Upiór w ruderzeTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Upiór w ruderze
Upiór w ruderze
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,58 62,86
Upiór w ruderze
Upiór w ruderze
Upiór w ruderze
E-book
33,68
Szczegóły
Upiór w ruderze
Upiór w ruderze
Upiór w ruderze
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
44,90
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Prolog

Układ

Bohater na miarę epoki

PGR

Straszny dwór

Plener

Koncert

Epilog

Książki Andrzeja Pilipiuka

Karta redakcyjna

Okładka


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Liszków, 14 sierpnia 1812

Pałac zastygł w dusznym upale. Powietrze nad płytami dziedzińca drżało. Marcelina minęła klomb, przyspieszyła kroku i prawie wbiegła po schodkach. Z ulgą zanurzyła się w chłodnym cieniu holu. Większość okien zaciągnięto kotarami, by choć trochę uchronić wnętrza przed duchotą. Stojący na półpiętrze zegar wybił kwadrans. Palce małej służącej zabębniły na rzeźbionych płycinach drzwi, lecz z wnętrza pokoju nie dobiegła żadna odpowiedź. Dziewczyna westchnęła i nacisnęła klamkę.

Panieńska sypialnia tonęła w półmroku. Było tu jeszcze przyjemniej. Dwa cebrzyki z lodem, ustawione pośrodku pomieszczenia, roztaczały miły chłód. Pościel na łóżku była skołtuniona. Spod cienkiej kołdry wystawała zgrabna stopa. Służąca odstawiła na kolumienkę wazon z kwiatami.

W kącie na sztaludze ustawiono płótno wysmarowane byle jak farbami. Obraz przedstawiać miał róże pnące się po ścianie. Dziewczyna ujęła w dłoń jeden z pędzelków, zwilżyła włosie i poprawiła zręcznie cieniowanie kilku płatków. Westchnęła, oceniając krytycznie resztę bohomazu. Pora najwyższa wracać do obowiązków. Po chwili namysłu wyciągnęła z bukietu pojedyncze źdźbło i połaskotała dziedziczkę w piętę. Spod kołdry rozległo się gniewne fuknięcie i stopa skryła się pospiesznie.

– Jaśnie panienka wstać by już raczyła...

– A co, czyżby nadszedł ranek? – Spod prześcieradła wysunęła się rozczochrana głowa panny hrabianki Lukrecji Liszkowskiej.

– Południe minęło, obiad niebawem podadzą. Pieczyste już dochodzi, a kucharka obiecała, że sorbet albo kruszon na deser przygotuje. A pan Bazyli planuje dziś zarządzić trzepanie dywanów i mycie okien, więc prosił, żeby pokój udostępnić.

– Hmmm... No tak. Za godzinę przyjdź, muszę jeszcze poleżeć, bo mnie coś migrena bierze – zbyła służącą hrabianka.

– Jaśnie panienko, pozwolę sobie zauważyć, że migrena poranna utrzymująca się piętnasty dzień z rzędu może być objawem poważnej choroby. Czy mam po doktora posłać? Kataplazm może dobrze by panience zrobił? Albo pijawki za uszami przystawimy?

– Nie trza mi kataplazmów, zmęczona jestem... Muszę tylko porządnie wypocząć – wymamrotała dziedziczka, poprawiając poduszkę.

– Pragnę tylko przekazać słowa ochmistrzyni. Gdy ojciec jaśnie panienki, jaśnie pan hrabia Eustachy, z wojny do dom wróci i dowie się, jakie tu porządki panowały, nie będzie kontent. Jeszcze panienkę rózgą oćwiczyć każe. Ma on swoje poglądy na zbyt długie wylegiwanie się w łożu. – Służąca wyglądała na głęboko zmartwioną, choć w jej oczach migotały figlarne iskierki.

Młoda dziedziczka poskrobała się po głowie. Istotnie, papa miał jakąś chorobliwą wręcz obsesję na punkcie wczesnego wstawania. Uważał mianowicie, że już godzina jedenasta jest nieprzekraczalną granicą. Niestety, nie można było liczyć na dyskrecję służby. Zwłaszcza kamerdyner Bazyli pod nieobecność dziedzica zachowywał się, jakby wszystkie rozumy pozjadał, całą służbą dyrygował i nawet szlachetnie urodzone panienki musiały go słuchać.

– Jaśnie pani, nalegam, dla kłopotów uniknięcia.

– Dobrze już, dobrze. Zaraz wstanę. – Lukrecja ziewnęła rozdzierająco, ukazując popsute od nadmiaru słodyczy zęby trzonowe. – Czy kuzynka moja opuściła już łoże?

– Panna hrabianka Kornelia, proszę panienki, gdym ją budziła za pierwszym razem, raczyła cisnąć we mnie tym błękitnym chińskim dzbankiem, za drugim razem książką po francusku, a za trzecim poduszką. Po raz czwarty budzić jej chwilowo nie próbowałam.

– Dzbanek rozbity? – zaniepokoiła się dziedziczka.

– Nie, gdyż jego wartość znam i cudem jakimś pochwycić w porę zdołałam.

– Dłoń mi podaj, bom słaba i w głowie mi się kręci.

Po chwili panna Lukrecja wygrzebała się jakoś z pościeli. Wsunęła stopy w kapcie. Jedwabna koszula nocna, ozdobiona koronkami i falbankami, spływała do ziemi. Dziedziczka w zadumie podrapała się po tłustym pośladku. Stanęła przed lustrem szafy i przeciągnęła się leniwie, olśniewając otoczenie urodą rozkwitającego nastoletniego ciała. To znaczy prawie olśniewając, bo w pomieszczeniu nikogo nie było, a służąca, zamiast patrzeć z pełną zachwytu zazdrością, spoglądała na półnagą chlebodawczynię z miną jakby nieco krytyczną.

– Czy może kąpiel przygotować panience? – zagadnęła.

– Kąpałam się wszak w zeszłym tygodniu. Twarz obmyję wodą różaną i starczy tych ablucji. Podaj mi nocnik... Nie ten, głupia, wszak sobota jest, a porcelanowy na niedzielę został przeznaczony!

Korzystając z pomocy dziewczyny, hrabianka wyplątała się z nocnego stroju, założyła gorset, pończoszki i niebieską sukienkę. Przejrzała się raz jeszcze w lustrze i zadowolona usiadła przed toaletką. Uśmiechnęła się, a trzy kryształowe zwierciadła odwzajemniły jej uśmiech.

– Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie... – mruknęła.

Lusterko nie odpowiedziało, a Marcysia miała na tyle rozsądku, by swoje zdanie zachować dla siebie. Ujęła grzebień i zabrała się do rozczesywania bujnych brązowych loków pani. Szło jej to opornie.

– Myślę, panienko, że warto by włosy umyć, bo resztki pomady wielce przeszkadzają w ułożeniu fryzury – zauważyła nieśmiało. – I farby tu i ówdzie chlapnęły.

– Za głupiutka jesteś, aby pojąć, że gdy się maluje w serdecznym porywie namiętności twórczej, nic w tym dziwnego, że farba chlapie – prychnęła dziedziczka.

– Można by też octem sabadylowym spryskać dla odstraszenia zwierzyny. – Służąca zgarnęła paprochy z grzebienia i przez chwilę oglądała je z niepokojem, ale żaden nie wyglądał na wesz.

Lukrecja westchnęła. Nijak nie mogła wdrożyć tej małej do pracy. Służąca nie rozróżniała porcelany, majoliki, bianchetti, biskwitu i fajansu. Myliła nocniki, zgubiła klucz do zegara. Gdy nikt nie patrzył, wyżerała kandyzowane owoce z pater. Pyskowała dzień i noc. Nawet teraz zapominała się co chwila.

– Czy ty, bezczelna wywłoko, sugerujesz, że jestem niechlujna? – fuknęła dziedziczka.

– Ależ gdzieżbym śmiała!? – Spojrzenie małej było najzupełniej niewinne. – O zdrowie jaśnie panienki się lękam, w niepewny wojenny czas przemarsz armii różne paskudztwa roznosi.

– Po niedzieli się umyję, to i loki się zrobi – zbyła ją zapatrzona w swoje odbicie Lukrecja.

Mlecznobiała skóra tworzyła doskonały podkład pod delikatny róż na policzkach i karmin na wargach. Brwi przyczerniła. Lustro złapało też odbicie Marcysi. Dziewczyna była kilka miesięcy młodsza od chlebodawczyni i z buzi trochę nawet podobna, choć znacznie szczuplejsza. Na szczęście opaliła się i obsypały ją piegi, a włosy i brwi wyblakły na słońcu. Do tego wszystkiego była ruda jak wiewiórka.

Oblicze mam okrągłe, a cerę jasną. Jedno w połączeniu z drugim sprawia, że twarz mi jaśnieje niczym tarcza księżyca. Obok takiej nieprzyzwoicie opalonej, chudej wieśniaczki wyglądam jeszcze bardziej zjawiskowo, pomyślała z zadowoleniem hrabianka. A i kuzynka Kornelia posiada znaczne defekty urody, zatem we dwie stanowią dla mnie odpowiednią oprawę. Na zasadzie kontrastu moje piękno zdaje się na tle ich szpetoty jeszcze wspanialsze. Szkoda jedynie, że odpowiednich mężczyzn w okolicy deficyt mamy, a co za przyjemność blask roztaczać, gdy brak stosownych kandydatów do olśnienia...

– Uroda moja jest zaiste zachwycającą – mruknęła na głos.

– Oczywiście, panienko. – Marcelina z szacunkiem schyliła głowę i opuściła powieki, by ukryć szelmowski błysk w oku.

– Przypudruj mi jeszcze pryszcze. A gdy skończysz, idź obudzić hrabiankę Kornelię – poleciła Lukrecja, a sama, patrząc w zwierciadlaną taflę, zaczęła ćwiczyć uwodzicielskie spojrzenia i uśmiechy.

– Masz pani oczy jak gwiazdy lśniące na firmamencie – rzuciła Marcysia od progu. – Jedno wyżej, drugie niżej – dodała szeptem, idąc już korytarzem.


Posiłek podano w altance na tarasie. Ta część ogrodu rozłożyła się malowniczo na skarpie ponad łąkami. Przez ogrodzenie widać było leżące w dole łąki, zagajnik oraz leniwie toczącą swe wody rzeczkę Liszkę. Opodal łąk unosiły się dymy nad dachami miasteczka Liszków, a dalej za lasem leżały jeszcze wioski Liszków Szlachecki i Liszków Pański. Pasmo wzgórz zamykało dolinę od wschodu. Po drugiej stronie pałacu, na zachodzie, znajdowały się przysiółki Liszkowe Pole, Liszkowy Wygon, Liszkowy Jar, Liszkowiny, Liszkowiec, Liszkowice i Nowy Liszków. Na południu prapradziadek dziewcząt założył folwarki Wola Liszkowska i Majdan Liszkowski, a od północy, na Liszkowym Wzgórzu, wśród drzew czerwieniały ruiny zamku, który Liszkowscy z Liszek wznieśli jeszcze za czasów Kazimierza Wielkiego.

 

– Uwielbiam to nasze proste, pracowite wiejskie życie – westchnęła panienka Lukrecja, patrząc na chłopów mozolnie przewracających grabiami siano.

W dusznym upale ludzie poruszali się niemrawo, co rusz ocierali twarze z potu. Córka ekonoma z drugą dziewczyną przyniosły cebrzyki zimnej źródlanej wody i teraz roznosiły ją w kubkach pomiędzy pracującymi, ale to pomagało tylko na chwilę. Opodal pastuszkowie pilnujący krów ukryli się w cieniu drzew. Zwierzęta apatycznie przeżuwały trawę, popatrując leniwie w kierunku rzeczki i urządzonego przy niej wodopoju.

Stół nakryto skromnie i z prostotą, na atłasowym obrusie znalazły się tylko najniezbędniejsze sprzęty. Na talerzach jako przystawka czerwieniały gotowane raki, obok spoczywał faszerowany szczupak i galaretki. Potem podano kołduny i barszcz. Następnie na stół wjechała srebrna waza ze szparagami i półmisek z pieczonymi przepiórkami. Szparagi podano, rzecz jasna, białe i zielone, a pomiędzy przepiórkami złocił się dorodny kapłon. Hrabianki objadły się, ile tylko ciasno zesznurowane gorsety pomieściły. Gdy fiszbiny poczęły niepokojąco trzeszczeć, a sznurowania na plecach wpiły się w skórę, dziewczęta wezwały Marcysię, by zluzowała tasiemki. Po tej operacji poczuły natychmiastową ulgę, więc opychały się dalej. Ledwo uporały się z ptactwem, a już na stół wjechały naleśniki oraz patery z ciastami i owocami. Kieliszki do wina ani przez chwilę nie pozostawały puste. Obiad w tych ciężkich wojennych czasach nie był oczywiście przesadnie wystawny, kucharka uznała, że siedem dań, osiem różnych sosów i trzy ciasta na deser w zupełności wystarczą.

W dwóch srebrnych kandelabrach osadzono świece, ale słońce stało wysoko, zatem nie było potrzeby ich zapalać. Rozmowa przy stole toczyła się gładko, niby sztuczny strumyk w parku romantycznym.

– Wasz majątek, droga kuzynko, jest zaiste zjawiskowy. – Kornelia kiwnęła głową i srebrną łopatką nałożyła sobie kolejną porcję. – Klucz wsi i folwarków wzorowo urządzony, pałac przestronny i rozkosznie umeblowany. Aż żal mi duszę ściska, żem z bocznej i biedniejszej gałęzi rodu.

– To jeszcze nic... – Dziedziczka upiła łyk kruszonu. – Umyśliłam tak: gdyby młynówkę zasypać, to łąki gromadzkie woda zaleje, tworząc przyjemny dla oka staw. Gęsi na różowo ufarbujemy, aby je do flamingów upodobnić. Młyn spalić by można, wokoło palmy w donicach rozstawić, a wtenczas ruiny sprawią wrażenie starożytnych rozwalisk, niczym na obrazach mistrzów z Italii. Papużki i kanarki można na krzewach osadzić, a żeby nie uleciały, za łapki je srebrnymi łańcuszkami przytwierdzimy.

– Pomysł to iście genialny w swojej prostocie! – zapaliła się Kornelia.

– Och, nie mój, to już księżna Izabela Czartoryska przed laty spraktykowała, urządzając park romantyczny we wsi Powązki opodal Warszawy. Artysta, który mój portret malował, bardzo zajmująco o tym opowiadał.

– Mniemam, iż pośrodku ruiny można by postawić na kolumnie biust jakiegoś bohatera. Umyśliłam sobie Napoleona. Ma takie romantyczne, gniewne i posępne oblicze.

– W czasach obecnych rozważyć też można Tadeusza Kościuszkę – zadumała się Lukrecja. – Bohater to wprawdzie plebejski, ale pewnych zasług dla ojczyzny odmówić mu nie sposób.

– No nie wiem, ten jego zadarty nos strasznie prostacko wygląda...

– To może generała Dąbrowskiego? – zastanawiała się dziedziczka. – Koniecznie rzezany w białym marmurze i wedle rzymskiego stylu. Zdobny na skroniach skromnym wieńcem laurowym, kutym w złoconym brązie.

– Nijak ten wieniec nie będzie pasował do jego uczesania – powątpiewała Kornelia. – Może lepszy byłby książę Józef z burzą rozwianych włosów... Niełatwa to decyzja. Kogo postawimy, jeszcze się na spokojnie pomyśli. A ja bym ławeczkę kazała umieścić opodal, celem romantycznych schadzek.

– Widzę, moja droga, że myśli nasze dążą podobnymi ścieżkami. Niestety, mój papa młyna zrujnować nie chce. Mówi, że dochód daje i pożytek ludziom. Wielkie mecyje – dochód. Wszak bogaci jesteśmy, a zboże na mąkę przecież u sąsiadów zemleć można! Łąki zatopić nie pozwolił, bo tam miasteczko bydełko wypasa. A że fetor nieznośny od krowich placków wiatr niesie, tego już nie zauważa. Na cóż nam w ogóle te krowy? Tylko krajobraz szpecą. Kozy angorskie gdyby sprowadzić i dziewczyny z Holandii do ich wyczesywania. To także księżna Izabela miała na Powązkach... W ogóle od dawna chodzi mi po głowie zamiar, aby park romantyczny na wzór angielski lub francuski tu założyć. A najlepiej francuski po jednej stronie, a angielski po drugiej. Skoro pańszczyzna ma być zniesiona, na cóż nam będą te darmozjady? Pognać i tyle. Niech idą precz... Wówczas folwarki i czworaki poburzyć by można, a na ich miejscu zagajniki zasadzić i świątynię dumania w greckim stylu zbudować.

– Idea doskonała! – zapaliła się kuzynka. – Ale, ale, przecież masz już w parku świątynię dumania. I to w greckim stylu.

– Tak, ale mała jest i brzydka. Nową trzeba wznieść, aby moje rozmyślania otrzymały należytą oprawę. Najlepiej, jak sądzę, na planie otwartej rotundy. Nie za dużą, tak na dwanaście kolumn. Widziałam takową w Puławach u Czartoryskich, choć tam ścianami przemurowano, przez co na lekkości i wdzięku bardzo straciła. Warto wzorce czerpać z najlepszych źródeł, ale nie kopiować niewolniczo nawet najwspanialszych budowli. A jeszcze należy coś od siebie oddawać, aby piękniejszymi je czynić. Niestety, papa ciągle, że nie i nie. On w ogóle wszelkie moje pomysły kontestuje. Chciałam, żeby akwedukt wzniesiono, książę Kazimierz, brat króla Stanisława Augusta, posiadał takowy w swoim ogrodzie romantycznym u stóp warszawskiej skarpy. Ale papie nawet to zbędnym się widzi. Mówi, że nie ma tu potrzeby wody z gór sprowadzać, a i gór odpowiednich brak w okolicy.

– To prawdziwy kłopot...

– To żaden kłopot, wystarczy chłopów zagonić i sztuczne usypać! Ale jego zdaniem to ponoć zbyt wiele roboty... Łuk triumfalny też by się przydał, wszak może się i tak zdarzyć, że cesarz czy książę Józef, z Rosji wracając, w strony nasze trafią. Jak wtedy bohaterów bez łuku triumfalnego godnie powitać? I jak do pałacu zaprosić bez szpaleru drzewek pomarańczowych? W naszej oranżerii ledwie dwadzieścia donic z sadzonkami się pomieściło! I jeszcze to miasteczko nasze, co to je widać tam, u skarpy podnóża...

– Liszków. Cóż z nim?

– Poburzyć te kamieniczki by trzeba. Szkaradne są i Żydów pełne, a oni gęsi trzymają. To ponoć podstawa ich kuchni. Gęga nieznośnie to pierzaste tałatajstwo przy karmieniu.

– Nic dziwnego, droga kuzynko, że cię migreny poranne dręczą! Mniemam, iż to skutek nieustannego hałasu, szpetoty otoczenia oraz ograniczania naturalnych porywów twej jakże wrażliwej artystycznej duszy! – Kornelia otarła łezkę. – A może i skutkiem tego, że z braku odpowiednio przestronnej świątyni dumania rozmyślać musisz w niegodnych warunkach.

– Takie jest i moje zdanie. Papa to w ogóle malkontent straszny. Wszystko ciągle na nie i na nie. Zawsze szuka dziury w całym. Wyobraź sobie – Lukrecja przyciszyła głos – przed wyruszeniem na wojnę samego cesarza Napoleona ośmielił się krytykować.

– Być to nie może – zmartwiła się kuzynka. – A w jakiż sposób?

– Taktykę jego genialną kontestuje. Uważa mianowicie, że maszerować na Moskwę sensu nie ma, bo wszak od przeszło wieku stolicą Rosji jest Petersburg.

Marcysia przyniosła kolejny dzban z kruszonem i z grzecznym dygnięciem nalała do pucharków. Wino zaprawiono siekanymi pomarańczami, limonką i gruszkami, następnie rozrobiono sokiem, pół na pół z kruszonym lodem. Pucharki momentalnie zapotniały. Służąca odeszła, a dziedziczka odprowadzała ją krytycznym spojrzeniem.

– Chłopi jednak z innej gliny ulepieni zostali. Popatrz, jak toto tyłkiem kręci a ramionami podryguje. Nieprzyuczona do dostojnego kroczenia w obecności jaśniepaństwa. I uśmiechnięta nieustannie. Nieznośna prostaczka. Jej kurzy rozumek po prostu nie pojmuje złożoności świata i trudów, jakie niesie egzystencja na tym zaścianku. Za długo w czworakach mieszkała, przesiąkła nieznośną plebejskością.

– Czemu zatem nie zwolnisz jej i nie sprawisz sobie służącej, którą od dziecka do roli przyuczano? – zdziwiła się Kornelia.

– Dawno bym jej drzwi pokazała, ale ojciec czegoś ją lubi i zwalniać nie kazał.

– Pech prawdziwy.

Tymczasem kilka chmurek napłynęło nad ogrody i nieznośny blask słoneczny odrobinę zelżał.

– W jaki sposób planujesz, droga kuzynko, zabić nudę popołudnia? – zapytała Kornelia.

– Proponuję przechadzkę, jeno parasolki i rękawiczki weźmiemy, aby to okropne słońce nie spaliło naszej delikatnej skóry... Jest tu pewien obiekt wielce interesujący, któregom ci jeszcze nie pokazała.

Wstały od stołu. Służąca przyniosła eleganckie parasolki, kapelusiki i białe jedwabne rękawiczki. Przez ramię przerzuciła kosz piknikowy.

– Weź tylko to, co absolutnie niezbędne: kieliszki, ciasto, ciastka, butelkę wina, czajniczek z herbatą, filiżanki, łyżeczki, widelczyki, nie zapomnij o głowie cukru, młoteczku, szczypczykach... – rzuciła dziedziczka.

– A owoce, jaśnie pani?

– Nie pytaj głupio, tylko dopakuj. I sole trzeźwiące dla panienki Kornelii, gdyby z wrażenia zasłabnąć raczyła.

– To może na wszelki wypadek jeszcze słoik z pijawkami, a także parawan i nocnik przyniosę?

Dziedziczka łypnęła podejrzliwie, ale służąca miała tak radosny, beztroski i zarazem plebejsko niewinny wyraz twarzy, że trudno było uznać jej pytanie za głupi żart. Ruszyły wysypaną żwirem alejką. Marcysia, posapując, dźwigała za nimi ciężki kosz. Minęły fontannę, zaczątek ogrodu różanego, pawilon w stylu chińskim i rzeźbę Artemidy.

Przed nimi wyrosła jakaś szopa, wzniesiona z poczerniałych, rozeschniętych belek. Podwalina z granitowych głazów była spękana, licha zaprawa wykruszyła się. Dach kryty gontem porastały płaty mchu. Budynek miał swoje lata, zapewne pamiętał czasy, gdy w miejscu pałacu stał jeszcze stary dwór obronny.

– Wybacz, moja droga, że przyprowadzam cię do tej rudery – sumitowała się dziedziczka – jednakowoż nawet tak niepozorne wiejskie szopy kryć w sobie mogą zaiste niezwykłe pamiątki przeszłości. Nie są to, rzecz wiadoma, skarby sztuki na miarę greckich lub rzymskich, mniemam jednak, że będziesz ich widokiem poruszona.

– Mamy zatem wejść do środka?

– Inaczej się nie da.

– No sama nie wiem. – Kornelia zmarszczyła brwi. – Tam mogą mieszkać pająki, a co gorsza, i myszy!

– Marcysia nas obroni... Marcysiu! Marcysia niech odstawi teraz ten kosz i weźmie miotłę dla naszej obrony! – rozkazała dziedziczka.

– Może lepiej kordelas myśliwski albo pałasz z pałacu przyniosę, albo i flintę jakowąś i szarpie do ran opatrywania, bo w starciu z dziką zwierzyną zamieszkującą lamus różnie być może – zaproponowała służąca.

– Marcysia niech nie będzie taka strachliwa!

Weszły do ciemnawego wnętrza. Faktycznie, po kątach wisiały pajęczyny, a woń mysich odchodów była wyraźnie wyczuwalna. Na ścianach udrapowano stare uprzęże oraz nieużywane od lat narzędzia. W kącie straszyły przeżarte przez korniki kufry i szafy. Pośrodku pomieszczenia znajdowało się coś dużego. Co to mogło być, Kornelia nie miała pojęcia, gdyż przedmiot nakryto starą zasłoną.

– Popatrz! – Lukrecja jednym ruchem ściągnęła tkaninę.

Wzbiła przy tym tyle kurzu, że przez chwilę nic nie było widać. Dopiero gdy opadł, w półmroku lamusa zielenią błysnęła zaśniedziała spiżowa lufa sporej armaty.

– A niech mnie! – zdumiała się kuzynka. – Masz tu własne działo! To przeciw sąsiadom czy może na wypadek buntu fornali?

– To pradziadunio nasz zdobył na Szwedach. Tatko myślał, żeby na Moskwę z tym iść, ale nowe armaty francuskie lepsze są i lżejsze. To doma ostawił... Owoż umyśliłam rzecz taką. Jutro piętnasty sierpnia, a w tym dniu oprócz święta przypadają także urodziny naszego ukochanego cesarza Napoleona. Więc aby je godnie uczcić, gruchniemy z armaty na wiwat!

 

– Pomysł to bardzo zacny – zapaliła się Kornelia. – Ale jak niby tego dokonamy?

– No... Po prostu, nabijemy ją i wystrzelimy. – Młoda dziedziczka od niechcenia stuknęła pantofelkiem w beczułkę z prochem. – To ci dopiero będzie niespodzianka!

– Może zawołamy jakiegoś sługę albo chłopaka gumiennego – zaproponowała kuzynka. – Strzelanie to jakby raczej męska rzecz. Pan kamerdyner Bazyli wygląda na bardzo łebskiego człowieka.

– Och, niby tak, ale wiesz, jacy są chłopcy. Oni strzelać lubią, zaczną się bawić armatą, jeszcze nam ją popsują. A kamerdyner to tchórz, a przy tym ponurak i służbista, bez rozkazu dziedzica na strzelanie zgody nie da. Tu potrzeba romantycznej kobiecej fantazji, a zarazem i niewieściej rozwagi oraz chłodnego umysłu. Lufę wpierw musimy prochem napełnić, to nie może być nadmiernie złożone zadanie! Marcysia nam pomoże. Tylko próbę trzeba dziś przeprowadzić, aby jutro przy ludziach nie było jakiego wstydu. Marcysiu! Niech Marcysia tu podejdzie!

Służąca była opodal, nadbiegła w podskokach.

– Słucham, jaśnie panienko.

– Marcysia nam tu zaraz armatę nabije, postrzelać chciałybyśmy na próbę.

– Tak, proszę panienki. – Dziewczyna skłoniła głowę. – Ale... khmmm... – Przyglądała się lufie jakby z pewnym wahaniem.

– Niech Marcysia nie udaje głupiej. Proch jest i kule takoż. Proch najpierw, potem kula. – Panienka Lukrecja rozkazującym gestem wskazała otwór lufy.

– Strzelby przed polowaniem czyścić trzeba. Tu warstwa grynszpanu zaległa, może wpierw działo wyszoruję? – zaproponowała służąca.

– Przed jutrzejszym strzelaniem wypucować warto. Ale dziś tylko próbę zrobimy. Marcysia niech się nie miga od roboty, tylko szybciutko nam armatę nabije.

– Ciekawe, ile tego trzeba... – Służąca zajrzała bezradnie do środka armaty.

– Nie musimy oszczędzać! Mamy całą beczkę – ucięła dziedziczka. – Na kilka salw spokojnie wystarczy. Syp, ile uważasz! Najwyżej huknie głośniej, żadne zmartwienie. Tylko zostaw trochę miejsca na kulę.

– No, przybitkę trzeba dać. Tak mi się zdaje – powiedziała Marcysia, marszcząc czoło.

– A co to jest ta przybitka? – zdumiała się Kornelia.

– Bo jak chłopi do polowania idą i nabijają strzelbę, to sypią proch, potem wpychają trochę pakuł, następnie kulę i jeszcze pakuł. Na te pakuły właśnie mówią, że to przybitka. A wszystko to dobijają ciasno takim kijkiem, co się pobojczyk nazywa – wyjaśniła służąca rezolutnie. – Armata to chyba rodzaj strzelby jest, tedy myślę, że i zasada działania ta sama.

– Ale czy tu będzie tak samo? – powątpiewała Lukrecja. – Wszak cyngla ani kurka nie widzę. Może tedy zasada działania jest odmienną?

– Pewnie z tą przybitką smarkula ma rację, bo pakuł cały tobół tu leży. – Kornelia wskazała pocięty przez myszy worek. – Marcysiu, niech Marcysia nie stoi jak cielę, tylko bierze się do roboty.

Służąca odszukała łom i całkiem zręcznie odbiła wieko. Zawartość nakryta była nawoskowanym płótnem, a na wierzchu leżał jeszcze gruby zwój lontu. W powietrzu rozszedł się zapach siarki i węgla drzewnego. Proch, choć od przeszło stu lat spoczywał w dębowej beczułce, był zupełnie suchy. Dziewczyna buszowała przez chwilę po lamusie i znalazła odpowiedni nabierak. Lufa pomieściła sześć szaflików prochu. Kul było kilka różnych, ale najlepiej pasowała taka nieduża, z otworem u boku. Służąca ubiła pakuły, z braku stempla używając kija od miotły. Potem, sapiąc z wysiłku, przesunęła nieco wylot lufy, by celował w bramę.

– Panienka rozkaże wrota otworzyć? – zapytała.

– Nie, strzelimy w środku, pamiętajcie, że to tylko próba – powiedziała dziedziczka. – Jak nam dobrze pójdzie, jutro po mszy wytoczymy działo do ogrodu i wtedy damy salut finalny! Marcysiu, jak to się uruchamia?

– Ja myślę, proszę panienki, że przez tę dziurkę ognia trzeba zadać. – Dziewczyna wskazała otwór z tyłu armaty. – Trza tu ciut prochu podsypać i lont wprawić. Tak chyba się to na wojnie robi.

– Mniemam, że rację masz, bo na obrazku w salonie widziałam, jak kanonierzy od tyłu działa stoją – pochwaliła ją Lukrecja. – A i kurek pradziadkowej strzelby, co w salonie wisi, też z tyłu lufy się znajduje. Marcysia lont przytnie i przyniesie, co trzeba.

– Krzesiwo mam przy sobie, proszę jaśnie panienki.

– No to rób, nie gadaj.

Służąca zakrzątnęła się przy armacie. Potem skrzesała zręcznie ognia, przypaliła koniec lontu, uzyskując nikły ognik. Po chwili lont syknął. Płomyk wskoczył do otworu, zadymiło, zasyczało, ale strzał nie padł. Wszystkie trzy spojrzały po sobie skonsternowane.


– No nie! – parsknęła ze złością Kornelia. – Zepsuła się ta armata!

– Ze starości zapewne. A może tylko coś się zatkało? Pewnie tej, eee... przybitki za wiele upchałyśmy. Marcysiu, niech Marcysia weźmie kij od miotły i pogrzebie w lufie! – poleciła hrabianka Lukrecja.

– Tak, proszę pani!

Służąca spełniła rozkaz. Bez skutku.

– Pogmeraj trochę mocniej na boki, postukaj, może kula się przykleiła czy coś – doradziła Kornelia. – Bo w środku jakby coś buczy, albo syczy raczej... – Przybliżyła różowe uszko do zaśniedziałej lufy.

– Marcysia niech rękę wsadzi do lufy i wyskubie część przybitki. Śmiało, nie ugryzie cię przecież – rozkazała dziedziczka.

Nagle z otworu na lont trysnął strumień płonących gazów. Armata buczała i trzęsła się jak w febrze. Służąca zorientowała się pierwsza. Rzuciła się w stronę drzwi. Jak na złość zacięły się...

– Marcysiu! Gdzie Marcysia ucieka?! – krzyknęła jej chlebodawczyni. – Nie kazałam się oddalać!

I w tym momencie armatę rozerwało.


Wszystkie trzy ocknęły się w jednej chwili. Siedziały w rzeźbionej, jakby kościelnej ławce. Tylko że na ławce Liszkowskich w kościele parafialnym zawsze przed mszą rozkładano poduszeczki, a tu miały tylko gołe deski. Rozejrzały się zdezorientowane. Pomieszczenie nie było duże, przypominało kaplicę. Otaczały je wzniesione z surowego kamienia ściany, nad nimi pięły się wysoko ostrołukowe sklepienia. Okna oszklono witrażami. Kolorowe szybki ułożono w proste geometryczne wzory. W pomieszczeniu nie było ołtarza, tylko na murze zawieszono kamienne tablice, zapisane po hebrajsku, a powyżej umieszczono dużą, fikuśną mosiężną wagę. Pomieszczenie oświetlały świece osadzone w kinkietach. Patrząc na okna, trudno było się zorientować, czy na zewnątrz jest noc, czy dzień. Lukrecja pierwsza ocknęła się z zaskoczenia.

– Marcelino! – fuknęła oburzona. – Co, u licha, wyczyniasz?! Jak śmiałaś usiąść w ławce jaśniepaństwa?!

– Nie wiem, proszę panienki – bąknęła służąca. – Ale nie ma tu innej. No i chyba tak kazano. – Wskazała mosiężną tabliczkę, którą przykręcono do blatu.

Identyczne umieszczono przed szlachciankami.

– A to się ktoś pomylił głupio – zirytowała się już do reszty dziedziczka. – Lukrecja Liszkowska, Kornelia Liszkowska i – tu prychnęła – Marcelina Liszkowska... Oburzający błąd! Przecież ty masz na nazwisko Grucha!

– Gruszka – pisnęła nieśmiało służąca.

– Wszystko jedno, jak się nazywasz! Zwał, jak zwał... A gdzie się podziały nasze tytuły?!

– Wybacz, moja droga... Bo ja... Bo ja się tak zastanawiam, gdzie my niby jesteśmy? – Kornelia rozglądała się, coraz bardziej zirytowana. – I kto nas tak poprzebierał!?

Teraz dopiero zauważyły, że wszystkie trzy mają na sobie zwiewne białe sukienki z cienkiego, śnieżnobiałego jedwabiu. Przy mankietach i kołnierzykach wykończono je zachwycająco delikatną włoską koronką.

– Aberracja jakaś! – prychnęła dziedziczka, widząc, że służąca odziana jest identycznie jak ona.

Marcysia nic nie mówiła, tylko w niemym zachwycie badała fakturę tkaniny. Stuknęła obcasikami eleganckich pantofelków. Obie kuzynki zapewne poczyniłyby jeszcze jakieś spostrzeżenia, ale witraże lekko pojaśniały, a świece w kinkietach zabłysły mocniej.

– Proszę wstać, sąd idzie – rozległo się gdzieś spod sufitu.

Poderwały się przestraszone. Po lewej otworzyły się drzwi, których jeszcze przed chwilą z całą pewnością tam nie było, i do pomieszczenia wszedł anioł. Z twarzy przypominał trochę Bonapartego, ale nosił sumiaste wąsy, a do tego był od cesarza dobry metr wyższy i całkiem już siwy. Z pleców wyrastały mu skrzydła pokryte białymi, jakby gęsimi piórami. Twarz posłańca niebios przeorały zmarszczki, nie wiadomo, czy z powodu wieku, czy może od nadmiaru trosk.

– Dzień dobry, dziewczęta – powiedział. – Siadajcie. Jestem Epifaniusz.

Dygnęły odruchowo. Anioł pstryknął palcami. Na podium pojawił się fotel i pulpit z grubą księgą, założoną w kilku miejscach kolorowymi wstążeczkami. Fotel miał w oparciu eleganckie wycięcia na skrzydła. Przybyły rozsiadł się wygodnie. Pulpit sam się przysunął i obniżył. Księga otwarła się z trzaskiem.

– Przepraszam, jasny panie aniele Epifaniuszu, czy my naprawdę... nie żyjemy? – zapytała pobladła służąca.