TruciznaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trucizna
Trucizna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,83  47,86 
Trucizna
Trucizna
Audiobook
29,90  22,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Oblicza Wędrowycza

Podziękowania

Psikus

Czortek

Duch

Smok

Stajnia

Trucizna

Szczęki

Goście

Flaszka

Posterunek

Czarny punkt

Fuszerka

Spotkanie z pisarzem

Dieta wieczorna

Hrabia

Kura

Sztanga

Lazaret

Lusterko

Wybory

Andrzej Pilipiuk

Karta redakcyjna

Okładka

Andrzej Pilipiuk
Trucizna
Ilustracje
Andrzej Łaski


Lublin 2012

Oblicza Wędrowycza:

1. Kroniki Jakuba Wędrowycza

2. Czarownik Iwanow

3. Weźmisz czarno kure...

4. Zagadka Kuby Rozpruwacza

5. Wieszać każdy może

6. Homo bimbrownikus

7. Trucizna

Podziękowania

Mojej żonie Katarzynie za pomysły, które podpowiadała mi w chwilach, gdy słabła wena, za ideę pola siłowego "w cycusie" i inne ciężkie dowcipy. To dzięki temu, że wałkiem goniła mnie do roboty, macie tę książkę teraz, a nie np. w 2015.

Markowi Farfosowi za pomysły, które wprawdzie chwilowo się nie przydały, ale zostały zanotowane i zapewne trafią do kolejnego tomu.

Uczestnikom i organizatorom Dni Jakuba Wędrowycza za inspirację, wsparcie duchowe i greps z bojlerem.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Psikus

Birski z namaszczeniem otworzył szafę. Wyjął z niej mundur generała policji. Strzepnął z klap niewidzialne pyłki. Założył na grzbiet, przeszedł z gracją kilka kroków i okręcił się na pięcie.

– Brzydki nosek boli przez całe życie – wyrwało się Rowickiemu.

– Że co!? – zdumiał się jego zwierzchnik.

– To powiedzonko takie do stresowania początkujących modelek – zarechotała sprzątaczka.

– Ty, Rowicki, sobie nie pozwalaj – warknął zwierzchnik, odruchowo dotykając końca swojego okazałego kinola. – Bo za głupie skojarzenia to możesz zaraz dostać takie polecenie służbowe, że to ciebie nochal rozboli na całe życie!

– Wygląda pan szykownie – zapewniła kobieta. – To kiedy ten awans na generała?

– Jak to kiedy? – zdumiał się. – Nigdy! Przecież my na tym zadupiu od dwudziestu lat służymy. Przestępczość tu prawie żadna. Z jednej strony to dla gliniarza prawdziwe szczęście, bo pieniążki lecą, a pod kule się nie lezie i życia nie naraża. Z drugiej jednak okazji, żeby się wykazać i zdobyć podkładkę do awansu, prawie wcale... Awantury domowe rozwiązujemy doraźnym pałowaniem, szkoda przecież czasu i papieru, żeby w ogóle to wpisywać do akt.

– Ale mandaty można wlepiać na prawo i lewo. To się nie liczy? – zdumiała się.

– Niby tak – westchnął. – Ale pani Malinowska wie, jak to jest na prowincji. Nasze rodziny żyją tu od pokoleń. Wujkowi czy kuzynowi głupio mandat wręczać. A ci wujowie i kuzyni to, jak dobrze policzyć, pół wsi...

– Dlatego on wlepia moim krewnym, a ja jego – uzupełnił Rowicki. – A i to oszczędnie, bo po co się wzajemnie wkurzać. Praca gliniarza jest trudna, na służbie nie czas i nie miejsce na kwasy i awantury... Zamiast wypominać, kto komu ile wlepił, lepiej posiedzieć, gazetkę poczytać, kawę wypić...

– To w takim razie po co szefowi ten mundur? – sprzątaczka kompletnie się pogubiła.

– Dostałem od babci na urodziny... – przyznał się dowódca posterunku. – Jak piszę do niej kartki, to się chwalę sukcesami, ot tak, żeby była dumna z wnuka...

– I trochę za bardzo się przy tym konfabuluje – uzupełnił podkomendny. – To sobie starowinka wydedukowała, że kierownictwo musi wcześniej czy później docenić wnusia – zachichotał.

– Starym ludziom się nudzi, a tak przynajmniej ma jakąś rozrywkę – burknął Birski.

Z westchnieniem ściągnął mundurową marynarkę i ukrył w szafie.

– Trzeba dziś zrobić miesięczną inwentaryzację – przypomniał mu podwładny. – Właściwie mieliśmy zrobić ją wczoraj, ale zagadaliśmy się przy kartach.

– A to chodźmy...

Poszli do piwnicy. Malinowska zapaliła światło. Obok prawie zawsze pustej, zakratowanej celi znajdowały się niewielkie szare drzwi. Były oklejone paskami papieru.

– Pieczęci nienaruszone – zanotował Rowicki w protokole.

– Sznurka nawet nikt nie dotknął i drzwi pajęczyną obrosły... – ziewnął Birski. – Zresztą po co komu ten szmelc?

– Ale otworzyć i zajrzeć trzeba – powiedział podwładny.

– Mus to mus...

Zdjęli pieczęcie. Zachrobotał klucz w zamku. Dawno nieoliwiony mechanizm zgrzytnął rozdzierająco. Zabłysła samotna żarówka. Na regałach piętrzyły się dowody przestępstw i mienie pochodzące z kradzieży, którego właścicieli nie udało się ustalić.

– Jak w biurze rzeczy znalezionych – westchnął Rowicki. – Zakichana graciarnia!

Dwa archaiczne motorowery, kaski, gaśnica, piła drwalska, stara dubeltówka, sześć mniej lub bardziej kompletnych aparatur bimbrowniczych, trochę sprzętu AGD, jakieś stare aparaty fotograficzne. Pod ścianą stały wędki skonfiskowane kłusownikom łowiącym na dziko karpie w gminnym stawie... Na honorowym miejscu leżał zepsuty laptop.

– A te książki to co? – Malinowska trąciła kijem od miotły opasłe woluminy.

– Kodeks karny i spis norm ISO. Zabraliśmy Semenowi Korczaszce, bo łaził i smęcił, że chodniki przed posterunkiem krzywe, okna nie takie jak trzeba i tak dalej.

– A to przestępstwo? – nie zrozumiała kobieta.

– Zakłócał porządek publiczny i podrywał autorytet policji, co utrudniało nam wykonywanie obowiązków – wyjaśnił szef. – Sam wymyśliłem to uzasadnienie.

– Pan to ma łeb na karku. Ale też tyle dobra się marnuje – westchnęła sprzątaczka, nadal wodząc wzrokiem po regałach.

– Jakiego tam dobra? – parsknął Rowicki. – Toż to sam szmelc!

– Ale na przykład taki mikser by mi się przydał. – Spojrzała tęsknie. – Co z tego, że stary i używany. Ja żadnego nie mam – rozżaliła się. – A z tej ćwiartki etatu trudno odłożyć.

Rowicki podszedł i odczytał przywieszkę.

– Skonfiskowany Jakubowi Wędrowyczowi. Twierdził, że to synowa zapomniała, ale uznaliśmy, że bełtał nim zacier. Sama pani rozumie, w chałupie prądu nie ma, a tu ni z gruchy, ni z pietruchy na stole mikser.

– Dlatego uznałem, że to podejrzane – pochwalił się Birski. – Niestety, zasraniec prokurator dał mu wtedy wyrok w zawiasach.

– Za trzy lata minie dwadzieścia pięć lat od jego zabezpieczenia – mruknął Rowicki. – Przypomnicie się wtedy, pani Malinowska.

– To co? – zdziwiła się kobieta.

– Dowody po dwudziestu pięciu latach można komisyjnie zniszczyć. Spisze się protokół, że niby to już skasowane...

– Bierz pani od razu! – Birski wręczył fant kobiecie. – Protokół spiszesz teraz, tylko z datą odpowiednią. Przecież i tak nikt nigdy nie zagląda do tych akt!

– No niby racja... Niech tak będzie – wzruszył ramionami jego pomocnik.

– Jakby kontrola jakaś była, to ja go tu przez okienko podrzucę – zapewniła sprzątaczka. – I dziękuję bardzo. Racuchów zrobię, to przyniosę poczęstować.

– Dobra, trza zanotować, że inwentaryzacja magazynu przebiegła zgodnie z harmonogramem i procedurami, nie stwierdzono tych tam, zniszczeń ani tych drugich. I do domu spaaać... – polecił Birski i poczłapali na górę.

 

Kopnięte drzwi zadrżały, ale solidna grabowa ciesiołka mężnie wytrzymała uderzenie. Trzech chlorów siedzących wokół stołu aż podskoczyło.

– Gliny! – bąknął Eustachy Bardak.

– E, nie – pokręcił głową jego kuzyn Izydor. – Mundurowi, zanim kopną, zawsze krzyczą: „Otwierać, policja”. Taki zwyczaj u nich, a może i przepis.

Kolejny kopniak, tym razem mocniejszy, obrysował framugę.

– Skoro to nie gliny, to kto, u licha? – zaniepokoił się gospodarz. – Poza tym czego kopie? Drzwi nie są zamknięte, wystarczy klamkę nacisnąć!

– Nerwy to do konserwy i na eksport! Mamy dwie możliwości. Pierwsza, że to jakiś głupi cham i burak, co nawet zapukać grzecznie nie umie, ale chce się z nami napić – westchnął Izydor. – I szczerze powiedziawszy, liczę na to.

– A jaka jest ta druga możliwość? – przestraszył się Eustachy.

– Że to sami wiecie kto...

– Eee... ten, no, Voldemort? – Eustachy Bardak przypomniał sobie, jak synowa wrobiła go w wycieczkę z wnukiem do kina.

– Dobrze by było... – Izydor wprawdzie nie wiedział, kim jest ten cały Voldemort, ale był całkowicie pewien, że to mniejsze zło niż Wędrowycz.

Drzwi, kopnięte po raz trzeci, padły. Do środka wmaszerował Jakub. Za nim kroczył jego wierny towarzysz, Semen.

– Dzieńdoberek – warknął egzorcysta. – Co to za granda?

– Imieninki mamy, spieprzaj, dziadu! – bąknął Wojciech, u którego samogon skutecznie stłumił instynkt samozachowawczy.

Łańcuch krowiak uderzył raz a dobrze.

– To, żebyś na przyszłość pamiętał o dobrych manierach – burknął Jakub. – A cytować też trzeba umieć.

Podszedł do stołu. Ze zmartwiałej ręki Izydora wyłuskał szklanicę. Obejrzał jej zawartość pod światło.

– Ale mętniak – skwitował. – I nie zakąszaj kartoflami, bo ci się stonka w dupie zalęgnie.

Powąchał zawartość i dla konsultacji podał kozakowi. Semen niemal zanurzył nochal w szklanicy.

– Ani ze zboża, ani z cukru, ani z kartofli nawet – zawyrokował. – To nie jest pędzone z landrynek, melasy, buraków czy choćby marchwi... – Badał bukiet trunku. – I procent ma ze trzydzieści góra. – Ostrożnie umoczył język w cieczy.

Jakub powtórzył pomiar.

– To tania, marna podróbka samogonu – warknął. – Sądząc po ryżowym posmaku, chińska podróbka! Skąd to macie?

– Nie powiemy – odparł opryskliwie Izydor.

– No to po kolei wypinać zady. – Jakub wyciągnął z rękawa nahajkę. – A solenizant dostanie potrójny łomot!

– Prawo... – wyjąkał Eustachy. – Pijąc samogon, mamy prawo przemilczeć źródło... Ten przepis twój tatko wymyślił jeszcze przed wojną!

– Huncwot ma rację. – Semen skrzywił się demonstracyjnie. – Oni mogą milczeć.

Egzorcysta zawahał się na moment.

– Sutra dwudziesta pierwsza „Regulaminu pobytu w miasteczku Wojsławice”? – przypomniał sobie. – Ten mój ojciec miewał czasem niemożebnie głupie pomysły!

– Wszyscy mieszkańcy poprzysięgli przestrzegać tego prawa – mruknął kozak jakby z naganą.

– Ale kto w takim razie poniesie konsekwencje? Ktoś tu jest winny, a winnych musowo trzeba ukarać! – pieklił się egzorcysta.

Trzech uczestników libacji skuliło się odruchowo.

„Byle tylko nie zabił” – pomyślał Eustachy.

– Ja mam żonę i dzieci – skamlał Wojciech, który już się ocknął po przyłańcuszeniu.

– Ten fajtłapa Birski wpuścił konkurencyjny samogon na mój teren! – Jakub wymyślił honorowe rozwiązanie. – Chce wojny? To będzie ją miał! Wykastruję jak wieprza, a potem...

– Jesteś nadmiernie agresywny – zirytował się Semen. – Zabójstwa, okaleczenia, chłosta... Po co nam to? Wytnij mu raczej jakiegoś nieszkodliwego, ale złośliwego psikusa.

– A wy zapamiętajcie – warknął Jakub do Bardaków – że kupując zagraniczny produkt, odbieracie chleb polskiemu robotnikowi!

Wziął ze stołu butelkę i przechyliwszy, wylał zawartość na podłogę.

– Ale ty nie jesteś robotnikiem! – ośmielił się bąknąć Izydor i schował głowę w ramiona, bo Jakub trzasnął butelką w ścianę.

Szkło rozprysło się na wszystkie strony.

– Skoro nie uprawiam akurat pola, wykształcenia ani herbu nie mam, a emerytury nie przysyłają, to znaczy, że jestem robotnikiem. – Egzorcysta dumnie uniósł głowę. – Chodź, Semen, pora brać się nomen omen do roboty.


Noc była głucha i ciemna. Wiatr zawodził w koronach drzew za gminną oczyszczalnią ścieków. Budynek komendy policji drzemał. Tyko nad drzwiami paliła się samotna żarówka. Jakub wyjął z kieszeni pierścionek z brylantem i wyciął dziurkę w szybie.

– Głupio tak jakoś – bąknął Semen.

– Co głupio? – zirytował się Jakub.

– No tak włamywać się do policji. W pewnym sensie jest to grubsza bezczelność.

– Spoko wodza, nie włamujemy się, bo żeby się włamać, trzeba wejść do środka... – rozwiał jego obawy przyjaciel. – Poza tym my tu nie po łupy, tylko psikusa wyciąć.

– Ale to okienko magazynu dowodów rzeczowych?

– Tak... Jednakowoż niczego nie zabieramy, tylko dołożymy od siebie. – Wyjął z kieszeni fiolkę. – Uniwersalny czynnik przyspieszonej ewolucji – wyjaśnił, wlewając zawartość do środka.

– Skąd to wytrzasnąłeś?

– Zaiwaniłem ufokom. – Jakub włożył na miejsce wypiłowaną szybkę i zamocował ją przylepcem. – Zmywamy się.

– Co to jest ten czynnik? – dopytywał się kozak, gdy dreptali do domu.

– Takie coś. Jak padnie na materię ożywioną lub nieożywioną, zwiększa jej możliwości ewolucyjne. Dajmy na to, pokropisz jaszczurkę i powstaje rozumny dinozauroid. Pokropisz stare radio i uzyskujesz mózg elektronowy...

– A z fabryki rowerów zrobi się fabryka samochodów?

– Nie wiem, nie sprawdzałem. Tak czy inaczej, sprawiłem, że naszym gliniarczykom w piwnicy zalęgną się rozumne miksery!

– Dlaczego akurat miksery?

– Bo jeden mi kiedyś bydlaki skonfiskowali. Jak znam życie, nadal tam jest.

– O, w mordę, to faktycznie niezły psikus – pochwalił przyjaciel. – Hmmm... A nie będzie z tego jakiejś grubszej chryi? Wynalazki nieziemców mogą być groźne, bo odwołują się do zupełnie innej logiki etyki i nawet estetyki.

– No to rozumne miksery będą brzydkie i nielogiczne... – uspokoił go Jakub. – A etyki w tym nie będzie za grosz.

Z magazynu dobiegały jakieś rumory, ale przyjaciele zajęci rozmową nie zwrócili na to uwagi.


Birski, ziewając, mocował się z zamkiem, gdy nadbiegł zasapany Rowicki. W biegu dopinał koszulę, a stanąwszy obok zwierzchnika, dociągnął jeszcze pas.

– I czego tak nerwowo, gdy się gliniarz spieszy, to się diabeł cieszy. – Komendant dał mu żartobliwą sójkę w bok.

– Już siedem po ósmej, mamy opóźnienie. Służba jest od...

– I co z tego?

– A jak zadzwonią z Chełma sprawdzić, czy już zaczęliśmy?

– E, nigdy nie dzwonią – uspokoił go Birski. – Robimy swoje, nie sprawiamy problemów, nie wysuwamy żądań, więc i zwierzchność ma nas tam, gdzie słoneczko nie dochodzi.

– Może to i lepiej, na co nam jakieś kontrole... Niech zapomną o naszym istnieniu. Ale pobory niech oczywiście nadal wysyłają – Rowicki usiłował być zabawny.

Wreszcie szef pokonał opór zamka i weszli na posterunek.

– Co to jest, do diabła!? – Rowicki zamarł w progu. – Robocop jakiś!?

– I dlaczego wywlókł z szafy mój mundur? – jęknął Birski. – I dlaczego czyta nasze akta?!

– Jestem policyjnym robotem – warknęło monstrum. – Przeprowadzam właśnie kontrolę tego posterunku, siadać, milczeć i wara wam się porozumiewać. Odpowiadać będziecie wyłącznie na moje pytania!

– A pańskie pełnomocnictwa? – Birski zadał w swoim mniemaniu bardzo cwane i podchwytliwe pytanie.

– To są moje pełnomocnictwa. – Robot zaplótł sprężyny dłoni i pokazał mu zardzewiałą metalową figę. – Nie uczyli was w milicji, że to silniejszy ma rację?

– Uczyli – przyznał Rowicki. – Ale to było jeszcze za poprzedniego ustroju. Potem solidarnościowa ekstrema wygrała i od tamtej pory uczą jakby odwrotnie.

– Na naszym posterunku panuje idealny porządek i nie zachodzi potrzeba... – zaczął Birski.

– Co to jest? – zapytał groźnie robot, potrząsając flaszką z denaturatem.

– Denaturat? – bąknął Rowicki.

– Pijecie denaturat na służbie? – indagował automat.

– Nie, to od pani Malinowskiej...

– A może przyjęliście łapówkę w zamian za zatrudnienie jej na posterunku?

– Ależ skąd... To nie od niej, tylko jej. Jej własność – próbował ratować sytuację Birski.

– Czyli przyznaje się pan, że zatrudniacie alkoholiczkę do sprzątania posterunku policji?

– Ona tego nie pije, tylko chyba przeciera podłogę dla dezynfekcji.

– Chyba? Czyli nie kontroluje pan poczynań zatrudnionego personelu... – kontynuował przesłuchanie robot.

– Kontroluję. Przeciera tym podłogę. I co?

– Czyli poprzednie zeznanie było fałszywe?

– Yyyyy...

– Mamy zatem składanie fałszywych zeznań oraz brak nadzoru i karygodną nieznajomość przepisów, co poskutkowało złamaniem norm ISO czyszczenia powierzchni płaskich. W dodatku, skoro denaturat należy do niej, to mam rozumieć, że zdefraudowaliście fundusze na środki czystości, a ich zakup wymusiliście na personelu?

– Ale ja...

– Jesteście zatrzymani do wyjaśnienia. Zdać broń i legitymacje służbowe. Obaj!

– A ja za co? – zaskamlał Rowicki.

– Fałszowanie dokumentacji. Ewidencja magazynu dowodów rzeczowych zawiera antydatowany protokół zniszczenia miksera. A pan, panie Birski, i w tej sprawie nie dopilnował podkomendnego...

– To ja mu kazałem sfałszować – szef honorowo stanął w obronie podwładnego.

– Czyli wykorzystując pozycję służbową, zmusiliście podkomendnego do poświadczenia nieprawdy... To będzie ładne parę lat odsiadki – oznajmił automat. – Do tego brak reakcji na donosy. Znalazłem w koszu sześć anonimów o tym, że Izydor Bardak z kuzynami konsumuje samogon, a Jakub Wędrowycz im go dostarcza. Ale wobec totalnej pasywności lokalnych organów ścigania tym problemem zajmę się osobiście. Do celi! – Wskazał kierunek.

Obaj gliniarze niechętnie poczłapali na dół i dali się zamknąć. Robocop podreptał na górę.

– Dobra nasza. – Birski zatarł dłonie.

– Co „dobra nasza”? – Rowicki w bezsilnej złości szarpnął kraty. – Siedzimy w pierdlu, pilnowani przez zbuntowanego robota, a jak jeszcze nasmaruje protokół z naszego przesłuchania i wyśle go do Chełma, to, kurde, po nas!

– Ech, dzieciuch z ciebie... Pomyśl sam. Dokąd polazł ten terminator?

– Chyba do Bardaków, a potem po Wędrowycza...

– No właśnie. Skoro my nie daliśmy rady poskromić ani Bardaków, ani Wędrowycza, to wydaje ci się, że jakiś przerośnięty toster da radę?

– A nie przyszło ci do głowy, szefie, że ten robot to robota tego starego pokemona?

– Nawet jeśli – uśmiechnął się Birski – to nic nie zmienia. Robot poszedł mu podokuczać... A sam wiesz, jak to jest, gdy ktoś się nadmiernie czepia tego dziadygi.

I obaj zarechotali niedobrym śmiechem, którego wyuczyli się dawno temu, kiedy służyli jeszcze w ZOMO.


Kopnięte z rozmachem stalowe drzwi zabrzęczały żałobnie, niczym rozstrojona gitara. Jednak już po pierwszym ciosie stało się jasne, że zapewnienia o ich jakości były mocno przesadzone...

– A mówiłem, nie kupuj chińskich drzwi w markecie! – mruknął Izydor z naganą.

– Ale to specjalnie na złość Wędrowyczowi, coby mu zaszkodzić... – mruknął jego kuzyn.

– Wykiwał cię z tym odbieraniem chleba. Co z niego, kij mu w oko, niby za robotnik?

W tym momencie znowu rozległ się łomot. Kolejny kop wygiął drzwi jeszcze bardziej.

– Myślisz, że to znowu on?

– Obawiam się, że nie... Ten po drugiej stronie stuka jakby mocniej.

Po trzecim kopniaku drzwi runęły. Do wnętrza wmaszerował dziwny stwór. Na ramiona narzucony miał mundur generała policji. Cały korpus i kończyny zmontowane były z różnych przypadkowych części. Zamiast głowy automat nosił kask motocyklowy, spod zasłony sterczały dwa obiektywy aparatów fotograficznych. Całość napędzały dwa silniki motorowerów, robot rozsiewał zatem wokoło zjadliwą woń spalin.

 

– Policja – odezwał się dziwny stwór. – Wkroczenie bez nakazu na podstawie podejrzenia przestępstwa popełnianego w toku. Podejrzenie potwierdzone. Konsumpcja płynów niezgodnych z normami ISO, do tego wykroczenie skarbowe, gdyż od napojów nie odprowadzono akcyzy.

– Yyyyy... – wydukał Izydor.

– Skujcie się sami. – Przybysz rzucił im garść kajdanek. – Żywi lub martwi, idziecie ze mną!

– Ale – zaczął Wojciech.

Coś zawarczało. Teraz dopiero spostrzegli, że robot zamiast prawej dłoni ma piłę łańcuchową.

– To jest absolutnie ostatnie ostrzeżenie!

Bardacy nie dali się długo prosić – skuli pospiesznie łapy i pokornie powędrowali do nyski. Spodziewali się, że pojadą do Wojsławic, ale pojazd pomknął na wzgórza i niebawem stanął w błocie przed domem Wędrowycza.

– Nie ważcie się podejmować prób ucieczki – warknął automat. – Zaraz wracam.

Zatrzymani kiwnęli potulnie głowami, ale gdy tylko ich prześladowca znikł, zaczęli dłubać przy drzwiach. Niestety, bez skutku. Paka do przewozu aresztantów była naprawdę dobrze zabezpieczona.

Jakub i Semen siedzieli właśnie przy śniadaniu, to znaczy zapijali maślanką kaca, gdy ktoś kopnął w drzwi.

– Otwierać, policja! – dobiegło z zewnątrz.

– Jak mają jakiś interes, to niech sami wlezą – burknął gospodarz. – A tak w ogóle to nieładnie przeszkadzać przy posiłku...

Drzwi rozleciały się na kawałki.

– A to się obfotografuje i da do prasy jako przekroczenie tych, no, kompetencji... – zaczął Jakub, ale urwał, widząc stwora pakującego się do chaty. – Ty, zobacz, gliniarstwo sobie robota zbudowało? – zadumał się. – Coś jak na tym amerykańskim filmie, tyle że tandetniej.

– Policjant i leśnik to żaden rzemieślnik – pokręcił głową Semen. – Ani Birski, ani tym bardziej Rowicki nie byliby chyba zdolni zbudować czegoś takiego. A na model produkowany seryjnie to mi nie wygląda, zbyt toporna konstrukcja. Wydaje mi się raczej, że to skutki uboczne twojego psikusa.

Tymczasem robot grzebał z zapałem po szafkach.

– To mu tak wolno? – marudził Jakub. – A nakaz?

– Znaleziono samogon – rozległ się blaszany głos. – Jesteście aresztowani. Zeznania Bardaków...

– To i Bardaków złapałeś? – zdumiał się po raz trzeci egzorcysta.

– Wszystkich trzech na gorącym uczynku nielegalnej konsumpcji! – pochwalił się robot. – I jeszcze tych fajtłapowatych policjantów wsadziłem do aresztu za łamanie norm ISO i lekceważenie palących problemów walki z alkoholizmem! Skończyły się czasy pobłażania przestępcom. Macie w miasteczku nowego szeryfa. – Walnął się z dumą w pierś, aż blacha zabrzęczała.

– Panie robochłop, czy jak tam pana zwać – powiedział z uśmiechem Semen – wedle tego, co pan mówi, zapudłował pan już pięciu mieszkańców osady. Przypadkiem znam kubaturę aresztu w piwnicy posterunku.

Robot pytająco odwrócił głowę w jego stronę.

– Normy ISO, których nasz kraj zobowiązał się przestrzegać, zakładają, że zapuszkowani muszą być przetrzymywani w godnych warunkach. Między innymi na każdego przypadać musi odpowiedni metraż.

Robogliniarz poskrobał się z zafrasowaniem po głowie. I szybko znalazł rozwiązanie.

– Otrzymujecie dozór policyjny. Będziecie się meldować raz w tygodniu! – warknął i wyszedł.

– Uffff... – westchnął Jakub. – Dzięki.

– Dobra gadka to majątek – zauważył skromnie kozak. – A teraz kopniemy go jeszcze na pożegnanie!

Wyszli przed dom. Robot pakował się właśnie do szoferki policyjnej nyski. W bocznych okienkach widać było przerażone twarze Bardaków. Ten widok nieoczekiwanie wprawił Jakuba w zły humor.

– A niech mnie! – zdumiał się na głos Semen. – To robotom dają w naszym kraju prawo jazdy?

Mechaniczny gliniarz zamarł.

– Wystawię sobie mandat za prowadzenie auta bez wymaganych uprawnień – wymyślił.

– Nie da rady – wyzłośliwiał się kozak. – Żeby wystawić mandat, trzeba najpierw mieć dowód tożsamości sprawcy.

Robot wyjął bloczek mandatowy, rozchylił mundur, odsłaniając szkielet zbudowany z rozmaitych mechanizmów. Chwilę badał swoje wnętrze, aż znalazł tabliczkę znamionową któregoś z motorowerów. Zaczął przepisywać wybite na niej kody. Potem wskoczył do środka i odpaliwszy silnik, odjechał.

– Tego nie przewidziałem – zmartwił się Semen.

– A na co liczyłeś?

– Gdyby tak musiał wlec albo pchać furgonetkę pieszo do Wojsławic, to pewnie by się po drodze zepsuł... No trudno, mój pomysł nie wypalił, ty kombinuj teraz, jak się tego gada pozbyć!

Egzorcysta myślał dobrą godzinę, aż wreszcie wymyślił.

– Glinę zwalczymy przy użyciu gliny – rzucił odkrywczo.

– Że niby co? Donos do Chełma napiszemy czy jak?

– Zbudujemy golema. To taki stwór z żydowskich legend. W zasadzie niezniszczalny, ale spoko, jest posłuszny temu, kto go stworzył. Poszczujemy golema na tego terminatora.

– Umiesz zrobić coś takiego? – zdziwił się kozak.

– Nauczył mnie jeden rabin jeszcze przed wojną...

– Czy to bezpieczne?

– Tak po prawdzie to nie – westchnął Wędrowycz. – Ale skoro nabałaganiłem, to muszę posprzątać...

– To twoje sprzątanie niepokojąco przypomina gaszenie ogniska benzyną! – burknął kozak.


– Jasna cholera! – Birski miotał się po celi jak dziki zwierz w klatce. – Klaustrofobii tu dostanę!!!

Może słowo „miotał” nie jest szczególnie adekwatne do opisu sytuacji, bowiem piwniczka była tak zapchana Rowickim i Bardakami, że nie dało się spokojnie biegać od ściany do ściany.

– A pan co? Pierwszy raz pod kluczem? – zirytował się Izydor.

– No pewnie, że pierwszy raz! – wsiadł na niego Birski. – Przecież jestem gliniarzem. My, gliniarze, różnimy się od was, niegliniarzy, tym, że to my was zamykamy, a nie na odwrót.

– Mnie tam pana wcale jakoś nie żal – burknął Eustachy. – Przynajmniej będzie pan w przyszłości wiedział, co czuliśmy, gdy nas tu pakowaliście!

– Niewinna owieczka się znalazła! Należało się wam, to pakowaliśmy!

Bójka wisiała w powietrzu, ale na schodach rozległo się ciężkie człapanie. Chwilę potem w korytarzu pojawił się dziwaczny stwór. Kukła wyglądała jak ulepiony z błota goryl. Jakub nie umiał rzeźbić...

– Co to za poczwara?! – wykrztusił Rowicki.

– Jeszcze jeden sztuczny gliniarz?! – Birski poczuł, jak resztka nadziei gaśnie w nim niczym zdmuchnięta świeca.

Przybysz wczepił się łapami w kraty i wyrwał je bez trudu. Wszyscy zapuszkowani cofnęli się pod ścianę przerażeni. W tym momencie podziemie wypełniła zjadliwa woń dobrze zakiszonych skarpetek i pojawiła się znajoma postać.

– No i co? Ojczysta wiocha w niebezpieczeństwie, a organa ścigania zdezerterowały? – przybysz bezlitośnie kpił z gliniarzy. – Tu się, w lochu, dekujecie? Pozwólcie, że wam przedstawię, to Golem model Łowca Bardaków 1584... – zwrócił się do cywilów.

– Yyyy... – jęknął Izydor.

– Żaaaartowałem. To zwykły golem. Poszczuję go zaraz na tego naszego terminatora, ale skoro przechodziliśmy obok, pomyślałem, że zrobię dobry uczynek i was uwolnię. Oczywiście nie wypuszczę was tak łatwo...

Izydor pierwszy załapał, o co chodzi. Padł na kolana i pocałował Jakuba w dłoń.

– Przepraszam i dziękuję! – ryknął.

– Reszta do kolejeczki – zachęcił Semen. – I pospieszcie się, musimy jeszcze ostrzec ludzi, żeby zabrali kobiety i dzieci... Tak na wypadek gdyby starcie tytanów unicestwiło zabudowę mieszkalną...

Jakub, Semen i golem przemknęli opłotkami, popatrując tylko w stronę rynku. Robot uwijał się po centrum miasteczka jak w ukropie. Wszystkie sklepy zostały ukarane mandatami za drzwi otwierane do wewnątrz. Za wycieraczkami wszystkich aut też bielały jakieś papierki. Stary Grzegorz dostał dwieście złotych kary, bo prowadzona przezeń koza narobiła na ulicę... Markowski, który wracał z koszenia łąki, dostał wezwanie na kolegium, gdyż automat uznał niesienie kosy na ramieniu za prowokację z użyciem niebezpiecznego narzędzia...

– Dobra – polecił egzorcysta golemowi – za łeb gada i wal o latarnię, aż się rozleci.

Golem wyszedł na odkrytą przestrzeń.

– Jesteś zatrzymany – warknął robot. – Zaśmiecanie i niszczenie mienia publicznego. – Wskazał ślady glinianego pyłu i płytki, które popękały pod ciężarem kukły.

– A kto ci rączki rozbuja, ty złomie? – parsknął golem i pchnął robota, a ten poleciał w tył, kosząc belki wspierające podcienia.

– No to się doigrałeś! – Automat pozbierał się jakoś i zaatakował wroga tonfą.

Golem dzielnie zniósł łomot, potem schylił się, chwycił robota za nogę i przyładował nim w latarnię. Tłukł ile wlezie. Zużył trzy latarnie, potem położył resztki na asfalcie i skoczył na nie. To wystarczyło. Potem ukłonił się grzecznie.

Mieszkańcy obserwujący pojedynek zaklaskali nieśmiało.

– Niech to diabli. – Birski podniósł z ziemi resztki munduru. – Tylko trzy razy miałem go na sobie...

Jakub trącił nogą mechanizmy pozostałe z robota.

– I co, frajerze? Było fikać mieszkańcom Wojsławic?

– Jakub? – zagadnął Semen. – Tak się zastanawiam, nasz pomocnik... Zrobił swoje, ale gdzie on, do cholery, lezie?

Jakub przerwał kontemplowanie resztek mechanicznego gliniarza i poszukał golema wzrokiem. Stwór znikał właśnie w jednej z uliczek wybiegających z rynku.

– Do biblioteki tak jakby? – zdziwił się. – Albo do urzędu gminy może... Ty, jaki jest dzień tygodnia?

– Piątek, no nie?

– O ty, w mordę! – Egzorcysta puścił się kłusem w ślad za uciekinierem.

– O co chodzi? – Kozak dogonił go z trudem.

– W piątek wieczorem zaczyna się szabas!

– Ale u nas nie ma Żydów. To też się liczy?

– Obawiam się, że tak! Jest legenda, że golem chce w szabas wchodzić do synagogi.

– Ale u nas w synagodze był po wojnie magazyn, a od dawna jest biblioteka... To też będzie ważne?

– Tak mi się wydaje!

– A jak golem wejdzie do synagogi w szabas, to co się stanie? – sapał Semen.

– Nie wolno mu, bo nie ma duszy...

– To wiem! Ale co się stanie?

– Anastazja! Nie, zaraz, inne słowo podobne... Apokalipsa chyba.

– O ty, w mordę! Trzeba go powstrzymać!

Ale gdy dobiegli do synagogi, było już za późno. Wyrwane drzwi leżały na trawniku. Z wnętrza budynku dobiegały jakieś hałasy. Obaj obwiesie zatrzymali się w progu.

– Wchodzimy? – zadumał się Semen. – W zasadzie, jeśli ten stwór jest niezniszczalny, to nic tam po nas...

– E, tak do końca niezniszczalny to on nie jest – uspokoił go przyjaciel. – Trzeba go złapać i zetrzeć mu z ręki formułę, która go ożywia... Ty go inteligentnie zagadasz, a ja zetrę.

– A o czym niby mam z nim gadać?

– Coś wymyślisz!

Weszli ostrożnie. Jak się jednak okazało, niepotrzebnie martwili się na zapas. Olbrzym miotał się na podłodze w drgawkach. Przy każdym skurczu coś mu odpadało, aż wreszcie pozostała po nim tylko warstwa glinianego pyłu.