaczyć. – Stary znów westchnął i apatycznie spojrzał przed siebie.

Ale tego dnia Markowi nie było dane w spokoju cieszyć się robotą. Ledwie zdołał z grubsza zeszlifować powierzchnię obrabianego kawałka metalu, gdy w zapylonej hali pojawiła się sekretarka. Zastukała obcasikami szpilek, drobiąc cienkimi nóżkami po betonie.

– Panie Marku, wzywają pana pilnie do działu kadr – zaszczebiotała.

– Przyjdę na przerwie obiadowej – próbował ją zbyć.

Pokręciła głową.

– To podobno naprawdę pilne.

– Zawsze tak gadają, i ci z biura, i zakładowe łapiduchy. Nawet jak dawali życzenia noworoczne i paczki ze słodyczami od dyrekcji, też gadali, że to pilne. A ja mam tu przecież odpowiedzialne zadania w samym sercu naszego zakładu pracy i przy produkcji o znaczeniu strategicznym – burknął.

– Dam radę sam to na razie ogarnąć – westchnął Piotr.

– Pana wzywają z kolei do fabrycznego garażu. I jeszcze pana Igora muszę odszukać – wyjaśniła dziewczyna.

Brygadzista skrzywił się, zatrzymał obrabiarkę, odłączył zasilanie, skontrolował, czy stanowisko pracy jest należycie zabezpieczone, i poczłapał jak na ścięcie. Wampir ruszył w przeciwnym kierunku. Przedreptał przez hale, przeciął dziedziniec i już był w holu biurowca. Wytarł ciężkie robociarskie buciory, powędrował korytarzem.

Jak niby mamy przezwyciężyć kryzys gospodarczy, skoro najwartościowszych pracowników zakładu bez przerwy odrywa się od pożytecznej pracy i zmusza do jakichś biurokratycznych wygibasów? – rozmyślał. Od tego mamy gryzipiórków, żeby prostowali wszystko, co trzeba, w papierach. Zresztą, tak na dobrą sprawę, po co nam oni? Za cara wystarczyło kilku handlowców, księgowy i biuro projektowe. Trzy pokoiki zajmowali! Za sanacji rozpleniło się kołnierzykowych darmozjadów, ale nadal mieścili się w jednej oficynie. A teraz? Biura większe niż hale! Więcej urzędasów w naszej fabryce niż ludzi na produkcji.

Dłuższą chwilę błądził po korytarzach nieznanej dobrze części zakładu. Wreszcie odnalazł odpowiednią wywieszkę i zapukał do drzwi. Usłyszawszy z wnętrza burknięcie zachęty, wszedł. Kadrowa na jego widok przerwała szlifowanie lakierowanych na czerwono pazurków.

– Wreszcie się spotykamy – powiedziała. – Bo tak szczerze mówiąc, nawet nie bardzo wiedziałam, jak pan wygląda.

– Nie było jakoś okazji – bąknął. – Pracuję sobie spokojnie, pożyczek ani zapomóg nie potrzebuję, nie choruję, nie spóźniam się do roboty, nie biorę urlopów, to i dział kadr nie jest mi do niczego potrzebny.

– I tu się pan głęboko myli. – Posłała mu przyjazny uśmiech.

– Znaczy co? – nastroszył się. – Na bruk lecę czy jak?

Zrobił pospiesznie rachunek sumienia, ale ostatnio niczym nikomu nie podpadł. Fabryka nie wytwarzała nic ciekawego, więc i wyrobów ostatnio nie wynosił... Ktoś napisał donos? A niby o czym? No i co najważniejsze – był przecież absolutnie niezastąpiony.

– Coś pan, jakie na bruk? – zirytowała się. – Wręcz przeciwnie. Kierownictwo zawnioskowało o nagrodzenie pańskiej postawy.

– Talon na pralkę? – ożywił się. Wprawdzie wampiry się nie pocą, ale łachy co jakiś czas wypadało wyprać. A w ich pralce silnik już ledwo zipał.

– Aż tak dobrze nie ma. Ale jedziecie na wczasy pracownicze!

– Że niby co?! – wykrztusił. – Ale jak to?!

– Nasza fabryka ma ośrodek wczasowy nad morzem – wyjaśniła kadrowa. – Fakt, duży to on nie jest i nie dla każdego wystarcza przydziałów, ale przejrzałam akta personalne i mam odnotowane, że wy ani wasz kumpel Igor w ogóle nie korzystaliście z wypoczynku. Od dwudziestu lat albo i dłużej, bo stara dokumentacja już na makulaturę poszła.

– Nie potrzebujemy – bąknął. – Dajcie komuś, kto ma dzieci. Albo staremu i zmęczonemu robotą. Niech się cieszy słońcem, jodem, piaseczkiem...

– Polecenie dyrekcji! – W głosie kadrowej zaczęły pobrzmiewać spiżowe tony. – Jako wyróżniający się pracownicy jedziecie na wczasy. Obligatoryjnie. Opalicie się trochę, odpoczniecie na łonie natury – kusiła.

– Opalić się mam?! Po co?

– Dla zdrowia i urody. Bladzi jesteście jak jakiś nieboszczyk. I jeszcze jedno. Domek jest trzyosobowy, możecie zabrać nie tylko Igora, ale jeszcze jedną osobę towarzyszącą z rodziny lub nawet znajomych.

– A kiedy niby miałbym jechać? – zirytował się.

– W najbliższy poniedziałek.

– A jak pod moją nieobecność strzeli coś ważnego? Kto wtedy uratuje plan? Tylko ja znam te maszyny od podszewki. Do obrabiarek prawie nie ma dokumentacji, zwykły ślusarz skicha się, a nie dorobi części. A zamiennych brak. A ja mam doświadczenie. Ja wszystko z pamięci robię, spasowuję, montuję – zaskamlał cicho.

 

– A czym ty się, człowieku, martwisz? – Kobieta ujęła się pod boki. – Przecież nie od dziś pracujesz w fabryce. Raz się plan przekracza, a raz się zawala. A nawet jak wyprodukujecie ile trzeba tych podajników do snopowiązałek, to i tak bez znaczenia, bo fabryka snopowiązałek też albo plan przekroczy, albo nie wyrobi. Jak przekroczy, to i tak nie zrobicie ile trzeba. A jak nie wyrobi, będą mieli nadwyżkę podzespołów, a wtedy kilka tygodni bez dostaw to dla nich pikuś. Jak wy przekraczacie plan, to oni nie mają gdzie składować, bo magazyn jest gabarytowo do produkcji planowej, więc wasze wyroby rdzewieją pod gołym niebem. A jak mają niedobór, czyszczą z rdzy to, co na placu leży, i taki szmelc montują w maszynach. Normalna rzecz. Zresztą jest już lipiec, więc choćbyście się zesrali i zrobili te podajniki na czas, to oni i tak nie zdążą ich zamontować. A jakby nawet zdążyli, to dystrybucja nie rozwiezie snopowiązałek w porę po kraju. Żniwa zaraz się zaczynają. Zrobicie czy nie zrobicie, i tak już w tym roku przepadło. A nawet jakby jakimś cudem wszystko zgrać, maszyny tak czy inaczej będą stały i zarastały kurzem, bo kto niby to kupi? Rolnikom indywidualnym, nawet jak mają pieniądze, robi się utrudnienia, a kółka rolnicze i PGR-y dawno już przestawiły się na kombajny.

– Nie przeczę. Gospodarka planowa posiada swoją specyfikę. Ale mimo wszystko... – marudził, choć doskonale wiedział, że argumentacja kobiety jest niepodważalna.

– To się nigdy nie łączy jedno z drugim. Mam przyjaciółki w kilku fabrykach, to wiem. Może w kapitalizmie jest inaczej, ale u nas fabryka może mieć dwa tygodnie przestoju i dziury w niebie nie będzie. Taka jest przewaga gospodarki planowej i centralnie sterowanej nad burżuazyjną. Uczyli nas o tym, jak robiłam kursy na WUML-u. W socjalizmie liczy się przede wszystkim człowiek pracy i dlatego nie chcę już słyszeć żadnych wykrętów. Jedziecie na wczasy.

Marek skrzywił się, ale musiał przyznać, że w tym, co kobieta mówiła na temat przestojów w produkcji, było sporo racji. Też miewali wcześniej niedobory surowca, jeśli huta nie wyrobiła planu. I nadwyżki, gdy plan przekroczono. Sam pamiętał, jak dla zdobycia premii wyrobili kiedyś dwieście dwadzieścia procent normy, a kontrahent wziął tylko sto dwadzieścia procent produkcji. Trzy dni zakopywali w starych piwnicach wyprodukowane wałki rozrządowe, bo składować nie było gdzie, a przecież nie mogli ich ot, tak sobie sprzedać prywaciarzom!

– No a gdzie te wczasy będą? – zapytał zrezygnowanym tonem. – Bo morza to mamy z pięćset kilometrów.

– Koło Łeby. Piękny ośrodek, kameralny, tylko osiemdziesiąt domków, blisko morza, nie więcej niż pół godzinki... Tu pokwitujcie. Wyjazd w niedzielę o czternastej spod bramy fabryki. A, byłabym zapomniała. Dyrekcja prosiła, żebyś pan zaszedł do garażu. Zdaje się, że w autokarze zakładowym trzeba to i owo poprawić. Rozumiecie, musi wytrzymać drogę nad morze, no i dobrze by było, gdyby zdołał jeszcze wrócić.

– Od początku czułem w tym jakiś haczyk! – Oskarżycielsko wycelował palec w kobietę. – Czyli żeby jechać na wakacje, muszę najpierw wyremontować tego trupa.

– Po co zaraz takie wielkie słowa i idiotyczne oskarżenia? – fuknęła. – Po pierwsze, nie sami go będziecie remontować. Po drugie, wczasy i tak wam się należą. Po trzecie, gdyby tylko koledzy z dziećmi mieli jechać, to przecież i tak byście pomogli przygotować go do drogi, bo dobry z was człowiek! Po czwarte, nikt inny sobie z tym nie poradzi. Dokumentacji fabrycznej autobusu brak, a taki fachura wszystko z pamięci dorobi, spasuje i zamontuje. Po piąte, dyrektor będzie przecież pamiętał, kto trupa naprawił, a wiecie, że on umie się odwdzięczyć tym, którzy ciężko pracują dla naszej fabryki... Może i talon na pralkę się trafi!

Gdy Marek zaszedł do garażu, Igor i brygadzista Piotr byli już na miejscu. Oglądali pojazd z zafrasowaniem. Stary przegubowy jelcz odsłużył dwadzieścia lat jako autobus miejski i trafił do fabryki „na dorżnięcie” jako zakładowy. Przywitali się, brygadzista wrzucił w paszczę ekstra mocnego, zapalił, zaciągnął się.

– I co pan powie, panie kolego? – zagadnął. – Cacuszko ten nasz autokar, no nie?

– Ja pierniczę, ale szmelc – westchnął szczerze Marek. – Mamy ożywić tego trupa, i to tak, żeby wytrzymał tysiąc kilometrów?!

– Szmelc nie szmelc, innego i tak nie mamy. – Stary wzruszył ramionami. – Lepszego nam nie dadzą. Poza tym nie przesadzajmy. W zasadzie ma wszystko, co potrzeba. Kierownicę, koła, silnik i tak dalej. No właśnie. Zna się pan na silnikach spalinowych?

– O tyle o ile. – Wampir wzruszył ramionami. – Z parowymi szło mi lepiej. A co konkretnie temu dolega?

– Tak po prawdzie to chyba prawie wszystko.

– Od spawania pękniętych bloków to raczej Igor jest specem – zakpił Marek.

– Blok akurat jest w porządku, ja tu co innego mam pospawać – odgryzł się kumpel.

– Coś łomocze przy próbie uruchomienia – uściślił Piotr. – Chyba się połamały tłoki. I olej wycieka. W dodatku jedno tylne koło jest jakoś dziwnie przekrzywione. Oś poszła, albo może tylko felga się wypaczyła?

– Karoseria od spodu kompletnie zeżarta przez sól – burknął Igor. – Praktycznie nie trzyma się ramy podwozia. Sama rama też nadgryziona. Trzeba wyciachać, zeszlifować i wspawać całe arkusze nowej blachy.

– Może być kwasówka?

– W sumie czemu nie?

– Trzy milimetry?

– To ma być pojazd pancerny czy jak? Milimetr maksymalnie. A najlepiej jeszcze cieńsza.

– To też się chyba znajdzie. Idźcie do magazynu i zapytajcie, co mają. Wydadzą, ile trzeba.

Marek obejrzał krytycznie oponę, na której ledwo było widać ślad po wytartym bieżniku. Popukał w obluzowany reflektor. Chciał też zapukać w karoserię, ale przestraszył się, że palec utknie w dziurze, więc zamiast tego popukał w szybę. Uszczelki brakowało, zabrzęczała... Gutaperkowa harmonijka też straszyła szczelinami.

– Tydzień roboty – ocenił. – A wyjazd, zdaje się, pojutrze.

– Tydzień? Mowy nie ma. Panowie, oceńcie, ilu ludzi trzeba do pomocy, ściągamy ich z zakładu i bierzemy się do dzieła.

Marek miał na końcu języka kilka ciętych ripost, ale zmilczał. Po prawdzie nawet spodobało mu się to zadanie. Niosło nowe wyzwania, wymagało pomyślunku, planowania, ale także twórczej improwizacji. Dokładnie tak, jak lubił. Tylko ten pośpiech...

Jak to jest? – rozmyślał, grzebiąc pod maską. Z jednej strony mamy realny socjalizm, co daje nam pewną swobodę z dotrzymywaniem terminów, ale zarazem jak w kapitalizmie, pewne rzeczy muszą być wykonane na czas. Na wczoraj, rzekłbym. Niby gospodarka planowa, ale jakoś nie potrafili zaplanować trybu pracy tak, żeby, powiedzmy, dwa miesiące na spokojnie pomalutku dłubać przy tym wraku. Wszystko na akord...


Marek wrócił do domu dopiero po dwudziestej pierwszej, zmęczony i ponury jak chmura gradowa. Gosia siedziała i bezmyślnie gapiła się w telewizję.

– Co się stało? – zaciekawiła się, odrywając wzrok od ekranu. – Kłopoty w fabryce? Przetrzymali was na nadgodziny jakieś czy co?

– W zasadzie to lubię różne skomplikowane prace, ale dorobienie z marszu trzech tłoków silnikowych, spasowanie ich z korbowodami i cylindrami, dorobienie zużytych panewek i wytoczenie nowej tylnej osi do autobusu to trochę za dużo, jak na jeden dzień – mruknął. – Łap i kręgosłupa nie czuję, a ciepłego toby ta robota zabiła chyba. Igor musiał jeszcze zostać. Karoseria jest skorodowana po dwudziestu sezonach zmagania się z solą. Trzeba spawać z piętnaście łat nowej blachy. Pewnie do rana nie skończy.

– Autobus jakiś naprawiacie? – zdziwiła się.

– Autokar zakładowy. Pojedziemy w niedzielę po południu na wakacje. Dostałem przydział wczasów pracowniczych. W ośrodku naszego zjednoczenia w Łebie. Piasek, morze, las, ruchome wydmy, poniemieckie wyrzutnie V2 i tak dalej. Do tego komary. I ty też jedziesz, bo domek na trzy łóżka nam przyznali.

– Ekstra! – ucieszyła się. – To ja wydziergam sobie bikini.

Ślusarz otworzył torbę i ku zaskoczeniu dziewczyny postawił na stole pięć butelek orzechowej bejcy. A potem znów ciężko westchnął.

– Rozbieraj się i wskakuj do wanny.

Łypnęła na niego, wyraźnie zdziwiona. A potem uśmiechnęła się uwodzicielsko.

– Rozebrać się? Ale tak... do naga?

Potwierdził niecierpliwym kiwnięciem głowy i zabrał się do czytania etykietki na butelce. Gdy po chwili wszedł do łazienki, Gosia stała już na kafelkach zawinięta tylko w ręcznik, a woda z szumem lała się z kranu. Dziewczyna uśmiechała się dziwnie.

– Mamy to wypić? – zapytała, patrząc na butelkę z farbą.

– Co ty bredzisz? – zdziwił się. – Po co?

– No bo... Przyniosłeś bejcę i kazałeś mi się rozbierać, to pomyślałam o Profesorze. Może odkrył, że picie bejcy przywraca wampirom popęd płciowy, to napijemy się i będziemy się bzykać pod prysznicem. Stracę wreszcie dziewictwo, w sumie od biedy może być i z tobą, mówi się trudno.

Marek kolejny raz westchnął, jakoś tak bardzo ciężko.

– Jedziemy na wczasy – wyjaśnił. – Nad morze. Będziesz chciała poleżeć na plaży w kostiumie, a jesteś blada jak mleko. Ciepli, wiadomo, od ultrafioletu robią się brązowi. A ty nie opalisz się, bo nie żyjesz i skóra nie wytwarza melaniny. Głupio byś wyglądała, leżąc taka bladosina wśród normalnych, spalonych słońcem ludzi. Rzekłbym nawet, że nieestetycznie by to wyglądało. A tak dodamy bejcy do kąpieli, pomoczysz się godzinkę, to pigment weżre się głęboko w skórę i pojedziesz na miejsce już z ładną opalenizną.

– Lej na mnie bejcę, chcę być śniada jak Isaura – szepnęła zmysłowo i zaczęła wyplątywać się z ręcznika, ale Marek tylko wzruszył ramionami, postawił butelkę na pralce i wyszedł.


W niedzielne popołudnie dwaj wampirzy pracownicy i Gosia stawili się przed bramą fabryki. Autokar zakładowy wyglądał naprawdę nieźle, bo Igor uwinął się z karoserią. Połatał co trzeba, wyklepał. Spawy zostały starannie wyszlifowane. Lakiernia wygrzebała resztki farb z magazynu. Część blach pokryli lakierem w kolorze jaskrawozielonym, a tam, gdzie nie wystarczyło, położyli warstwę beżowej olejnej. Ktoś obdarzony specyficznym zmysłem estetycznym pociągnął nadkola i zderzaki na różowo. Do tego dział zaopatrzenia zdołał się dogadać z zakładem tapicerskim i za czterysta haków holowniczych do maluchów dostali doskonałe pokrowce ze skaju, które pozwoliły zamaskować opłakany stan siedzeń. Zakład dorobił też nową harmonijkę, z brezentu wprawdzie, ale wyglądała całkiem porządnie. PGR Bródno za dziesięć podajników do snopowiązałek dał cztery niezbyt używane opony, więc i koła okazały się niemal w porządku. Wokół kłębił się tłum pracowników z dziećmi i żonami. Wszyscy dźwigali walizki i plecaki. Z pobliskiej bazyliki przyczłapał ksiądz – staruszek Franciszek. Obejrzał krytycznie pojazd.

– Z Bożą pomocą może dojedziecie – ocenił i westchnąwszy ciężko, pokropił karoserię wodą święconą. – Niech Święty Tadeusz Juda, patron rzeczy niemożliwych i niewykonalnych, was strzeże. – Wręczył kierowcy mały kolorowy obrazek.

Wszyscy przeżegnali się nabożnie i ruszyli zajmować miejsca. Ksiądz popatrzył na trójkę wampirów, pokręcił głową jakby z naganą, ale nic nie powiedział, tylko powędrował z powrotem do kościoła. Gosi wydało się niemożliwe, żeby cała ta czereda upakowała się do jednego pojazdu, ale jak się okazało, brygadzista był prawdziwym mistrzem załadunku. Małżeństwa dostały miejsca na siedzeniach, mniejsze dzieci wzięto na kolana, większe usadowiono na walizkach i tobołkach. Stopniowo wszyscy znikali wewnątrz.

W autokarze zrobiło się ciasno, ale wesoło, niemal rodzinnie. Gosia dostała miejsce przy oknie. Jakaś złamana sprężyna ukłuła ją w pośladek. Obok usadowił się stary brygadzista. Stosy walizek, plecaków i tłumoków wypełniły przejście pomiędzy siedzeniami. Kobiety z dziećmi ulokowały się z przodu, mężczyźni zajęli miejsca z tyłu. Marek z Igorem także usiedli wśród kumpli na końcu pojazdu. Kierowca z namaszczeniem umieścił za szybą tablicę z napisem: „Wczasy pracownicze”. Rytualnie splunął przez lewe ramię, przeżegnał się i przekręcił kluczyk. Silnik zagrał, jakby dopiero co opuścił fabrykę samochodów, i pojazd ruszył. Tylna część ledwo, ledwo wyrobiła się na zakręcie, ale przegub wytrzymał. Gdy wyjechali na Kawęczyńską, kierowca mógł już spokojnie dodać gazu. Ludziska, widząc, że pojazd jakoś się toczy, odetchnęli z ulgą, rozsiedli się wygodniej, powyciągali kanapki, flaszki, karty. Ktoś uruchomił przenośne radyjko Sokół.

 

– Mniej niż zeroooo... Mniej niż zeroooo! – wydarł się głośnik.

Kilka osób próbowało podchwycić pieśń, ale pasażerowie byli jeszcze zbyt trzeźwi, by zabrzmiało to naturalnie.

– Panie ślusarz, zrobimy flaszeczkę? – zagadnął jeden z roboli, wyciągając z kieszeni butelczynę żytniej.

– Możemy, ale wiecie, że jestem wampirem – przypomniał Marek.

– Nam rybka, wampir czy nie, zresztą wampirów przecież nie ma – zbagatelizował drugi, wyjmując pęto kiełbasy. – To tylko bajdy dla dzieciaków.

– Szkoda wódki, na nas to i tak nie działa – wyjaśnił Igor.

– Z nami się pan nie napijesz? – zirytował się pierwszy robol.

– Napić się z wami możemy, jeśli chcecie. Tylko widzicie, sprawa jest taka. My, wampiry, alkohol przyjmujemy, tylko wysysając go z krwią kogoś, kto już jest pijany – objaśnił Marek.

– No ale skoro sami proponujecie, to wy zacznijcie, zrobicie tę butelkę, a jak już alkohol przeniknie do krwiobiegu, to potem my sobie z was podessiemy. – Igor od niechcenia pokazał kły.

Mężczyzna zrobił się nieco zielony.

– Eee... Właśnie sobie przypomniałem, że lekarz zalecił mi ograniczenie picia – bąknął, chowając butelkę.

– A może w karcięta pogramy? – Spawacz wyjął z kieszeni zatłuszczoną talię. – Tak rekreacyjnie, na groszaki albo na zapałki...

– Z przyjemnością.

Nastrój, trochę z początku zwarzony, szybko się poprawił. Grali w karty. Radio wydzierało się pracowicie, pogłębiając nastrój wakacyjnej sielanki. Dymki z papierosów snuły się po wnętrzu. Pracownicy Drucianki, mimo początkowych obaw, wypili też parę kolejek. Oba wampiry zapewniły, że kolegów z roboty nie będą wysysać. Pograli, potem zaśpiewali z radiem... Pojawiła się kolejna flaszeczka. I jeszcze jedna. Zapadła noc. Wreszcie wszyscy przysnęli, znużeni ciasnotą, duchotą, wódką i wstrząsami.

– No i tak to działa – mruknął do Gosi stary brygadzista. – Jak przed wojną.

– To znaczy? – Przerwała szydełkowanie.

– Mieliśmy na zakładzie różnych ludzi. Byli Żydzi, byli Niemcy, było nawet trochę Rosjan, co to nie uciekli z carskimi i zostali, bo nie chcieli do Sowietów. Była ruska biedota, Białorusini, Poleszucy, Ukraińcy, Huculi, co to przywędrowali do Warszawy za jakąś robotą. Ale ludziska popatrzyli, jak kto pracuje, wypili razem flaszkę albo dwie i już nie było problemu, kto Polak, a kto nie. Wszyscy byliśmy kumple z zakładu i tyle. I do dziś tak zostało. Widzą ludzie, że ktoś ciężko tyra, a do tego fachura, widzą, że nosa nie zadziera, to pal diabli wampir, homoseksualista. Każdy, kto umie wejść w kolektyw, jest swojak z naszej fabryki i tyle. Nawet jakby był szpionem nasłanym z USA.

– Wypraszam szobie – burknął rosły Murzyn, wbity w sąsiednie siedzenie. – Sze ktosz szarny, to nie sznaczy od raszu, sze z USA!

– I tak po prostu przeszliście do porządku dziennego nad tym, że pracują z wami wampiry? – zdziwiła się dziewczyna.

– A czemu nie? Człowiek boi się tego, czego nie zna – zauważył filozoficznie majster. – No wiadomo, nie każdemu się to podobało. Były i takie szczurki, co popisały donosy do zjednoczenia, ale kto by tam w dzisiejszych czasach w takie zabobony wierzył... A szczurkom kadry wlepiły robotę na nocnej zmianie, i to akurat wtedy, kiedy nocki odrabiali Marek z Igorem. W dzień to jeszcze kolesie zgrywali twardzieli. Ale nocy z wampirami w jednej hali żaden kapuś nie zaryzykował. Pozwalniali się na własną prośbę. I dobrze, lżej się oddycha. I autokar zakładowy można po cichu poświęcić, a nikt nie sypnie.

Cholera, to może trzeba było wrócić do klasy i skończyć to durne liceum? – zadumała się dziewczyna. Może nawet oceny by mi się poprawiły, bo belferstwo by się mnie bało, a jakby napisali do kuratorium donos, że jestem wampirzycą, nikt by im przecież nie uwierzył. Tylko że pół roku w trumnie leżałam, takiej nieobecności bez papierka od lekarza by mi nie usprawiedliwili. No a niby co bym im pokazała? Akt zgonu?

Wreszcie, ukołysana jazdą, zapadła w sen.


Wstawał świt. Autobus pruł przez kraj, robiąc co najmniej czterdzieści kilometrów na godzinę. Resory jęczały i skrzypiały. Uczestnicy wycieczki już się dobudzili. Dzieciaki marudziły. Mamy powyciągały kanapki, ojcowie pospiesznie sączyli po małym klinie i zapijali zaraz kawą zbożową z termosów. Ten i ów z lubością zaciągał się porannym papieroskiem. Marek wsłuchał się w dźwięki wydawane przez silnik, skrzynię biegów i zawieszenie, po czym uspokojony znów zapadł w drzemkę. Gosia pracowicie dziergała na szydełku swoje bikini.

– Tak właśnie lubię – mruknął brygadzista Piotr, nalewając sobie kawy zbożowej z termosu. – Wakacje... Ta atmosfera niewymuszonej letniej beztroski. I wszyscy w autokarze uśmiechnięci, jak jedna wielka szczęśliwa rodzina. Takie chwile zbliżają ludzi. Żywych i martwych.

– W zasadzie to ja też lubię wakacje – przyznała Gosia. – A mam je jak w powieści Jules’a Verne’a, już dwa lata.

– Zrób kurs maszynopisania, szepnę słówko w dyrekcji, zaczepisz się jako młodsza referentka albo goniec w biurze. Zarobisz parę groszy na włóczkę i kordonek. – Spojrzał przelotnie na jej robótkę.

– Yhum... – mruknęła.

Zajechali na miejsce wczesnym przedpołudniem. Autobus stęknął i zamarł na pokrytym żużlem placyku. Tłum wysypał się z ciasnego wnętrza i rozejrzał ciekawie wokoło. Niektórzy już tu kiedyś byli, inni przyjechali po raz pierwszy. W rzadkim sosnowym zagajniku stały domki. Sądząc z wybrzuszeń ścian, głównym materiałem konstrukcyjnym użytym do ich wzniesienia była płyta pilśniowa lub dykta. Zielona farba olejna łuszczyła się na potęgę, odsłaniając poprzednią warstwę – brązową. Spod brązowej tu i ówdzie przebijały ślady jeszcze wcześniejszych powłok. Z okapów dachów krytych papą zwisały niczym stalaktyty sople zakrzepniętego lepiku.

Po drugiej stronie parkingu wznosił się okazały budynek z betonu, luksferów i tafli zbrojonego szkła, częściowo pociągniętych od środka farbą. W powietrzu walczyły ze sobą wonie starej szmaty, przypalonych kartofli, frytek smażonych na starym oleju i zupy pomidorowej. Ludziska, wiedzeni wakacyjnym instynktem, ruszyli w stronę węzła żywieniowego. Wampiry także rozglądały się z zaciekawieniem.

– Tam w środku jest całe zaplecze socjalne ośrodka. No wiesz, stołówka, kuchnia, prysznice, pokoje kadry, magazyn, recepcja i świetlica z telewizorem – wyjaśnił Markowi stary majster. – A dziś pewnie odbędzie się wieczorek zapoznawczy.

– Ale my się wszyscy znamy!

– Wieczorek zapoznawczy i tak musi być. To taka tradycja.

– Aha... Ale przedtem dostaniemy klucze?

– Tak. No i zameldować się trzeba.

– O cholera... A o tym nie pomyślałem.

Weszli do stołówki. Ślusarz grzecznie ustawił się w kolejce do okienka. Kucharka odhaczała nazwiska na liście. Każdy wczasowicz podawał jej też kartkę na mięso, z której kobieta krawieckimi nożycami odcinała odpowiednią liczbę kuponów.

– Fiu, fiu, zjednoczenie, jak widzę, dba o pracowników – pochwalił Igor, rozglądając się po sali. – Estetycznie tu...

Laminowane stoliki nakryto śnieżnobiałymi obrusami, zabezpieczonymi półprzejrzystą folią. Na każdym stał porcelitowy serwetnik i wazonik ze sztucznymi kwiatami. Podłoga była z lastryko, ale metalowe nóżki stolików i krzeseł owinięto grubo ruską taśmą izolacyjną, by nie szorowały po podłożu. Jedną ze ścian zasłaniała kotara. W głębi pomieszczenia znajdowało się niewielkie podium. W oknach wisiały firaneczki, pod sufitem rozpięto stare rybackie sieci, ozdobione dwiema lampami okrętowymi oraz rybkami wyciętymi ze styropianu. Kolejka wiła się jak na poczcie. Wreszcie przyszła ich kolej. Kucharka, ponura jak listopadowy poranek, spojrzała na nich groźnie. Marek podszedł do okienka i podał kobiecie kartki na mięso – swoją i Igora.

– Reszty nie trzeba – powiedział wielkopańskim tonem, widząc, jak kobieta wprawnym ruchem sięga po nożyczki.

– Co on, zgłupiał? Wczasy dwa tygodnie tylko, niby co będzie żarł przez resztę miesiąca? – Łypnęła na niego podejrzliwie.

– Jesteśmy wegetarianami – pospieszył z pomocą Igor. – Proszę też nie kłopotać się z posiłkami dla nas. Sami się wyżywimy. Korzonkami, ziołami i tak dalej.

Kobieta nagle przestała być ponura i wprawnym ruchem zgarnęła ich kartki do lewej kieszeni ortalionowego fartucha.

– Jakbyście chcieli jakieś marchewki, jabłuszka czy coś, to zachodźcie od zaplecza – szepnęła konfidencjonalnie, wręcz rozpływając się w małozębnym uśmiechu.

Przeszli jeszcze na drugą stronę budynku, do recepcji ośrodka. Portier, starszy mężczyzna o gębusi emerytowanego ubeka, odszukał ich nazwiska na liście.

– Będą potrzebne panów dowody osobiste do zameldowania – burknął, świdrując ich wzrokiem.

– Oto one. – Marek położył na ladzie dwa banknoty po pięć dolarów. – I legitymacja szkolna naszej kuzynki. – Dołożył jeszcze banknot dwudolarowy.

– Łudzące podobieństwo na tych zdjęciach. – Mężczyzna fachowo chuchnął na banknoty i troskliwie umieścił je w kieszonce koszuli. – I z twarzy też. Panowie bracia?

– Kto wie, może i bracia? W końcu z jednej wsi jesteśmy. – Marek wzruszył ramionami. – Wie pan, jak to bywało w ciepłe letnie dni. Wiejskie dziewuchy sypiały na sianie... Wpełzł chłopak nocą na wyżki, a jak następnej nocy znów się pojawił, to skąd mógł wiedzieć, czy dziołcha ta sama? Ciemno było przecież, nietrudno w tych warunkach stodołę pomylić, o dziewczynie nie wspominając, a o latarkach elektrycznych w tamtych czasach nikt jeszcze nie słyszał.