ReputacjaTekst

Z serii: Światy Pilipiuka #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Reputacja
Reputacja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,83  55,86 
Reputacja
Reputacja
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Czy można u państwa uzyskać połączenie z Oslo? – zapytał po niemiecku.

Ładna panienka w białej bluzeczce uśmiechnęła się.

– Oczywiście, proszę pana. Czy zna pan numer?

– Niestety nie. Chodzi mi o główny szpital miejski.

– Mam tu spis wszystkich telefonów w Norwegii, zaraz panu odszukam.

Wydobyła książkę abonentów. Kartkowała ją tylko chwilę.

– Kabina numer cztery. Proszę siąść i czekać na połączenie.

Nie minął kwadrans, gdy rozległ się brzęczyk. Podniósł słuchawkę.

– Szpital miejski w Oslo, słucham – dobiegło z głośnika.

– Dzień dobry, mówi doktor Paweł Skórzewski – powiedział. – Czy mogę poprosić do aparatu profesora Ottona Johansena?

– Przy słuchawce, witam, panie kolego. – Głos trochę tonął w szumach. – Czym mogę służyć?

– Jestem współpracownikiem doktora Armauera Hansena z Bergen. Wysłał pan do nas list, niestety, jeden z naszych pacjentów, trochę niezrównoważony, zniszczył go, nim zdążyliśmy przeczytać...

– Coś podobnego... Napisałem do panów, bo nie macie telefonu, a chciałem przekazać pewne informacje. Pani doktor Laura von Lindenbrock dochodzi już do siebie po wypadku. Słyszał pan o tym zapewne, pociąg wypadł z torów na trasie do Bergen. W każdym razie trafiła do nas z połamanymi nogami i wstrząsem mózgu. W dodatku po katastrofie jakaś świnia ukradła jej walizkę z ubraniami i kufer, w którym miała preparaty, w tym zdaje się żywe komary... Zaopiekowaliśmy się nią troskliwie, myślę, że wszystko zrasta się prawidłowo i za jakieś trzy tygodnie będzie można zdjąć gips. Prosiła o przekazanie informacji, że prób klinicznych wprawdzie nie będzie w stanie teraz zrobić, ale z Berlina prześlą jej kajety z notatkami, więc referat na sierpniowym kongresie wygłosi.

– Dziękuję serdecznie za informacje. Jeśli możemy się jakoś zrewanżować...

– Nie ma takiej potrzeby. Proszę pozdrowić doktora Hansena. I załóżcie sobie telefon, w dwudziestym wieku przecież żyjemy!

Doktor pożegnał się i odwiesił słuchawkę. Siedział dłuższą chwilę, kompletnie wstrząśnięty. Rozmowa dołożyła ostatni, brakujący element układanki. A może nawet nie dołożyła, tylko w ostateczny sposób potwierdziła to, czego zdążył się już domyślić.

– Strasznie pan blady – zaniepokoiła się telefonistka. – Chyba nie jest pan przyzwyczajony do wynalazku pana Bella. Wielu ludzi mówiło mi, że dla człowieka po raz pierwszy usłyszeć głos biegnący po kablu setki kilometrów to wstrząs. Zwłaszcza jeśli korzystało się dotychczas tylko z telegrafu, trudno to ogarnąć rozumem. Może napije się pan wody? A może zaparzę panu kawy...

– Nie, dziękuję, już mi lepiej. – Paweł uśmiechnął się. – Telefon to naprawdę wspaniały, epokowy wynalazek. Ile się należy za rozmowę?

*

Skórzewski spotkał doktora Hansena na dziedzińcu. Dyrektor szedł właśnie do głównej części szpitala.

– O! – ucieszył się. – Już się martwiłem, że nie zdążysz na śniadanie. Chciałeś ze mną pomówić, gdy coś sobie ułożysz w głowie.

– Pogadałem wczoraj trochę z waszymi etnografami i obejrzałem kolekcję muzealną, a dziś, wracając ze spaceru, jeszcze skorzystałem z telefonu – wyjaśnił Polak. – Czy pani doktor Laura jest może na terenie leprozorium?

– W laboratorium. Ocenia, jak rozwijają się larwy komarów. A czemu pytasz?

– Muszę się z nią rozmówić. Dodzwoniłem się do Oslo i dowiedziałem paru rzeczy...

Na twarzy Armauera odbiło się zaniepokojenie.

– Coś ważnego?

– Owszem...

– A to chodźmy.

Weszli do pomieszczenia. Doktor Laura stała pośrodku, kartkując opasły kajet. Wydawała się całkowicie pochłonięta tą czynnością.

– Za tydzień będę gotowa do ponownego przeprowadzenia kuracji – odezwała się na widok wchodzących. – Wyselekcjonujemy z hodowli dwadzieścia pięć komarów. Myślę, że pozostałości chininy tak nierozważnie podanej naszemu przyjacielowi do tego czasu zostaną całkowicie wyeliminowane z organizmu. Zarodźce malarii...

– Nie będzie żadnej dalszej kuracji – powiedział Skórzewski całkowicie spokojnie.

– Podchodzi pan nazbyt emocjonalnie i konserwatywnie zarazem. Ta metoda to wielki przełom w medycynie. Zarażenie malarią, choć przykre, tu, w warunkach świetnie wyposażonej kliniki, jest całkowicie bezpieczne. Sposób ten przetestowano już wielokrotnie...

– Obawiam się, pani koleżanko, że z uwagi na postępującą wadę wzroku nie jest pani w stanie należycie wypełniać funkcji lekarza.

Hansen popatrzył na niego zdumiony.

– Ależ, Pawle... – zaczął.

Gość uciszył go gestem.

– Z naukowego punktu widzenia pani oczy nie są w stanie widzieć.

– Co proszę? – kobieta fuknęła ze złości. – Wypraszam sobie podobne insynuacje. Mam sokoli wzrok, a jedynie drobna nadwrażliwość na światło wymusza na mnie nieustanne noszenie ciemnych okularów.

– Na studiach miałem zajęcia z okulistyki, jeśli pani pozwoli, chciałbym zbadać pani oczy.

– Proszę bardzo, niech pan weźmie dowolną gazetę, a tytuły artykułów odczytam z końca tej sali.

– Nie chcę badać pani wzroku, a oczy – sprecyzował.

– Nie wyrażam zgody – fuknęła.

– Dobrze, zostawmy problem oczu – odparł, cofając się w stronę drzwi. Tu miał więcej miejsca. – Bardziej interesuje mnie problem pani nóg.

– Słucham?

– Nóg połamanych w wypadku kolejowym, w którym brała pani udział. Wprawdzie doktor Johansen z Oslo twierdzi, że gips zdejmie już za trzy tygodnie, ale...

Skoczyła na niego, szybka jak błyskawica. Ale był gotów. Poderwał laskę. Szczęknął mechanizm sprężynowy. Czworograniaste ostrze było długie na ponad pół arszyna i naprawdę grubo posrebrzone... Po wydarzeniach, które zaszły wiele lat temu w Bergen, starał się zawsze nosić coś srebrnego jako broń. Uderzył, celując w serce. Już tnąc, wiedział, że się nie pomylił. Klinga nie napotkała praktycznie na żaden opór. Jednym sztychem przeszył ją na wylot i zaraz cofnął laskę, gotów do kolejnego ciosu. Fałszywa lekarka stała chwilę nieruchomo. Z rany nie ciekła krew, ale unosiła się cienka smużka dymu. A potem kobieta padła na wznak.

– Coś ty najlepszego zrobił!? – wykrztusił Hansen.

– To nie człowiek – wydyszał Skórzewski – to demon, duch zarazy albo coś podobnego. Może siostra Dziadka Trąda, o ile te istoty w ogóle posiadają płeć.

– Ale jak...?

– Przez telefon dowiedziałem się, że prawdziwa doktor Laura von Lindenbrock, ciężko ranna w wypadku kolejowym, przebywa nadal na leczeniu w Oslo. Ta istota się pod nią podszyła.

Skórzewski podszedł i trącił zwłoki butem. Hansen skrzywił się, widząc tak niestosowne zachowanie przyjaciela, jednak już po chwili wytrzeszczył oczy. Stopa weszła w ciało jak w masło, a gdy Polak cofnął nogę, w skórze pozostał wgłębiony ślad.

– Ale... o co chodziło z oczami?

Doktor Paweł końcem klingi zahaczył i ściągnął ciemne okulary. Oczy, wyłupiaste, pozbawione powiek, nie miały także źrenic. Zielonobrązowe tęczówki rzeczywiście przypomniały rysunkiem kwiat. Dziwne oczy. Nieludzkie...

Skórzewski odłożył broń na stół i odruchowo wytarł dłonie o poły surduta. Hansen podszedł i po chwili wahania rozchylił brzegi rany. Ujął skalpel i pogłębił cięcie. Wewnątrz ciała nie było kości ani najmniejszego śladu narządów wewnętrznych.

– Wygląda jak zmielone mięso – powiedział zdumiony.

W powietrzu coraz wyraźniej czuć było woń rozkładu.

– Daruj sobie dalszą sekcję. Musimy się pozbyć... zwłok – zadecydował Skórzewski. – Masz tu piec, w którym paliłeś zakażone opatrunki i amputowane części ciała, prawda? Trzeba ją... to coś.... natychmiast spopielić... No i jeszcze balony z hodowlą komarów. Może to tylko malaria, ale wolę nie ryzykować.

– Zmieści się jedno i drugie. Pomóż mi tylko.

Zwłoki z minuty na minutę cuchnęły coraz bardziej. Znalazło się prześcieradło, na nim przenieśli makabryczny ciężar do jednego z pomieszczeń gospodarczych. Wsunęli ciało do pieca. Do balonów z wodą najpierw dolali kwasu solnego. Dopiero gdy wszystkie larwy przestały się poruszać, odlali wodę przez filtr z gazy i puste naczynia wstawili do wnętrza paleniska. Hansen zamknął drzwiczki.

– To bardzo nowoczesna konstrukcja, identyczną miał Nansen na „Fram” – pochwalił się. – System rurek wstrzykuje do środka naftę, wymieszaną ze sprężonym powietrzem. Odpala się elektrycznie...

– Uruchamiaj! – polecił doktor.

Z wnętrza pieca dobiegł dziwny odgłos, jakby coś się poruszyło. Demon odradzał się? A może to tylko któryś z balonów się przesunął... Hansen pociągnął za rączkę. Rozległ się syk, a po chwili głuchy huk ognia.

Skórzewski wydobył z kieszeni różaniec i modlił się bezgłośnie. Z wnętrza dobiegło kilka łomotów, brzęk tłuczonego szkła i dziwny, przeciągły jęk. Potem wszystko ucichło. Norweg pociągnął dźwignię, dodając jeszcze nafty. Drzwiczki powoli rozgrzały się do czerwoności.

– Znowu przyjechałeś i znów mi pomogłeś... – powiedział Norweg w zadumie. – Jesteś tu drugi raz i znowu dzieją się takie rzeczy. Czy to jej obecność jakoś cię przyciągnęła?

– Nie sądzę, planowałem tę podróż jeszcze jesienią... Może więc to moja obecność przyciągnęła ją? A może chciała zdążyć coś przeprowadzić, zanim przyjadę?

– Wygląda zatem, że powinienem podziękować opatrzności za zesłanie ciebie... Powiedz mi, trzydzieści lat temu, gdy dopadliśmy Dziadka Trąda...

– Nie wiem. Nie patrzyłem na jego oczy, a w zaułkach Gamle Bryggen było ciemno.

– Ale zetknąłeś się kiedyś z podobnym zjawiskiem...

– Słyszałem o tym w moim kraju – powiedział Skórzewski, wpatrując się w żeliwne drzwiczki. – O istotach, które kryją twarz w cieniu, bo ich oczy pozbawione są źrenic... Tylko że prababka twierdziła, iż większość ludzi ich nie rozpoznaje. Jedynie nieliczni widzą, jak wyglądają naprawdę. Wczoraj dowiedziałem się, że podobne wierzenia rozpowszechnione są wśród Lapończyków. Obcy o tęczówkach jak kwiat... Widocznie jesteś blisko rozwiązania zagadki trądu. Albo kongres, który zwołałeś, położy tamę zarazie. Zaszkodziłeś siłom żywiącym się cierpieniem, strachem, świadomością nieuchronnego końca... Widocznie te istoty nie mogą działać wprost, nie mogły ci zaszkodzić bezpośrednio, dlatego wymyśliły zemstę iście piekielną.

 

– Wierzyłem w naukę i zabić miała mnie kuracja zachowująca pozory naukowości... – zadumał się Hansen.

– Nie. Zastanów się, co im po twojej śmierci? Ta kuracja zapewne by pomogła. Raczej nie wyleczyła, ale nastąpiłaby znacząca poprawa stanu zdrowia.

– Co chcesz powiedzieć?

– Pomyśl sam. Co byś zrobił, widząc skuteczność nowej metody?

Armauer łypnął podejrzliwie.

– Więc wiesz?

– Domyśliłem się. Każdy z nas chowa w głębi duszy te same potrzeby. Obok chęci pokonania choroby tkwi w nas jak czerw pragnienie, aby być pionierem. By stanąć jako primus inter pares wśród uczonych kolegów z całego świata. Zaprosiłeś ją nie na kongres, ale grubo wcześniej. Zaprosiłeś, gdy tylko przeczytałeś o tej metodzie. Potrzebowałeś czasu na doświadczenia. Zaproponowałeś jej współpracę, ale miałeś jeszcze resztki rozsądku i najpierw chciałeś poddać doświadczeniu samego siebie.

– Masz rację. Sprawdziwszy na sobie bezpieczeństwo i skuteczność tej kuracji, zastosowałbym ją do leczenia moich podopiecznych. Na początek tej czterdziestki w szpitalu doświadczalnym. W tych dwóch butlach mam... to znaczy miałem hodowlę komarów, która spokojnie wystarczyłaby, aby zarazić wszystkich. Czterdzieści przypadków wyleczonego trądu, które przybyli mogliby poddać zbiorowemu konsylium. – Oczy Hansena zabłysły. – A więc moja pycha stała się pułapką?

– Demony zawsze szukają ludzkich słabości. Pytanie teraz, czy w tej drugiej butli były komary przenoszące jedynie zarodźce malarii, czy też jakieś gorsze paskudztwo. Dwadzieścia, może czterdzieści trupów trędowatych, i to przed samym kongresem poświęconym zwalczaniu tej choroby... Dwudziestu, może czterdziestu pacjentów zmarłych w wyniku kuracji zaaplikowanej przez lekarza, będącego gospodarzem konferencji i niekwestionowanym autorytetem w dziedzinie zwalczania tego paskudztwa.

– Pogrzebana reputacja. Pogrzebane plany wytoczenia trądowi wojny totalnej na wszystkich kontynentach... A do tego kto wie czy nie rozwleczenie jakiejś zarazy po mieście. Uratowałeś mnie.

Skórzewski wzruszył tylko ramionami.

– Jak mogę się zrewanżować? – bąknął Hansen.

– Z tego, co kojarzę, znasz osobiście Nansena?

– Owszem, gdy pracował tu w Bergen w muzeum zoologicznym, nauczyłem go barwienia preparatów atramentem, co wykorzystał do badań nad pasożytami fok.

– Potrzebuję jego zdjęcia z dedykacją dla pewnej mojej małej pacjentki. Mieszka w Petersburgu i jest zafascynowana jego odkryciami.

– Ech, Nansen... Pamiętam go jeszcze jako młodego studenciaka. Jaki byłby z niego świetny zoolog! Zapowiadał się na uczonego najwyższej klasy. Ja wiem, że jego podróże rozsławiają mój kraj, ale mimo wszystko żal przerwanej kariery...

*

Sierpień 1909 roku był w Bergen wyjątkowo pogodny. Uczestnicy kongresu ustawili się na schodach. Miasto nigdy wcześniej nie doświadczyło takiego najazdu wszelakich sław medycznych. Doktor Skórzewski stanął przy aparacie, spojrzał przez wizjer. Odrobinę przesunął statyw. Hansen skinął mu głową i ruszył zająć miejsce wśród delegatów. Polak podsypał w rowek odrobinę magnezji.

– Panowie, proszę spojrzeć w obiektyw! – zawołał po niemiecku.

Błysnął płonący proszek, strzeliła migawka. Kłąb dymu uleciał ku niebu i po chwili znikł rozwiany przez wiatr. Hansen przymknął powieki. Wiedział, że odbitki będą za kilka dni, ale miał przeczucie graniczące z pewnością, że zdjęcie wyjdzie idealnie. Zebrani rozproszyli się na małe grupki. Tylko wokół gospodarza konferencji pozostała pusta przestrzeń, jakby otaczająca go aura szacunku onieśmielała zaproszonych gości.

– Mam, czego chciałem, primus inter pares... – mruknął Hansen, zadowolony, poirytowany i rozbawiony zarazem.

Spojrzał na zegarek, do pierwszych referatów został jeszcze kwadrans. Od stoków góry Fløyen powiał chłodny wiatr. Stary lekarz i jego polski kolega po fachu jak na komendę odwrócili głowy. Patrzyli na szare, skaliste zbocza. Nie musieli nic mówić, myśleli to samo. Nie pierwszy raz wydało im się, że granitowe ściany skalne wiszą nad nimi, napierają na miasto. Że gdzieś stamtąd obserwują ich z nienawiścią oczy istot starych jak sama ludzkość.

Szachownica

Byłem już po wykładach. Odebrałem z biblioteki zamówione książki i lawirując w tłumie studentów, szedłem korytarzem instytutu. Archeologom służył za siedzibę stary barak, niegdyś należący do studium wojskowego. Budynek składał się głównie z płyty gipsowo-kartonowej, co było od razu widać. Nie lubiłem go, wydawał mi się kompletnym nieporozumieniem. Czcigodna nauka, której arkana zgłębiałem, domagała się szlachetniejszej oprawy. Nieoczekiwanie prawie wpadłem na mojego promotora.

– Panie Robercie, po wykładzie proszę do gabinetu na słowo – odezwał się profesor.

– Już jestem po zajęciach.

– Zatem zapraszam od razu. – Spojrzał na zegarek i najwyraźniej uznał, że ma dość czasu, by zmyć mi głowę.

Powlokłem się jak na ścięcie. Niewielki gabinet był ciemny i jak zwykle zagracony. Podczas proseminariów z trudem mieścili się tu wszyscy przyszli magistranci. Tym razem byliśmy sami. Usiedliśmy przy stole kreślarskim, zawalonym skryptami, kartami dokumentacyjnymi i pudełkami ze skorupami. Spojrzałem na regały pełne książek.

– Czy ma pan już wstępną koncepcję swojej pracy magisterskiej, a może gotowy konspekt? – przeszedł od razu do rzeczy promotor.

– Myślę, że ciekawym, a przy tym całkowicie dziewiczym tematem byłyby poszukiwania materialnych śladów kolonizacji semigalo-kurlandzkiej na wyspie Tobago, ze szczególnym uwzględnieniem towarów pochodzących z Polski – wypaliłem. – Konspektu jeszcze nie mam, ale zacząłem gromadzić bibliografię...

Popatrzył na mnie zaskoczony.

– Proszę rozwinąć swój pomysł – polecił.

– Floty dalekomorskie księcia Jakuba Kettlera wyruszały z Rygi. W materiałach łotewskich z szesnastego i siedemnastego wieku mamy multum importów z centralnej Polski, na przykład liczne fragmenty białej ceramiki iłżeckiej i sandomierskiej. Trzy pierwsze próby osadnictwa na Tobago były nieudane, ale w tysiąc sześćset pięćdziesiątym czwartym, gdy przybył na tamte wody kurlandzki okręt wojenny „Das Wappen der Herzogin von Kurland”, wzniesiono osadę istniejącą do dziś.

– Innymi słowy, chce pan szukać fragmentów sandomierskich garnków na wschodnich Karaibach?

– Na wschodnich Antylach – sprecyzowałem. – Konkretnie w miejscu zwanym ówcześnie Jacobstadt, czyli obecnym miasteczku Plymouth. Oczywiście szukać chcę nie tylko garnków, ale inne towary mogą być trudne do wychwycenia w materiale archeologicznym. Garnki i monety najłatwiej przypisać konkretnym wytwórcom.

Zapadła cisza. Promotor, zadumany, obracał w palcach długopis. Minę miał dziwnie nieobecną. Czułem, że chce mnie jakoś grzecznie, ale stanowczo posłać na bambus.

– Skąd pan weźmie materiały? – zagadnął wreszcie.

– Pojadę na miejsce, przejdę się do muzeum. Zakładam, że skoro mają tam miasta, to znajdzie się też muzeum. Zobaczę, co ciekawego mają w zbiorach. Przestudiuję dokumentację. Zakupię miejscowe publikacje lub wykonam kserokopie najciekawszych pozycji o wyczerpanych nakładach. Jeśli nie prowadzili prac archeologicznych, zrobię badania powierzchniowe wokół osady, pozyskując fragmenty ceramiki znajdujące się na powierzchni ziemi ornej. W razie braku zgody na wwóz próbek do Polski odfotografuję, wykonam dokumentację rysunkową i opracuję katalog...

– Tobago to drugi koniec świata. Skąd pan weźmie fundusze?

– Liczę na dofinansowanie podróży przez instytut.

Zdjął okulary i przetarł szkła rękawem koszuli.

– Na taką, za przeproszeniem, fantastykę nie dostanie pan ani grosza – powiedział wreszcie.

Miałem na końcu języka kilka malowniczych przykładów wywalania znacznie większych sum na o wiele głupsze projekty. Wiedziałem o kilku pupilkach dyrekcji, którzy jeździli do Berlina, Oslo i Londynu oglądać zabytki świetnie znane z publikacji stojących w bibliotece za ścianą. Jednak dyplomatycznie zmilczałem.

– Podziwiam śmiałość pańskiej myśli i nietuzinkowość zainteresowań badawczych. Ale to nie ta rzeczywistość ekonomiczna. Za miesiąc czekam na pana i proszę tym razem przynieść propozycję bardziej normalnego tematu. – Wstał na znak, że audiencja zakończona.

Czyli nie zdołam śmiałym pomysłem popchnąć nauki o krok do przodu... – pomyślałem ze smutkiem, zamykając za sobą drzwi. Ale na Antyle kiedyś i tak pojadę.

*

Szedłem przez „dziki” bazarek przed Halą Mirowską. Rozglądałem się uważnie. Jeśli tylko zajęcia na uczelni kończyły się przed szesnastą, nadkładałem nieco drogi, by tu wpaść. Czasem zaglądałem też rankami, w drodze na wykłady. Okoliczni emeryci, przyduszeni kryzysem, przegrzebywali szafy i szuflady, a potem usiłowali sprzedać wydobyte z nich przedmioty. Przynosili tu wszystko, co w ich mniemaniu posiadało wartość. Kłopot w tym, że moda na kryształowe wazony i karafki minęła trzy dekady temu. Wszędzie, gdzie spojrzałem, widziałem tylko śmieci. Oni też chyba zdawali sobie sprawę z nikłej wartości tych fantów, mimo to twardo próbowali je spieniężyć. Była w tym rozpacz i desperacja. Znałem podobne obrazki z literatury – tak samo było w czasach wielkiego kryzysu lat trzydziestych i podczas okupacji, a także zaraz po wygonieniu szkopów.

Zupełnie jakbyśmy znów przegrali jakąś wojnę, pomyślałem. Cóż, może i przegraliśmy?

Wędrowałem po bazarze. Miałem nadzieję, że w stosach starzyzny błyśnie mi coś cennego, choć niepozornego. Uwagę moją przykuły buty marki „Syrena” z lat pięćdziesiątych, chyba nigdy nienoszone. Fajna rzecz, praktycznie nie do zdarcia, niestety, na oko widziałem, że nie mój rozmiar.

Na mój widok sprzedawcy ożywili się, niektórzy przekładali swoje drobiazgi, by lepiej wyeksponować przedmioty mogące wzbudzić zainteresowanie. Tylko że nadal nic sensownego nie widziałem... Dziadka do orzechów z lat siedemdziesiątych nie potrzebowałem, zresztą cena była ciut wyśrubowana. Szedłem coraz bardziej przygnębiony. Zderzenie dwu światów – nowoczesnych biurowców i dojmującej biedy – było wyjątkowo przykre... Na to wszystko patrzyły czerwone, ceglane mury hali targowej, pamiętającej jeszcze czasy carskie. Jedna ze ścian nadal nosiła ślady kul – pamiątka zbiorowej egzekucji z lat niemieckiej okupacji.

Mijałem stoiska z pękami przywiędłego koperku i przetworami domowej roboty. Oferowano też jabłka i gruszki, małe, o zdecydowanie „niehandlowym” wyglądzie, zebrane w ogródkach działkowych. Dwudziesty pierwszy wiek za pasem, myślałem gorzko, a podstawowych problemów nie umiemy rozwiązać. Nędza, rośnie bezrobocie, a jednocześnie pieniądze garściami wywala się na wszelakie głupoty...

Stary menel stał oparty o słup ogłoszeniowy. Ubrany był w spraną flanelową koszulę, brudne i powyciągane spodnie. Na nogach miał sterane wojskowe trepy. Buciory były jednak solidne, wypastowane. Najwyraźniej dużo chodził. W każdym razie do obuwia przywiązywał największą wagę. Na ramiona narzucił długi, czarny płaszcz, brudny i obszarpany. Zapuchniętą gębę pokrywała szczecina niestarannie podgolonego zarostu. Wokół niego rozciągała się pusta przestrzeń. Woń, jaką roztaczał, skutecznie odstraszała każdego rozsądnego człowieka. Żul chwiał się lekko, zdążył widać chlapnąć już coś rano i teraz toczył ciężką walkę z podstępną grawitacją. Na razie jeszcze wygrywał. U jego stóp leżał kawałek gazety, powiedzmy, trzeciej świeżości, na nim garść „skarbów” wygrzebanych chyba prosto z dna śmietnika. Zepsuty toster, radiomagnetofon sprzed ćwierćwiecza, nadtłuczona porcelanowa miska i wyświnione drewniane pudełko rozmiarów pojedynczego tomu encyklopedii. Przyjrzałem się uważnie. Powierzchnia układała się w ciemniejsze i jaśniejsze kwadraty. Szachownica? W dodatku na polach spostrzegłem jakby jakieś litery. Poczułem znajomy dreszczyk. Wreszcie coś ciekawego!

 

Podszedłem bliżej. Menel wyraźnie się ożywił. Przestał żuć zapałkę, zmarszczył brwi i skupił na mnie rozbiegane oczka. Błysnął w nich cień myśli.

– Pan Sztorm – zniekształcone nazwisko spłynęło spomiędzy owrzodzonych warg.

Cholera, rozpoznał mnie. Czyli będzie trzy razy drożej...

– Yhm – potwierdziłem identyfikację. – Ile za to pudełko?

– Stówę – rzucił bez sekundy namysłu.

– Dam dychę. Na cztery piwa wystarczy – zaproponowałem.

– Dasz, facet, stówę i ani grosza mniej. – Wzruszył ramionami. – Znamy cię. Skoro w ogóle zaczepiłeś wzrok, to musi być coś cholernie wartościowego. Może i kilka tysięcy czy coś... Po fachowej konserwacji oczywiście. I po znalezieniu kupca. Zarobisz na tym, i to ładnie. Nie obrażam się o to nawet. Mi wystarczy stówa. Ty będziesz zadowolony i ja zadowolony...

– Tyle nikt nie da – zaoponowałem.

– Dlatego to ty dasz. Wrócisz do domu bez fantu, całą noc będziesz się przewracał z boku na bok, przeklinał, a raniutko przylecisz tu ze stówką w zębach, modląc się, żeby mnie znowu zastać. – Zarechotał ochryple. – A ja nie wiem, czy jutro przyjdę. Może się zapiję i będę spał do południa. Może pojutrze przyjdę albo po niedzieli dopiero. Co gorsza, jak się narąbię, mogę to gdzieś zgubić. Wolałbym nie, bo to warte twoją stówkę, ale kto wie na jakiej melinie się rano obudzę. Policz, kalkuluje ci się jeździć tu na darmo cztery czy pięć razy, by wreszcie mnie spotkać i znowu usłyszeć tę samą cenę?

Ciekawe. Bełkotał, ale w sumie gadał inteligentnie, a podchodził mnie psychologicznie jak zawodowiec. Ciekawe, kim był, zanim się stoczył? Coś nieśmiało zaczynało mi świtać. Jakaś zasłyszana opowieść o kimś takim jak on...

– Stówa to sporo dla studenta – zaoponowałem.

– Trza się było uczyć na murarza, a nie studiować – odparował. – Dziś wszyscy studiują, a szewców i ślusarzy niedługo będziemy importować z Białorusi.

– Murarką już się w życiu zajmowałem. – Pokazałem mu dłonie poznaczone odciskami. – Wolę pracować głową. Czy w środku są szachy? – zapytałem.

– Dasz stówę, to se sprawdzisz – zarechotał ponownie.

Popatrzyłem w przekrwione, zaropiałe ślepia. Wzrok był maślany, ale mnie się wydawał twardy jak granit.

– Niech będzie – skapitulowałem i wysupłałem setkę.

Chuchnął na papierek, spojrzał, jakby chciał go ucałować, i schował w zanadrze. Podał mi fant. Potrząsnąłem pudełkiem. Było puste.

– Venture capital. No to dałem ciała... – mruknąłem, chowając pudełko do reklamówki.

– Niekoniecznie. – Menel pokręcił głową. – Powiedzmy, że jakby dobrze pogrzebać w kontenerze, z którego to wydobyłem, to może i figurki by znalazł...

– Dam dwie dychy za adres tego kontenera – warknąłem.

– I co, taki goguś jak pan w śmieciach będzie grzebał? – Wykrzywił wargi. – A po co łapy, pardon, dłonie brudzić? Twoje ręce, facet, są potrzebne, by przywrócić temu dawny blask. Od grzebania w śmietnikach tacy jak ty mają takich jak ja... Oczywiście jest to robota brudna, ciężka i przykra, zatem powinna zostać godziwie opłacona.

– Pan Profesor! – zidentyfikowałem wreszcie kolesia, znanego mi tylko z opowieści.

Kilku znajomych łowców wspominało mi o starym nauczycielu, który z powodu alkoholizmu wyleciał z roboty w prestiżowym warszawskim liceum i zorganizował wśród dziadów na podmiejskim wysypisku coś w rodzaju skupu staroci.

– Mów mi po prostu Profesor, bez tego zbędnego „pan”. – Wyszczerzył resztki uzębienia. – Zaś co do szachów... Powiedzmy, że coś dało się zrobić.

Z przepastnej kieszeni płaszcza wyciągnął siatkę. Nawet z tej odległości przez półprzejrzysty plastik zobaczyłem, że jest pełna figur szachowych.

– Ile? – zapytałem.

– Stówę! – powiedział, kręcąc głową, jakby ubolewał nad moją niedomyślnością.

– Są wszystkie?

Menel zmarkotniał.

– Jakbym znalazł komplet, tobym powiedział minimum cztery stówy – westchnął. – Brakuje siedmiu.

– Nie ma szans na znalezienie brakujących?

– Pół dnia przetrząsałem wszystkie okoliczne kubły. – Rozłożył ręce. – Jakby były, tobym znalazł. W końcu jestem profesjonalistą. – Wypiął dumnie zapadniętą pierś.

Wręczyłem mu kolejny banknot i dorzuciłem siatkę z szachami do reklamówki z pudełkiem. Chciałem jeszcze dać menelowi wizytówkę, ale nie zdążyłem.

– Gestapo! – rzucił półgłosem mijający nas staruszek.

W emerytów jakby piorun strzelił. Momentalnie zaczęli zwijać swoje bieda-kramiki. Ci, którzy nie mieli szans dość szybko zebrać swojego „towaru”, po prostu czmychnęli. Zza węgła hali faktycznie wyszło trzech byczków w czarnych uniformach warszawskiej straży miejskiej. Ruszyli prosto w moją stronę.

– Dokumenty – warknął ten idący na przedzie.

Rozejrzałem się na boki, ale byłem sam. Czyżby mówił do mnie!? Na to wyglądało.

– A niby w jakim celu? – zaciekawiłem się.

– Będzie mandat za nielegalny handel. Masz zgłoszoną działalność gospodarczą? – bezceremonialnie przeszedł na ty.

Spojrzałem na leszcza starszego ode mnie może o trzy lata. Wyglądało na to, że nie żartuje. Na głupiej gębie malowała mu się szczeniacka pewność siebie.

– Że niby co?! – Potrząsnąłem głową. – Jaki znowu handel?

– Ten. – Wycelował palcem pod moje nogi.

No tak, menel zwany Profesorem oczywiście wyparował jak kamfora, pozostawiając swój kramik. I te łachudry najwyraźniej doszły do wniosku, że to mój towar. Nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać.

– To nie moje.

– Wisi mi to, ujęliśmy cię na gorącym uczynku i jest jeszcze dwu świadków. – Wskazał towarzyszących mu buców.

– Odmawiam wylegitymowania się. – Wzruszyłem ramionami. – Żądam sprowadzenia policyjnego technika, fachowego zabezpieczenia wszystkich tych przedmiotów, wyodrębnienia z nich odcisków palców oraz śladów zapachowych. Po zakończeniu czynności spotkamy się przed sądem, gdzie odpowiecie panowie za nieuzasadnione zatrzymanie i publiczne zniesławienie.

Kątem oka widziałem, że emeryci, którzy umknęli, korzystają ze sprzeczki i wracają, by chyłkiem pozbierać swój dobytek. Zatem trzeba dać im trochę więcej czasu...

– Poza tym – spojrzałem z powątpiewaniem – takie uniformy, naszywki i blachy to można kupić w dowolnym sklepie z militariami. Możecie panowie wezwać patrol policji, z nimi ewentualnie jestem gotów porozmawiać – zaproponowałem.

– Facet, nie rób z nas idiotów – zaczął piskliwym głosikiem ten po lewej.

– Ależ nie mam zamiaru i chyba wcale nie muszę... – Uśmiechnąłem się promiennie. – I szczerze odradzam próby legitymowania mnie siłą, bo będzie jeszcze sprawa sądowa o nieuzasadnione użycie przemocy. Dodam, że adwokat Zygfryd Storm to mój stryj.

Nazwisko musieli rozpoznać, ale chyba nie uwierzyli.

– Mamy prawo...

– Nic mi na ten temat nie wiadomo. Proszę przedstawić wydruk z odpowiedniego dziennika ustaw...

– Jakiś problem? – dobiegło z boku.

Obejrzałem się. Obok nas wyrósł patrol policji. Kolesie musieli być z prewencji, bo górowali nad strażnikami o dobre pół głowy.

– Ten tu odmawia wylegitymowania się... – zaczął dowódca patrolu.

– Zwracać się wedle rangi! – huknął gliniarz. – Dokumenty, obywatelu – zwrócił się do mnie.

Bez słowa podałem dowód i legitymację studencką.

– O co chodzi z tym legitymowaniem?

– Zostałem bezpodstawnie zatrzymany, publicznie znieważony i oskarżony o nielegalny handel, panie nadkomisarzu – wyjaśniłem, wskazując śmietnik u swoich stóp.

W ostatniej chwili stłumił śmiech, udając kaszel. Oddał mi papiery, nawet nie zaglądając do środka. A potem przeniósł ciężkie spojrzenie na strażników.

– Słucham – warknął.

– Panie nadkomisarzu... kontrolujemy targowisko... – zaczął domniemany dowódca patrolu.

– Postawa! – ryknął. – Zwracasz się do policjanta, i to znacznie wyższego rangą. Niczego na szkółce nie nauczyli? Pagonów nie rozpoznajesz?

– Posłusznie melduję, obywatelu, eee... nadkomisarzu... – wybąkał strażnik, stając na baczność. – Ten człowiek wydawał się handlować... Zapewne zaszła pomyłka...

– Po powrocie na komendę zgłosisz się do waszego lekarza, niech skieruje cię na dodatkowe badania okulistyczne. Sądzisz, że ten studenciak w ogóle pasuje do tego bazaru? – Wskazał mnie gestem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?