Przyjaciel człowiekaTekst

Z serii: Światy Pilipiuka #11
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przyjaciel człowieka
Przyjaciel człowieka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,58  58,86 
Przyjaciel człowieka
Audio
Przyjaciel człowieka
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To była długa opowieść, piękna, a zarazem straszna i smutna. Pora spać, Giuseppe.

– Tak. Pora...

Ale stary, zamiast zasnąć, wstał i raz jeszcze spojrzał przez okno.

– Ta nowa metoda... – mruknął. – Zastanawiam się, ile czasu upłynie, zanim zechcą sprawdzić ją na tych, dla których jest jakaś nadzieja. Dużo ostatnio tych ciemnych okien.

– Nie rozumiem? – Antonio był potwornie zmęczony, oczy go piekły.

Tymczasem stary od nowa rozgadał się na całego. W dodatku w jego głosie pobrzmiewały niepokojące nuty. Chłopak czuł, że zaraz usłyszy coś bardzo ważnego.

– Popatrz na okna. – Giuseppe machnął w kierunku drugiej części budynku. – My, więźniowie skrzydła szpitalnego A, jesteśmy tu, bo uznano, że psujemy humor sąsiadom. Tak trochę za bardzo. Mamy ataki lęku, gadamy od rzeczy, ganiamy nago po dachach, uważamy się za obalonych władców i wodzów. Słyszymy głosy albo krzyczymy po nocy. I tak dalej. Zamknięto nas, bo przeszkadzaliśmy w interesach. Tam, gdzie przybywają tłumnie turyści, ma być ładnie, czysto i bezpiecznie. Dlatego usuwa się z widoku wariatów, ściga bezlitośnie złodziei i przegania żebraków. Nawet trudno mieć o to pretensje... Ale w skrzydle B siedzą tacy, których trzeba było umieścić pod kluczem, bo ich obecność na ulicy to zagrożenie. Czasami śmiertelne. Szaleńcy, którzy nie wahają się krzywdzić, gwałcić, mordować. Podpalacze, sadyści, zwolennicy uprawiania miłości z dziećmi i zwierzętami. Zatem gdyby zdarzyło się tak, że ta nowa terapia ich zabije albo zamieni w rośliny, nikt po nich płakać nie będzie, a niejeden się ucieszy.

– Co chcesz powiedzieć?

– Ciemne okno oznacza brak lokatora. Tam, naprzeciw nas, są szałówki, pojedyncze cele wybite wojłokiem. Zamyka się w nich tych, którzy muszą posiedzieć w samotności i nie zrobić sobie przy tym krzywdy. Sześć ciemnych okien w ciągu miesiąca oznacza, że jedna trzecia operowanych przeniosła się tam, gdzie nikomu już nie zaszkodzą i gdzie żadne troski nie mącą już ich myśli. Zakładając, że lekarze pracują regularnie i operują jednego chorego dziennie, bez sobót i niedziel...

– Operacje... Masz na myśli to, co nazywają leukotomią?

– W zasadzie to miło ze strony doktora Zeno... Zanim weźmie się za nas, chce zdobyć doświadczenie na mniej wartościowym materiale. Kroi ich jak świnki morskie czy króliki. Ale tak mi się wydaje. że i na nas przyjdzie pora. Niebawem.

– Jesteś pewien? – Antonio poczuł gulę w gardle.

– Tak przypuszczam... Kurdebele, może powinieneś się dogadać z wujem? Zaproponuj mu interes, przepisz na niego mieszkanie, daj papier, że zrzekasz się wszelakich roszczeń teraz i w przyszłości. Byle tylko cię stąd wyciągnął. Choć na to już chyba za późno... W każdym razie dopóki żyjesz, on ma związane ręce.

– Bynajmniej. Mieszkanie jest na poddaszu rodowej kamienicy. On i tak go nie sprzeda. Jak umrę, to do niego wróci. Ale póki żyję, nie robi mu to wielkiej różnicy. Może je wynająć i ciągnąć zyski. Gdyby ktoś się przyczepił, powie, że zbiera te pieniądze dla mnie i odda, jak już mnie wypuszczą. W każdym razie wuj podpisał zgodę na zastosowanie wszelkich możliwych środków w celu przywrócenia mi zdrowia. Przy mnie podpisywał, w kancelarii, zaraz po tym, jak mnie tu przywieźli. Od razu powiedział im, że jego zdaniem moja choroba jest nieuleczalna.

– Nie wiem, co mógłbym ci doradzić. Ale jedno jest pewne. Tu raczej nic dobrego cię nie spotka.

– Wiem.

– Oni umarli – dodał po chwili. – Ci ze skrzydła B. Widziałem kilka dni temu Przewoźnika, przyszedł po któregoś z nich. Może przychodzi po wszystkich, ale przecież nie gapię się w okno bez przerwy.

Kwadrans później stary już chrapał. Antonio długo jeszcze leżał z głową nakrytą kocem.

Muszę się stąd wydostać, rozmyślał. Nie zrobiłem nic złego, żeby siedzieć tu jak w więzieniu. Nie jestem szaleńcem. Nie potrzebuję żadnego leczenia. Chcę żyć, chcę wrócić do siebie, do Wenecji.

Przewrócił się na drugi bok.

Giuseppe ma rację. To eksperyment. Oni wymyślili tę metodę niedawno. Najpierw muszą się nauczyć, jak kroić żywy mózg. Temu posłużą chorzy ze skrzydła B. Ci, którzy nie rokują... Gdy już wyeliminują błędy samej procedury, przyjdzie kolej na drugi etap. Na nas. Nikt jeszcze nie wie, czy to zadziała i jak zadziała, co operacja na żywym mózgu zabierze nam ze wspomnień, jak okaleczy dusze, kim po niej będziemy. Muszą ją przetestować. Wykonają setkę zabiegów. Sprawdzą skutki. Policzą, wpiszą w tabele. Na nas będą się uczyć. My poniesiemy największe koszta. Jeśli metoda się sprawdzi, kolejne setki operowanych będą bezpieczne. Ale my... My nie. My poumieramy albo zamienimy się w zaślinionych imbecyli. Oczywiście nie będą robili eksperymentów na wszystkich jak leci. Do tego etapu wybiorą pacjentów nieważnych, bez rodzin i przyjaciół. Ludzi, o których nikt się nie upomni. Takich jak Giuseppe, jak ja... Kto się przejmie, że jakiś tam Antonio zmarł w szpitalu na Poveglii? Albo że zwariował do reszty? Wujaszek będzie im nawet po cichu wdzięczny. Zajmie mieszkanie. Koledzy ze szkoły? Emil z pewnością będzie się próbował czegoś dowiedzieć. Nie zapomni. Tylko że dzieciakiem nikt się nie przejmie. Czyli nikt ważny nie zapyta, co się ze mną stało. A nawet jeśli, wyspa uchodzi za przeklętą. Nikogo nie zdziwi, że umarłem. A zatem... Muszę stąd jakoś uciec. Muszę uciec jak najszybciej. Tylko jak?

Przewrócił się na drugi bok. Na korytarzu słychać było rytmiczne kroki. W filongu na chwilę mignęła twarz pielęgniarza, sprawdzającego, czy z pacjentami wszystko w porządku.

Nie pilnują mnie jakoś szczególnie, pomyślał chłopiec. Albo wręcz przeciwnie, oni tylko udają, że mnie nie pilnują, a gdy zechcę zbiec ze szpitala, nie tylko zaraz mnie dopadną, ale w dodatku narażę się na znaczne zaostrzenie rygorów. Muszę albo bardzo dokładnie to zaplanować, albo wypatrywać okazji. Jest tylko jeden problem: jakiej niby okazji? Przecież nie będzie żadnej.

Wreszcie zmęczenie wzięło górę i zasnął. Sen nie przyniósł ukojenia. Antonio budził się kilka razy, nie pamiętając majaków, ale cały zlany potem. Usiłował myśleć o czymś przyjemnym, próbował planować, co zrobi, gdy kiedyś opuści ten szpital, ale to nie pomagało.

Rzeczywistość wokoło jest po prostu zbyt straszna i przygnębiająca, uświadomił sobie. Jakbym tonął w błocie. Niewiele już zostało mi marzeń, niewiele tych dobrych i jasnych myśli.

Wyobraził sobie, jak Emil przybywa mu na ratunek, jak dobija łódką do brzegu Poveglii, jak uciekają razem, wiosłując przez lagunę... Ale wiedział, że przyjaciel nie grzeszy odwagą. Z pewnością nie porwałby się na takie szaleństwo. Ale może gdyby namówił krewnych?

To dobry kumpel. Gdyby wiedział, co mnie czeka, pewnie coś by spróbował zdziałać, westchnął w duchu Antonio. Z drugiej strony co niby mógł zdziałać?

*

Doktor dotarł na kwaterę zmęczony i rozdrażniony. Spacer pozwolił uspokoić kołatanie serca, nocny widok wód laguny zepchnął myśli na inne tory, ale na wspomnienie wykładu nadal wszystko się w nim gotowało. Malwina otworzyła mu drzwi z pędzelkiem w dłoni. Widać mimo późnej pory wykańczała obraz.

– Dawida jeszcze nie ma? – zdziwił się, widząc stół nakryty dla dwóch osób.

– Papa wspominał, że może zostać na noc w klasztorze na wyspie. Przygotowałam ci kolację, dziadku.

– Dziękuję, moje dziecko.

Właściwie nie był jej dziadkiem, tylko ciotecznym bratem pradziadka, ale gdy go poznała, była jeszcze za mała, żeby rozumieć takie niuanse, i tak już zostało.

– Ciekawy był odczyt? – zagadnęła, stawiając przed nestorem rodu talerz z kanapeczkami i kubek pełen parującej, aromatycznej herbaty.

– Nieszczególnie – westchnął. – Powiem więcej. Liczyłem, że dowiem się czegoś ciekawego, usłyszę o jakichś spektakularnych sukcesach. A tymczasem tylko niepotrzebnie się zdenerwowałem. Lekarz od wariatów sam okazał się niezłym czubkiem.

– Dziadku...

– Słucham cię, dziecko.

– Tak właściwe dlaczego mówi się „siedzieć u czubków”?

– To powiedzenie z dawnych czasów. Widzisz, kiedyś uważano, że choroby umysłu biorą się z braku oleju w głowie. Symbolem lekarzy od chorób psychicznych był lejek. Nosili też charakterystyczne nakrycia głowy, także w kształcie lejka. Niby to do symbolicznego nalewania tego oleju...

– Zatem powiedzonko „siedzieć u czubków” odnosi się raczej do lekarzy, a nie do chorych – zdziwiła się.

– Właśnie. Dlatego mówimy „siedzieć u czubków”, a nie na przykład „wśród czubków”. Choć ja sam powiedziałem o nim przed chwilą, że jest „czubkiem”. Ciekawe... – Zadumał się nad niuansami polszczyzny.

Pociągnął łyk herbaty. Mógłby długo opowiadać o dawnych sposobach leczenia chorób psychicznych. O przytapianiu chorych w specjalnych klatkach, o zakuwaniu w dyby i piętnowaniu rozżarzonym żelazem. Tylko po co dziewczynie ta ponura wiedza? Czasy się zmieniają, podejście do pacjentów też. Popatrzył na krewniaczkę spod oka. Znów zabrała się do pracy.

Całkiem jak źrebię, pomyślał mimowolnie. Chuda, długie nogi, długie ręce. Strasznie wymęczył ją ten tyfus, dosłownie skóra i kości. Dobrze, że włosy ładnie odrastają. Dla dziewczyny ich brak jest straszliwie deprymujący. Tak czy siak, rekonwalescencja jeszcze potrwa. Ile to ona ma lat? A tak, piętnaście... Niebawem nabierze bardziej kobiecych kształtów. Nie powinienem mówić do niej „dziecko”, zreflektował się.

Dziewczyna za dnia jak zwykle zrobiła na mieście kilkanaście szkiców w ołówku lub tuszu, teraz wykańczała obrazki akwarelą, najczęściej stosując technikę lawowania. Pracowała z ogromnym zapałem. W teczkach miała przeszło sto dwadzieścia gotowych prac. Planowała po powrocie do Lwowa przejść się po galeriach sztuki i marszandach. Gdyby dostała choć po kilka złotych za sztukę...

 

Młoda jeszcze, pomyślał. Ale widać u niej i talent, i pracowitość. Maluje naprawdę dużo. I całkiem dobrze, a jak na jej wiek, rzekłbym, genialnie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Odżyła w tych Włoszech. Jej ojciec miał rację, że zabrał ją tu ze sobą. Nie jest już taka blada. Tran, hematogen, inna dieta, bogata w ryby, do tego morskie powietrze... Nabrała ciała, rumieńców, życia.

Przegryzł kanapkę. Miejscowy chleb niezbyt mu smakował, za to z przyjemnością doktor przypomniał sobie smak salami, marynowanych oliwek i twardych włoskich serów.

– Gryzie mnie jeszcze jedno pytanie z medycyny – zaczęła.

– Jeśli tylko umiem odpowiedzieć...

– Oglądałam pracownię masek. Są takie z ptasim dziobem. Rzemieślnik mówił, że to lekarskie, ale trochę za słabo znam włoski, żeby dobrze go zrozumieć.

– Owszem. Lekarze nosili kiedyś takie ptasie maski. Także u nas, w Polsce, znamy je z dawnych sztychów. Nie na co dzień oczywiście, ale podczas epidemii.

– Ale dlaczego? – zapytała. – Te dzioby wyglądają przerażająco. Jak u ptaków rozszarpujących padlinę. Z pewnością gdy chory widział podobny obrazek...

– To był element stroju ochronnego. Ludzie nie zdawali sobie sprawy, jak przenosi się choroba, powszechnie sądzono, że to efekt zatrutego wyziewami zarazy powietrza, dlatego też starano się unikać przeciągów i oczyścić to przeznaczone do oddychania. Palono świece siarkowe i pęczki ziół. Podgrzewano całe garnce różnych wywarów. Lekarze w tych dziobach mieli wetkniętą szmatkę nasączoną tak zwanym octem czterech złodziei i przez nią oddychali. Do tego nosili płaszcze, rękawice... Nie powiem, to były całkiem skuteczne środki bezpieczeństwa. Chroniły przed zarażeniem drogą kropelkową i przed kontaktem z wydzielinami chorych. Jeśli oczywiście doktorów nie pogryzły zarażone pchły.

– Ocet czterech złodziei? – podchwyciła.

– Stara niemiecka legenda mówi, że w pewnym mieście na Śląsku wybuchła straszliwa zaraza. Ludzie marli jak muchy. A pewnego dnia strażnicy pochwycili złodziei, którzy okradali opustoszałe domy i grabili zwłoki. Żaden z członków bandy nie zachorował. Ponieważ za tego typu grabież przewidziana była kara śmierci, złodzieje dogadali się z władzami miasta. W zamian za darowanie kary zdradzili sposób na zapewnienie sobie bezpieczeństwa przed chorobą. Czytałem o tym bodaj w „Starożytnościach Warszawskich”. Trzeba było zebrać kilkanaście różnych ziół i długo je macerować w gąsiorze octu wystawionym na słońce.

Umilkł, łyknął herbaty. Rzucił okiem na obrazek, który dziewczyna dołożyła do innych, aby wysechł. Gondole na kanale.

– Nie ufaj tak do końca camerze lucidzie – pouczył ją. – Owszem, to rewelacyjny przyrząd, ale lepszy jest do obiektów nieruchomych.

Zamyślił się na chwilę.

– Te ptasie maski mają jeszcze jedno znaczenie. Karnawał to raczej czas radości, ale ludzie zakładają je, także gdy chcą poudawać na chwilę kogoś, kim nie są... Widzisz, w Wenecji, gdy ktoś umrze, jego ciało przewozi się czarną gondolą na wyspę cmentarną. Leży opodal Murano. Na wyspie jest tylko kościół i wielki cmentarz otoczony murem. Istnieje stara legenda o Przewoźniku. O człowieku, czy też może lepiej powiedzieć istocie, która przewozi dusze zmarłych gdzieś dalej. Podobno w czasie epidemii był zakonnym lekarzem. Popłynął na Poveglię ratować chorych i poddawanych kwarantannie. Widząc, co się dzieje, nie mogąc pomóc konającym, w przypływie bezsilności i rozpaczy zwątpił w Boga. Za karę, a może w ramach czyśćca, pływa po lagunie, zbiera dusze zmarłych i przewozi je na tamtą stronę. Porusza się czarną gondolą, ubrany w dawny strój lekarza. Mówi się, że gdy ktoś ma umrzeć, przypływa pod jego dom i śpiewa, czekając, aż dusza zejdzie nad kanał i wsiądzie do łodzi.

– To dość straszna opowieść.

– Owszem. Na szczęście mało kto potrafi go dostrzec.

Dopił herbatę i przesiadł się na fotel. Westchnął cicho. Wygodne oparcie przyniosło ulgę plecom. Od kiedy zniknęły bóle spowodowane dawniej przez jezydzką kulę, czuł się znacznie lepiej, ale od czasu do czasu łupało go w krzyżu.

– Co planujesz malować jutro? – zagadnął.

– Jeszcze nie wiem, może po prostu pójdę sobie przez miasto i zobaczę, co mi wpadnie w oko.

Usłyszeli znajome kroki na schodach. Magister Dawid Skórzewski, orientalista, ojciec Malwiny. Doktor nazywał go bratankiem, bo tak było prościej i milej. Wszedł i zaraz napełnił cały apartament swoim entuzjazmem.

– Zbiory klasztoru na wyspie San Lazzaro to rewelacja! – zawołał. – Powtórzę: rewelacja. Wykonałem dziś odpis fragmentu kroniki króla Aszota Trzeciego – ekscytował się. – Nie sądziłem, że znajdę to poza terytorium Armenii.

Urodził się dwadzieścia, może trzydzieści lat za późno... – pomyślał gorzko doktor. Ormiańskie księgi należałoby badać na miejscu, w Erewaniu. Ale jechać obecnie do Sowietów to ogromne ryzyko. Nie mówiąc już o tym, czy pozwoliliby badać zasoby archiwalne. No i najważniejsze pytanie: czy te zbiory jeszcze istnieją...

Przypomniał sobie stosy pięknie wydanych rosyjskich książek, palonych po rewolucji na skwerach w Petersburgu. Krewniak coś jeszcze paplał, ale Skórzewski zapadł już w półsen. Znów wędrował znajomymi bulwarami nad Newą, kroczył korytarzami carskiej Akademii, znów w zaciszu laboratorium puszczał na szalki pierwsze krople preparatu pozyskanego z Penicillium glaucum... Znów stał w zrujnowanym wnętrzu, patrząc na stosy potrzaskanego szkła laboratoryjnego, rozbite mikroskopy i rozwiewane przez wiatr strzępy spalonego papieru. Przeklęte czerwone gnidy! A był już tak blisko.

A właśnie. Papier...

Odszukał teczkę z ozdobną papeterią i przybornik z wiecznymi piórami. Koperty, karty ozdobione winietką z jego nazwiskiem i adresem, kałamarz. Co jeszcze będzie potrzebne? Ach tak...

– Widzieliście gdzieś, moi drodzy, słownik polsko-włoski? – zapytał. – Ten w brązowej okładce.

*

Była siódma rano. Antonio maszerował alejką. Poranek był ciepły, świetlisty... Wiosna. Cudowna włoska wiosna. Doktor Carlo Zeno też doceniał zbawienny wpływ świeżego powietrza i ruchu, dlatego podopiecznym pozwalano na spacery i wysiłek fizyczny. Dwunastu lżej chorych oddelegowano do pracy przy zakładaniu winnicy.

Obok nich kroczył pielęgniarz, starszy wiekiem mężczyzna. Nikt nigdy nie pamiętał, jak ma na imię. Wszyscy psychicznie i nerwowo chorzy nazywali go „Poczciwina”. I rzeczywiście, mimo postury i krzepy godnej niedźwiedzia obchodził się z pacjentami łagodnie, tylko w razie prawdziwej konieczności używał pięści lub pałki. Był bardzo wyrozumiały. Nie żywił do nikogo urazy. Gdy już musiał odwołać się do swojej siły, nigdy nie przesadzał, nie zdarzyło się też, aby kopał powalonych.

Antonio popatrzył na niego spod oka. Poczciwina uśmiechał się do jakichś swoich myśli. Spoważniał, dopiero gdy dotarli do kanału. Nie wszyscy mieli odwagę przejść po starym drewnianym pomoście na drugą, dziką część wyspy. Konstrukcja była jeszcze mocna, ale brakowało barierek, a w niektórych miejscach przez dziury w połamanych deskach widać było wodę. Poczciwina łagodnie przekonywał chorych, a najbardziej strachliwych brał pod rękę i cierpliwie przeprowadzał. Wreszcie wszyscy znaleźli się po drugiej stronie. Tę część Poveglii zalesiono przed wielu laty. Otaczały ich stare dęby błotne. Kto i kiedy wpadł na pomysł posadzenia tu drzew z dalekiej Ameryki? Po chwili dotarli do rozległej polany. Za drzewami połyskiwała tafla laguny.

Przed kilkoma tygodniami wykarczowano tu część krzaków. Antonio słyszał, że w tym miejscu ma powstać winnica. Pomysł wydawał mu się idiotyczny. Kto chciałby pić wino z winogron wyrosłych na popiołach tysięcy ofiar morowej zarazy?

To pewnie tylko pretekst, pomyślał. Chodzi o to, żeby pacjentom zapewnić ruch na świeżym powietrzu, poczucie, że robią coś pożytecznego. Choć odrzuceni przez społeczeństwo jako wariaci, są jeszcze do czegoś potrzebni...

Poczciwina otworzył drzwi niewielkiej szopy, żeby rozdać łopaty i szpadle. Antonio też wziął jeden. Zważył stylisko w dłoniach, sprawdził, czy część robocza jest dobrze osadzona. Drewno styliska zostało wypolerowane wieloletnim dotykiem rąk.

Grab – rozpoznał odruchowo chłopak.

Poczciwina rozstawiał podopiecznych, przydzielał zadania, tłumaczył i pokazywał.

Zabrali się do pracy. Większość pacjentów apatycznie wbijała szpadle w glebę i przewracała skiby. Inni machali z przesadnym entuzjazmem. Ktoś oparł się o wbitą łopatę i zamyślił głęboko. Poczciwina próbował namówić go do pracy, ale widząc, że pacjent nie ma ochoty, machnął ręką i sam wrócił do kopania.

Antonio poczuł w gardle rosnącą gulę. Bał się tu kopać. Bał się, że w skibie odwalanej ziemi błysną ludzkie kości lub zęby. Bał się, że trafią na któryś ze zbiorowych grobów. Bał się zobaczyć tych, którzy odeszli.

Ziemia była ciemna, tłusta. Dobra gleba, niemal ogrodowa. Jak powstała? Z gnijących trzcin, traw i liści czy z popiołu tysięcy spalonych ciał? Wzdrygnął się, widząc jasny okruch na ciemnym tle ziemi. Kawałek margla? Nie, sądząc po dźwięku, który wydał pod łopatą, raczej kość. Pacjenci stopniowo wdrożyli się do pracy, ale kopali w różnym tempie. Jeden z fascynacją oglądał wijącą się wśród bruzd dżdżownicę.

Poczciwina skinął na Antonia.

– Popraw tam, proszę. – Wskazał kawałek niechlujnie skopany przez byłego urzędnika Enrica.

Chłopak szybko porozbijał grudy ziemi. Obejrzał cały zagon.

– Wydajność marna – ocenił. – To, co robimy, może mieć wartość jako terapia za pomocą pracy, ale coś mi się zdaje, że jak my wrócimy do szpitala, to przyjdzie tu któryś z ogrodników i poprawi tę fuszerkę.

Siostra przyniosła dwa nosidełka z kubkami i dzbanek kompotu. Wiatr szarpał skrzydła jej welonu. Gdy tylko odstawiła ciężar, zaraz poprawiła nakrycie głowy. Poczciwina uśmiechnął się do niej i zarządził przerwę. Antonio zawahał się, ale też podszedł ugasić pragnienie.

– Ciągle się boczysz, ciągle ta sama skrzywiona mina. Nie w smak ci to zajęcie? – zagadnął go pielęgniarz.

– Robota jak każda inna. Lepsze to niż nuda – odpowiedział chłopak. – Nie w smak mi, że tu jestem – dodał szczerze.

– No cóż, bywa i tak... Popatrz na nich. – Poczciwina gestem wskazał pozostałych chorych. – Dla większości szpital to jedyna bezpieczna przystań. Jedyna rzeczywistość. Nie poradzą sobie w prawdziwym świecie i wiedzą o tym. Wolą być tutaj niż gdzie indziej. Inni są tu, bo zachorowali i mają nadzieję, że wyzdrowieją, a potem wrócą do miasta. A ty wierzgasz. Nie chcesz się pogodzić z tym, że pobyt tutaj to dla twojego dobra.

– Nie jestem wariatem.

– No cóż... – Poczciwina wyjął z torby papierową torebkę z płatkami kandyzowanej brzoskwini i poczęstował chłopaka. – Nie my to oceniamy. Stawałeś przed konsylium, oni ocenili i zadecydowali o przyjęciu cię do kliniki. Ale popatrz sam, obiektywnie. Widzisz rzeczy, które nie istnieją. Zdarzały ci się omdlenia pod wpływem tych wizji. Bywało, że widziałeś oczyma wyobraźni rzeczy tak potworne, że wyłeś ze strachu jak zwierzę. Oczywiście możesz uważać, że to, co ci się ukazuje, jest prawdziwe. I zapewne nie uwierzysz, gdy powiem, że to tylko wytwory twojej chorej wyobraźni. Nie obraź się, ale pracuję tu od wielu lat. Widziałem setki różnych chorych. I takich, których umysły nie rozwinęły się wystarczająco, i takich, którzy z różnych przyczyn zbzikowali. Jak dla mnie jesteś szalony bez dwóch zdań.

– Nawet jeśliby tak było, to nie ma powodu, żeby mnie tu trzymać – odburknął Antonio. – Moje wizje nie przeszkadzają mi w życiu, nauce ani obowiązkach. Chorzy są oni. – Wskazał pozostałych pacjentów. – Zdecydowana większość nawet nie zdaje sobie sprawy, że coś z nimi nie tak. Ale na przykład Giuseppe ma przerażające halucynacje i słyszy głosy. To schizofrenia. On wie, że jest nienormalny. Ma świadomość dręczącej go choroby.

– To bystry człowiek. Nie kończył szkół, ale czyta książki i gazety, nie raz zaskoczył nas głębią swoich przemyśleń. Szkoda go. Gdyby nie choroba, mógłby nadal spokojnie żyć i pracować.

– W każdym razie ja siedzę tu bez powodu. To znaczy jest jeden powód, ale nie ma nic wspólnego z medycyną. Wuj kanalia mnie tu wsadził, bo chce zagarnąć mieszkanie, które mi zostało po matce.

– Oczywiście może się tak zdarzyć. – Poczciwina pokiwał głową. – Ludzie bywają podli. I rzeczywiście mógł to być jeden z powodów, dla których się tu znalazłeś. Pomyśl jednak o tym z drugiej strony. Wyzdrowiejesz, wrócisz do Wenecji i powiesz wujowi „fora ze dwora”...

 

– Wyzdrowieję... – prychnął chłopak.

– Nawet jeśli uważasz, że nie jesteś chory, bez tych wizji będziesz szczęśliwszy. Doktor Carlo Zeno to doskonały fachowiec. Uczeń samego profesora Cesare Agostiniego. Jego asystent doktor Wehmer wrócił do nas przed miesiącem z USA, gdzie obserwował zabiegi Waltera Freemana. Na pewno ci pomogą. Wdrażamy teraz tę nową metodę z Ameryki. Absolutny przełom w leczeniu psychiki, aż czasem się boję, czy za kilka lat w ogóle będę miał pracę. Chyba że zostanę uprawiać winorośl...

– Kto by tam chciał pić takie wino, wyrosłe na trupach zadżumionych... – wróciła myśl. – Nie dość, że to wielki cmentarz, użyźniony prochami naszych przodków, to jeszcze pomyślą sobie, że od takiego trunku można i samemu dżumę złapać.

– Może masz rację. Pomysł faktycznie wydaje się nieco chybiony. Może zatem lekarze sami to będą pili?

Przerwa dobiegła końca. Antonio machał spokojnie szpadlem. W glebie nie widział niczego niepokojącego. W tym miejscu najwyraźniej nikogo nie pogrzebano. Słoneczko przygrzewało. Opalił się trochę, choć cerę miał i tak znacznie jaśniejszą od innych.

Może Poczciwina ma rację? – pomyślał. Wyleczą mnie albo będą myśleli, że wyleczyli. Wypuszczą, poproszę o zaświadczenie na piśmie, że jestem zdrowy. Wezmę dwóch żandarmów, pójdę do naszej kamienicy, zażądam oddania mieszkania, a jak wujaszek odmówi, to go kopnę w jego wielki, tłusty tyłek, aż poleci ze schodów...

Zagryzł wargi. Fantazje fantazjami, ale czuł, że tak się po prostu nie stanie. Coś znów zgrzytnęło pod łopatą. Pochylił się i mimowolnie podniósł z ziemi niewielką sprzączkę z zaśniedziałego brązu. Spostrzegł dość czytelny motyw roślinny. Nieomal krzyknął. Zrozumiał w ułamku sekundy, co się święci. Obraz winnicy zamazał mu się przed oczyma. Puścił artefakt, ale już było za późno. Obrazy runęły na niego, nakryły go niczym fala. Widział długie, szare namioty, wykonane ze starych żagli naciągniętych na drewniane żerdzie. Chorzy i umierający leżeli pokotem w niekończących się rzędach. Niektórzy spoczywali na siennikach, inni na jakichś deskach albo rozścielonej słomie. Pomiędzy nimi krążyła grupa mnichów w brązowych i szarych habitach. Podawali chorym wodę, zmieniali opatrunki... W oddali widział bryłę nieistniejącego obecnie kościoła i dzwonnicę. Dach był trochę inny, ale chłopak nie miał wątpliwości. Znajdował się na Poveglii.

Obrazy nakładały się jak zwykle w jego wizjach. Widział wszystko jednocześnie od zewnątrz i wewnątrz. Stosy trupów, wózki załadowane zwłokami i umierających, rozpalonych niegasnącą gorączką dżumy. Widział wnętrze głównej nawy, też przekształcone w salę dla chorych. Obserwował doktora w przerażająco wyglądającej ptasiej masce. Lekarz krótkim, zakrzywionym nożykiem rozcinał straszliwie nabrzmiałe wrzody na szyi chorego. Antonio patrzył, jak srebrne ostrze zagłębia się w tkankę, jak z rany obficie tryska ropa zmieszana z krwią. Nic z tego nie rozumiał, nie pojmował sensu tego zabiegu, wiedział tylko, że gdzieś w tej okolicy, poniżej uszu, znajdują się węzły chłonne.

A potem napłynęły jeszcze potworniejsze obrazy, znów zmienił się punkt obserwacji. Miał teraz przed sobą stosy pogrzebowe dziesiątek tysięcy obywateli miasta miast. Warstwa trupów, warstwa drewnianych belek. Znów warstwa trupów. Znów drewno... Trzy, może cztery metry w górę. Widział jednocześnie układanie zwłok, trawiący ciała ogień, żar, z którego sterczały resztki niedopalonych kości. Widział, jak spoczywali obok siebie i płonęli pospołu bogacze i żebracy, w straszliwym czasie epidemii po raz pierwszy równi sobie. Patrzył, jak grabarze w skórzanych rzeźniczych fartuchach i zawojach na twarzach łopatami zgarniali do wielkich dołów wszystko jak leci. Węgle, osmalone czaszki i niedopalone szczątki innych kości. Stojący obok blady ksiądz błogosławił, odmawiając jakieś modlitwy. Chłopak widział jednocześnie zasypywanie i kopanie grobów... Widział przerażające kłęby smoliście czarnego dymu buchające w niebo i białą parę, gdy zalewano wodą resztki żaru.

Antonio najpierw poczuł szarpnięcie, potem wstrząs i koszmarna wizja nagle rozsypała się na kawałki jak stłuczone lustro. Targnęło nim kolejne uderzenie. Obrazy blakły, oddalały się, jakby ktoś rzucił na wiatr garść pocztówek.

Jeszcze przez chwilę widział inny obraz.

Patrzył z daleka, z dzwonnicy któregoś z kościołów na Lido. Widział słup paskudnego czarnego dymu, górujący nad wyspą niczym straszliwy drogowskaz. Nawet wiatry dmące nad laguną nie chciały go rozwiewać.

Kolejny wstrząs. Rzeczywistość powracała. Stał pochylony, wymiotując i plując krwią. Policzek miał poharatany o zęby. To Poczciwina spostrzegł, co się dzieje, i dał mu w twarz... Nie za mocno, tyle tylko, żeby otrzeźwić.

– No jak, lepiej ci? – zapytał z troską stary pielęgniarz. – Znów cię wzięło, co? Wizje? Szarpałem i potrząsałem, nie pomagało – sumitował się.

– Tak... Dziękuję, to... już odeszło... – szepnął chłopak.

– Ech, dzieciaku, i ty twierdzisz, że jesteś normalny... Siądź sobie teraz w cieniu, napij się jeszcze kompotu i odpocznij.

Antonio zgodnie z poleceniem oparł się o pień drzewa. Dochodził już do siebie. Za radą pielęgniarza wypił kubek smakowitego napoju. Obserwował pozostałych chorych przy pracy. Chyba zdrzemnął się na chwilę, z półsnu wyrwał go okrzyk bólu. Poczciwina podszedł do Amadeo... Obejrzał ranę na jego łydce. Nie wyglądała groźnie, ale trochę krwawiła. Pielęgniarz flegmatycznie pogrzebał w swojej torbie, wyjął buteleczkę z gencjaną i bandaże. Przekonał pacjenta, by usiadł na pniaku, dał mu jabłko dla odwrócenia uwagi. Tłumek chorych otoczył go z zaciekawieniem, inni spokojnie pracowali. Antonio wstał i zrobił kilka kroków w bok. Nikt nie zwrócił na to uwagi. Zrobił jeszcze kilka. Był na skraju projektowanej winnicy. Spojrzał niby to obojętnie. Pielęgniarz odkażał ranę. Chłopak zrobił jeszcze parę kroków...

Jakby zaczął mnie gonić, powiem, że poszedłem w krzaki za potrzebą, błysnęła myśl. Pewnie uwierzy. Opiłem się kompotem jak bąk.

Skrył się za pniem drzewa. Raz jeszcze obejrzał się przez ramię. Nikt nie zauważył jego zniknięcia. W rzadkim lesie nie sposób było się ukryć. Przeszedł kilkaset kroków. Minął parę długich, podejrzanie regularnych garbów ziemi. Spostrzegł poszarzałą i wyszczerbioną marmurową płytę z ledwie czytelnym napisem i datą: 1629. Zrozumiał, że spoczywają tu prochy ofiar tej drugiej epidemii, zwanej dżumą mediolańską. Czy to ten grób rozgrzebał kiedyś stary Giuseppe? Nie było widać krzyży, o których wspominał, ale po tylu latach z pewnością nie pozostał po nich nawet ślad. Antonio przyspieszył kroku i po chwili był na północnym brzegu wyspy. Wiatr znad laguny pachniał morzem i jakby trochę rybami. Na horyzoncie widniała wyspa Giudecca.

– Moje miasto – szepnął i zacisnął wargi.

Rozejrzał się. Oczywiście nie dostrzegł żadnej łódki czy choćby koła ratunkowego zgubionego przez jakiś statek... Na piachu leżały patyki przyniesione przez fale. Woda z całą pewnością była lodowato zimna.

Gdyby trafił się jakiś rybak, pomyślał, odwiózłby mnie na ląd. Nikt nie łowi ryb w pobliżu wyspy – przypomniał sobie dawne opowieści, zasłyszane jeszcze w dzieciństwie. Podobno to dlatego, że w zastawione sieci łapało się zbyt wiele ludzkich kości. Może to i prawda. Być może kiedyś wysepka była większa. Tylu ludzi tu umarło i zostało pogrzebanych. Wystarczy, że woda rozmyje brzeg... W dodatku ludzie boją się wariatów, więc gdybym podpłynął do łódki, i tak żaden rybak mi nie pomoże. Albo weźmie na pokład i odstawi do szpitala. Nie, lepiej nie szukać podwózki.

Cała ucieczka wydała mu się naraz pozbawiona sensu. Nie przepłynie takiego dystansu. To niemożliwe. Chłód szybko pozbawi go sił. Ruszył brzegiem, kopiąc drobne kamyki.