ReputacjaTekst

Z serii: Światy Pilipiuka #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Reputacja
Reputacja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,83  55,86 
Reputacja
Reputacja
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przypomniał sobie, jak asystował w zawodach towarzystwa gimnastycznego „Sokół”. Ćwiczenia strzeleckie, marsze, biegi na orientację... To się przyda. Prędzej czy później Polska będzie potrzebowała ludzi wyćwiczonych i zdolnych do noszenia broni.

*

Wrócił z przechadzki późno, zmęczony, ale odprężony. Oderwał myśli od ponurych spraw. Piękny dzień, słońce i świeże powietrze podziałały na niego uzdrawiająco. Jednak dobry nastrój prysł już w chwili, gdy przechodził przez bramę leprozorium. Słońce właśnie ukryło się za chmurami. Deski elewacji, pomalowane na paskudny sinozielonkawy kolor, wydały się przez to jeszcze brzydsze. Widział miejsca, gdzie farba łuszczyła się, widział wypaczone parapety, mech na dachach i trawy kiełkujące w nieoczyszczonych rynnach.

Mój przyjaciel się zestarzał, jego uczeń baluje po świecie, nie ma komu zadbać o szpital, pomyślał. Z drugiej strony, główny budynek jest przecież obecnie gdzie indziej, to teraz jedynie jednostka doświadczalna, nie tu idą największe nakłady. Armauer jest szefem już tylko tego zespołu...

Wszedł do budynku. Przez chwilę chciał zapukać do drzwi mieszkania Hansena, ale słysząc pogwizdywanie, skręcił w prawo, do laboratorium. Na ciężkich dębowych stołach położono marmurowe blaty. Lśniły niklowane statywy, połyskiwały mosiężne tubusy najnowocześniejszych niemieckich mikroskopów i binokularów. W szafach bielały porcelanowe słoje z odczynnikami. Lekarz mieszał jakieś substancje, powitał przyjaciela tylko zdawkowym skinięciem głowy. Skórzewski, nie chcąc przeszkadzać, minął go i stanął na końcu przed dwoma gąsiorami pełnym wody. Wyglądały jak miniaturowe akwaria. Wsypano do środka trochę piasku, zasadzono wodorosty. Napuszczono też rozwielitek i temu podobnych żyjątek, Paweł widział unoszące się larwy komarów.

– To do kolejnej infekcji – wyjaśnił Hansen, kończąc swoją pracę. – Malaria...

– Czy to aby zgodne z prawem? – zaniepokoił się gość. – W końcu masz tu rezerwuar groźnej zarazy... Gdyby się wydostały, możesz wywołać epidemię w całym mieście.

– Dlatego trzymamy je w gąsiorach z grubego szkła, a nie w akwariach. W szyjkach są tampony, których nie sforsują... Nie ma ryzyka. No, może jakieś jest, ale minimalne. Poza tym tu jest za zimno. Komary utrzymają się do jesieni i będzie po malarii.

– Hmm... – Polak pozostał sceptyczny. – A jeśli miejscowe komary też zaczną to przenosić? Niby jest to choroba tropików i tam zbiera najbardziej śmiertelne żniwo, ale szaleje też na Krymie, a i w moim kraju się przytrafia! Trzeba z tym bardzo uważać. Może ci jakoś pomogę? – zaofiarował się.

– Nie trzeba, dziękuję. Potrzebuję dosłownie jeszcze chwilę, żeby to skończyć... Pani Laura złamała się i zje z nami dziś kolację – zmienił nagle temat, umieszczając jedną z kolb w specjalnym uchwycie.

– Właśnie miałem o nią zapytać. Gdzie mieszka? Tutaj czy gdzieś w mieście?

– Zatrzymała się w jakimś hotelu, nie wypadało mi wypytywać. – Hansen podgrzewał coś nad palnikiem.

– O której... – zaczął Polak.

– O dziewiętnastej u mnie – wyjaśnił zwięźle Hansen, wstawiając menzurkę w uchwyt stojaka. – A właśnie, jeszcze jedno... Zapodział mi się gdzieś list z Oslo, szara koperta, brązowy znaczek. Ze szpitala miejskiego, od mego starego znajomego doktora Ottona Johansena. Nie zdążyłem nawet otworzyć i gdzieś zniknął... Starzeje się człowiek. Gdybyś go gdzieś przyuważył...

– Będę się rozglądał.

Skórzewski wyszedł na dziedziniec, chciał usiąść na ławce przed szpitalem, ale przypomniał sobie, że siadują na niej pacjenci, i zrezygnował. Lepiej nie kusić losu. Nieopodal zobaczył pięć zdechłych ptaków. To przypomniało mu, że miał rano poprosić o uprzątnięcie martwego szczura. Podszedł do budki dozorcy.

Wąsaty, starszy mężczyzna gotował sobie właśnie kawę na małym piecyku. W pomieszczeniu panował nieznośny upał, spotęgowany jeszcze przez ogień płonący pod blachą. Dozorca zdjął z pieca mały, poobijany garnuszek i wlał jego zawartość do prostej, białej filiżanki.

– Słucham pana, doktorze – odezwał się po niemiecku.

– Chciałem prosić o coś – lekarz powoli, starannie dobierał norweskie słowa. – Tam pod ścianą leży zdechłe zwierzę, szczur. A pod drzewem...

– Znowu ptaki? – Dozorca machnął nabijaną właśnie fajką. – Ciągle nowych przybywa, co wyrzucę, to robota od początku – mówił po niemiecku trochę nieskładnie, ale zrozumiale.

– Od kiedy tak jest?

– Ano jakoś ze dwa miesiące będzie. – Mężczyzna pociągnął łyk kawy. – A i sprzątać nie ma komu, bo tu tylko ja do roboty zostałem. No i Nils w szpitalu. Reszta uciekła.

Skórzewski przypomniał sobie, że już słyszał o odejściu personelu. Wiadomość ta nie zdziwiła go – w końcu niewielu ludzi zgadza się dobrowolnie na kontakt z trędowatymi. Jednak w świetle niepokojących doktora Hansena wydarzeń każda informacja mogła być przydatna.

– Uciekli? – podchwycił.

– Ano, jak mój Klaus, znaczy pies, zdechł, a potem koty, co tu przychodziły, to ludzie zaczęli mówić, że zaraza taka zjadliwa, że i na zwierzęta się przenosi. To i dla ludzi zjadliwsza, powiadali. No i poszli precz. A Helga, służąca doktora, to miała kanarka w klatce. I mówiła, że kiedyś w nocy obudził ją straszny skrzek, jakby wielkiego ptaszyska. I oczy jakieś dziwne zobaczyła, całkiem nieludzkie. I koloru dziwnego. Schowała się pod kołdrę ze strachu. A rano, jak wstała, to kanarek... – Stróż przeciągnął dłonią po gardle.

– Pewnie zwierzę też się przestraszyło – zauważył lekarz.

– Tylko czego? Okna zamknięte były, wejścia pozamykane, bo sam pilnuję, żeby zawsze na noc wszystko było zawarte. Helga powiedziała, że ani chybi to demon, a następnego dnia spakowała walizkę i wymówiła panu doktorowi. A potem inni odeszli. – Stróż westchnął i zaciągnął się dymem z fajki. – Niech pan się nie martwi, posprzątam – zmienił nagle temat i dalej pykał już w milczeniu, dając do zrozumienia, że nie chce kontynuować rozmowy.

Doktor pożegnał się i poszedł przebrać się do kolacji.

*

Szarlotka popijana mocną aromatyczną kawą smakowała wyśmienicie. W kieliszkach czerwieniały resztki wina. Doktor Laura jadła niewiele, za to spoglądała co i rusz na doktora Hansena i Skórzewski nagle uświadomił sobie, że ma dokładnie taki sam wyraz twarzy, jak przed południem w gabinecie, gdy oglądała trędowatych. Patrzyła na Armauera jak na ciekawy przypadek... medyczny? No tak, leczyła go przecież.

– Pamięta pani nasze ostatnie spotkanie? – zagadnął Polak.

Kobieta uniosła i przechyliła głowę. Ciemne szkła nie pozwalały dojrzeć jej oczu, ale zmarszczyła czoło.

– Wydaje mi się, doktorze... Hmm... Chyba nigdy nie zostaliśmy sobie przedstawieni, choć twarz pańska wydaje mi się znajoma. Wydaje mi się, że kilka lat temu na kongresie medycznym słuchałam pańskiego referatu.

– Berlin, Uniwersytet Friedricha Wilhelma von Schellinga, byłem tam na kongresie chorób wewnętrznych w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku.

– Przyjechał pan jako członek delegacji z Petersburga. – Kiwnęła głową. – A wystąpienie dotyczyło chyba leczenia urazów odniesionych przy pracy... Na podstawie pańskiej praktyki lekarza kolejowego na Syberii. Widzę, że dobrze pamiętam. Czemu pan pyta?

– Po prostu usiłowałem sobie przypomnieć, o czym było pani wystąpienie...

– Zostało wygłoszone na samym końcu. Być może nie był pan na nim obecny. – Uśmiechnęła się. – Referowałam te same nudne zagadnienia, co zwykle. Przewlekłe infekcje ran szarpanych, wywoływane wydzielinami bakterii gnilnych, żerujących na obumarłej tkance... A co ciekawego przygotował pan na nadchodzący kongres? – zainteresowała się.

Wyjaśnił pokrótce, czym się obecnie zajmuje. Potem Hansen zaczął opowiadać o tym, kogo zaprosił i jakie to medyczne sławy za miesiąc zjadą do Bergen. Mówił z trudem i dość nieskładnie, widać było, że jest zmęczony. Rozmowa nie kleiła się i z niejaką ulgą wstali wreszcie od stołu.

Laura oznajmiła, że wraca do hotelu. Skórzewski kurtuazyjnie zaproponował, że ją odprowadzi, ale odmówiła.

– To nie wypada, mój panie! – Pokręciła głową jakby z naganą. – Zresztą miasto jest bezpieczne i nikogo tu nie dziwi widok samotnie spacerujących cudzoziemek.

– Skoro tak sobie pani życzy...

– Dziękuję za dobre chęci. – Ukłoniła się sztywno i wyszła.

Patrzył przez okno, jak przeszła przez dziedziniec i znikła w bramie. Pielęgniarz sprzątnął ze stołu i lekarze zostali sami.

– Niemcy z tą ich nowoczesnością i emancypacją kobiet – skrzywił się Paweł. – Tego właśnie w nich nie lubię. Choć rozwój higieny i dbałość o kulturę fizyczną młodzieży wypada pochwalić, to jednak nieustanna dyscyplina oraz ten militarny dryl, tak u chłopców, jak i u dziewcząt, budzą moją odrazę.

– Jakby szykowali się do wojny. Trzydzieści lat minęło, ledwo co przebrzmiały echa ich zbrodni w Alzacji Francuskiej, a wygląda na to, że ten ich kajzer marzy o kolejnej awanturze. Ano cóż, pora spać – westchnął Hansen.

– Wiem, że jesteś zmęczony, ale czy moglibyśmy zamienić jeszcze parę słów? Wolałbym nie czekać z tym do rana.

Stary lekarz potarł skronie i ciężko usiadł w fotelu.

– O czym chcesz rozmawiać? – zapytał.

– Wydaje mi się, że to nie jest Laura von Lindenbrock – oznajmił doktor Skórzewski.

– Cóż to za żarty? – zdziwił się Hansen. – Przybyła zgodnie z zapowiedzią... Zresztą poznałem ją z dziesięć lat temu w Kopenhadze.

– Ja też ją znam, choć nie jest to bliska znajomość. Spotkaliśmy się w Berlinie na kongresie. Niewiele kobiet praktykuje medycynę, więc nietrudno zapamiętać. W czasie rozmowy dwukrotnie zastawiłem na nią pułapki. Po pierwsze, nazwa uczelni. Powiedziałem, że patronuje jej Friedrich Wilhelm Joseph von Schelling.

 

– Ale to się chyba zgadza? – Hansen poskrobał się po łysinie. – W Berlinie jest Uniwersytet Friedricha Wilhelma...

– Prawie, ale nie do końca. Patronem jest Friedrich Wilhelm król Prus, a Friedrich Wilhelm von Schelling był niemieckim filozofem, związanym z tą uczelnią. Każdy pracownik naukowy sprostowałby natychmiast taki błąd!

– Może jest przesadnie taktowna i nie chciała korygować twojej pomyłki?

– Nie wygląda na tak delikatną. Po drugie, kongres, na którym ją poznałem, miał miejsce nie w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym dziewiątym, ale cztery lata wcześniej.

– Teraz to już chyba przesadzasz. Pamiętasz daty wszystkich zjazdów, w których brałeś udział?

– W dodatku wtedy nosiła mocne okulary, nie używała przyciemnianych szkieł. Te wyglądają niemal jak okopcone od wewnątrz. Poza tym rozumiem nadwrażliwość na światło na zewnątrz, ale w środku szpitala i przy zasuniętych roletach? Przy blasku lampy naftowej?

– Do czego zmierzasz?

– Może nosi je, żeby ułatwić sobie udawanie doktor von Lindenbrock? W ten sposób można zamaskować pewne różnice wyglądu twarzy – zasugerował Paweł. – Rozmawiałem z dozorcą – zmienił temat. – Opowiedział mi o kanarku służącej.

– Aaaa, tak – mruknął Hansen z niechęcią. – Staram się nie oceniać ludzi, ale Helga to była straszna histeryczka. Trzymałem ją, bo służąca, która zgadza się zamieszkać w takim miejscu, to prawdziwy skarb. Jednak muszę przyznać, że charakter miała dość uciążliwy. W nocy bała się wyjść z pokoju, a jeśli po nią dzwoniłem, często przychodziła cała roztrzęsiona i plotła banialuki o tym, że w komórce przy schodach ktoś się zamknął i stuka, że na strychu straszą duchy zmarłych pacjentów, a w lustrze w holu na dole widziała straszliwe oczy, które jej się przyglądają. Niewątpliwie przypadek lekkiej paranoi – podsumował.

– Jednak to, co ją skłoniło do odejścia...

– No cóż, nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Usłyszała coś, czy też przyśnił jej się krzyk, ze strachu wyimaginowała sobie znów świecące w ciemnościach oczy... Tylko śmierci kanarka nie umiem wytłumaczyć. Mógł niby zdechnąć sam z siebie, ale to było już w czasie, kiedy inne zwierzęta zaczęły padać. Może więc jest rzeczywiście jakaś wspólna przyczyna? – Potarł czoło. – Woda? My pijemy gotowaną i w postaci herbaty. Zwierzętom lejemy prosto z kranu. Jest też poidło dla ptactwa... Że też wcześniej na to nie wpadłem! Może hydraulicy użyli do lutowania rur jakiegoś stopu zawierającego rtęć?

– Wierzysz w to wyjaśnienie?

– Nie do końca... Nie, wcale nie wierzę. A ty masz lepsze?

– Poukładam sobie wszystko w głowie i powiem, co wymyśliłem – obiecał Skórzewski. – A teraz rzeczywiście chodźmy spać.

*

Rano przybiegł goniec z listem z komory celnej. Bagaż był już skontrolowany, cła nie nałożono, prosili o odebranie skrzyni. Doktor Paweł, klnąc pod nosem, pojechał do portu.

– Najmocniej przepraszamy, że tyle to trwało – sumitował się urzędnik. – Ale mieliśmy problem z cyrylicą. Mało kto w naszym mieście zna rosyjski alfabet, no i spisać te sto czterdzieści tytułów...

– A po co w ogóle je spisywać? – burknął rozeźlony lekarz. – Przecież to nie dynamit, tytoń ani jedwab. Ani nawet alkohol! Tylko książki i czasopisma naukowe z dziedziny etnografii! To w ogóle nie podlega ocleniu!

– Ale jak każdy towar transportowany morzem, musiało trafić do nas. Mamy obowiązek sprawdzać, co jest w każdej paczce. Wszak pod książkami mogły być butelki z rosyjską wódką, karakuły, tkaniny, cygara czy inne rzeczy. A jak już to do nas trafiło, to musieliśmy przecież sporządzić protokół ujawnionej zawartości. Nas zwierzchnicy też kontrolują i rozliczają, nie wyłączając prowokacji, którymi regularnie badają naszą sumienność.

– Idiotyzm! – burknął Skórzewski. – Dopiero co odzyskaliście wolność, jesteście we własnym kraju i zamiast budować go w duchu swobody i wzajemnej życzliwości, sami zakuwacie się w kajdany zbędnych i szkodliwych przepisów.

Na twarzy urzędnika nie drgnął żaden mięsień.

– Poprosimy o pokwitowanie.

Skórzewski przejrzał pobieżnie plik kartek i zły jak osa ozdobił je autografem. Podpisał się cyrylicą, niech się jeszcze trochę pomęczą.

Drewniana skrzynia, wypchana książkami, była ciężka jak sto nieszczęść. Doktor musiał nająć wózek zaprzężony w konika. Sprowadzono mu po chwili popularną w tych stronach dwukołową kariolę. Woźnica był stary, na głowie nosił wyświechtaną zydwestkę, jego kurtka była chyba w lepszych czasach szwedzkim mundurem marynarki...

– Pan sobie życzy dokąd? – zapytał, odsłaniając w uśmiechu poczerniałe pieńki zębów.

– Do muzeum.

– Tego z gnatami wielorybów?

– Ee... Tego z tyłu, tam gdzie są różne zabytki, obrazy...

– A, to już wiem.

Zaciął batem i pojechali. Kariola trzeszczała i skrzypiała, ładny, jasno umaszczony konik wspinał się stromą uliczką bez większego wysiłku.

Fiording, pomyślał Skórzewski, patrząc na ciemną pręgę znaczącą jasny grzbiet zwierzęcia. Takim niestraszne nawet strome ścieżki norweskich gór.

Słyszał, że do odciętych od świata wiosek miejscowi kupcy dostarczają niezbędne zaopatrzenie, wioząc je w jukach na grzbietach takich właśnie poczciwych koni. Woźnica w milczeniu ssał cybuch wygasłej fajeczki. Doktor rozglądał się wokoło. Eleganckie drewniane domy, malowane na biało elewacje, kwiaty w donicach, róże pnące się po ścianach... Nowa zabudowa wypierała wcześniejszą, tu i ówdzie widział jeszcze parterowe chałupki przekrzywione od wichrów wiejących od morza, poczerniałe ze starości... Nowe domy były wyższe, przestronniejsze i miały znacznie większe okna.

Do miasta dotarła kolej, łatwiej było więc dowozić towary z głębi kraju, a nawet z zagranicy. Do tego na Spitsbergenie ruszyło wydobycie węgla kamiennego.

Zapewne ceny opału spadły, ogrzewanie jest tańsze, dywagował. Ludzie chcą lepiej mieszkać, nawet w tak biednym kraju.

Zatrzymali się przed budynkiem muzeum. Woźnica, choć nie wyglądał na szczególnie silnego, zarzucił sobie skrzynię na ramię. Weszli do holu. Na ich spotkanie pospieszył młody człowiek.

– Doktor Paweł Skórzewski, z Petersbuga – przedstawił się gość. – Przywiozłem trochę książek dla biblioteki muzeum, mam je przekazać panu Torgersenowi.

– Olsen – przedstawił się młodzieniec. – Dziękujemy bardzo. Gdybym mógł prosić od razu do biblioteki. – Wskazał kierunek. – Pan kustosz jest na najwyższym piętrze, z pewnością chętnie zamieni kilka słów. Zaraz doniosę panom herbatę...

– Muszę zapłacić... – Skórzewski skinął w kierunku woźnicy.

– Ależ broń Boże! Wszystkie koszta muzeum bierze na siebie!

Doktor podreptał po schodach na górę.

W sali na piętrze panował miły rozgardiasz, towarzyszący zazwyczaj przygotowaniu nowych ekspozycji. Na podłodze rozstawiano skrzynie i tekturowe pudła, strzępy gazet i paski rogoży walały się dookoła. Skórzewski spostrzegł wesołego staruszka z bokobrodami, układającego jakieś metalowe przedmioty w gablocie. W głębi pomieszczenia widział jeszcze jakąś dziewczynę grzebiącą w pudłach. Przedstawił się i wyjaśnił, z czym przybył.

– Dziękuję serdecznie – ucieszył się muzealnik. – Zaraz napiszę do Petersburga z podziękowaniami. Wie pan, nasza biblioteczka jest skromna na razie, dopiero dwanaście tysięcy woluminów. Każda kolejna pozycja to jak dar z nieba...

– Dowiedzieli się, że jadę do Bergen, i poprosili, bym to przywiózł. Dla mnie to żaden kłopot – zapewnił Skórzewski. – No cóż, nie będę przeszkadzał, widzę, że pan bardzo zapracowany. – Ogarnął gestem salę.

– Ależ co też pan, herbaty się chociaż napijmy! Ja od rana w tym kurzu grzebię. Miałem właśnie zrobić sobie przerwę... Jeśli tylko ma pan chwilę dla starego dziwaka... Nieczęsto nas ktoś odwiedza.

– Jeśli nie będę przeszkadzał...

– Ależ co też pan...

– Ja za chwilę dołączę – zawołała dziewczyna. – Tylko odnajdę tamto siodło!

Zasiedli przy małym stoliku. Młody człowiek, poznany na parterze, przyniósł paterę ciastek, trzy spodki, filiżanki i wrócił na dół parzyć herbatę. Doktor powiódł wzrokiem po zgromadzonych sprzętach i skrzyniach.

– Widzi pan, uczony kolego, mamy tu skromne zbiory etnograficzne, dopiero zalążek kolekcji.

– No, niech pan nie przesadza – uśmiechnął się doktor. – Nie taki znów zalążek. Z tego, co wiem, to muzeum funkcjonuje od tysiąc osiemset dwudziestego piątego roku. Z pewnością zebraliście do tej pory wiele tysięcy ciekawych obiektów.

– Teoretycznie tak, ale dawnym zbieraczom brakowało systematyczności, gromadzili to, co wydawało im się osobiście ciekawe. Stąd wartość naukowa zbioru trochę kuleje. Obecnie pragniemy gromadzić stare przedmioty, używane przez norweskich chłopów. Na północy, nad fiordami, często od wieków używa się podobnych narzędzi. Podobnych metod obróbki drewna, rogu, skóry. W głębi kraju żyją też Lapończycy. Temat rzeka, bo bardzo ciekawy to lud, dzielący się na wiele odrębnych plemion, zróżnicowanych, jeśli chodzi o tryb życia. Ci żyjący w głębi lądu to koczownicy hodujący renifery, ale na brzegach oceanu mieszkają ich pobratymcy, którzy gospodarkę oparli na połowie ryb i fok... Zanudzam pana?

– Bynajmniej, to bardzo ciekawe – zaprzeczył Skórzewski.

– W siedemnastym i osiemnastym wieku dotarli do nich misjonarze. To było pierwsze zderzenie kultur, można powiedzieć. Autochtoni zaczęli się zmieniać. Dziś dochodzi do zderzenia drugiego. Wyroby przemysłowe stały się tanie. Lapończycy kupują barwniki. Ich stroje wcześniej zdobione były nitkami farbowanymi sokami roślinnymi. Dziś to feeria barw. Do tego już dawniej ozdabiali odświętne stroje, wplatając w materiał cynowe druciki, dziś nabywają w sklepach druciki miedziane w szpulach i wykonują z nich zachwycająco misterne hafty.

– Rozumiem, że chcą panowie uchwycić tę zmianę, zebrać przedmioty i wyroby dawniejsze, zanim zostaną zniszczone, a techniki ich wytwarzania odejdą w zapomnienie?

– Nie inaczej. Co więcej, mam świetną konsultantkę, która pomaga nam to wszystko opisać. – Wskazał dziewczynę grzebiącą w pudłach na końcu pomieszczenia. – To panna Agot, córka lekarza pracującego w okolicach Bodo. Można powiedzieć, że prawie wychowywała się wśród Lapończyków, często obozowali opodal domu jej ojca, nieraz bywała też u nich w gościnie. Wie pan, jak to dzieci, szybko uczą się języków, łatwo podpatrują to i owo.

– Przepraszam, jeszcze chwilę! – powiedziała. – Już prawie znalazłam!

– Proszę spojrzeć choćby na to. – Muzealnik wskazał ozdobione nacięciami drewniane rurki leżące w pobliskiej gablocie. – Mieliśmy tego w magazynie cały karton. Moja pierwsza myśl – fujarki. Dmuchałem tak i siak, nie uzyskałem żadnego dźwięku.

– Do czego zatem służą? – Skórzewski przeniósł wzrok na dziewczynę, która właśnie nadeszła.

Ta zarumieniła się lekko.

– Widzi pan, panie doktorze, lapońskie matki zakładają je małym chłopcom na przyrodzenie. Gdy idą na wędrówkę z dzieckiem na plecach, rurka sterczy sobie w bok poza chustę. I jak chłopiec siusia, mocz nie zanieczyszcza odzienia matki i dziecka, tylko swobodnie tryska w bok.

– Coś podobnego – zdumiał się lekarz.

Panna Agot siadła na wolnym krześle.

– A tu mamy coś bardziej z pańskiego kręgu zainteresowań. – Etnograf przyciągnął do stolika i otworzył kolejną skrzynię. – Trochę przedmiotów związanych z medycyną i magią medyczną...

Wyjmował po kolei miedziane kociołki, tygielki i dzbanuszki. Norweg wyjaśniał, jakie rodzaje nastawów, naparów i wywarów ziołowych stosował ten lud. Padały nazwy chorób, łacińskie nazwy roślin. Wprawdzie wiedza ta zainteresowałaby raczej farmaceutę, ale Skórzewski, popijając herbatę, słuchał wykładu z zaciekawieniem.

– Co ciekawe, w większości plemion pierwotnych funkcje szamańskie powierzano raczej mężczyznom. U Lapończyków trafiają się natomiast kobiety parające się magią i ziołolecznictwem – mówił etnograf. – Przeważnie mają u swoich pobratymców fatalną opinię, funkcjonują poza marginesem społeczności, zupełnie jak wiedźmy czy czarownice w dawnej Europie. Bez powodu nikt do nich nie chodzi.

– Jednocześnie Saamowie wierzą, że choroby mogą zsyłać istoty, które niepostrzeżenie wnikają między ludzi, przyjmując postać wędrowców i żebraków – dodała dziewczyna. – Przypuszczam, że to może być jakaś reminiscencja dawnych zaraz. Niewielkie społeczności, żyjące w mocno izolowanych dolinach i sporadycznie kontaktujące się z innymi ludźmi, nie posiadają odporności na wiele chorób... Zresztą, po co to tłumaczę, jest pan lekarzem.

 

– W tych warunkach jeden obcy przybysz może wywołać całą epidemię. – Polak pokiwał głową.

– Stąd strach przed obcymi i rozmaite przesądy na nim wyrosłe – dodała dziewczyna. – W moich stronach wszystkim nieznajomym kazano pić wodę ze srebrnej czarki. To miało spowodować, że demon choroby udający człowieka ulegnie poparzeniu.

– Interesujące, nieprawdaż? – rzucił stary etnograf. – I w naszej kulturze, i u nich srebro jest metalem świętym, chroniącym od złego.

– Wedle innych opowieści istoty takie posiadają oczy z tęczówkami pięknymi jak kwiat, za to pozbawione źrenic, z tym że tylko nieliczni mogą ten brak zauważyć – dodała Agot.

– Saamowie mają przeważnie brązowe oczy? – zapytał Skórzewski. – Nie przywykli do innych kolorów, stąd nieufność wobec jasnookich ludzi?

– Ciemnobrązowe, czasem czarne, ale po tylu latach osadnictwa i związanego z nim mieszania się krwi u wielu wybijają cechy szwedzkich i norweskich przodków. Na wybrzeżu osiedlali się też wikingowie. Trudno ocenić, jak wielu Saamów jest czystej krwi. Ale ma pan rację, jasnoocy są dla nich jakby na dzień dobry trochę podejrzani. Choć tak na logikę, raczej powinni zwracać uwagę na tych z ciemnymi tęczówkami, bo gdy oko jest ciemne, brak źrenicy byłby mniej widoczny...

– Skoro jesteśmy przy wzroku – etnograf włączył się do rozmowy – mamy kilka sztuk okularów ze szparą naciętą w płytkach kości.

– Widziałem podobne na Syberii – rzekł Skórzewski. – Tamtejsi mieszkańcy używają ich wiosną, by słońce odbijające się w lodzie lub zmrożonej pokrywie śnieżnej nie spowodowało tak zwanej „śnieżnej ślepoty”.

Spędzili miło jeszcze dwie godziny. Doktor opowiadał o zwyczajach ludów, które zamieszkiwały tajgę, etnograf i dziewczyna doszukiwali się analogii w obyczajach Lapończyków. Poprosili go, by narysował, jak wyglądają namioty syberyjskich koczowników. Z magazynu wyciągnęli chlubę muzeum – pięć oryginalnych szamańskich bębnów.

– Lapończycy używali ich do wróżenia – wyjaśnił kustosz. – Rzucali na bęben kółko z miedzi i bili w skórę widełkami z rogu renifera. Jak pan widzi, są tu wymalowane rozmaite symbole.

– Ten barwnik uzyskiwali bardzo długo, żując korę drzew – dopowiedziała dziewczyna.

– Wibracje sprawiały, że kółko przesuwało się po skórze, dotykając losowo niektórych symboli, z czego ich szamani usiłowali odczytywać przyszłe losy plemienia – ciągnął etnograf. – Podobnie czynią to dzisiaj spirytyści, którzy za pomocą wirujących stolików pragną zmusić duchy do mówienia... Choć ja nie lekceważyłbym tak do końca magii ludów pierwotnych. Czytałem wiele bardzo dziwnych relacji. Gdy dłużej obcujemy z wyrobami ich rąk, zaczynamy dostrzegać więcej niż tylko obrobiony róg i kość. Ich życie duchowe... Ja byłbym ostrożny.

– Sam także widywałem rzeczy, których nie umiem tak do końca wyjaśnić – odparł Skórzewski. – I też zalecam ostrożność... To nie są zabawki.

*

Dochodziła północ. Doktor przewracał się w pościeli.

– Oczy... Oczy są kluczem... – mruczał pod nosem. – Zwierciadłem duszy...

Przypomniał sobie, jak mając siedemnaście lat, po raz pierwszy przyjechał do krewnych w Polsce. Wychowany za Uralem, zdumiewał się, widząc ziemię tak żyzną, urodzajną i obdarzoną tak wspaniałym klimatem. Poznał rodzinę wcześniej znaną tylko z listów i kilku przesłanych pocztą fotografii. Z rozległego klucza majątków po rekwizycjach pozostał tylko jeden niewielki folwark i drewniany dworek, zagracony sprzętami wyniesionymi cichcem po nocach z konfiskowanych pałacyków. Ale nawet te skromne resztki rodowej fortuny zrobiły na nim ogromne wrażenie. Oglądał stare księgi, w których siedem kolejnych pokoleń spisało dzieje rodziny. Patrzył w twarze malowanym na miedzianej blasze konterfektom przodków. Wyciągał z pochew jatagany, zdobyte przez pradziadów pod Wiedniem.

Kuzyni trzymali kilka koni pod wierzch, objeździli więc z nim okolicę, oglądając ruiny dawnych fortalicji, kurhany i wioski drzemiące leniwie w lipcowym upale. Kilka dni przed jego powrotem do Petersburga jechali przez pola, gdy nieoczekiwanie na rozstajnych drogach w kępie bzów spostrzegł małą murowaną kapliczkę. Podjechał bliżej, zeskoczył z klaczy i zajrzał przez okienko do wnętrza. Ceglana posadzka była zamieciona, na stoliku w glinianym dzbanie ustawiono bukiet polnych kwiatów. W niszy wisiał stary, spłowiały trochę obraz przedstawiający Archanioła Michała z mieczem w dłoni, depczącego powalonego szatana.

Zaskoczyło go to przedstawienie. Obraz stworzył ludowy artysta. Postaci gubiły nieco proporcje, czas litościwie stłumił jarmarczne barwy, wprowadzając nieobecne wcześniej cieniowanie. Jednocześnie widać było, że twórca posiadał pewien talent. Oczy diabła namalowano jako jednolite, smoliście czarne plamy. Wieczorem przy kolacji zapytał o to prababkę.

– Nasz malarz, stary Maciej, w młodości dużo pił – wyjaśniła. – I raz w pijackim szale spotkał diabła. Tak nim to wstrząsnęło, że później przez pół wieku nie wziął wódki do ust. I od tamtej pory zawsze tak maluje. Powiadają, że złe takie ma ślepie jak czarna otchłań... Jakby dziura w samej rzeczywistości. Nie daj Boże spojrzeć w takie ślepia. Gadają też, że opętani mają czasem oczy pozbawione źrenic. Ujrzysz takiego, to trzymaj się z daleka... Różne ludy tu po wsiach żyją, Polacy, Rusini, Żydzi i Cyganie. Ale co do tego wszyscy są zgodni. Oczy to zwierciadło duszy. I nigdy nie ufaj tym, którzy je zasłaniają.

Minęło wiele lat, zapomniał ogromną masę wszelakich rzeczy, ale ciągle pamiętał tę przestrogę. W swojej praktyce lekarskiej kilka razy zetknął się z ludźmi o oczach bez źrenic, zawsze byli to jednak zwykli niewidomi.

Hansen obawia się ataku z zewnątrz, pomyślał. A jeśli wróg jest już w środku?

Obrócił się na drugi bok. Doktor Laura. Pamiętał jej twarz, okulary, ona też go poznała, a nawet wiedziała, co referował. Faktycznie, mogła pomylić datę kongresu. Rzeczywiście, przez grzeczność mogła nie skorygować nazwiska patrona uczelni. Metoda, którą zastosowała, lecząc Hansena, była radykalna, niebezpieczna, ale mieściła się w ogólnie pojmowanych ramach dopuszczalnych praktyk oficjalnej medycyny...

Może jestem po prostu przewrażliwiony, westchnął, patrząc w jaśniejszy nieco prostokąt okna. Może tak działa na mnie to miasto, ten szpital, wspomnienia sprzed lat. Może powinienem stąd wyjechać? Wsiąść na okręt do Stavanger. Wystawić twarz na morskie wiatry, pozwolić, by falująca woda i odblaski słońca tańczące na fali przyniosły spokój duszy...

*

Wstał rano. Bolała go głowa, jak zwykle po źle przespanej nocy. Otworzył okno, napełnił płuca chłodnym górskim powietrzem. Ale po chwili jego nos złowił nutę słodko-mdławej woni. Wychylił się i po krótkiej obserwacji spostrzegł kłębek futra w rynnie obiegającej dach.

A zatem wiewiórka też zdechła... – pomyślał z melancholią.

Spojrzał na zegarek. Było kilka minut po szóstej rano. Pora w sam raz na poranną przechadzkę.

Wspiął się na wzgórze koło teatru, długą chwilę podziwiał poranne mgły, wstające nad fiordami. Nie miał ochoty wracać, ale wreszcie jakoś się przemógł.

Minęła już ósma. Doktor szedł nieśpiesznie w stronę szpitala. Postukiwał laseczką w bruk i układał sobie w głowie to, o czym dowiedział się w muzeum. Dość nieoczekiwanie spostrzegł biegnące nad ulicą druty. Powiódł za nimi wzrokiem. Znikały w otworze kwadratowej wieżyczki, zdobiącej dach jednego z domów. Nad wejściem umieszczono szyld po norwesku. Jednak nazwisko Bell wystarczyło.

Wszedł do wnętrza urzędu pocztowego. Po lewej ciągnął się rząd kabin, podobnych do konfesjonałów. Rozmównice telefoniczne. Podszedł do lady.