Sowie zwierciadłoTekst

Z serii: Oko Jelenia #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sowie zwierciadło
Sowie zwierciadło
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,83  55,86 
Sowie zwierciadło
Sowie zwierciadło
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Cykl Oko Jelenia

* Sowie Zwierciadło

Książki Andrzeja Pilipiuka

Karta redakcyjna

Okładka


Cykl Oko Jelenia:

1 Droga do Nidaros

2 Srebrna Łania z Visby

3 Drewniana Twierdza

4 Pan Wilków

5 Triumf lisa Reinicke

6 Sfera Armilarna

7 Sowie Zwierciadło

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wypiłem trochę wina. Lampkę... No dobra. W domu poprawiłem jeszcze drugą lampką. Co to są dwie lampki wina dla zdrowego trzydziestolatka? A mimo to obudziłem się z solidnym bólem głowy. W dodatku ktoś walił do drzwi. Zwlokłem się z łóżka. Była szósta rano. Przyłożyłem czoło do cudownie chłodnej stalowej blachy i spojrzałem przez judasza.

Na wycieraczce stał nieznany mi szczurogęby człowieczek z teczką.

– Kto tam? – zapytałem.

– Z gazowni...

Dziwne, przecież w bloku nie ma gazu, pomyślałem, odruchowo przekręcając klucz w zamku. Zakładać instalację chcą czy jak? O szóstej rano?! Chyba ich porypało.

Kopnięte skrzydło uderzyło mnie w czoło. Padłem jak długi. Do mieszkania wskoczyli dwaj przypakowani kolesie w wysokich wojskowych buciorach. Popatrzyłem na nich zaskoczony. Gdybym wypił więcej, miałbym prawo podejrzewać się o delirium, ale skoro piłem mało, zapewne byli prawdziwi. Policja? E, chyba nie. Gangsterzy? To już prędzej, tylko po kiego grzyba akurat do mnie?

W następnym ułamku sekundy moje ciało wykonało dziwny piruet, obracając się zarazem w płaszczyźnie wertykalnej, jak i horyzontalnej. Zanim zdążyłem mrugnąć, leżałem na brzuchu z rękami skutymi na plecach.

Faceci mają cholerną wprawę, oceniłem. Z drugiej strony nie krzyknęli, że są z policji, ani nie pokazali legitymacji. Czyli gangsterzy. Tylko co tu kraść? Meblościankę? Garnki? Stary komputer? Książki?

No dobra. Miałem trochę złota. Niedużo, solidną garść w starych amerykańskich dwudziestodolarówkach. Tylko po pierwsze nikt o tym nie wiedział, a po drugie nikt przecież nie podejrzewałby mnie o trzymanie takich skarbów w domu. Wreszcie po trzecie naprawdę dobrze to schowałem.

Przekręciłem głowę, by na nich spojrzeć. Zamrugałem szybko, ale mięśniaki wcale nie znikały.

Szczurogęby wszedł za nimi, wycierając kulturalnie buty o wycieraczkę. Wyglądało na to, że tworzą zgrany zespół – ci dwaj są od walenia w zęby, a mniejszy od myślenia i wskazywania, komu przylać... Zamknął za sobą drzwi.


– Przede wszystkim jego komputer – polecił. – A ty nawet nie piśnij – zwrócił się do mnie. – Wrzaśniesz o pomoc, to zastrzelimy na miejscu.

– To może umówimy się tak: panowie sobie splądrują mieszkanie i zabiorą to, co was zainteresuje, a ja w tym czasie zdrzemnę się jeszcze ze dwie godziny? – zaproponowałem. – Piwo jest w lodówce, kasa leży w portfelu pod lustrem. Tylko kefir proszę mi zostawić.

Szczurogęby chyba nie miał poczucia humoru, bo kopnął mnie w czoło. Czyli źle go oceniłem, najwyraźniej w tym zespole był nie tylko od myślenia.

Ściągnięto mi worek z głowy, przymrużyłem oczy i rozejrzałem się wokoło. Klęczałem w salonie jakiegoś wypasionego chałupiszcza. Po lewej miałem marmurowy kominek. Nad nim wisiała wypreparowana głowa jelenia i dwie skrzyżowane flinty – albo autentyczne zabytki, albo naprawdę niezłej klasy repliki. Po prawej było okno, zasłonięte obecnie roletą. Nóżki krzeseł i kanapy pozłocono chyba szlagmetalem, bo świeciły się jak psu jajca na przednówku. Wystroju wnętrza dopełniał gruby dywan na podłodze, lustra w złoconych ramach i sztukaterie na suficie. Sama podłoga... No, na panele to nie wyglądało. Ciemne, egzotyczne drewno nijak nie komponowało się z resztą. W ogóle całe wnętrze zostało urządzone skrajnie kiczowato, ale „na bogato”.

Brak tylko meblościanki i kolekcji kryształowych wazonów, zauważył mój diabeł stróż.

W fotelu naprzeciw mnie siedział facet o posturze hipopotama. Jego zad wypełniał mebel bez reszty. Obfite cielsko wbił w drogi, markowy garnitur. Wiedziałem, że strój jest nowy i z górnej półki, bo nawet ze swojego miejsca dostrzegłem, że gość nie odpruł metki z nazwą producenta przy rękawie. Mężczyzna miał może koło pięćdziesiątki. Był prawie łysy, czaszkę zdobiły mu lekko odstające uszy, a szeroka, ropusza gęba rozlewała się nad potrójnym podbródkiem. Wyglądał trochę jak emerytowany bokser, który przestał dbać o kondycję, ale nad przypłaszczonym nosem połyskiwały małe, świńskie oczka. I to właśnie te oczka mnie naprawdę zaniepokoiły. Patrzyły zaskakująco bystro.

Obok na oparciu fotela siedziała dziewczyna o niemożliwej posturze lalki Barbie. Miała bardzo długie nogi, wąską talię anorektyczki i silikonowany biust, wręcz rozsadzający głęboki dekolt kusej czarnej sukienki. Rozpuszczone blond włosy opadały falą na ramiona. W dodatku umalowana była tak, jakby dopiero co uciekła spod latarni, a długie czerwone pazury u rąk wyglądały niczym szpony harpi.

Ciało uformowane drakońską dietą i aerobikiem uprawianym z nudów przez kilka godzin dziennie, oceniłem. Poza tym kto, na Boga, chodzi w szpilkach po domu?! Nuworysze najgorszego możliwego gatunku, podsumowałem tę parkę w myślach.

Podręcznikowy przykład takich, co to ze wsi już wyszli, ale do miasta jeszcze nie doszli, dodał swoje obserwacje diabeł.

Po lewej i po prawej stronie fotela stało tych dwóch przypakowanych zakapiorów, z którymi miałem już wątpliwą przyjemność się poznać. Milczałem. Oni też się nie odzywali. Mierzyliśmy się spojrzeniami. Poruszyłem dłońmi. Nadal były skute.

– A teraz gadaj. – Szczurowaty człowieczek kopnął mnie celnie w nerkę. Rymsnąłem na twarz, ale gruby dywan złagodził uderzenie. – Wszystko, co wiesz, i jak na świętej spowiedzi – dodał.

– Co mam niby gadać? – zirytowałem się.

Nie odpowiedział, tylko kopnął mnie znowu, tym razem w żebra. Niezbyt mocno, ale potwornie boleśnie. Fachowiec, psiamać... Nawet oddechu nie straciłem.

– To niehonorowo bić skutego – odwarknąłem. – I to jeszcze leżącego.

Bez słowa złapał mnie za kołnierzyk koszuli i prawie dusząc, posadził w pierwotnej pozycji. Hipopotam patrzył na mnie z zaciekawieniem. Siedząca na oparciu fotela lala miała minę jakby zagniewaną, ale chyba ją też intrygowałem. Byłem całkowicie pewien, że nie spotkałem tej parki nigdy wcześniej. Takich ludzi się po prostu nie zapomina. Co jest grane? Kim oni są?

– To na pewno ten obszczymurek? – odezwał się gospodarz. – Nie wygląda, szczerze powiedziawszy.

– Wszystko na to wskazuje – odezwał się Szczurogęby. – Zresztą pobieżna analiza danych z jego laptopa w pełni potwierdza wyniki wcześniejszego dochodzenia. To on. Bez dwu zdań.

Złamali hasło? – zdziwiłem się.

Ale nadal nic mi nie świtało. To zaczynało być irytujące. Nie miałem zielonego pojęcia, kim są ani czego ode mnie chcą. Nie wiedziałem też przecież, jakie dane z mojego kompa mogły ich zainteresować.

Hmmm... A może to rodzice któregoś z twoich uczniów? – diabeł stróż podsunął mi pomysł. Przylufiłeś niewłaściwemu smarkaczowi i jego tatuś mafioso się wkurzył.

Teoria brzmiała nawet niegłupio. Ostatecznie nie wszystkich rodziców się zna... Tyle że nie pracuję w szkole od dawna... To co jest grane?

– I co ja mam, człowieku, z tobą teraz zrobić? – Hipopotam spojrzał na mnie.

– Wypuścić? – podsunąłem. – Może być nawet bez przepraszania.

– Że co?! – Grubas wytrzeszczył ślepia.

Szczurowaty znowu mnie kopnął, tym razem w kark. I znowu rąbnąłem twarzą w dywan.

– Nic wam nie zrobiłem – starałem się mówić spokojnie i rzeczowo. – Nigdy nie wszedłem wam w drogę. Nigdy nie fikałem żadnej mafii. Nie wiem nawet, kim jesteście. To ewidentnie pomyłka – klarowałem. – Pal diabli ten łomot, który dostałem na powitanie. Odpuszczam. Pomyłki to ludzka rzecz. Jak mnie uwolnicie, znikam, nie zawiadamiam policji i nie spotkamy się nigdy więcej.

Szczurogęby znów mnie kopnął. Tym razem w kość ogonową. Zobaczyłem świeczki w oczach. Fachura wiedział, gdzie walić, by nie narobić szkód, ale żeby bolało jak jasny piorun.

– To pomyłka – spróbowałem jeszcze raz.

Na mordzie Hipopotama odmalowało się obrzydzenie. Jego laska wyglądała na mocno zagniewaną.

 

– Nie graj z nami w bambuko! Gadaj, gdzie on jest! – rozkazała.

– Ale kto?! – nie zrozumiałem.

Facet podniósł się z fotela.

– Przestań się zgrywać, belferku za dychę – warknął. – Sfrajerzyłeś, porywając się z motyką na słońce. Wiesz dobrze, kim jestem, może wyobraźni ci tylko brakuje, żeby rozeznać moje możliwości, ale tak się składa...

– Nie wiem. – Wzruszyłem ramionami. – Nie mam zielonego pojęcia, kim jesteście ani dlaczego się mnie czepiliście.

Kopniak w nerkę odebrał mi dech.

– Ty podła mendo – wsiadła na mnie laska. – Wydaje ci się, że życie to telewizja? Zachciało ci się kasy? Gówno z tego będziesz miał.

Nie załapałem, o co jej chodzi. Spojrzałem z nadzieją na grubasa. Mówił mniej, ale czułem, że on tu jest szefem i tylko on może mnie oświecić.

– Masz pół minuty, potem cię zastrzelimy – warknął.

– Ale o co biega?! – jęknąłem.

Dwóch zakapiorów przyniosło skądś arkusz grubej folii budowlanej i rozłożyło na dywanie między mną a fotelem. Szczurogęby wyciągnął pistolet. Przeładował. Wyglądało na to, że spluwa jest prawdziwa. W ich ruchach dostrzegłem niepokojące zgranie, synchronizację działań, pewną oszczędność ruchów, jaką dać może tylko doświadczenie.

– Ja bardzo chętnie odpowiem na wszystkie pytania, ale to naprawdę pomyłka. – Byłem tak zirytowany, że prawie przestałem się bać. – Powtarzam, nie wiem nawet, coście za jedni... Nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej.

Mięśniacy skończyli i jak na komendę kiwnęli głowami. Poczułem chłodny dotyk lufy na potylicy. Mina laski wyrażała wielkiego focha. Patrzyła na mnie, jakbym jej zrobił jakąś krzywdę. Hipopotam dla odmiany był wyraźnie wściekły, ryj mu poczerwieniał ze złości.

– Pięć sekund – warknął, patrząc na okazały złoty zegarek.

– Strzelajcie od razu. – Wzruszyłem ramionami. – Ja i tak nie wiem, o co chodzi.

Huk poraził moje uszy. Wszystko zgasło.

Zwłoki spoglądały szklistym wzrokiem w sufit. Pachniało krwią, palącym się drewnem i trochę samogonem. Za ścianą w alkierzyku szalał ogień. Hela upchnęła jakiś kilimek, żeby zasłonić szparę pod drzwiami, ale dym i tak szczypał w oczy. Dziewczyna przechyliła butelkę, zamoczyła chusteczkę w wódce. Przemyła draśnięcie na ciemieniu Staszka. Zapiekło, ale tylko zacisnął zęby. Teraz dotknęła jego skroni. Miała twarde, silne palce.

– Kości całe – powiedziała. – Ucho też tylko zadrapane. Ale zszyję. Mam gdzieś jedwab do haftów... Dobrze, że szablę miał świeżo ostrzoną, bo stara, zbita i poszczerbiona zostawia paskudne szarpane rany.

Po chwili wróciła do stołu z niciakiem. Polała całą szpulkę alkoholem. Potem umyła wódką dłonie. Nawlekła igłę z niezwykłą wprawą, nawet na nią nie patrząc. Pierwsze ukłucie było najgorsze. Staszek syknął, ale zacisnął zęby.

– Nie ma się czym przejmować, jeśli blizny na czerepie zostaną. To powagi tylko dodaje. Jak u niemieckiego uczonego – pokpiwała. – Jeno się szwabskiej mowy wyuczyć trzeba i już można udawać, że się z Heidelbergu wraca.

– Nie rozumiem... – Spojrzał bezradnie.

– U nich taki dziki zwyczaj panuje, że się w korporacjach studenckich pojedynkują do pierwszej krwi. A kto uczelnię opuszcza bez szram na czaszce, ten w oczach uczonej braci jakby część tytułu naukowego i szacunku stracił.

Skończyła szyć.

– Z tydzień trzeba będzie tak chodzić, potem zdejmiemy szwy – powiedziała. – Ale ucho pewnie paprać się będzie. To złe miejsce, żeby ranę odnieść.

– Dziękuję – wymamrotał przez zaciśnięte z bólu zęby.

– Strój ten... – Popatrzyła na jego przyodziewek. – Gdzież to się tak ubierają?

– Przybyłem z Gotlandii – wyjaśnił.

– A gdzież to jest? Zaraz, zaraz, wyspa taka duńska? Czy może szwedzka raczej? Na Bałtyku... – coś jej świtało.

– Tak... Dom się pali – zauważył.

– Spłonie. Nie da się go uratować – odpowiedziała zupełnie spokojnie. – Ale to grube dębowe bale polepione gliną. Mamy zatem trochę czasu, jak sądzę. Poproszę pana o pomoc, bo trzeba wynieść zwłoki mojego dziadka i służącej. Potem może coś ze sprzętów uratujemy.

Kiwnął głową. Przełożyli ciało starca na pasiasty bieżnik. Złapali mocno za rogi. W sieni też było sporo dymu. Przeszli przez ganek.

– Do lamusa – poleciła Hela. – Niech pod dachem na razie spocznie.

Obrzuciła uważnym spojrzeniem zniszczony zegar, trupy obu zasieczonych Rosjan i furmankę naszykowaną na łupy. Ale nic nie powiedziała. Przeliczyła kozackie konie, skubiące beztrosko trawę w kącie obejścia.

– Zabiłem wszystkich – powiedział Staszek.

Nie odpowiedziała. Położyli zwłoki w komorze, pomiędzy różnymi sprzętami, i wrócili po drugie ciało. Starzec był lekki, ale służąca swoje ważyła. Zasapali się, i to zdrowo. Hela walczyła z ciężarem, zaciskając usta w gniewną kreskę. Wiedział już wcześniej, że jest silna fizycznie, ale nie miał nigdy okazji przekonać się, jak bardzo...

Zawrócili przez podwórze. Ogień obejmował alkierzyk na lewo od wejścia. Dach z grubego gontu jeszcze się nie zajął.

– Może spróbujemy to ugasić jakoś? – bąknął.

– Tak, gdybyśmy mieli dwudziestu chłopa z toporami i wiadrami – parsknęła. – Wtedy byłaby jeszcze szansa. Zalać wodą, przerąbać palące się bale i na bok końmi odciągnąć. Ale na tym odludziu na sąsiadów żadnych liczyć nie mogę. A moi chłopi... – Skrzywiła się i zamilkła. – Oni nie pomogą – powiedziała wreszcie. – Może Krzysztof jeden, ale on w Lublinie chyba teraz. Ratować trzeba pamiątki i dobytek!

Poszła do saloniku. Staszek pozdejmował szable ze ściany w sieni. Było ich dwanaście, poczuł ten ciężar... Róg myśliwski zawieszony na długim tkanym pasie przerzucił sobie przez ramię. Wyniósł broń przed dom i położył na furmance. Koń, czując dym, parskał niespokojnie i przestępował z kopyta na kopyto. Ruszyć jednak nie mógł, bo drewniane koło zabezpieczono prymitywnym hamulcem, a lejce zamotano na kolumience.

– Spokój, spokój. – Chłopak pogładził zwierzę po chrapach. – Czekaj, czekaj, czekaj...

Zawrócił szybko do środka. Wszedł do pomieszczenia, w którym zaskoczył pierwszego rabusia, zanim drugi zaszedł go od tyłu. Oba ciała leżały na podłodze. Poczuł irracjonalny lęk, że któryś może tylko udawać i zaraz skoczy mu do gardła. Pochylił się i przez chwilę oglądał zwłoki. Martwi? Na pewno... Przyklęknął nad trupem pierwszego Rosjanina i szybko przejrzał mu kieszenie. Znalazł niewielki skórzany pugilares i duży zegarek w srebrnej, a może tylko srebrzonej kopercie. Gruby łańcuszek dewizki przyjemnie zaciążył w dłoni. Bez wahania przywłaszczył sobie przedmioty. Przy tym, który wskoczył do izby później, znalazł krzesiwo i kilka srebrnych rubli luzem. Odruchowo zajrzał też do ładownicy przy pasie. Zamiast naboi lub ładunków było w niej kilkanaście pierścionków związanych razem sznurkiem. Patrzył na cienkie złote kółeczka i połyskujące oczka, a potem z wściekłością kopnął trupa.

– Masz, ścierwo! – syknął.

Zważył pierścionki w dłoni. Były cienkie, ale rabuś zebrał ich naprawdę dużo. Staszek nie wiedział, czy to efekt wielu rabunków, czy może łup po jakimś zamordowanym żydowskim złotniku lub lichwiarzu.

Potrzeba nie zna prawa, pomyślał, upychając spiesznie łupy w swojej sakwie.

Zajrzał do drugiej ładownicy. Tu znajdowały się tutki z prochem, był też woreczek kul i wycior. Staszek uznał, że to może się przydać. Zabrał też dwa rewolwery.

Rozejrzał się po wnętrzu. W biblioteczce stały książki. Zdjął ze ściany kilim i szybko ułożył na nim stos oprawionych w skórę, okutych woluminów. Taszcząc tobołek, wyszedł przed dom. Rzucił książki na wóz. Koń parskał i nerwowo przestępował z nogi na nogę.

Obok wejścia leżeli ci dwaj, których zabił, gdy mocowali się z kradzionym zegarem. Staszek obszukał trupy. Wzbogacił się o jeszcze jeden zegarek, składany kozik i kolejną garść monet. Koń zarżał żałośnie. Bał się dymu. Chłopak zdjął hamulec z koła. Odplątał lejce. Wskoczył na furmankę.

– Wio!

Koń spojrzał na niego badawczo, nie był pewien, czy ma słuchać obcego, ale ponaglony uderzeniem lejców ruszył.

– Hetta! Prrr... – Staszek ściągnął w prawo i po chwili zatrzymał furę po drugiej stronie dziedzińca, koło lamusa.

Uwiązał lejce do słupa podcieni. Gdzie ta Hela? Wbiegł do dworu. Dym szczypał w oczy. Ruszył do pokoju stołowego. Dziewczyna, kaszląc, pakowała jakieś ubrania do skórzanej walizy. Drzwi do drugiego alkierzyka też były już zatrzaśnięte, a przez wszystkie szpary wciskał się biały dym. Za ścianą trzeszczało płonące drewno. Na szczęście grube belki stawiały jeszcze opór.

– Ciśnienie może w każdej chwili wysadzić drzwi – ostrzegł. – Strych nad nami też już częściowo płonie. – Spojrzał z obawą na sufit.

Z góry dobiegały niepokojące trzaski.

– Muszę to zebrać!

Kaszląc, wyminął ją i zaczął zdejmować ze ściany portrety wąsatych szlachetków, malowane na cienkiej blasze. Zebrał wszystkie osiem, przebiegł podwórze i położył je na wozie. Wrócił. W salonie nie było już czym oddychać. Hela krztusiła się, miała sinawe usta. Nadal upychała jakieś ubrania w tobołkach, ale w jej ruchach pojawiła się dziwna niezborność. Bez słowa, starając się nie oddychać, zamknął torbę, złapał ją w jedną rękę, drugą chwycił dziewczynę za przedramię, pomagając jej wstać. Zatoczyła się jak pijana.

Złapał ją wpół i przerzucił przez ramię. Szamotała się chwilę, ale nie puścił. Wybiegł przed dom. W progu omal nie potknął się o zwłoki. Dziewczyna biła go pięściami po plecach, ale postawił ją na ziemi dopiero koło furmanki.

– Udusisz się, panna – warknął.

– Ja sobie stanowczo wypraszam podobną poufałość! – prychnęła jak kotka.

– Proszę głęboko oddychać – polecił. – Czad jest bardzo groźny! Więcej ludzi umiera od niego niż od ognia.

W głowie tłukły mu się jakieś resztki informacji z lekcji przysposobienia obronnego. Tlenek węgla łączący się z hemoglobiną, niedotlenienie tkanek i mózgu, komory tlenowe, konieczność transfuzji krwi w przypadku... Ale wyglądało, że już jej trochę lepiej.

– Torba...

– Tu jest. – Wrzucił bagaż na furę.

Jak ja to zrobiłem?! – zdumiał się w duchu. Że wyniosłem dziewczynę, to jeszcze rozumiem, ale po cholerę ta waliza?

Obejrzał się. Dwór płonął jak pochodnia. Płomienie przedarły się przez gont, obejmowały już kawał dachu. Na szczęście grube belki ścian i stropów nadal spowalniały rozprzestrzenianie się ognia.

– Tam jest jeszcze bardzo ważna skrzynia... Po lewej na końcu domu, w alkierzu, pod oknem – bąknęła. – Nasze papiery...

– Proszę tu zostać!

Wbiegł do sieni. Oczy momentalnie zaczęły mu łzawić. Oddychało się ciężko. Ogień, pożerający połowę budynku i wykwitający już na dachu, zasysał tlen. Na szczęście pożar jeszcze nie przedarł się do lewej części domu. Schylił się głęboko, nad ziemią powinno być więcej powietrza.

Staszek poczuł żal i gorycz. Ten dworek, stary, wrośnięty w ziemię, zbudowany z solidnych belek... Wyglądał jak żywa ilustracja do powieści Sienkiewicza czy Jacka Komudy. Z pewnością pamiętał czasy potopu. A za kilka godzin pozostanie z niego tylko kupa popiołu. Chłopak przedarł się przez gęsty woal dymu. Piekły go oczy, rozkaszlał się. Było gorąco, jakby wbiegł do piekarnika. Miał świadomość, że jest tu po raz ostatni. I że musi szybko uciekać.

Nie pchaj się tu, podpowiadał jakiś głos. Nie wiesz, z czego jest strop. Deski polepione gliną, albo i nie. Poddasze się pali. Sufit może w każdej chwili runąć!

Zacisnął zęby. Wpadł do pomieszczenia, które było chyba sypialnią gospodarza. Skrzynka stała pod oknem. Szarpnął ze złością za kłódkę. Zamknięta. Z trudem podniósł ją i zarzucił na ramię, zatoczył się pod jej ciężarem, ale twardo ruszył do drzwi. Te kilka chwil spędzonych we wnętrzu wystarczyło, by ogień odciął mu drogę. Płomienie buchały z drzwi saloniku, przejście przez sień stało się niemożliwe. Temperatura tak wzrosła, że musiał się cofnąć. Zatrzasnął drzwi sypialni, by choć nimi odgrodzić się od ognia, i rozejrzał się w panice.

Ech, idiota ze mnie, skarcił się w myślach.

Bez wahania wybił krzesłem okno i wyrzucił skrzynkę do ogródka za domem. Ciepły jesienny wiatr wdarł się do wnętrza. Staszek przez chwilę głęboko oddychał. Poświęcił jeszcze dwie minuty, by zdjąć ze ściany malowany na deskach, bardzo stary obraz jakiegoś świętego. W serwantce stały kieliszki, ładne porcelanowe filiżanki, jakieś figurki i fidrygałki, ale nie miał jak tego zebrać. Rozejrzał się po pokoju. Krzyż nad drzwiami? Tego się nie zostawia! Zdjął go i włożył pod koszulę. Zajrzał jeszcze pod łóżko. Kilka par męskich butów... Nieboszczykowi już nie będą potrzebne. Kilim na ścianie nad łóżkiem był mocno przybity małymi gwoździkami. Szafa kryła futro i inną odzież. Zabrać coś ładnego, żupan, kontusz, żeby staruszka było w czym pochować?

 

– Uciekać! – powiedział sobie.

I nagle usłyszał dziwny dźwięk, jakby cmoknięcie odkorkowywanej butelki. Sufit nad jego głową zatrzeszczał niepokojąco, a po chwili do uszu Staszka dobiegły trzaski i łomoty, jakby na piętrze galopował słoń.

Tam ktoś jest, pomyślał. Widocznie jeden z ruskich, którzy chcieli zabić Helę, doszedł do siebie... Nie. Przecież żaden nie mógł przeżyć!

I naraz zrozumiał. Skrat. Zmaterializował się, właśnie oberwał kocią bombą i teraz miota się w agonii. Istota trójwymiarowa, której jeden z wymiarów obrócony jest prostopadle do kierunku światła. Podłoga nie stanowi przeszkody... A może stanowi?

Spieprzać! – rozkazał sobie w myślach.

Podstawił zydel, wybił kopniakiem resztki szklanych gomółek, przełożył nogę przez parapet i wyskoczył na klomb. Wywalił się jak długi, w ostatniej chwili ratując obraz przed roztrzaskaniem. Jedno z ramion krzyża dźgnęło go w żołądek. Uderzył barkiem o glebę. Obejrzał się. Dach powyżej okna, przez które wyskoczył, był już cały w ogniu. Płomień buchał na kilka metrów. Gorące powietrze niosło w górę drobne rozżarzone węgielki. Jeden wpadł mu we włosy, ale na szczęście dał się wytrząsnąć. Na poddaszu nadal coś łomotało, jakby tarzał się tam hipopotam. A potem nagle zapanował spokój.

Kosmita załatwiony na amen, pomyślał Staszek. Ciekawe, jak będzie wyglądał w swoim świecie, jeśli tu spalił się w dwu wymiarach? Zostanie po nim kreska na ścianie czy jak? A może tu spali się jeden wymiar i tam będzie plama na podłodze? A, psu pod ogon z tą geometrią.

Z okna buchnął dym. Ogień przegryzał już ścianę. Z nieba spadało coraz więcej żarzących się głowni. Wlokąc upiornie ciężką skrzynkę i trzymając pod pachą święty obraz, Staszek cofał się jak najdalej. I nagle uderzył w coś boleśnie plecami. Obejrzał się i zmartwiał. To była lufa.

– Odłóż to i wyprostuj się – padło polecenie. – Twarzą do mnie.

Chłopak, może rok młodszy od Staszka, cofnął się dwa kroki, celując mu w brzuch z dwururki. Kurki były odciągnięte. Z dworu rozległ się łomot i w powietrzu rozniósł się zapach chloru. Przez wybite okno widać było, jak do pomieszczenia spada wielka płonąca bryła jakby gąbki. Wielka niczym hipopotam, takie przynajmniej odniósł wrażenie.

– Nie jestem złodziejem – warknął, odwracając się do uzbrojonego. – Panna Helena mnie prosiła o ratowanie dobytku! To ratuję...

– Dziedziczka? A gdzież ona jest? – Dzieciak nadal patrzył podejrzliwie.

– Po drugiej stronie dworu, przy lamusie. Na wozie siedzi. Kazała skrzynkę wyciągnąć z ognia. Lepiej pomóż mi z tym malowidłem.

Łebek przez chwilę się wahał. Staszek spokojnie taksował go wzrokiem. Przeciwnik był o pół głowy niższy i szczuplejszy, ale jego ręce stanowiły jeden splot mięśni. Miał na nogach porządne buty z cholewkami i samodziałowe spodnie, a spod rozchełstanej chłopskiej siermięgi widać było porządną, dobrze skrojoną koszulę. Przepasał się czerwonym skórzanym pasem, o który zaczepiono czarny sznureczek, zapewne dewizkę do zegarka plecioną z końskiego włosia. Czapka z daszkiem, podobna trochę do maciejówki, też wyglądała „miejsko”.

– Ty przodem – warknął.

Staszek nie miał ochoty na zbędne dyskusje. Zarzucił sobie ciężar na lewe ramię i poszedł za węgieł budynku. Gdy się obejrzał, chłopak kroczył w ślad za nim, niezdarnie trzymając obraz pod ramieniem. Lufa flinty chwiała się na boki, ale cały czas twardo celowała mu w plecy.

Nie dziwię mu się, westchnął w duchu. Nie ufa. Ale jak ufać komuś, kto skacze oknem z płonącego cudzego domu obładowany mieniem gospodarzy? Dobrze, że mi od razu nie wsadził kuli w plecy!

Staszek wyszedł zza węgła. Hela pospiesznie przeglądała uratowane rzeczy zgromadzone na furmance. Na jego widok wyraźnie odetchnęła z ulgą.

– Chwała Bogu! – zawołała. – Już myślałam, że pan zgorzał.

– Skrzynka dostarczona wedle zamówienia – odkrzyknął.

Ruszył ku niej. I naraz spostrzegł, że nie słyszy kroków za sobą. Obejrzał się. Na widok dwóch trupów leżących obok ganku chłopak zatrzymał się jak wryty. Celował z dubeltówki do nieboszczyków, jakby się bał, że za chwilę ożyją.

– A niech mnie drzwi ścisną! – powiedział. – Toż to Moskale.

– A myślałeś, że kto dwór podpalił? – prychnął Staszek. – Skrzaty?

– Toż tu ludzi żadnych nie ma... I kto zatem ich usiekł?

– Wychodzi na to, że ja. – Staszek uśmiechnął się krzywo. – A trupy czterech czy pięciu innych właśnie palą się w środku. W ostatniej chwili twoją dziedziczkę ratowałem, bo już się zabierali ją zgwałcić i zarżnąć.

Nieznajomy rozglądał się zdezorientowany po podwórzu. Spostrzegł kozackie konie w kącie przy stajni. Przeliczył je wzrokiem. Potem coś dodawał na palcach.

– Tak wielu naraz?! – wykrztusił. – I to sam?!

– Toż nie naraz, tylko po kolei i większość z zaskoczenia zadźgałem – sprostował Staszek.

Ale w oczach chłopaka nadal widać było niemy podziw. Flintę przewiesił przez ramię, uniósł rękę do skroni, jakby niepewny, czy należy zasalutować.

No to zdobyłem sobie niezły szacun na dzielni, zakpił w duchu podróżnik w czasie.

Przez chwilę taksowali się wzrokiem. Staszek niemal z miejsca zdołał zaklasyfikować nieznajomego. Sądząc po stroju, był to bogaty chłop, może służący lub rękodajny z folwarku. Spracowane dłonie wskazywały, że częściej pracował rękami niż głową. Ale było w nim coś, jakiś rodzaj ogłady, którą daje życie w mieście, czytanie książek, nauka. Dla odmiany tamten miał najwyraźniej problemy z zaklasyfikowaniem Staszka. Szesnastowieczny strój mieszczański chyba nic mu nie mówił. Przyjrzał się butom, potem dłoniom przybysza.

Donieśli ciężary do wozu.

– Oto pani skrzynka. I obraz jeszcze uratowaliśmy. – Staszek wskazał malowidło niesione przez chłopaka. – I krucyfiks. – Wyciągnął zza pazuchy krzyż. – Obawiam się jednak, że już nic więcej nie zdołamy wydobyć z płomieni.

– Dziękuję. – Uśmiechnęła się smutno.

Nie patrzyła na niego, myślała już chyba o czymś innym.

– Pani. – Chłopak z dubeltówką pochylił się i pocałował ją w dłoń. – Gdzie jest dziedzic? – Spojrzał na płonący dwór.

– To już bez znaczenia, mój drogi Krzysztofie – powiedziała, także patrząc w płomienie. – Wszyscy poza mną zginęli. Tam, w lamusie, ciała złożyliśmy.

Młodzieniec rzucił flintę na furę. Otworzył drzwi szopy, padł na kolana, chwycił rękę nieboszczyka i ucałował. A potem zaczął rozpaczliwie szlochać.

– Wracam za chwilę! – rzucił Staszek i poszedł za szopę.

Odszukał w krzakach trupa żołnierza, tego, któremu wyrwał szablę. Sprawdził mu kieszenie, znalazł dwa ruble i trochę drobnych. W jednej z ładownic zamiast zapasu kul i prochu tkwił złoty zegarek zawinięty w kobiecą chustkę do nosa z haftowanym monogramem. Druga ładownica pełna była kul i tutek. Przytroczył ją sobie do paska.

Jestem pieprzoną hieną cmentarną, pomyślał ze smutkiem, przekładając monety i zegarek do swojej sakwy. Ale co innego mi pozostało? Wylądowałem w obcej epoce bez grosza przy duszy. A ci się nakradli, narabowali i przynajmniej część łupu mają przy sobie. Za to, co w kwadrans zabrałem z ich kieszeni, przeżyję kilka tygodni albo i miesięcy, usprawiedliwiał się sam przed sobą. Pieniądze, pierścionki, zegarki... A prawowici właściciele albo nieznani, albo i w piachu.

Wrócił przed lamus. Hela martwym wzrokiem wpatrywała się w bijące ku niebu płomienie. Najwyraźniej do tej pory była w szoku, a teraz powoli docierała do niej cała groza sytuacji. Z dworu dobiegł dziwny wizg. Staszek spojrzał. Dach powoli osiadał, grzebiąc wnętrze. Płonący gont odsłonił rozżarzone, łamiące się pod własnym ciężarem belki.

Resztki Skrata spalą się na popiół, pomyślał podróżnik w czasie. I doskonale. Żadnego ryzyka epidemii, żadnego kawałka, z którego ewentualnie mógłby się odrodzić – przypomniał sobie horror „The Thing”. Przynajmniej ten jeden kłopot mam z głowy.

Krzysztof nadal klęczał przy martwym starcu, trzymając zimną dłoń przy ustach. Jego plecami wstrząsał szloch. Staszek westchnął ciężko. Głupio było przeszkadzać w takiej chwili, ale przemógł się. Podszedł i bezceremonialnie pociągnął chłopaka za ramię. Poczuł pod palcami zaskakująco twardy splot węźlastych mięśni.

– Jak daleko jest najbliższy garnizon? – zapytał.

– Co? – Wyrwany z zadumy chłopak spojrzał na Staszka wystraszony, ale zaraz pytanie jakoś przebiło się do jego umysłu.

– Garnizon, pułk, posterunek, koszary, żołnierze na kwaterach po wsiach... Jak daleko są najbliżsi Rosjanie?

– W Krasnymstawie stoi oddział.

– Odległość?

– Nie wiecie, panie? No, z piętnaście wiorst będzie...

Staszek przymknął na chwilę oczy. Ta wiorsta, z tego, co pamiętał, to coś zbliżonego długością do kilometra.