UcieczkaTekst

Z serii: Norweski dziennik #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ucieczka
Ucieczka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,83  51,86 
Ucieczka
Ucieczka
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
4,99 
Szczegóły
Audio
Ucieczka
Audiobook
Czyta Maciej Więckowski
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stanąłem oczarowany widokiem. Po prawej ostre skały opadały piętnastometrową skarpą do wody. Po lewej brzeg był znacznie niższy. U stóp skarpy, zbudowanej z kamiennych bloków różnej wielkości, znajdował się wąski pasek żwirowatej plaży. Na szczycie rosły świerki, niewielkie i poskręcane na skutek wiatrów. Ich korzenie rozpaczliwie wciskały się w szczeliny. A potem zobaczyłem dom.

W pierwszej chwili pomyślałem, że zaszła jakaś pomyłka, ale zaraz odrzuciłem to przypuszczenie. To nie była pomyłka. Po prostu nie byli gotowi na moje przybycie... Dom stał na krawędzi urwiska. Był bardzo stary i bardzo zrujnowany. Z dachu pozostał jedynie szkielet. Ze ścian odpadały deski. Okna, o dziwo, z szybami, spaczyły się i widać było szerokie na palec szpary pomiędzy nimi a framugą. Całość miała smutny, głęboko szary kolor i sprawiała przygnębiające wrażenie.

Zamyśliłem się głęboko. Nie był przechylony, co wydawało się świadczyć o mocnej jeszcze konstrukcji, i to było właściwie wszystko. Cała reszta szczegółów podnosiła włosy na głowie.

– Trzeba będzie zwiedzić to od środka – powiedziałem do siebie. – Może się coś wyklaruje.

Drzwi znajdowały się w ścianie frontowej i dotrzeć można było do nich jedynie po wąskiej półce skalnej. Nie stanowiło to specjalnego problemu, w ścianie było bowiem dużo dziur zapewniających wygodne uchwyty dla rąk. Ktoś musiał niedawno przebyć tę drogę, ponieważ pod zaśniedziałą klamką lśnił zupełnie nowy zamek. Drugi z kluczy pasował. Przekręciłem go, potem nacisnąłem i pociągnąłem. Drzwi otwierały się na zewnątrz.

Nie chciały jednak tak łatwo się poddać. Z przeraźliwym zgrzytem uchyliły się o parę centymetrów. Dalej nie miały ochoty. Szarpnąłem potężnie. Odpadły z trzaskiem od framugi i popchnęły mnie do wody. Uderzyłem ciężko plecami dwa metry niżej i zapadłem w chłodną ciemność. Przekręciłem się rozpaczliwie, tracąc wiele cennego powietrza, i wróciłem na powierzchnię. Ubranie namokło oczywiście natychmiast, krępowało moje ruchy, wciągało w topiel. Nie pływałem nigdy dobrze, byłem samoukiem, ale jakoś udało mi się dotrzeć do skały, w którą czyjaś litościwa dłoń powbijała metalowe klamry.

Zacząłem się wspinać. Piąta z kolei klamra była tak zardzewiała, że załamała się pod moim ciężarem i wisiałem przez chwilę na jednej ręce, ale jakoś dotarłem aż do progu. Teczka z dokumentami szczęśliwie upadła na ziemię, a nie do wody. Wysunął się z niej zegarek elektroniczny. Był wodoodporny, więc założyłem go na rękę. Wszedłem do domu. Wrażenie, jakie odniosłem wewnątrz, było jeszcze bardziej przygnębiające. Podłoga załamywała się pod stopami.

– Jest tu kto? – zawołałem w półmrok.

Odpowiedziała mi nienaturalna cisza. Sufit korytarzyka, w którym się znalazłem, był powybrzuszany, a jego deski groziły w każdej chwili runięciem na głowę. Po lewej stronie miałem dwie pary drzwi. Nie otwierały się, unieruchomione w zawiasach przez rdzę. Na szczęście te na końcu korytarza były uchylone.

Przecisnąłem się przez szparę i znalazłem w rozległym pomieszczeniu. Panował tu półmrok, okna bowiem zasłaniały jakieś szmaty, a sufit, o dziwo, był prawie cały. Pośrodku piętrzył się stos różnych rupieci. Ściągnąłem z siebie mokre łachy i powiesiłem je na jakichś szczątkach mebli. Na zrolowanym dywanie leżał zwinięty pled. Narzuciłem go na siebie. Był bardzo gruby i pachniał nowością. Obok znalazłem poduszkę. Popatrzyłem na zegarek. Pokazywał niemal północ. Spojrzałem w okno i zrozumiałem.

– Biała noc – szepnąłem w półmrok.

Byłem zupełnie skołowany. Usiłowałem policzyć, ile czasu trwała podróż. Nie mogłem. Położywszy się na dywanie, zapadłem niemal natychmiast w sen.

Stałem w białogwardyjskim mundurze przed bramą straceń warszawskiej cytadeli i na coś czekałem. Ale chyba nie na skazańców. Obudziłem się, gdy coś miękkiego dotknęło mojej twarzy. Otworzyłem oczy. Szary kot patrzył na mnie ciekawie. Zasnąłem ponownie. Wrzasnąłem i obudziłem się znowu. Kot siedział nadal niedaleko mnie. Sięgnąłem ręką, aby go pogłaskać. Odskoczył. Poczułem się samotny, opuszczony i nieszczęśliwy. Zapłakałem, ale po chwili znowu ogarnął mnie sen.

30 czerwca 1984, sobota. Okolice Lwowa,

Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka

To miejsce nazywano Małą Ameryką. Nieoficjalnie. Faktycznie wyglądało dość amerykańsko. Nieduże domki o elewacjach wykończonych sidingiem tonęły wśród gęstych drzew. Pierwotną, odwieczną dąbrowę przetrzebiono, przekształcając w rozległy park. Drzewa dawały dużo cienia i nawet w najgorsze upały było tu chłodno jak w lesie. Liście zatrzymywały niesiony wiatrem lessowy pył. Osiedle otaczał betonowy mur pięciometrowej wysokości. Za murem ciągnęły się sosnowe i brzozowe zagajniki, które zamykał pierścień jednostek wojskowych, a całość dodatkowo chroniły setki kilometrów kwadratowych poligonu. Ponieważ kontaktowanie się ze światem wymagałoby pokonywania kilkunastu punktów kontroli, osada utrzymywała więź z resztą socjalistycznej ojczyzny wyłącznie drogą powietrzną.

Z niewielkiego lotniska startowały często awionetki i helikoptery. Blisko połowę osady zajmował dziwny betonowy budynek, zagłębiony częściowo w ziemi. Na jego dachu położono grubą warstwę gleby oraz zasadzono cały las. Między drzewami zawieszono druty i puszczono nimi prąd o wysokim napięciu. Tajemnic tego miejsca nie był w stanie rozgryźć żaden wraży amerykański satelita. Wewnątrz mieścił się Instytut. Wszyscy mieszkańcy osady pracowali w Instytucie. Część domów zajmowali emeryci, którzy przestali pracować w Instytucie. Nieliczni pracownicy mieli dzieci, które uczyły się w specjalnej szkole, by w przyszłości pracować w Instytucie.

Semen Miszczuk, mikrobiolog, siedział w salonie przy komputerze. Teraz gdy wreszcie zaczął do czegoś dochodzić, nie odrywał się od pracy nawet w domu, robiąc tylko kilkugodzinne przerwy na sen. Po monitorze biegły nieskończenie długie kolumny złożone z czterech liter, symbolizujących zasady tworzące spiralę DNA. Powtarzające się sekwencje były zaznaczone. Koń, człowiek, pies i próbka pochodząca z tkanki przechowywanej w chłodniach głównego budynku...

– Cholera – mruknął sam do siebie. – Jasna cholera. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? No cóż, nikt nie uczył nas takiej genetyki...

Łucja, trzymając w smukłych dłoniach dzbanek z wodą, wśliznęła się bezszelestnie do pokoju. Zaczęła podlewać dużą palmę. Odbijała się w filtrze monitora. Semen uśmiechnął się lekko. Dziewczyna była urocza.

Rozległ się melodyjny amerykański gong przy drzwiach. Otworzył syn Semena – Ihor. Po chwili do gabinetu weszli dwaj mężczyźni w mundurach KGB. Miszczuk przerwał porównywanie sekwencji i odwrócił się w ich stronę.

– Tak? – zagadnął. – Czym mogę służyć?

Wyższy, pułkownik, chrząknął.

– Semenie Pawłowiczu, profesor Ławrenko zadecydował, że trzeba przejść wreszcie do etapu drugiego.

Twarz Miszczuka stężała.

– Straciliśmy osobnika, którego spodziewaliśmy się odłowić w Polsce. A zatem musimy zrealizować wariant awaryjny. Materiał dojrzał. – Pułkownik machnął ręką w stronę Łucji. – Teraz należy przeprowadzić eksperymenty toksykologiczne i genetyczne.

Omal nie zemdlał. Nie usłyszał, jak dzbanek wyślizguje się z rąk córki i roztrzaskuje o kamienną posadzkę. Opanował się.

– Protestuję – odparł. – Procedura podejmowania decyzji w Instytucie wymaga mojej zgody.

– Gdy przed trzynastu laty oddawaliśmy ją twojej żonie na wychowanie, zobowiązałeś się wydać materiał do badań na pierwsze żądanie profesora.

Łucja zbladła i osunęła się na podłogę, prosto w kałużę wody i odłamków szkła. Semen uśmiechnął się jednym kącikiem ust. Powoli odzyskiwał spokój.

– Myślę, że będę musiał zastosować procedurę odwoławczą – powiedział, podchodząc do ściany.

Mieszkańcy osady lubili antyki. On nie podzielał ich pasji. Na ścianie wisiał tylko stary miecz samurajski, zdobyty przez jednego z jego przodków w 1905 roku w Mandżurii.

– Nie możesz się odwoływać – warknął towarzyszący pułkownikowi mężczyzna. – Ta decyzja jest ostateczna.

– Ostateczna – powtórzył, kładąc dłoń na rękojeści.

Trudno jest ściąć dwie głowy za jednym zamachem, ale jemu się udało. Krew pułkownika splamiła sufit. Biolog upuścił miecz i podbiegł do Łucji.


– Wszystko w porządku? – zapytał.

Kiwnęła głową. W oczach miała pustkę. Z szuflady wyjął pistolet z tłumikiem i odbezpieczył go. Pudełko z nabojami wysunęło mu się z dłoni i upadło na podłogę. Schylił się. To uratowało mu życie. Kula wymierzona w jego głowę uderzyła w ścianę. Odwrócił się. Strzelał do niego Ihor.

Jego własny syn. Jedynak, następca, podpora starości, kontynuator rodu i badań... Ich spojrzenia spotkały się. Wzrok Ihora był zimny. Ponownie nacisnął spust. Pocisk szarpnął kołnierzyk marynarki, ale szczęśliwie ominął szyję. Miszczuk wystrzelił. Odruchowo. Chłopak, trafiony precyzyjnie w środek czoła, padł na wznak. Koniec.

Opuścił broń. W tej chwili poczuł absurdalność sytuacji. Właśnie zarąbał mieczem swojego zwierzchnika i towarzyszącego mu technika oraz zastrzelił swojego syna. Tak po prostu. Po klindze leżącej na dywanie katany powoli spływała gęsta czerwona kropla.

Łucja patrzyła już prawie przytomnie.

– Nie jestem twoją córką – szepnęła.

– Jesteś. Może nie masz mojej krwi, ale jesteś. Czytałem ci bajki na dobranoc. Patrzyłem, jak rośniesz.

– Jestem materiałem. Owocem jakichś waszych obłąkańczych badań...

– Jesteś moją córką. Nie sądziłem, że kiedykolwiek zrealizują tę część planów. Oszukiwałem się. Ale miałem nadzieję.

Zamilkł. Próbował sobie przypomnieć tamten dzień kilkanaście lat temu. Idiotyczny pseudonaukowy eksperyment zakończony nieoczekiwanie sukcesem. Zaskakującym, jednorazowym sukcesem. Nigdy już nie udało się go powtórzyć... A w nauce liczy się tylko to, co powtarzalne. Usłyszał, że Łucja coś mówi.

 

– Domyślałam się, że coś jest ze mną nie tak. Te dziwne zachcianki... Trawa... Kim jestem? I co teraz?

– Jesteś moją córką, a resztę spróbuję ci wyjaśnić w jakimś stosowniejszym momencie.

Uniósł broń i jednym strzałem roztrzaskał komputer. Trzy pudełka dyskietek cisnął do kominka. Zaskwierczał płonący plastik.

Piętnaście lat pracy diabli wzięli, pomyślał.

Poczuł dziwną ulgę. I jednocześnie przerażenie. Uświadomił sobie, że znajdują się w potrzasku. Że nigdy nie uda mu się uciec. A nawet jeśli, to dokąd?

– Co teraz zrobimy? – zapytała Łucja.

Odsunęła się kilka kroków, uciekając przed ciągle rosnącą kałużą krwi na parkiecie. No właśnie. Co robić?

– Pójdziemy na lotnisko i porwiemy samolot – zasugerował. – W wojsku uczyli mnie latać. Powinienem sobie poradzić. Kijów jest niedaleko. Tam będzie im trudno nas odnaleźć.

– Nie uda się.

– Dlaczego nie? Nie spodziewają się. Trzeba spróbować. Idź się przebrać.

Z podręcznego laboratorium zabrał walizeczkę z kilkoma probówkami. Gdy przechodzili koło pozbawionych głów ciał, ich buty zakląskały w kałuży krwi. Ihor patrzył w górę szklistym wzrokiem. Ojciec wyczuł w tym spojrzeniu coś na kształt nagany. Pochylił się na chwilę, by zamknąć mu powieki.

– Zabiłeś ich.

Głos bardzo jej drżał.

– Po to właśnie, między innymi, ma się rodziców – powiedział łagodnie. – By jeśli zajdzie potrzeba, bronili swoich dzieci przed niebezpieczeństwem...

W drzwiach odwrócił się. Lubił ten nieduży dom. Lubił pracować przy starym biurku z orzechowego drewna, lubił patrzeć na płomienie skaczące za grubą szybą kominka. A teraz czeka ich poniewierka... Poczuł żal, ale jednocześnie uświadomił sobie, że nie mógł postąpić inaczej. Całe wychowanie człowieka, stopień jego przystosowania do norm społecznych, sprawdza się w chwili, gdy trzeba bronić swoich przekonań. Można się poddać lub stawić opór...

30 czerwca 1984, sobota. Bodø, Norwegia

Przebudzenie nie należało do specjalnie przyjemnych. Mimo koca zmarzłem na kość. Moje ubranie, podobnie zresztą jak i wszystko wokoło, było mokre, a raczej wilgotne, jak gdyby polizane wielkim jęzorem. W dodatku coś okropnie uwierało mnie w plecy. Sięgnąłem ręką i wydobyłem spod siebie pistolet zawinięty w kawałek brezentu. Pojęcie o rodzajach broni miałem nikłe, ale ten typ akurat znałem. Mały damski rewolwer produkowany w Belgii pod koniec wojny. Strzelał nabojami tego typu jak do sportowego karabinka. Ołowiany czubek bez stalowego płaszcza. Mimo niewielkiego kalibru wyrywał w ciele potężne dziury. Schowałem znalezisko pod dywan, odkładając na później sprawdzenie, czy działa.

Popatrzyłem na swoje dłonie. Były potwornie brudne. Rozejrzałem się po pokoju, do którego rzucił mnie wczoraj los. Pomieszczenie miało wymiary mniej więcej dziesięć na pięć metrów i panował w nim potworny bałagan. Meble zwalono na stos. Pomiędzy nimi poniewierały się inne graty. Książki były zawilgłe, przedstawiały sobą obraz nędzy i rozpaczy. Większość sprzętów rozpadała się w rękach. Próchno, ale na szczęście nie widziałem nigdzie śladów obecności korników. Może było tu dla nich zbyt zimno? Po pobieżnym zlustrowaniu pomieszczenia ruszyłem na podbój domu.

Czułem się trochę jak poszukiwacz skarbów, choć wszystko wskazywało na fakt, że jakieś męty splądrowały już raz wnętrze. Wyszedłem na korytarz, z którego na skutek braku drzwi wejściowych miałem piękny widok, i energicznie zabrałem się do wyważania drzwi na lewo za pomocą młotka murarskiego znalezionego w pomieszczeniu, w którym spędziłem noc. (Ze względu na znalezione tam książki nazwałem je biblioteką).

Drzwi, które przyszło mi wyłamywać, nie stawiały oporu. Pokonałem zardzewiałe zawiasy i zajrzałem do środka. To była kiedyś łazienka i ubikacja zarazem. Można się było tego od razu domyślić po stosach kafelków, które odpadły od drewnianych ścian i leżały na podłodze, popękane, upstrzone plamami odłażącego kleju. Wanna, cokolwiek obita z emalii, stała po lewej. Wypełniały ją brudne szmaty, najwyraźniej części garderoby. Otworzyłem klapę sedesu. Wewnątrz pływały rozkładające się szczątki jakiegoś gryzonia, szczura albo leminga. Spuściłem odruchowo wodę. Zadziałało. Kran nad umywalką również był sprawny.

To było pocieszające. Gorzej przedstawiały się sprawy ze starym bojlerem na węgiel, który wisiał nad wanną, strasząc wyrwanymi drzwiczkami paleniska. Był kompletnie zardzewiały. Zdawałem sobie sprawę, że nigdy już nie uda się go uruchomić. Na odchodnym postanowiłem sprawdzić oświetlenie. Niestety, podobnie jak w bibliotece, nie działało.

Następne pomieszczenie było czymś w rodzaju podręcznej rupieciarni. Chyba nigdy nie miało okien. Poprzedni właściciel używał go zapewne jako magazynu, jego środek bowiem zawalony był deskami. Podobały mi się. Były względnie nowe i, o dziwo, niespecjalnie zawilgłe. Pod ścianą stała szafka na narzędzia, rozbita czyjąś chciwą ręką.

Wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, zniknęło, ale obcęgi, kombinerki i młotki zostały. Były jedynie mocno zardzewiałe. Obok znalazłem przystawkę do wiertarki, służącą do mocowania niedużej piły tarczowej. Widocznie przegapili ją w pośpiechu. Co krok natrafiałem na ślady byłego właściciela lub grasujących złodziei. Skarpetki wiszące na lampie, pusta butelka, porzucony łom. Właściwie powinienem odczuwać niepokój, ale nie bałem się. Ślady wystygły. To wszystko zdarzyło się dawno temu. Upewniała mnie o tym gruba warstwa pajęczyn i wszechobecny kurz.

Zlustrowawszy pomieszczenie, przeszedłem na drugą stronę korytarza. Drzwi poddały się z niewielkim oporem. Znalazłem się w kuchni. Była dość duża – około dwudziestu pięciu metrów kwadratowych. (Jak obliczyłem później, parter miał dokładnie sto). W powietrzu unosił się trudny do zniesienia odór. Nic dziwnego, ponieważ jakaś bezpostaciowa masa, zapewne kartofle, gniła w jednym z kątów. Tuż przy drzwiach, zagradzając przejście, stał stół. Pokrywał go kożuch pleśni, kropidlaków i błękitno-zielonych pędzlaków. Tu i ówdzie pleśń się powybrzuszała i utworzyła niewielkie pagórki. Gdy pchnąłem, stół wywrócił się i rozpadł na kilka fragmentów różnego kształtu. Był całkowicie spróchniały. Przestąpiłem jego mizerne resztki i wkroczyłem do kolejnej izby.

W kuchni królował piec na węgiel, a pod ścianą od strony biblioteki – potężne lodówki. Na płycie stały trzy garnki. Podniosłem ciekawie pokrywki. W jednym była dziura, którą to, co w nim było, uciekło do paleniska, w drugim dno pokrywało jakieś zaschnięte paskudztwo. W trzecim paskudztwo było półpłynne, wydzielało obrzydliwą woń i lekko drżało.

Podłoga w pomieszczeniu nie należała do najmocniejszych, uginała się niebezpiecznie pod nogami. Wymagała z pewnością rychłej wymiany. Całości obrazu nędzy i rozpaczy dopełniał zlew wypełniony stosem połamanych talerzy. Od lodówek podejrzanie zalatywało. Postanowiłem zbadać to dokładniej. Były bardzo wiekowe, myślę, że miały co najmniej po jakieś dwadzieścia lat. Brak prądu musiał doprowadzić do rozkładu ich zawartości. Otworzyłem środkową.

Byłem przygotowany na różne paskudne widoki, ale temu, kto załadował ją swego czasu, udało się mnie zaskoczyć. Włosy stanęły mi dęba. Instynktownie odskoczyłem do tyłu, a potem zawartość żołądka zaczęła podchodzić mi do gardła. Pobiegłem do okna i uderzyłem je ramieniem. Jedno ze skrzydeł wypadło na zewnątrz. Zwymiotowałem. Skurcze szarpały mój żołądek, ilekroć podmuch wiatru napędzał w moją stronę smród bijący z lodówki.

Postarałem się opanować i gdy doszedłem do wniosku, że jestem gotowy, popatrzyłem przez ramię. Zawsze do szaleństwa bałem się nieboszczyków, duchów, wampirów, bandytów, wind, zsypów, luster, ciemności, wysokości, krów, owadów, elektryczności et cetera, a to, co miałem przed oczyma, wyglądało jak częściowo zmumifikowane ciało człowieka odzianego w futro. Straszne myśli przeleciały mi przez głowę: trup poprzedniego właściciela, ofiara poprzedniego właściciela, efekt gangsterskich porachunków miejscowych mafii.

Zmusiłem się, aby podejść. To nie był trup człowieka, ale rozkładające się truchło renifera, wtłoczone w nieco zbyt ciasną chłodziarkę. Pomyłka drobna, choć znacząca. Na odchodnym postanowiłem zbadać zawartość stojących na podłodze szafek. Tylko ślady na ścianie wskazywały na fakt, że kiedyś tam wisiały. W szafkach były różności: miedziane rondle, torby zatęchłej mąki, mole zbożowe, a nawet kilka myszy. O dziwo, talerze nie potłukły się przy upadku, a w każdym razie nie wszystkie.

Spośród sztućców wydobyłem małą srebrną solniczkę w kształcie jelenia. Była zaśniedziała w sposób, w jaki śniedzieje srebro. Widocznie złodzieje przegapili ją w pośpiechu, a może w ogóle tu nie zajrzeli?

Do ściany ktoś przyszpilił nożem kartkę papieru. Oderwałem ją.

Drogi Tomaszu!

Ogarnij nieco chałupę, nasz kumpel przyjedzie za kilka dni, to Ci pomoże z wstępnym remontem. Wpadnę na początku września. Schowałem dla Ciebie dwie butelki piwa w bojlerze. Trzymaj się.

Paweł Norwicki

Instrukcja. Przejrzysta, konkretna, ukazująca, co mam robić. Zamyśliłem się. Z kieszeni wyjąłem legitymację szkolną, a ściślej mówiąc, coś w rodzaju laminowanego identyfikatora z moim zdjęciem.

– Tomasz Paczenko – przesylabizowałem. – A Pawła Koćkę zaszlachtowali narkomani w krzakach nad Wisłą i zakopali tak dokładnie, że nigdy nie zostanie znalezione jego ciało. Cały problem, że nie znam żadnego Pawła Norwickiego.

Nieoczekiwanie nazwisko to wydało mi się znajome. Czujna myśl rzuciła się w mrok umysłu, ale nic nie znalazła. Jak zwykle. Wyszedłem z kuchni z głębokim postanowieniem, że jeszcze tam wrócę. Aby jednak podjąć walkę, potrzebowałem kilku rzeczy, których nie posiadałem. W kieszeń wsadziłem plik banknotów. Z rupieciarni wyciągnąłem rozklekotany rower, wytarłem go jakąś szmatą z kurzu, podpompowałem koła i pojechałem do miasta.

Jechałem powoli ulicą. Czystość kłuła w oczy. Ludzie ubrani byli potwornie jaskrawo, a może to mój wzrok, przywykły do wyblakłych barw socjalistycznej odzieży, nie mógł się przystosować? Większość elewacji domów wyglądała jak świeżo odmalowana. Kapitalizm zaczynał mi się podobać.

Kupiłem sobie puszkę impregnatu do drewna, płyn do mycia podłogi, mydło oraz trochę innych przydatnych rzeczy. Wróciłem do domu. Rower to wspaniały wynalazek, te parę kilometrów zrobiłem w kilka minut. Na początek zjadłem puszkę fasolki, aby się wzmocnić, a potem zakasałem rękawy i raźno zabrałem się do roboty.

W rupieciarni odnalazłem stary szpadel i naostrzyłem go pilnikiem. Następnie wykopałem niedaleko domu duży dół na odpadki. Dół nie był specjalnie głęboki, pół metra pod powierzchnią ziemi trafiłem na skałę. Na grzbiet naciągnąłem znalezioną wśród gratów drelichową kurtkę. Ruszyłem do szturmu.

W tym szturmie szpadel odgrywał znaczącą rolę. W ogóle jest to przyrząd o szerokim zastosowaniu. Można nim kopać doły pod drzewka lub groby dla niechcący zastrzelonych kumpli. O ile się ich ma. Ja podobno miałem.

Najpierw pozbierałem odłamki desek i drewniane gonty leżące wokoło domu. Potem udałem się do biblioteki, gdzie rozwaliłem szpadlem część mebli. Ich żałosne szczątki zaniosłem do dołu. Później zaszedłem do kuchni, gdzie rozpyliłem trochę aerozolu przeciw owadom. Obszedłem dom od tyłu. Ściana południowa także przylegała do urwiska. Zatoczka wcinała się w tym miejscu najgłębiej.

Kawałek dalej po kamieniach można było dostać się na plażę. Może wyraz „plaża” nie pasuje zbyt dobrze do dwumetrowej szerokości żwirowej łachy, która w czasie przypływu znika pod wodą, ale z braku lepszego określenia tak ją nazwałem. Plaża była fajna. W przeciwieństwie do innej, którą widziałem kiedyś na wakacjach w Polsce, ta była wręcz sterylnie czysta. Ani śladu zardzewiałych puszek, brył styropianu, butelek i innych takich. Placków mazutu także nie znalazłem. Morze wyrzucało za to wiele kawałków drewna, kijów i konarów. Uprzątnąłem sobie kawałek miejsca i uwaliłem się, aby odpocząć. Mój wzrok wolno przesunął się po skałach i spoczął na wylocie zatoczki. Przez szerokie, lejkowate ujście widziałem kawałek otwartego morza. Kilka kilometrów od brzegu widać było skalistą wyspę. Pomyślałem, że może kiedyś na nią popłynę.

Było mi dobrze, czułem się bezpieczny. Daleko poza mną pozostał świat zaludniony przez rozmaitych degeneratów. Tam, na południu, zostawiłem spaliny i beton wielkich miast, klaustrofobiczną atmosferę domu dziecka... A więc tak smakuje wolność? Wieczór pojawił się na moim zegarku. Nic w przyrodzie nie zwiastowało jego nadejścia. Może tylko zrobiło się odrobinę chłodniej. W domu ostro pachniały środki owadobójcze. Jak się domyślałem, nie był to zapach specjalnie zdrowy, toteż postanowiłem zanocować na zewnątrz.

 

Przy okazji było to nieco bardziej higieniczne. Za pomocą siekiery powaliłem kilka uschłych świerków i zbudowałem z nich szałas. Nie za duży, długi na dwa metry, szeroki na metr. Budowa dała mi nieoczekiwanie dużo radości. Z domu przyniosłem sobie dywan, który posłużył za materac. (Był nadal zwinięty). Nakryłem się pledem. Nie mogłem zasnąć. Było zbyt jasno.

Poszedłem do lasu. Opadłem na czworaka i zacząłem węszyć tuż nad ziemią. Niebawem znalazłem kępę długiej, miękkiej norweskiej trawy. Skubałem ją zębami i przeżutą połykałem. Miała lekko słodkawy posmak.

Gdy wreszcie zapadłem w sen, przyśniły mi się ruiny jakiejś wsi. Chałupy były rozbite pociskami. Pośród tego rumowiska znajdował się nietknięty kościół oraz cerkiew z częściowo zerwanym dachem. Przed cerkwią leżeli pokotem na ziemi zabici rosyjscy żołnierze. Obudziłem się i pomyślałem, że nie wiadomo, gdzie ich pochowano. Leżałem i myślałem o różnych sprawach. Aż do rana nic więcej już mi się nie śniło.

*

Tromsø przypomina klejnot leżący w głębokiej misie. Pierścień skalistych wysp otacza rozległą zatokę. Z jej środka wyrasta niewielki spłachetek ziemi, połączony z lądem stałym długimi mostami. To daleka północ Norwegii. Kraina surowa, niegościnna, smagana wichrami. Gdzieniegdzie przy ziemi płożą się karłowate brzozy. Wkoło miasta leży kilka wiosek, jednak większość dolin jest bezludna.

W jednej z nich, zasłanej głazami, urządzono niewielką, nielegalną strzelnicę. Tego niedzielnego poranka odbywało się tu coś na kształt egzaminu z praktycznych umiejętności strzeleckich. Chłopak mogący liczyć sobie nie więcej niż osiemnaście lat starannie rozłożył na płaskiej kamiennej płycie mały arsenał. Na skalnej półce ponad jego stanowiskiem usiedli dwaj mężczyźni. Jeden, około pięćdziesiątki, wyglądał na rybaka. Drugi, odrobinę młodszy, w szarej sportowej kurtce, od dwudziestu lat był więźniem tej krainy.

– Gotów? – zapytał po rosyjsku.

Młody człowiek potwierdził kiwnięciem głowy.

– Ognia! Dystans sto dwadzieścia metrów – wyjaśnił po norwesku swojemu milczącemu towarzyszowi.

Ten uniósł do oczu małą lornetkę i przez długą chwilę obserwował, jak w starym sklepowym manekinie pojawiają się kolejne otwory. Strzelec wymieniał broń po każdych czterech strzałach.

– Nieprawdopodobne – powiedział wreszcie, przerywając obserwację.

– Jest bardzo dobry. Ale mamy kilku podobnej klasy.

– Tu, w Norwegii? Powinienem to wiedzieć... Jestem komendantem związku Gladie na cały ten okręg...

– Nie mogę zdradzić – mruknął młodszy. – Zresztą nie będzie tu mieszkał. Wie pan, naszą grupę wydzielono na wypadek infiltracji związku. Jego mogę panu pokazać dlatego, że nie spotkacie się prawdopodobnie już nigdy.

– W przypadku wojny taki snajper może się przydać.

– Macie własnych... Może nie tej klasy, ale macie. Jeśli do Norwegii wkroczy Armia Czerwona, nasi na pewno będą działać i w tych stronach.

– Jak on się nazywa?

– Paweł. Po prostu Paweł. – Polskie imię, ale wymówił je bez trudu.

– Hmm. Czemu nie celuje do tarczy?

– Jego zadaniem będzie strzelanie do ludzi.

1 lipca, niedziela

Obudziłem się wedle mojego zegarka o godzinie szóstej rano. Powietrze było rześkie, nawet trochę za bardzo. Na szczęście mój pled nie przepuścił wilgoci, która na nim osiadała. Wygrzebałem się z ciepłego legowiska. Ukląkłem i zmówiłem modlitwę. Naturalną potrzebą każdego cywilizowanego człowieka jest potrzeba higieny, ale zbadawszy temperaturę wody w morzu, zrezygnowałem z kąpieli. Poszedłem do domu. Wewnątrz było paskudnie zimno i wilgotno, co przy takiej ilości dziur w dachu i ścianach specjalnie mnie nie dziwiło.

Aby trochę poprawić sobie warunki bytowania, napaliłem solidnie w piecu w kuchni. Robaczki, które przeżyły trucie, wypełzły gromadnie z różnych zakamarków, uciekając przed gorącem. Trochę mnie to zmartwiło, ale nie miałem czasu, aby się nad tym głębiej zastanawiać. Czekało mnie sprzątanie. Zjadłem na śniadanie trochę fasolki, a potem otworzyłem puszkę mleka skondensowanego dla kota. Wprawdzie zwierzaka nigdzie nie było widać, ale podejrzewałem, że wylezie wcześniej czy później ze swojej kryjówki. Mleko przelałem do takiej śmiesznej miseczki, którą znalazłem w ruinach szafki, i postawiłem w bibliotece. Pozbierałem wszystko, co mogło się przydać, wyniosłem do rupieciarni, po czym zabrałem się do tego, co przydać się nie mogło. Wszelkie odpadki wrzucałem pod kuchnię, gdzie zamieniały się w popiół, ogień, dym i ciepło. Trochę śmierdziało, ale nic na to nie mogłem poradzić. Większe wynosiłem do dołu.

Zmęczyłem się fest. Dla rozrywki postanowiłem zbadać, jak działa instalacja elektryczna. Brak prądu, jak się okazało, był spowodowany przepaleniem głównego korka. Zesztukowałem za pomocą drutu. W całym domu zapaliło się światło, a wszystkie trzy lodówki zaczęły pracować. Ucieszyło mnie to, bo pomyślałem, że gdy truchło renifera zamarznie, to przestanie śmierdzieć.

Zabrałem się do podłogi. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że pokrywa ją jakaś wykładzina z tworzywa sztucznego. Bliższe oględziny jednak pozwoliły mi stwierdzić, iż w rzeczywistości była to trzycentymetrowa warstwa zhomogenizowanego brudu. Świństwo z trudem dawało się skrobać łopatą. Na piecu zagrzałem wody w metalowym wiadrze. Odskrobaną część potraktowałem płynem do podłóg i ukropem. Spod szarej warstwy nieczystości wyjrzały deski. Były zupełnie do chrzanu. Przepróchniałe i popękane. Wreszcie skończyłem. Zegarek powiedział mi, że jest po jedenastej. Kuchnia została względnie uprzątnięta, ale moje ubranie lepiło się z brudu.

Pomieszczenie pozbawione mebli wydało się większe. Usiadłem na wywróconym do góry dnem wiadrze i spisałem wszystko, co tu znalazłem. Wykaz ten zamieszczam tu dla porządku:

– 10 garnków, w tym 9 dziurawych,

– 30 miedzianych rondli, rondelków i patelni, wszystkie strasznie zaśniedziałe. Stanowią zapewne kolekcję, są ślicznie grawerowane, co wyklucza raczej ich praktyczne zastosowanie,

– 150 różnych sztućców, w tym 82 platerowane. Pochodzą z co najmniej 15 kompletów,

– 46 talerzy, kubków, szklanek, spodków, w tym jeden ozdobiony wielką czarną swastyką,

– 2 wazy do zupy, obie dziurawe,

– 14 dzbanków ozdobionych gotyckimi napisami w języku niemieckim (przysłowia?),

– 6 tasaków,

– 4 salaterki,

– miedziana czarka posrebrzana.

Ponadto:

– piecyk na węgiel drzewny – połamany,

– mikser – zepsuty,

– sokowirówka – zepsuta,

– prodiż bez kabla – chyba zepsuty,

– radio turystyczne – zepsute.

Spisawszy to wszystko, spróbowałem uruchomić obcęgi, kombinerki oraz przystawkę do cięcia piłą tarczową za pomocą oleju ze znalezionej w kuchni butelki (nie umiem powiedzieć, jakim cudem się nie zaśmiardł). Nakapałem solidnie na wszystkie złącza i zostawiłem, aby odmokło. Poszedłem do lasu koło plaży, gdzie poprzednio zauważyłem rządek betonowych słupków. Postanowiłem zbadać, co też to takiego. Jak się okazało, były to smętne resztki pochylni do wyciągania łodzi na brzeg. Łódź zresztą też tam stała.

Była stara jak świat, co można było poznać po jej „stanie technicznym”. Koszmarna piętnastometrowa łajba, zdaje się, kuter rybacki, wykonana z drewna, które rozłaziło się w rękach. Nakryto ją brezentem, ale to chyba nic nie dawało. Wokoło rosły spore samosiejki brzózek. Nie wchodziłem na pokład, nie było zresztą jak, i poprzestawszy na zewnętrznych oględzinach, wróciłem do pracy.

Uprzątnięcie biblioteki zajęło mi trzy godziny. Wszystkie meble z wyjątkiem potężnego dębowego stołu nadawały się tylko i wyłącznie do wyrzucenia. Książki, których było około dwustu, ustawiłem na kształt murku wokół kominka i napaliłem w nim solidnie kawałkami drewna. Nie miałem specjalnych złudzeń, że to coś da, ale może w ciągu następnych kilku dni wysuszę je prawie całkowicie. Wszelkie śmieci zgromadziłem w dole wykopanym koło domu. Potem zabrałem się do badania strychu. To zajęcie, jako najprzyjemniejsze, zostawiłem sobie na deser. Strych mnie nie rozczarował. Znalazłem tam całą kupę różnych przedmiotów, które troskliwie zgromadziłem w drewnianej skrzyni i zdeponowałem w rupieciarni. Przy okazji odkryłem kilka tarcz karborundowych oraz dwie niewielkie piły tarczowe. Pozbierałem kawałki leżących gontów i szmaty i zwaliłem to na dół.