Litr ciekłego ołowiu

Tekst
Z serii: Światy Pilipiuka #8
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Litr ciekłego ołowiu
Litr ciekłego ołowiu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,83  55,86 
Litr ciekłego ołowiu
Litr ciekłego ołowiu
Audiobook
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Światy Pilipiuka

Litr ciekłego ołowiu

Cienie

Plama

Hamak

Czuhajster

Harcerka

Sezam Czerwia

Złudzenie negacji

Książki Andrzeja Pilipiuka

Andrzej Pilipiuk

Adam Przechrzta. Adept

Karta redakcyjna

Okładka


Światy Pilipiuka

1 2586 kroków

2 Czerwona gorączka

3 Rzeźnik drzew

4 Aparatus

5 Szewc z Lichtenrade

6 Carska manierka

7 Reputacja

8 Litr ciekłego ołowiu

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Litr ciekłego ołowiu

Wiatr szarpał gałęzie drzew. Która to już jesień na Woli? Chyba ósma... Spojrzałem przez okno na ciemniejące niebo. Jeszcze pół godziny. Nastawiłem wodę na herbatę i znów zasiadłem przy stole warsztatowym. Założyłem okulary zegarmistrzowskie i ustawiłem obiektywy na dwudziestopięciokrotne powiększenie. Zapaliłem lampki, doświetlając pole pracy. Ująłem zgłębnik dentystyczny i ostrożnie zapuściłem go do wnętrza mechanicznego kalkulatora Curta. Kupiłem go przypadkiem – wypatrzyłem w stertach starzyzny, gdzie błysnął mi jak diament w zwałach gliny kimberlitowej. Sprzedający nawet nie wiedział, co za ustrojstwo odziedziczył po dziadku. Walec wielkości niedużej puszki, wyposażony w suwadła po bokach, korbkę i pierścień zerujący, był w chwili zakupu zapaskudzony lepkim strychowym kurzem i ewidentnie popsuty. Brakowało też oryginalnego ebonitowego pojemnika, w którym urządzenie powinno być przechowywane, oraz instrukcji, lecz bez żalu rozstałem się z dwiema dychami. Przez tydzień czyściłem mechanizm, ale nadal nie był sprawny. Coś blokowało jedną z osi. Powoli, metodą prób, błędów i dedukcji doszedłem, gdzie leży problem. Wystarczyło wydobyć kawałek ukruszonej zębatki i korbka dała się przesunąć. Pierścień zerujący też działał.

Będzie z tym jeszcze trochę roboty, dumałem, oglądając wydobyty detal. Zdemontować, dorobić uszkodzony element, złożyć z powrotem do kupy... A potem się spyli za tysiąc eurosów albo poszuka w Gronie Jarzębiny kogoś, kto zechce wymienić to na coś ciekawego.

Pukanie do drzwi było tak delikatne, że gdybym nie czekał na wizytę, pewnie nie zwróciłbym na nie uwagi. Zdjąłem okulary i poszedłem otworzyć. Na podeście stał typek mniej więcej w moim wieku, odziany w porządny garnitur i elegancki płaszcz z wielbłądziej wełny. Okulary o podwójnej ogniskowej połyskiwały lekko. Pod pachą trzymał elegancką teczkę.

– Izaak Silberstein, byłem umówiony. – Gość ukłonił się, uchylając kapelusza.

– Robert Storm – przedstawiłem się. – Proszę wejść.

Zaprosiłem go gestem do stołu. Nie było łatwo zdobyć ciastka posiadające certyfikat koszerności, ale udało się... Postawiłem na blacie imbryk. Uśmiechnął się z wdzięcznością. Po chwili grzał już zziębnięte palce o filiżankę.

– Jak napisałem w mejlu, reprezentuję kancelarię prawniczą z Nowego Jorku – wyjaśnił. – Przyleciałem do Polski, ponieważ rekomendowano nam pana jako człowieka zdolnego przeprowadzić poszukiwania osób i przedmiotów o znaczeniu historycznym. Chwalono pana za profesjonalizm i dyskrecję. W dodatku... jak by to ująć... – zastanowił się. – Nasi informatorzy twierdzą, że sprzyja panu szczęście.

Mówił po polsku bardzo przyzwoicie, przypuszczałem, że jego rodzina wyemigrowała z Polski, a i w Stanach miał kontakt z Polakami. Obcy akcent był niemal niesłyszalny.

– Czym zatem mogę służyć? – zapytałem ostrożnie.

Mężczyzna odłożył ciastko na spodeczek.

– Jeden z naszych klientów dokonał zapisu testamentowego. Ponieważ spodziewa się umrzeć w ciągu najbliższych kilku lat, chciałby już teraz zacząć porządkować ziemskie sprawy. Zapragnął między innymi ofiarować kwotę stu pięćdziesięciu tysięcy dolarów redakcji „Kuriera Warszawskiego” na dalszą działalność.

– Przekażcie mu zatem, proszę, że ta gazeta nie istnieje od siedemdziesięciu lat. Ostatni numer ukazał się już po zajęciu Warszawy przez Niemców jesienią trzydziestego dziewiątego – wyjaśniłem. – Przez kolejne kilka lat ukazywała się hitlerowska gadzinówka „Nowy Kurier Warszawski”. Po wojnie już tytułu nie wznowiono. Niech poszuka innych godnych rąk.

– To już sami zdążyliśmy sprawdzić. Gdyby to było takie proste, nie przyszedłbym z tym do pana. – Prawnik uśmiechnął się jakby kpiąco i pociągnął łyk herbaty.

– No fakt. – Podrapałem się po głowie. – Skoro wie pan, kim jestem i czym się zajmuję, to zapewne jest w tej sprawie jakiś haczyk? Na czym tak naprawdę ma polegać moje zadanie?

– Owszem, jest i haczyk – przyznał. – My też zaczęliśmy od poszukiwań redakcji, a potem sprawdziliśmy datę ukazania się ostatniego numeru. Przedstawiliśmy te informacje klientowi, jednak on twierdzi stanowczo, że gazeta nadal wychodzi.

– Wspomniał pan, że to człowiek w podeszłym wieku. Może jego przekonanie... – zacząłem ostrożnie. – Czy nie zakładał pan, że być może... że jego ocena sytuacji... – zaplątałem się. – Jak by to ująć delikatnie... Może mu się tylko wydaje?

– Moglibyśmy tak założyć, ale dostarczył nam pewien dowód potwierdzający jego teorię – przerwał mi gość.

Zegar melodyjnie wybił kwadrans. W kominku trzeszczały polana. Jesienny wiatr szarpał gałęzie za oknem. O szyby zabębniły grube krople deszczu. Otrzymałem w życiu wiele zleceń. Szukałem najdziwniejszych możliwych gratów. Widziałem i słyszałem niejedno. Niewiele mnie dziwiło. Ale tym razem poczułem swego rodzaju zaskoczenie.

Prawnik otworzył teczkę i wyjął z niej egzemplarz gazety zabezpieczony foliową koszulką. Znajoma winieta. I tylko data, jakiej zupełnie się nie spodziewałem: 12 lipca 1978. Przez chwilę siedziałem jak zaczarowany, potem sięgnąłem po okulary zegarmistrzowskie. Długo i w skupieniu oglądałem druk.

– Powiem tak: czcionka wygląda na oryginalną. Utlenienie papieru wskazuje, że istotnie może mieć około czterdziestu lat – rozważałem. – Treść, jak widzę, pisał ktoś skrajnie niechętnie nastawiony do ówczesnego ustroju, zatem z całą pewnością nie był to druk pozostający w oficjalnym obiegu. Numeracja... Musiałbym policzyć, ale chyba trzymano ją konsekwentnie, dostosowując do przedwojennej. Intrygujące.

– No cóż, oglądał to rzeczoznawca antykwaryczny z Nowego Jorku. Odrzucił teorię, że to jakiś współcześnie wykonany żart. Przeliczyliśmy numery, zestawiliśmy z kalendarzami. Jeśli w październiku trzydziestego dziewiątego roku zdecydowano się kontynuować wydawanie gazety, redukując jej częstotliwość do jednego numeru w tygodniu, numeracja się zgadza. Uwzględniono lata przestępne i inne takie.

Zadumałem się.

– Od lat siedemdziesiątych do dzisiaj minęło sporo czasu – westchnąłem. – Nawet jeśli ukazywała się wówczas...

– Czy podejmie się pan poszukiwań? – zapytał, dolewając sobie herbaty.

– Oczywiście. To mój zawód. Aczkolwiek obawiam się, że wynik będzie mocno rozczarowujący. A mój czas, niestety, kosztuje.

– Zaryzykujemy. Znamy pańskie stawki. Oczywiście w razie pomyślnego efektu poszukiwań przewidziana jest także skromna premia.

Widocznie jego czas też był cenny, bo dojadł ciasteczko, dopił herbatę, pożegnał się uprzejmie i znikł.

Po wyjściu gościa na poważnie zabrałem się do analizy pozostawionej gazety. W swoim archiwum miałem zarówno przedwojenne numery „Kuriera”, jak i wydania z czasów rosyjskiego zaboru. Zeskanowałem po kilka stronic z różnych lat i wyświetliłem sobie na ścianie w dużym powiększeniu. Gdy w skupieniu przyglądałem się detalom druku, nagle zadzwonił domofon. To Arek, który odniósł pożyczone książki.

– Nad czym pracujesz? – zainteresował się mój konsultant, patrząc na wyświetlony z rzutnika obraz.

Streściłem pokrótce.

– Popatrz na te litery – wskazałem.

– Identyczne... chociaż nie... – Poprawił okulary. – Tak, jednakowoż ciutkę, ciutkę inne.

– Kształt czcionki dostarczonego egzemplarza i wydań przedwojennych rzeczywiście odrobinę się różni – zgodziłem się. – Za to idealnie pasuje do czcionki używanej przed pierwszą wojną światową i tuż po niej.

 

Wyświetliłem kolejny skan.

– Masz rację, te są identyko – przyznał. – Czego to dowodzi?

– Myślę, że sługusy hitlerowców drukowały gazetę na przedwojennych maszynach. Ale gdzieś w kącie hali drukarni albo w magazynie stały też nieużywane od lat starsze urządzenia. I te w porę wywieziono, dzięki czemu przetrwały wojnę. Dlatego powojenne konspiracyjne wydanie ma identyczny krój czcionki jak ten używany pięćdziesiąt lat wcześniej. Tak mi się wydaje.

– Brzmi dobrze – pochwalił moją teorię Arek. – Za to cała reszta brzmi debilnie. Ktoś miałby nadal wydawać nieistniejącą przedwojenną gazetę? Po co? Dla kogo!?

– Nie wiem.

Chłopak nalał sobie z imbryczka zimnej już herbaty. Obejrzał certyfikat koszerności na opakowaniu ciastek i ostrożnie skubnął jedno zębami.

– To jakiś niewąski idiotyzm – powiedział, oglądając skany. – Z drugiej strony ty masz nieustannie pecha do podobnych spraw. Albo i szczęście, zależy, jak na to patrzeć.

– Zapłacili za poszukiwania. Zarobię na tym, zarówno jeśli znajdę redakcję, jak i w przypadku, gdy udowodnię, że to tylko żart, albo zgoła niczego się nie dowiem.

– We wszystkich trzech przypadkach wygrasz.

– Owszem. Dedukuję, że szukamy linotypu.

– My szukamy? – Arek uniósł brwi w niemym zdziwieniu.

– No przecież mi pomożesz? – zirytowałem się. – A myślisz, że po co ci o tym wszystkim opowiedziałem?

– Jeśli tak, to jasne, że szukamy – zapalił się. – Co to jest linotyp?

O, w mordę... – westchnąłem w duchu.

– To proste. W dawnych czasach drukowano gazety tak, że brano pojedyncze czcionki i z nich składano całą stronę. Potem smarowano tuszem i odbijano na papierze. Było to pierońsko czasochłonne, dlatego pod koniec dziewiętnastego wieku wymyślono linotyp. Maszynę, która posiadała klawiaturę jak w maszynie do pisania i piecyk do topienia ołowiu. Klawiaturą układało się matrycę i odlewało naraz cały wiersz tekstu. Potem z wierszy składało się stronę, co oczywiście trwało o niebo krócej, niż gdyby robić to po jednej literce.

– Rozumiem.

– Matryce linotypu były wykonane z mosiądzu. Po pewnym czasie trochę się zużywały. Sam rozumiesz, skoki temperatury przy zalewaniu ciekłym ołowiem, nagrzewanie, schładzanie... Jedna strona to kilkadziesiąt wierszy. Jeden numer gazety to kilkaset. W ciągu tygodnia ciekły ołów zalewał matryce tysiące razy. Nagrzewanie, schładzanie... Czasem coś się ciut wykruszyło. W dodatku mówi się, że mosiądz paruje, to znaczy zawarty w nim cynk pod wpływem wysokiej temperatury w jakiś sposób ucieka, dlatego stop z roku na rok zawiera coraz więcej miedzi, staje się bardziej podatny na zużycie...

– Dlatego te literki na skanie są takie trochę mniej ostre, mniej czytelne.

– Owszem.

Arek skubnął ostrożnie drugie ciasteczko. Popił herbatą. Przyjrzał mu się podejrzliwie, jakby niepewny, czy jeść dalej.

– Nie cykoruj, fakt, że jest koszerne, nie oznacza, że pochodzi z uboju rytualnego – zakpiłem.

Dojadł do końca.

– W jaki sposób mogę pomóc?

– Spróbuj znaleźć więcej informacji o „Nowym Kurierze Warszawskim”. Interesuje mnie przede wszystkim, w jaki sposób przebiegał proces przejęcia gazety przez okupanta, inwentaryzacja skonfiskowanych zasobów, losy przedwojennego zespołu i tak dalej. Sprawdź, czy ci „przedwojenni” nie planowali reaktywować gazety w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym. Sprawdź wszelkie dane na ich temat. Może uda się znaleźć adresy? Każdy okruch informacji jest cenny. Oczywiście zrewanżuję się jakoś.

– Sure! – Arek zatarł ręce na myśl o czekającej go pracy. – Będziemy ryli. Będziemy węszyli... Wykopiemy drani choćby spod ziemi i przegryziemy gardła.

Mnie też cieszyła ta perspektywa. Czułem przyjemne mrowienie na myśl o pracy. Byle tylko znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Znowu coś się działo. Znowu znalazłem się na tropie.

*

Antykwariat pana Antoniego otwierał podwoje o dziewiątej rano. Gdy jednak o ósmej trzydzieści pojawiłem się pod drzwiami, staruszek wypatrzył mnie przez szybę i zaprosił do ciasnego wnętrza. Zanurzyłem się w półmrok wypełniony wonią kawy i starego papieru.

– Ech, wy, młodzi – gderał antykwariusz, krzątając się przy ekspresie. – Całe życie w biegu. Skąd w was tyle gorączki? Jak byłem dzieciakiem, to jak ktoś nie mógł usiedzieć na miejscu, mówiło się, że ma robaki w tyłku albo że go gruźlica zżera. No wiesz, jak to było, towarzysząca infekcji nieprzemijająca gorączka, świadomość życia przeciekającego przez palce, to budziło nerwowość.

Ile lat miał mój rozmówca? Chyba dobiegał dziewięćdziesiątki... Kiedyś wspominał datę urodzenia – 1925? A może 1928? Jakoś tak.

– Gdy pan był młody, były na to leki – zauważyłem trzeźwo. – I na robaki, i na to drugie.

– I tak, i nie. Owszem, leczono gruźlicę, ale nie u wszystkich terapia skutkowała. Nie wszystkich było stać, żeby jechać na rok czy pół do uzdrowiska. Gruźlicy zadawnionej, która toczyła człowieka kilka czy kilkanaście lat, często w ogóle nie dawało się wyleczyć. Rząd coś tam dawał, ale biedota marła na to strasznie. Do tego wojna, okupacja... Jak mieszkasz miesiącami w niedogrzanym pokoju, jak miesiącami chodzisz głodny, to każda choroba się chętnie lepi. I jeszcze ścisk, wysiedlenia, przesiedlenia... Ludzie czasem latami koczowali u krewnych po kilkoro w ciasnym pokoiku lub wiejskiej izbie. Niemcy odeszli, choroby zostały, a jeszcze Sowieci nowe przywlekli. Tak naprawdę to epidemii gruźlicy dopiero antybiotyki położyły kres, grubo po wojnie. Ty młody jesteś, nie wiesz, jak to jest zobaczyć na świeżym śniegu plwocinę pełną krwi.

– Nie wiem – przyznałem.

– Albo na ten przykład syfilis... Teraz łatwo znaleźć ginekologa, który tego nigdy w życiu nie widział. Wtedy masa ludzi do końca życia przeklinała, że się raz skusili i poszli na dziwki. Pamiętam, po wojnie w Wałbrzychu taki chłopak spotykał się z dziewczyną. Antybiotyki już były, ale wiesz, to okalecza. Jak się zorientował, było już za późno na leczenie. Zastrzelił ją, jej matkę i siebie. Taka tragedia... No ale nie po to przecież przyszedłeś, żeby gadać o chorobach.

– Mam pewne pytania, na które chyba tylko pan umie odpowiedzieć... – westchnąłem.

– To jest antykwariat – gderał pan Antoni. – Tu się przychodzi kupować książki. Kiedy się wreszcie tego nauczysz? Zresztą po cholerę się uczyć. Każdy to wie oprócz ciebie.

– Mam w domu pięć tysięcy woluminów – bąknąłem. – Dalej powiększać bibliotekę...

– Sprzedać oczywiście też u mnie można. – Staruszek wyszczerzył zęby. – Poza tym książka książce nierówna. Mam na przykład taki drobny rarytasik. – Sięgnął, nie patrząc nawet na półkę. – Proszę, „Zamek kaniowski” Seweryna Goszczyńskiego, wydanie z lat dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku. W bardzo ładnym stanie i za jedyne dwadzieścia złociszy.

Trafił mnie jednym celnym strzałem, jak zwykle zresztą. Już w chwili, gdy brał ją z półki, wiedziałem, że chcę to mieć.

– Biorę!

– No i jeszcze to trudne pytanie, na które tylko ja umiem odpowiedzieć – pokpiwał, wrzucając banknot do szuflady.

– Cudowna – przyznałem, oglądając tłoczoną okładkę woluminu. – A tak, pytanie... I trudne, i trochę idiotyczne, ale tylko ktoś o pańskiej wiedzy i doświadczeniu...

– Już ty mi, chłopcze, nie kadź. Wal prosto z mostu.

Nalał kawę do filiżanek.

– Czy w powodzi różnych gazet i czasopism trafił się panu kiedyś numer „Kuriera Warszawskiego” wydany po wojnie? – zagadnąłem.

– „Kurier” został zamknięty jesienią trzydziestego dziewiątego.

Przez te wszystkie lata owocnej współpracy dobrze poznałem staruszka, wiedziałem, kiedy zaczyna się migać. Postanowiłem zagrać va banque.

– Nie pytam, kiedy został oficjalnie zamknięty, tylko czy wpadły panu w ręce numery wydane już po tym oficjalnym zamknięciu. – Uśmiechnąłem się.

– Osobiście nie widziałem, ale... – urwał i zamyślił się.

Czekałem cierpliwie, wodząc wzrokiem po regałach zapełnionych bibliofilskimi rarytasami. Ech, to i owo bym kupił. Tylko budżet trochę napięty w tym kwartale. A może? Hmmm... Może przynieść coś na wymianę i potargować się?

– Wie pan, panie Robercie, każdy zawód ma swoje legendy, plotki, czasem zupełnie fantastyczne – głos pana Antoniego wyrwał mnie z zadumy. – Pogłoski, które mogą, choć nie muszą, zawierać jakieś ziarno prawdy... No, do licha! – zirytował się wreszcie. – Ja pana spławiam, a pan siedzi i się uśmiecha jak jakiś joga!

– Uwielbiam słuchać starych warszawskich plotek – wyjaśniłem. – Zwłaszcza tych, które pan powtarza. Dotychczasowe doświadczenie wskazuje, że da się z nich odsiać i wyłuskać wyjątkowo wiele ziaren prawdy.

Spojrzał na mnie bardzo ciężko.

– Słyszałem przed laty od nieżyjących już nestorów naszego bibliofilskiego środowiska, że gazeta wcale nie upadła, że po wojnie zebrała się grupa dawnych redaktorów i wznowiła ją, tyle tylko, że w konspiracji. I nie jako dziennik, ale jako tygodnik.

– Czy wie pan, gdzie mogła się mieścić redakcja?

– Nie mam pojęcia. I nie mam już chyba nawet kogo zapytać. Wszyscy moi kumple z dawnych czasów już nie żyją. – Antykwariusz rozłożył bezradnie ręce. – A moi nowi kumple – puścił do mnie oko – to przeważnie tacy jak ty, smarkateria po trzydzieści, czterdzieści lat. Co tacy mogą wiedzieć? To już ta chwila, panie Robercie, kiedy trzeba się spieszyć, rozpaczliwie spieszyć, jeśli chce się przesłuchać naocznych świadków. Nie tak dawno, może dekadę temu, umarł ostatni weteran pierwszej wojny światowej. Dziś odchodzą ci, którzy pamiętają drugą. Zostaną gazety i książki, ale stracimy to, czego nie opisano. Zwykłe losy zwykłych ludzi...

– Coś podobnego powiedział mi niedawno pewien stary cyrkowiec.

– Spróbuję się czegoś dowiedzieć – obiecał staruszek. – Dam znać. A tak swoją drogą, jak już pan zrealizuje to zlecenie, to pewnie panu coś zapłacą...

– Pewnie tak.

– Może nawet sporo zapłacą? – Zmierzył mnie wzrokiem.

– Wedle moich stawek. Ale obiecali też premię.

– Mam coś naprawdę ciekawego. – Podreptał na zaplecze, szczęknęły drzwiczki sejfu i po chwili wrócił, niosąc szarą kopertę formatu A4. – Książeczka wymaga oczywiście sporo pracy. Rogi do uzupełnienia, trochę plam do wywabienia. Nowe szycie grzbietu, okładka też schetana. Ale do wyprowadzenia. Zresztą umie pan to robić.

Założyłem podane przez starego niciane rękawiczki, ostrożnie wyjąłem książkę. Przez chwilę wpatrywałem się osłupiały, a potem z nabożną czcią otworzyłem wolumin. Maria Konopnicka, „O krasnoludkach i sierotce Marysi”, legendarne pierwsze wydanie z 1896 roku, ilustrowane barwnymi chromolitografiami. Nigdy w życiu nie miałem tego w rękach.

– Ile? – wykrztusiłem.

– Tylko dla pana pięć tysięcy złotych.

Zgrzytnąłem w duchu zębami. Książka wiele przeszła. Z pewnością miało ją w nie zawsze czystych łapkach kilka generacji dzieciaków. Potem leżała na jakimś strychu. Ale nie zawilgła ani nie uległa zagrzybieniu. Myszy tylko delikatnie podskubały grzbiet. Szybko oszacowałem zakres niezbędnych prac konserwatorskich.

– Ładna rzecz – antykwariusz kusił jak wąż. – A pan lubi sobie podłubać... No i okazja. Za takie pieniądze innego egzemplarza w życiu pan nie zdobędzie.

Nie kłamał. Cena była bardzo okazyjna. Po fachowej konserwacji zapewne wartość uległaby podwojeniu. Ale mimo wszystko poczułem, że nie dam się skusić. Wyszedłem z antykwariatu trochę rozczarowany, a jednocześnie odrobinę zadowolony. Staruszek wprawdzie niewiele wiedział, lecz jego słowa w pełni potwierdzały zdobyte wcześniej informacje. Czyli coś było na rzeczy.

Wiatr dmuchnął mi w twarz zimnem i spalinami. Postawiłem kołnierz. Odezwała się komórka. Arek... Wtuliłem się w załom muru i odebrałem.

– Na razie nie mam zbyt optymistycznych wieści – zaczął referować wyniki kwerendy. – Z dawnego zespołu redakcyjnego kilka osób zostało w gadzinówce. Niektórzy przedwojenni dziennikarze działali w różnych czasopismach konspiracyjnych, ale po wojnie tylko kilku trafiło do gazet komunistycznych. Cóż, większość przepadła bez wieści, a w każdym razie do pracy w prasie już nie wrócili. Może zginęli, może zajęli się innymi rzeczami. Niestety, nie znalazłem listy osób objętych zakazem druku. Trzeba tego chyba w IPN-ie poszukać, bo tam trafiły dokumenty peerelowskiej cenzury.

– Dzięki. Więc wybierasz się do IPN-u?

 

– Mam w planach, ale dziś już nie zdążę. Napisz mi mejlem, co jeszcze potrzeba.

*

Jak odnaleźć trop? Pojechałem do Biblioteki Narodowej. Sześć godzin spędziłem w czytelni Zakładu Dokumentów Życia Społecznego. Przeglądałem ulotki i wydawnictwa konspiracyjne z początku lat osiemdziesiątych. Zdecydowana większość drukowana była przez kompletnych amatorów. Badałem uważnie wzrokiem pojedyncze kartki i broszurki. Chętnie bym je sobie postudiował na spokojnie, ale nie po to tu przyszedłem. Część wydawnictw konspiracyjnych wykonano prymitywnymi powielaczami, tak zwaną ramką wrocławską, techniką zbliżoną do sitodruku. Odrzucałem je z miejsca, szukając publikacji wykonanych bardziej profesjonalnie. Poczynając od połowy lat osiemdziesiątych pojawiły się druki zdecydowanie lepszej jakości. Część zapewne wykonano pokątnie w państwowych drukarniach, inne na przeszmuglowanych z Zachodu maszynach. Nie tego szukałem...

Wreszcie wyselekcjonowałem jedenaście ulotek opublikowanych przez Konfederację Polski Niepodległej. Ich czcionka wydawała mi się identyczna z tą, którą drukowano niegdyś „Kuriera”. Zamówiłem skan. Zamierzałem w domu porównać je ze zgromadzonymi materiałami. Gdy wychodziłem z biblioteki, było już prawie ciemno. Wsiadłem w tramwaj. Cały dzień nic nie jadłem, napiłem się tylko kawy w barku biblioteki. Teraz czułem nieprzyjemne ssanie w żołądku. Usiłowałem sobie przypomnieć, co mam w lodówce. Jajka? Chyba tak. Tuńczyk w puszce? Zrobię sobie na obiad jajecznicę po marynarsku... A potem zadzwonię do wujaszka.

*

Pan Anatol, kumpel wujka, stary działacz kilku różnych organizacji podziemnych, przyjął mnie w swoim ciasnym mieszkaniu w bloku na Ursynowie. Dobiegał osiemdziesiątki. Nosił niewielką kozią bródkę, a przerzedzone włosy spinał z tyłu w kucyk. W koszuli ze skórzanymi łatami na łokciach wyglądał trochę jak bardzo stary hipis, trochę jak przedwojenny inteligent. Zasiedliśmy w klitkowatym pokoiku przerobionym na biblioteczkę. Wokół maleńkiego, pamiętającego czasy PRL-u stolika piętrzyły się regały zastawione książkami historycznymi. Wśród nich widziałem liczne broszury wydane w drugim obiegu. Pan Anatol do herbatników podał mocną, gęstą jak smoła, aromatyczną kawę. Pochwaliłem napój.

– Robert Storm – mruknął gospodarz, patrząc na mnie znad okularów. – Tak mi się kojarzy, czy ty nie kończyłeś przypadkiem archeologii?

– Skończyłem, ale nie było szans na pracę w zawodzie. Dlatego musiałem znaleźć inne zajęcie. Zostałem, można powiedzieć, antykwariuszem. A trochę też detektywem.

– Ech. Pakują miliardy w wykształcenie, namnożyło się magistrów, a potem nie ma dla nich roboty... – westchnął. – A jak szukałem ostatnio ślusarza, to okazało się, że problem jest. Trudno znaleźć dobrego i znającego się na rzeczy. Wymarli jak dinozaury. Teraz tylko kluczyki dorabiają. Głupia redukcja do tokarki to dla nich czarna magia. No dobra, w czym mogę pomóc?

– Szukam śladów podziemnej drukarni, która produkowała ulotki i broszury na potrzeby między innymi Konfederacji Polski Niepodległej – wyłuszczyłem problem. – Używano do tego celu starego linotypu. Ponieważ, jak udało mi się już ustalić, chodzi o ulotki, które rozprowadzała akurat pańska komórka...

– Człowieku... Po przeszło trzydziestu latach miałbym pamiętać takie szczegóły?

– Bardzo mi zależy. Każdy trop będzie cenny.

– Tym zajmował się mój kumpel, właściwie kumpel mojego ojca jeszcze, pan Wiśniewski – wyjaśnił pan Anatol, marszcząc czoło. – Dawaliśmy mu teksty napisane na maszynie albo i ręcznie. On je gdzieś zanosił do, jak to określił, przyjaciół sprzed wojny. Po kilku dniach przynosił kilkaset sztuk wydrukowanych, gotowych do rozprowadzenia... Fakt, nasza komórka miała chyba najlepsze. Mam na myśli stronę techniczną, jakość druku. Dziś wszędzie kserokopiarki, skanery, drukarki, w domu książkę złożysz na komputerze, wydrukujesz w kolorze. Wtedy głupia ulotka to było wyzwanie. Strona po stronie trzeba było wałkować stalowym walcem, żeby wycisnąć farbę na papier. Robisz raz, drugi, trzeci, to jeszcze nic. Przy pięćdziesiątym już czujesz... Po godzinie rypią plecy. A bywało, że całą noc trzeba było się mordować. Już przy łopacie jest lżej! A ten papier to jeszcze najpierw trzeba było zdobyć. Pan Wiśniewski był naszym skarbem i dobroczyńcą. Ileśmy roboty zaoszczędzili!

– Ci jego znajomi...

– On sam miał wtedy pod siedemdziesiątkę. Skoro znał ich sprzed wojny, to pewnie byli w podobnym wieku. Wszyscy już pewnie od dawna nie żyją. Nie znam tych ludzi, bo nie wspominał nigdy żadnych nazwisk. Sam rozumiesz, konspiracja. Nie wiedzieliśmy, kim są ani gdzie mieszkają. Lokalizacja drukarni też była oczywiście tajemnicą. Nawet nam jej nie zdradzono.

Westchnąłem. Czyżby ten trop, tak obiecujący, miał się urwać? Napiłem się kawy.

– A czy może mi pan powiedzieć więcej o tym Wiśniewskim? Czym na przykład zajmował się przed wojną? Może w ten sposób uda mi się odnaleźć jakieś tropy.

– Był kierowcą ciężarówki w browarze albo wykonywał podobny zawód... Czekaj, wiesz co? – Pan Anatol ożywił się nagle. – Chyba coś sobie przypomniałem. Raz, jeszcze za czasów naszej konspiracji, wracałem z przychodni na placu Leńskiego, teraz Hallera. Jest taki przystanek na rogu Dąbrowszczaków i Stalowej, tam się przesiadałem na tramwaj. Właśnie w tym tramwaju spotkałem Wiśniewskiego. Miał plecak, więc chyba świeżo odebrał wydrukowane materiały. Chciałem się przywitać, ale zanim zdążyłem to zrobić, dał mi dyskretnie znak, żebym nie podchodził. Bał się ogona, nie chciał, żeby w razie jakiejś obławy aresztowano nas razem. Tak, myślę, że wtedy mógł wracać właśnie od drukarzy.

– Przyjechał ulicą Jedenastego Listopada, czy może Stalową?

– Stalową.

– Czyli drukarnia musiała być gdzieś w tamtej okolicy... – zadumałem się.

– Też nie jest to takie oczywiste. Ludzie się bali. Kluczyli, oglądali się za siebie. Obawiali się szpicli. Raczej było tak, że drukowano w jednym miejscu, a gotowe materiały odbierał gdzie indziej. Ale jak tak dobrze pomyśleć, to ten trójkąt bermudzki między Stalową, Szwedzką i Wileńską pasuje po prostu idealnie. Stare domy, zakamarki, przechodnie podwórza i kamienice. No i miejscowy praski ludek. Tam i dziś łatwo w łeb dostać, a wtedy... Milicja i ubecja nie zapuszczały się tam bez naprawdę poważnego powodu. Nie wiem, czy ta informacja w czymkolwiek ci pomogła, ale to wszystko, co sobie przypominam w związku z tą drukarnią.

– Dziękuję, zawsze to jakiś punkt zaczepienia.

Pożegnałem się z gospodarzem. Wyszedłem z bloku i skuliłem się pod uderzeniami lodowatego wichru. Choć świeciło słońce, wiatr sprawiał, że nie sposób było zapomnieć, iż wielkimi krokami zbliża się zima. Wsiadłem do zacisznego auta i po chwili wahania pojechałem prosto do „trójkąta bermudzkiego”. Nie liczyłem oczywiście na żaden szczęśliwy traf – chciałem tylko odetchnąć atmosferą dzielnicy, poukładać sobie wszystko w głowie... Nie lubiłem tej części Pragi, oj, nie lubiłem. Po pierwsze nadal łatwo można tu dostać w zęby. Po drugie bardzo trudno znaleźć w tym rejonie coś ciekawego. Zasiedziałe od przedwojnia rodziny nie pozbywały się swoich skarbów. Napływowi nie mieli nic ciekawego. A ci, którzy przepijali resztki dawnej świetności, posiadali własnych odbiorców, którzy też mnie nie lubili i w razie spotkania mogli wklepać. Ot tak, ostrzegawczo, za wchodzenie „na ich dzielnię”. Ale jednak czasem się tu pojawiałem. Taki zawód.

Zaparkowałem samochód u wylotu Czynszowej. Sprawdziłem, czy rewolwer dobrze siedzi w kieszeni. Po drugiej stronie obciążyłem się półlitrówką taniej wódy i wysiadłem. Poszedłem na przełaj systemem przechodnich bram i kamienic. Szukałem miejscowych, kogoś ze znajomych autochtonów. Dwa razy minąłem w bramach zebrania towarzyskie złożone z łysych kolesi w dresach i panienek o tlenionych czuprynach i łapkach zbrojnych w tipsy przypominające pazury harpii. Nie kojarzyłem ich twarzy, ale oni albo mnie rozpoznali, albo właziłem na ich terytorium tak na bezczela, że wzięli mnie za jakąś odmianę swojaka.

Krążyłem bezowocnie przez około kwadrans, nim wreszcie nogi zaniosły mnie na Wileńską. Na jednym z podwórek pod kapliczką pamiętającą czasy okupacji siedziało dwóch staruszków. Sądząc po barwie nosów i stanie ubiorów, alkohol od dawna był ich najwierniejszym towarzyszem egzystencji. Jeden miał złamany kinol, drugi okazałą szramę na brudnym czole. Czerwone gębusie pokrywał kilkudniowy zarost. Mordziuchny i łapska myli chyba podczas ostatniego golenia.

– Dzień dobry, panowie. – Uchyliłem maciejówki.

– Szukamy, urwał, czegoś? – wychrypiał jeden. – Może, urwał, guza?

Drugi zarechotał usłużnie. Ci dwaj siły mieli wprawdzie tyle, co pierdnięcie, ale dobrze znałem miejscowe zwyczaje. Tacy kolesie stanowili elementy układu nerwowego dzielnicy. Wyciągniętą wypustkę... Jeden gwizd i z bram może wyleźć kilku znacznie mniej sympatycznych i o wiele młodszych mięśniaków, wkurzonych nagłą przerwą w konsumpcji taniego wina lub zażywaniu siermiężnego seksu z równie tanimi damami do towarzystwa.

– Szukam Profesora – wyjaśniłem.

– Pro-fe-so-ra... – mruknął jeden, marszcząc czoło. Wypowiedział ksywę z lekkim zawahaniem, jakby powtarzał wyraz nieznanego sobie języka.

Dobra, dobra, nie ze mną te numery. Byłem pewny, że doskonale wiedzą, o kogo chodzi. Musiałem ich tylko tyci, tyci zmotywować. Wysunąłem z kieszeni szyjkę butelki. W słabym blasku starych choinkowych lampek oświetlających kapliczkę trudno było ją dostrzec, ale obaj panowie posiadali rozwinięty instynkt i wyostrzone alkoholem zmysły.