Przyjaciel człowiekaTekst

Z serii: Światy Pilipiuka #11
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przyjaciel człowieka
Przyjaciel człowieka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,58  58,86 
Przyjaciel człowieka
Audio
Przyjaciel człowieka
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Przecież mnie nie zjedzą – burknął.

Zapukał od razu, żeby zdążyć, zanim zbraknie mu odwagi. Zachrobotał klucz w zamku. Otworzyła dziewczyna może rok starsza od niego. Była wysoka, szczupła, a może raczej należałoby powiedzieć: wychudzona. Ładną buzię okalały kosmyki krótko przyciętych jasnobrązowych włosów. Na lekko zadartym nosku połyskiwały okulary w drucianych oprawkach.

– A niech mnie! – zdziwiła się po polsku, widząc swój tubus wiszący na ramieniu przybysza.

– Witam panią – odpowiedział w tym samym języku, kłaniając się. – Jak widzę, dobrze trafiłem i faktycznie jest to pani własność.

Drgnęła zaskoczona.

– Owszem, spadł mi z dachu, gdy zwiedzałam muzeum. Zapewne liczysz na...

– Broń Boże. – Uniósł rękę. – Od swojaków nie biorę pieniędzy. Zwłaszcza za taką drobnostkę. Ale nie pogardzę polskimi gazetami. Albo zbędnymi już książkami.

– Zaproś go chociaż na kawę – odezwał się staruszek siedzący w głębi przy stole. – Albo i na śniadanie.

– Jestem Malwina Skórzewska – przedstawiła się. – A to mój cioteczny dziadek... eee... pradziadek, a właściwie to kuzyn pradziadka, doktor Paweł.

– Antonio Knot – odpowiedział chłopak.

Zachęcony gestem, usiadł na wolnym krześle. Dziewczyna zakręciła się w małej kuchni. Postawiła przed nieoczekiwanym gościem nakrycie.

– Dobrze mówisz w naszym języku, masz polskie nazwisko, ale sądząc po akcencie, nie jesteś Polakiem – zagadnął doktor.

– Mój ojciec był. Pochodził ze Lwowa. Umarł, niestety, wiele lat temu. Rozmawiam przy każdej okazji z polskimi turystami, czasem dorabiam sobie jako przewodnik. Miałem trochę polskich książek, trafiały się też gazety. I gadam sam ze sobą po polsku. Staram się nie zapomnieć języka. Myślałem o tym, żeby kiedyś odwiedzić tamten kraj, ale dotąd nie było okazji. Ojciec był sierotą, nie mam tam żadnych krewnych.

Spod oka obserwował Malwinę. Postawiła czajnik na naftowym prymusie. Miała na sobie prostą lnianą sukienkę. Zachwycił go jej krój, prosty, ale elegancki, podkreślający sylwetkę. Ciemny błękit tkaniny wyostrzały jasne lamówki przy rękawach i koronkowy kołnierzyk.

„Sukienka musi być wystarczająco obcisła, żeby było jasne, że jesteś kobietą, i na tyle luźna, żeby ludzie wiedzieli, że jesteś damą” – z głębin pamięci napłynęła sentencja. Nie pamiętał, gdzie i kiedy ją usłyszał.

Zastanowiła go fryzura dziewczyny. Miała włosy obcięte krócej, niż to widział w najbardziej postępowych francuskich żurnalach. Ale patrząc na jej bladą cerę, domyślił się, że to efekt jakiejś niedawno przebytej choroby. Suchoty? Nie... Przy gruźlicy nie obcina się włosów.

– Używamy ziaren trochę słabiej palonych, niż jest to przyjęte we Włoszech – z zamyślenia wyrwał go głos doktora Skórzewskiego. – Ale też zaparzamy kawę, w przeciwieństwie do ludów z Północy, które wolą ją sypać do czajnika, zalewać zimną wodą i gotować aż do wrzenia.

– Gotowana kawa? – zdziwił się.

– Też mnie to zaskoczyło, gdy bywałem w Szwecji i Norwegii. Nie smakowała mi, a może nie byłem przyzwyczajony.

– I lukrecja – dodała Malwina. – Szwedzi dają ją dosłownie do wszystkiego, mają nawet kiełbasę przyprawianą tym paskudztwem. Nie znoszę...

– Co kraj, to obyczaj – zauważył filozoficznie chłopak. – Wenecja też różni się trochę od reszty kraju. Mamy swój dialekt, potrawy i sposoby przyprawiania typowe tylko dla osad na lagunie. Ale we Włoszech to normalne. Są duże różnice lokalne w języku, kuchni, strojach i obyczajach. Obecną Polskę sklejono z zaledwie trzech części, dzisiejsze Włochy przed stu laty były rozbite na wiele małych państewek. Krzyżowały się tu wpływy francuskie i hiszpańskie. Patrząc w głąb historii, ujrzymy zwaśnione księstwa, a jeszcze wcześniej fale barbarzyńców budujących swoje państewka na gruzach Imperium Rzymskiego. Samo imperium też powstało poprzez podbój ziem Etrusków i wchłonięcie kolonii założonych przez Greków oraz Fenicjan. Co ciekawe, jeszcze w pierwszym wieku etruski był językiem żywym i potrafił się nim posługiwać cesarz Klaudiusz. Dziś po tym narodzie zostały tylko nieliczne inskrypcje, których nie umieją odczytać najwybitniejsi lingwiści. Przepadła cała ich spuścizna, literaturę etruską znamy tylko z omówień i nielicznych cytatów w dziełach autorów rzymskich.

Urwał speszony. No tak, chciał się popisać przed dziewczyną erudycją, a przecież ci ludzie sprawiali wrażenie wykształconych, z pewnością doskonale to wszystko wiedzieli. Ba, zapewne wiedzieli znacznie więcej niż on! Dla pokrycia zmieszania pociągnął łyk kawy.

– Osobiście uważam, że kawa powinna być mocna, czarna i gorzka, ale jeśli sobie życzysz, podam cukru albo tłuczonego kardamonu, mamy też mleko – zagadnął doktor.

– Dziękuję. – Antonio pokręcił głową. – Taka jest idealna.

Naprawdę mu smakowała. Zagryzł kawałkiem szarlotki. Upił kolejny łyk, pozwalając, by smaki kawy i ciasta zmieszały się w ustach. Rozejrzał się. Spostrzegł pulpit, nuty i skrzypce w otwartym futerale. Na etażerce leżała oprawiona w półskórek „Podróż do Włoch” Józefa Kremera. Szkicowniki zajmowały połowę najniższej półki.

Inteligentni, ciekawi świata ludzie, ceniący sobie obcowanie z przeszłością, sztuką, sami próbujący swoich sił w rysunku i muzyce, uznał. Czytają publikacje, by lepiej rozumieć to, co widzą w obcych krajach... Kultywują etos ludzi nauki. I sympatyczni, przyjemnie z nimi porozmawiać. Choćby dla tej chwili warto było uciec z domu dla obłąkanych.

– Przyjechaliśmy trzy tygodnie temu, zaraz przed Wielkanocą. Można powiedzieć, że to podróż naukowa. Ja z dziadkiem włóczymy się po mieście, poznając jego skarby i osobliwości, a mój ojciec spędza całe dnie w archiwach ormiańskiego klasztoru na wyspie San Lazzaro – wyjaśniła dziewczyna. – Jest tam masa cennych średniowiecznych dokumentów, w tym wiele do dziś nieskatalogowanych.

– Byłem tam kiedyś – skinął głową Antonio. – Ale nie w bibliotece. Pomagałem z kumplem przycinać drzewka w sadzie, przy okazji jeden brat oprowadził nas po klasztorze i kościele i poopowiadał. Bardzo ciekawe miejsce.

– Muszę uwierzyć na słowo, bo kobiet nie wpuszczają – westchnęła Malwina.

– Taka reguła zgromadzenia. – Rozłożył bezradnie ręce. – Hmm... W czasie dużych świąt z reguły przynajmniej świątynie stoją otwarte dla każdego. Może na Boże Ciało uda się wejść?

– Nie wszystkie miejsca na świecie da się odwiedzić. Na świętą górę Atos w Grecji też nie wpuszczają kobiet. A mężczyzn pielgrzymów nie więcej niż stu kilkudziesięciu dziennie – odezwał się doktor. – Powiem szczerze, intryguje mnie, jak nas odnalazłeś. To chyba nie było łatwe? Trójka cudzoziemców w mieście, przez które przetaczają się każdego dnia tysiące obcokrajowców...

– O tej porze roku raczej nie tak wielu. Kilka tysięcy może. Camera lucida. Bywa, że turyści rozstawiają sztalugi, malują, rysują, ale mało kto używa takiego urządzenia. To zwraca uwagę. Wśród papierów był też pański portret. – Chłopiec skłonił się doktorowi. – Pokazałem go znajomym gondolierom. Wskazali, w której części miasta państwa szukać.

– Hmmm... A teraz powiedz to, czego tak bardzo boisz się powiedzieć. – Doktor Skórzewski spojrzał na niego znad okularów.

– Mam wizje... – bąknął Antonio i urwał przestraszony własnymi słowami. – Właściwie to miewam.

Umilkł zakłopotany, że stracił czujność, powiedział zbyt wiele. Z drugiej strony nie chciał kłamać.

– Jakiego rodzaju wizje? – zdziwił się staruszek.

– Zabrzmi to jak łgarstwa albo majaczenie szaleńca... Czasem gdy dotykam przedmiotu, pojawiają mi się przed oczyma obrazy, coś jak bardzo chaotyczny film, gonitwa scen, bez dźwięku... – wyznał.

Doktor Skórzewski zmarszczył brwi.

– Bywają wśród nich sceny z minionych czasów, czasem przerażające, zazwyczaj wiążące się z bardzo silnymi uczuciami? – spytał. – Z wybuchem emocji? Jakbyś przez chwilę patrzył oczyma właściciela danej rzeczy na katastrofy, których był naocznym świadkiem?

– Skąd pan wie? – zdumiał się Antonio.

– Zetknąłem się kiedyś z podobnym przypadkiem – zadumał się doktor. – Wiele lat temu i na drugim końcu świata. A potem w rodzinnym kraju.

– Tu prawie nikt mi nie wierzy. Zwłaszcza że to pojawia się zupełnie nieoczekiwanie. Nigdy, kiedy akurat by się przydało. A czasem...

– A czasem obrazy nakrywają cię jak fala, tracisz poczucie rzeczywistości, jak koszmar, z którego nie sposób się obudzić. Nie tylko widzisz, ale też dokładnie czujesz to, co tamten człowiek – uzupełnił Skórzewski.

Chłopiec kiwnął głową.

– Pan mi... wierzy? – szepnął zdumiony.

– Jestem starym człowiekiem i w życiu niejeden raz stykałem się z manifestacjami sił trudnych do wyjaśnienia na gruncie czysto naukowym. Jeden z moich dalekich krewnych posiadał podobną zdolność. Potem usłyszałem o jeszcze jednym przypadku. I raz czytałem relację znajomego o człowieku, który wykazywał podobne talenty. Objawy pasują na tyle dokładnie, że jestem skłonny ci wierzyć.

– Ciekawa zdolność, ale chyba uciążliwa? – zagadnęła Malwina.

– Męcząca, bezużyteczna... Trochę ciekawa, nie przeczę, ale też i przerażająca. A zazwyczaj bardzo smutna. Prawie nigdy nie miałem wizji, które by mi się do czegoś przydały. Może gdyby tę cechę otrzymał historyk albo archeolog...

– Jedyne wyjście jest takie, że sam musisz zostać historykiem albo archeologiem – uśmiechnęła się dziewczyna. – Duce daje stypendia.

– Daje hojnie, ale nie wszystkim. W pierwszej kolejności mogą na nie liczyć ci, którzy noszą czarne koszule. No i najpierw trzeba skończyć liceum i zdać egzaminy.

– Znalazłeś nas, bo dotykałeś tubusu... – podjął doktor.

 

– To nie tak... Kiedy spadł, ściągnąłem go z kraty, o którą się zahaczył, i pobiegłem naokoło w nadziei, że spotkam właściciela. Ale nie spotkałem. – Wolał pominąć powody, dla których nie odważył się wyjść na plac. – Rozpakowałem, żeby zobaczyć, co jest w środku. Zauważyłem na obrazkach opisy wykonane w znajomym języku. Tu nie ma wielu Polaków, zwłaszcza o tej porze roku. Zacząłem rozpytywać znajomych o dziewczynę rysującą z użyciem camery lucidy. Szkoda, że nie było tam pani autoportretu... W każdym razie wizje milczały, choć akurat wtedy były potrzebne. Ustaliłem, że mieszkają państwo gdzieś w Castello, zapewne między początkiem via Garibaldi a parkiem. Dopiero gdy nocą zupełnie przypadkiem dotknąłem sprzączki, zobaczyłem przebłysk z koncertu, a zaraz potem ten pensjonat. Szczerze powiedziawszy, to dopiero drugi przypadek w moim życiu, kiedy te zdolności do czegokolwiek się przydały.

– Wiesz też, do czego służy camera lucida... Rysujesz? – zagadnęła Malwina.

– Tak trochę kiedyś, ale tylko z ręki. Nauczyciele w szkole chwalili, ale moim zdaniem nie ma o czym mówić.

– Poznaliśmy już trochę miasto, ale jak to mówią, nikt nie zna miasta tak dobrze jak człowiek, który się w nim urodził. Jeśli masz czas, wynajęlibyśmy cię jako przewodnika – zaproponował doktor.

– Mam czas i chętnie państwa oprowadzę. Nie trzeba nic płacić, to będzie dla mnie czysta przyjemność.

– Jeśli z tego żyjesz...

– Po skończeniu szkoły trochę tak dorabiałem. Ale za tydzień, może osiem dni wyjeżdżam do Zary. Będę robił buty. Rozstaję się z Wenecją, przynajmniej na jakiś czas. To będzie dla mnie taki spacer pożegnalny.

– Do Zary? – podchwyciła Malwina.

– Tak Włosi nazywają miasto Zadar po drugiej stronie Adriatyku – wyjaśnił doktor. – To włoska enklawa na terenie Dalmacji, jakiś ostatni okruch imperium, które zbudowała w średniowieczu Wenecja. Byłem tam... Wiele lat temu. Piękne miejsce. No dobrze, skoro zaakceptowaliśmy propozycję oprowadzenia, co twoim zdaniem warto zwiedzić w okolicy?

– Bardzo ciekawy jest Arsenał. – Antonio wskazał mury widoczne za oknem. – Wenecjanie w dawnych wiekach gromadzili tu wszelaką broń, i to w ilościach szokujących każdego cudzoziemca, który miał ochotę odwiedzić to miejsce. A wpuszczali do środka w zasadzie każdego chętnego.

– Myślałam, że takie miejsca były strzeżone przed szpiegami – zauważyła Malwina.

– U nas nie. Wręcz przeciwnie. Po prostu każdy szpieg, który ujrzał horrendalne ilości zgromadzonego oręża, z miejsca rozumiał, że nie ma sensu porywać się na Wenecję, i takie też informacje przekazywał swojemu władcy.

– Do tego w części hangarów leżały weneckie galery bojowe, rozłożone na części. Szkutnicy w ciągu kilku godzin umieli je zmontować i zwodować gotową jednostkę pływającą. Czasem dla wysłanników szczególnie nielubianych krajów robiono pokazy montażu – uzupełnił doktor Skórzewski. – A wenecka flota miała jedną podstawową przewagę nad muzułmańską. Na galerach tureckich wiosłowali niewolnicy. Na weneckich wolni obywatele. W razie abordażu wyznaczeni ludzie porzucali wiosła i łapali za broń, co pozwalało rzucić do walki kilkudziesięciu wojowników więcej. Stąd liczne olśniewające zwycięstwa, jak to pod Lepanto, gdzie chrześcijańska flota nie tylko spuściła Turkom straszne baty, ale też zdobyto zielony sztandar Proroka. Powiadasz, że można dostać się do środka?

– Obecnie twierdzę i stocznię nadal użytkuje wojsko, ale w niektóre dni organizują wycieczki po basenie portowym i po części starych magazynów. A w budynku dawnej admiralicji jest wystawa morska, skromna na razie, bo pokazują tylko niewielką część zbiorów. Przebąkuje się o stworzeniu muzeum z prawdziwego zdarzenia. Przyjedźcie znów za kilka lat.

– Hmm... – mruknął doktor. – Za kilka lat, powiadasz? Wiesz, kiedy zaczyna się prawdziwa starość?

– Nie...

– Gdy człowiek uświadomi sobie, że dwa razy starszy już chyba nie będzie. Dbam o zdrowie, ale w moim wieku trzeba się liczyć z tym, że każda taka wyprawa jest ostatnią. Oczywiście, można popaść z tego powodu w melancholię, ale można też poczuć głód poznania. Drapieżną chęć wykorzystania ostatniej szansy. – Uśmiechnął się.

– Doskonale się pan trzyma – zaprotestował Antonio.

– Syberia, gdzie żyłem w młodości, zahartowała mnie na całe życie – mruknął Skórzewski jakby bardziej do siebie niż do słuchacza. – Nieustanna praca przy chorobach zakaźnych albo daje odporność na banalne infekcje, albo zabija. No i bez przerwy byłem w ruchu. Teraz dopiero nogi zaczynają odmawiać mi posłuszeństwa.

– Zatem zwiedzamy Arsenał od razu – zaproponował chłopak. – Jeśli tylko nadarzy się sposobność. Dowiem się, jakie są możliwości. W czym jeszcze mógłbym pomóc?

– Wenecja przez długie lata była centrum imperium handlowego, jednym z najważniejszych i najbogatszych miast świata – zauważył doktor. – Kupcy i przedsiębiorcy zwozili tu wszelakie skarby i wynajmowali najwybitniejszych artystów, żeby przyozdobić swoje pałace. Uważali, że powodzenie zawdzięczają Opatrzności, więc nie żałowali pieniędzy na wyposażenie kościołów w niezrównane dzieła sztuki. Trzeba całych miesięcy, żeby choć pobieżnie poznać ten sezam. Niektóre rody nadal zazdrośnie strzegą zgromadzonych arcydzieł, ale zwykle kilka razy do roku można zwiedzać też prywatne pałace.

– Owszem, ale zazwyczaj nie rozgłasza się tego. Mogę oczywiście rozpytać również o taką możliwość i dam znać.

– Doskonale. Co zasugerowałbyś na dziś?

– Czy byliście państwo w bazylice Santa Maria Gloriosa dei Frari?

– Jeszcze nie. Ciekawa?

– Bardzo, choć mało kto z przyjezdnych tam zagląda. To stara świątynia, wzniesiona przez zakon franciszkanów. Wewnątrz można podziwiać obrazy Tycjana, grobowce kilku dożów oraz masę innych ciekawych obiektów. To jedyne miejsce w Wenecji, gdzie zachowały się średniowieczne stalle. Są pięknie rzeźbione i malowane.

Kiwnęli głowami, aprobując jego propozycję. Malwina wzięła rysownicę i zapas papieru, do odzyskanego tubusu wsunęła dodatkowe etui z ołówkami. Założyła słomiany kapelusz z błękitną wstążką, zsunęła go trochę do tyłu, aby lepiej ukryć nietypową fryzurę. I powędrowali.

*

Antonio wraz z doktorem usiedli w ławkach. Drobna sylwetka dziewczyny szkicującej ołtarz główny ginęła w ogromnym, mrocznym wnętrzu świątyni.

– Liczba niezrównanych dzieł sztuki, które zgromadzono w tym mieście, przyprawia o zawrót głowy – westchnął doktor. – Żeby poznać choćby tylko te najciekawsze, trzeba tu siedzieć latami. A przecież na Wenecji Włochy się nie kończą. Padwa, Florencja, Piza, Werona, że nie wspomnę o samym Rzymie. I nie zapominajmy o Neapolu. „Zobaczyć Neapol i umrzeć”, jak to napisał Goethe. A ja jeszcze nigdy go nie widziałem.

– Pan tu już kiedyś bywał?

– Wiele lat temu pomagałem walczyć z taką małą epidemią cholery. Zdusiliśmy w zarodku osiemset zachorowań, sześćdziesięciu kilku ludzi zmarło. Chlorowaliśmy wtedy wodę w studniach. Bardzo się to miejscowym nie spodobało, ale efekt był znakomity. Zaraza ustała. Pół roku tu wówczas siedziałem, nauczyłem się języka. Potem go zapomniałem, ale wystarczyło kilka tygodni i pamięć jakby się przebudziła.

– Panienka Malwina tytułuje pana doktorem. Pomagał pan podczas epidemii. Czyli jest pan lekarzem?

– Owszem. Ale już na emeryturze. Coś ci dolega?

– Nie. Ale mam takie pytanie... Teoretyczne raczej. Może pan mi to wytłumaczy? Leukotomia... Sporo się o tym mówi, ale nie bardzo miałem kogo zapytać. Ludzie plotą trzy po trzy, a pan jako fachowiec...

– Moim zdaniem z medycznego punktu widzenia to niebezpieczna bzdura, podobnie jak i kilka temu podobnych pomysłów. To znaczy – Skórzewski uniósł rękę – nie mówię definitywnie „nie”. Być może w przyszłości nauczymy się operować mózg. Może nawet nauczymy się leczyć choroby psychiczne metodami chirurgicznymi. Ale w tej chwili mamy o wiele za mało danych. Dopiero odkrywamy, które partie kory mózgowej za co odpowiadają. Nie znamy budowy tego narządu w wystarczającym stopniu, żeby podejmować się resekcji konkretnych zwojów w nadziei na taki, a nie inny efekt. No i błąd tkwi w samej metodzie. Operacja chirurgiczna czy trepanacja czaszki polega na tym, że trzeba otworzyć powłoki ciała, spojrzeć na chore miejsce, potem ująć skalpel. Tak usuwa się na przykład guzy mózgu. Rozcina się skórę, rozpiłowuje kość. Rozcina opony chroniące mózg. Wydobywa się nowotwór, przecinając wszystkie żyły łączące go z resztą tkanki. Przypala się naczynia krwionośne, żeby uniknąć wylewu krwi... To ciężka, wielogodzinna operacja prowadzona przez kilkuosobowy zespół. Oni natomiast chcą iść skrótem. Zrobić dwie niewielkie dziurki w czaszce, wprowadzić narzędzia, ciąć na ślepo. To tak jakbyś wsunął rękę do mysiej dziury, licząc, że schwytasz za ogon myszkę określonego koloru. Ten szarlatan z Ameryki Walter Freeman to w ogóle zbrodniarz i idiota. Z tego, co donoszą, wprowadza przez oczodół narzędzie, którym wykonuje cięcia płatów czołowych. Nie dość, że na ślepo, to jeszcze w dodatku nie usuwa tkanki, która oderwie się od mózgu. To zaś grozi zakażeniem, masą powikłań, śmiercią... Niestety, Amerykanie to naród zbyt głupi, żeby wsadzić go natychmiast do paki. Uważają, że skoro chorzy albo nawet ich krewni podpisali zgodę na zabieg, to wszystko jest w porządku. Ten Portugalczyk Moniz podszedł jakby bardziej naukowo, ale to też idiota. I też goni za fantazjami.

– A nasz doktor Carlo Zeno? Słyszał pan o nim?

– Byłem na jego wykładzie. Dużo nie powiedział, głównie ogólniki. Wydaje mi się, że zasadniczo ma dobre intencje, ale to gorąca głowa. A w medycynie rozwaga to podstawa. Jest taka łacińska dewiza primum non nocere!

– Eee... to oznacza „po pierwsze nie szkodzić”?

– Właśnie. Lekarzom wbija się do głów: nie bierz się do leczenia, jeśli brak ci kwalifikacji, jeśli ryzyko zabiegu jest większe od ryzyka zaniechania. Boję się, że zrobi krzywdę wielu ludziom, zanim przekona się, że nie tędy droga. Widzisz, błąd tkwi w samych założeniach metody. Nie tak uprawia się ten zawód. Zanim wbijemy skalpel czy podamy lek, musimy się uzbroić. Konkretna wiedza, konkretne umiejętności, konkretne informacje o budowie narządów. Z lekami podobnie. Jeśli nie wiemy, jaka będzie reakcja organizmu, najpierw sprawdzamy na zwierzętach, potem u ludzi mała dawka, następnie większa... Doktor Zeno moim zdaniem nie posiadł rozwagi niezbędnej do wykonywania tego zawodu.

– Dziękuję za wyjaśnienia. Ponuro to wygląda.

– Kolejna ślepa ścieżka... Mówiłeś, że umiesz rysować. Może spróbujesz? – Doktor wskazał teczkę z czystym papierem. – Mamy tu wszystko, czego potrzeba. Malwina nie będzie się gniewać.

Chłopak ujął ołówek w dłoń. Kilkunastoma pociągnięciami miękkiego grafitu naszkicował pobliską stallę. Przez chwilę cieniował rysunek.

– Marnie – ocenił swoje dzieło. – Coś tu z proporcjami nie tak. Nie mam wprawy, tu trzeba mieć, jak to mówią, miarkę w oku.

– Pewien błysk talentu w tym widać. – Doktor uniósł kartę bliżej oczu. – Może powinieneś poświęcić trochę czasu na szkicowanie? Tak pięćset, może tysiąc godzin? Najlepiej pod okiem jakiegoś nauczyciela. Mnie Bóg poskąpił talentów. Wycinałem ludki kozikiem z kory i próbowałem nauczyć się grać na skrzypcach. Efekty były raczej katastrofalne... Ale Malwina ładnie gra. Musisz kiedyś posłuchać jej koncertu.

– Każdy ma jakieś powołanie. Może po prostu pańskie było inne?

Doktor uśmiechnął się do swoich myśli i skinął głową na potwierdzenie.

– A twoje powołanie? – Spojrzał znad okularów.

– Uczyłem się na szewca. Krewni mojego szkolnego kolegi mają spory warsztat. Zachodziliśmy po lekcjach na dwie, trzy godziny i starsi wprowadzali nas w sekrety fachu. Ale myślałem raczej, żeby zostać przewodnikiem turystycznym. Nie mamy wielu cicerone, a z roku na rok więcej ludzi ściąga podziwiać miasto i jego skarby. Problem w tym, że Wenecja jest ogromna. Czytałem w bibliotece książki o najciekawszych zabytkach i dziełach sztuki, robiłem notatki. Tu trzeba wielu lat nauki, żeby zapamiętać wszystko, co ważne, i wykonywać ten zawód tak, jak trzeba. Sama katedra Świętego Marka zawiera setki rzeźb, mozaik i innych obiektów. Trzeba czterech lub pięciu godzin, żeby pokazać najciekawsze. A przecież poza miastem jest jeszcze masa ciekawych miejsc na lagunie. Do tego... Coś tam umiem wydukać w siedmiu różnych językach. Ale żeby oprowadzać, trzeba mówić płynnie i znać masę fachowych określeń. Na razie i tak muszę wyjechać. – Zasępił się.

Zjedli obiad w małej, ciemnej i zadymionej restauracyjce niedaleko bazyliki. Popili mocną włoską kawą i zagryźli ciasteczkami.

 

– Opodal jest jeszcze dom Marca Polo – powiedział Antonio. – Stąd wyruszył na wyprawę do Chin, choć mówi się także – przyciszył głos – że dotarł tylko do Iranu, a jego relacje to głównie odpisy dzieł perskich kupców, wzbogacone licznymi konfabulacjami.

– Ech, przeklęte nogi. – Doktor wyglądał na zmęczonego. – Idźcie dalej sami, ja sobie powoli podreptam na kwaterę albo poszukam gondoli. Zostawiam cię zatem, Malwino, w rękach młodego włoskiego amanta. – Puścił do krewnej oko. – Postaraj się pozostać nieczuła na dźwięki mandoliny, którą za chwilę wyciągnie z rękawa.

– Nie mam mandoliny ani nie da się jej schować w rękawie – bąknął speszony chłopak. – Gdy śpiewał chór naszej szkoły, na polecenie nauczyciela stałem w ostatnim rzędzie i tylko poruszałem bezgłośnie ustami. A na amanta jestem za młody i za biedny. Nie mam nawet jedwabnego lotniczego szalika fantazyjnie przerzuconego przez ramię ani eleganckiej sportowej marynarki. Co do uroku osobistego, też cierpię na poważne deficyty...

Rozstali się na placyku. Lekarz uśmiechnął się jeszcze na odchodnym i podreptał w stronę hotelu. Daleko nie zaszedł. Zmęczył się, nogi nie chciały go słuchać, serce delikatnie zakłuło. Przysiadł na ławce naprzeciw katedry Świętego Marka. Przez ponad osiemset lat kolejne pokolenia mieszkańców miasta dokładały tu coś od siebie. Przez chwilę błądził wzrokiem po kolumnach i mozaikach zdobiących fronton. Przypominały mu cerkiewne.

Cesarstwo bizantyjskie upadło, ale okruchy jego dziedzictwa przetrwały, dając początek nowym prądom. Można zaryzykować stwierdzenie, że i dziś zapładniają umysły artystów, pomyślał.

Przymknął oczy. Tak, cerkwie... Młodość w Rosji, dzieciństwo w zabitym dechami syberyjskim miasteczku, gdzie po powstaniu listopadowym los rzucił na katorgę i dożywotnie osiedlenie jego ojca. Przypomniał sobie chatę z grubych cedrowych bali, córkę dróżnika Annę... Miała wtedy tyle lat co Malwina, on był starszy od Antonia o rok lub dwa. Tyfus prawdopodobnie wywołały zakażone pchły, które przyjechały na stację z jakimś ładunkiem. Epidemia ścięła jedną trzecią ludności. Może felczer zdołałby im jakoś pomóc, ale umarł jako jeden z pierwszych. Skórzewski pamiętał, jak ze złością, żalem i poczuciem bezsilności stał w cerkiewce przy trumnie. Jak obudził się nocą i poszedł boso po śniegu na cmentarz. Jak w blasku księżyca na świeżej mogile przyjaciółki poprzysiągł zostać lekarzem.

Dokonał tego, choć było to w zasadzie niemożliwe. Aby zarobić na podróż do Europy i studia, przez trzy lata samotnie polował na zwierzęta futerkowe i płukał złoto w dzikich górach. Przypomniał sobie, jak płonącą pochodnią opędzał się przed niedźwiedziem. Jak zasadzał się na irbisa. I jak po latach z dyplomem w ręku powrócił na ten sam cmentarzyk, ale już nie odnalazł mogiły, bo rozmyły ją deszcze i roztopy. Nie zostało mu nic, nie miał nawet zdjęcia... Znalazł po latach bardzo podobną twarz na obrazie któregoś z pieriedwiżników. Zdobył kolorową chromolitografię, wyciął i nosił, aż przepadła w ogarniętym chaosem rewolucji Piotrogrodzie.

Nie mogłem jej uratować. Nie potrafiłem. Nikt w osadzie nie potrafił. Okłady z lodowatej wody były za słabe, nie mieliśmy leków, żeby zbić taką gorączkę. Doktor, wezwany telegraficznie, jechał do nas dwie doby z Jekaterynburga. Ale gdy sam zostałem lekarzem, ratowałem innych, rozmyślał. Wyrównywałem porachunki ze śmiercią. Nawet można powiedzieć, że wygrałem tę wojnę. Pokazałem kostusze, że popełniła fatalny błąd, zadzierając ze mną. Za tamto jedno przedwcześnie zgaszone życie wyrwałem jej kilkaset. Ale nie zdołałem zapomnieć.

Słońce przygrzewało, myśli też zaczęły płynąć jakby cieplejsze, jaśniejsze...

Antonio i Malwina. Wpadła chłopakowi w oko. On też wzbudził jej sympatię.

Są tak podobni do nas wtedy, pomyślał. Wyjedziemy, będą do siebie pisać. Ona nie raz jeszcze odwiedzi Wenecję. To miasto jest jak bakcyl, zaraża na całe życie. Spotkają się ponownie tu, nad kanałami. A za kilka lat kto wie? Może dla nich los okaże się łaskawszy? Trzeba dać im szansę... – rozważał.

Dźwignął się i postukując laseczką, podreptał dalej. Antonio... Chłopak z miejsca wzbudził jego sympatię i zaufanie. Jakby przeskoczyła między nimi iskra. Tylko jedna sprawa budziła zastanowienie. To pytanie o leukotomię... Po co dzieciakowi takie informacje?

Ech, pewnie usłyszał lub przeczytał w gazecie o wykładzie, na którym byłem, i chciał się dowiedzieć czegoś więcej, zbagatelizował sprawę doktor.

*

Gdy zostali sami, Antonio, znając już trochę zainteresowania nowej znajomej, poprowadził ją długą, krętą trasą. Najpierw odwiedzili jeszcze jeden kościół, akurat remontowany, niedostępny dla zwiedzających. Na szczęście chłopak dobrze znał jednego z zatrudnionych artystów – była okazja wkręcić się na chwilę i podejrzeć konserwatorów przy pracy. Maestro Conti poświęcił kwadrans swego cennego czasu i pokazał cudzoziemce, jak uzupełnia uszkodzony fragment bizantyjskiej mozaiki. Malwina miała dzięki temu okazję wysłuchać krótkiego wykładu o stosowanych dawniej technikach. Obejrzała naszykowane kamienne płytki i narzędzia do ich przycinania, zobaczyła, jak fachowiec porównuje odcienie, by uzupełniane partie nie odróżniały się od oryginalnych. Dostała nawet na pamiątkę małą kostkę szkła, w której artyści z Murano zatopili cieniutki płatek złota. Z takich elementów układano aureole świętych, elementy tła i inne złociste detale przedstawień.

Odwiedzili krewnych Emila. Chłopak nie raz naganiał im zagranicznych klientów, więc przyjęto ich serdecznie i pokazano cały warsztat szewski, funkcjonujący w tej kamienicy nieprzerwanie od średniowiecza. Malwina na żywo zobaczyła, jak powstają słynne weneckie buty, i obiecano jej, że gdyby chciała zamówić sobie u nich trzewiki, dostanie po znajomości spory rabat.

Potem zaszli do babci jednego z kolegów Antonia – staruszki robiącej koronki. Gospodyni poczęstowała ich kawą. Tu też spędzili miło trochę czasu, podglądając ją przy pracy, słuchając wyjaśnień i podziwiając gotowe wyroby. Starowinka, mile połechtana zachwytami dziewczyny, wydobyła z zamczystego kufra kilka sztuk bardzo starych, zetlałych już egzemplarzy tkanin, służących za wzór kolejnym pokoleniom jej rodziny.

Taki natłok wrażeń trzeba było odreagować. Dlatego siedli na ławce. Tłum przelewał się przed nimi istną rzeką. Do muzeum w Pałacu Dożów dreptali turyści, ale nabrzeżem wędrowała też masa Włochów.

– Sporo włoskiej młodzieży nosi czarne koszule – zagadnęła dziewczyna.

– Część należy do różnych organizacji, a część tylko wyraża w ten sposób poparcie dla idei – wyjaśnił, choć był przekonany, że dziewczyna po kilku tygodniach pobytu w Wenecji wie na ten temat sporo. – Jeśli potrzebujesz takiej pamiątki, żeby po powrocie pokazać znajomkom w Polsce, to mam jedną. Ale to nie moja, ukradłem kuzynowi. Jest nowiutka, nigdy jej nie założyłem.

– Oj, nie błaznuj, proszę. – Tupnęła. – Nie o to chcę zapytać.

– Zatem?

– Faszyzm daje Włochom rozwój przemysłowy, opiekę nad kobietami i dziećmi, coraz powszechniejszą edukację, a także zorganizowaną rozrywkę...

– Są też stypendia dla uczących się, stypendia rządowe dla artystów, dotuje się wycieczki i letni wypoczynek. Tak. Pozytywów jest sporo. Chcesz zapytać, czemu ja nie chcę chodzić w czarnej koszuli? Hmmm... Jak by to powiedzieć? Czy potrafisz odróżnić dobro i zło?

– E... wydaje mi się, że tak – bąknęła.

– Jesteś katoliczką. – Spojrzał przelotnie na jej medalik. – No to najpierw zastanów się, czym różni się nasza religia od innych?

– My wierzymy w naszego Boga, a inni wierzą w swoich.

– To fundamentalne. Ale jest coś, co naszą wyróżnia. Czego nie mają inne.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?