ZaginionaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zaginiona
Zaginiona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,83  59,86 
Zaginiona
Audio
Zaginiona
Audiobook
44,90  32,78 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Mapa Frislandu

Cykl Kuzynki Kruszewskie

Zaginiona

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Czarne skrzypce

Andrzej Pilipiuk

Książki Andrzeja Pilipiuka

Karta redakcyjna

Okładka





Cykl
Kuzynki Kruszewskie

Kuzynki

Księżniczka

Dziedziczki

• Zaginiona •

Zaginiona

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Doffais, wrzesień 1945

Hans klęczał na wilgotnym nadmorskim piasku. Zimny jesienny wiatr zdmuchnął mu furażerkę z głowy. Leżała teraz w kałuży nie dalej niż metr od jego kolan i nasiąkała powoli wodą, ale ponieważ ręce miał związane na plecach drutem, nie miał możliwości jej podnieść. Zresztą co potem robić z mokrą? Założyć na głowę nijak. Wsadzić do kieszeni? Zatknąć za pasek? Bez sensu. Niech tu zgnije, jemu i tak już nie będzie potrzebna.

Dwa miesiące spędzone w lochu na przesłuchaniach sprawiły, że odwykł od świeżego powietrza i widoku nieba nad głową. Flaga łopotała na maszcie opodal. Czerwony krzyż na zielonym tle to zwijał się, to rozwijał. Nawet ładnie się prezentowała, choć bardziej podobała mu się szwedzka flaga.

Rozwalą nas tu, nad zatoką, w miejscu gdzie wylądowaliśmy, pomyślał z melancholią. Trudno. Nie dziwię im się. Nawet nie potępiam, choć żal. Byle tylko kobiety oszczędzili...

Wyspiarze już przy aresztowaniu podzielili ich na dwie grupy. Do pierwszej trafili ci, którzy mieli w kieszeniach legitymacje NSDAP lub esesmańskie tatuaże pod pachą. Dołączono do nich także wszystkich, którzy próbowali strzelać po trzecim wezwaniu do poddania się. Do drugiej grupy trafili pozostali. Siedemnastu członków załogi stało teraz na chybotliwej ławce pod wzniesioną naprędce szubienicą. Każdy miał na szyi rzemienny stryczek. Na twarzach skazańców malowała się rezygnacja... Pozostała dwudziestka klęczała bliżej brzegu. Ręce związano im tak samo jak Hansowi – drutem, za plecami.

Hans odszukał wzrokiem szyfrantkę Klarę. Przysiadła na stopach. Włosy wymykały się spod furażerki, opadały na twarz rudymi kosmykami. Pochyliła głowę, ale po drżeniu pleców mógł się zorientować, że dziewczyna płacze.

Wójt miasteczka stanął na płaskim głazie naprzeciwko nich. Obfita biała broda, ściśle przylegająca czapeczka i ciemna haftowana szata upodabniały starca do koptyjskiego mnicha. W talii opinał go szeroki pleciony pas, u boku wisiał miecz w czarnej, zdobionej złotem pochwie. Ale Hans patrzył na jego buty. Podeszwy wykonano z dwu warstw wołowej skóry. Resztę chyba z koźlęcej, naciągając ją na klocek, by uformować je bez podziału na przyszwę i obłożynę, bez szwów, z jednego kawałka. Cholewki, także miękkie, zostały przeszyte w bardzo dziwny sposób. Niemiec dłuższą chwilę nie mógł zrozumieć idei, wedle której zrobiono wykrój, ale potem załapał.

Straszna robota, pomyślał. Kilka tygodni na wykonanie pary jak nic... Ale za to wygodne i nie do zdarcia.

Wiatr dmuchnął mu w twarz. Zamrugał. Nie miał jak przetrzeć oczu. W dodatku chciało mu się sikać... No nic, do egzekucji nie zostało dużo czasu. Wytrzyma. A potem? To już zmartwienie zwycięzców. Najwyżej pochowają go w obszczanych gaciach.

– Wstąpiliście dobrowolnie do ludobójczej organizacji – przedstawiciel władzy zwrócił się do stojących pod szubienicą. Mówił po niemiecku poprawnie, choć z bardzo dziwnym akcentem, tak że momentami słuchaczom zdawało się wręcz, jakby słyszeli francuski. – Zaciągnęliście się pod sztandary najbardziej zdegenerowanych, bestialskich jednostek. Wreszcie, jakby tego było mało, złamaliście przysięgę i uciekliście. Zdradziliście swego wodza nie wtedy, gdy był silny i popełniał zbrodnie, ale gdy osłabł, a wy poczuliście grozę nadchodzącego sądu. Brak wam nie tylko instynktu moralnego, ale też gotowości, by odważnie bronić swoich racji przed trybunałem i ponieść karę wedle praw swego ludu i praw waszych przeciwników. Za to wszystko, co tam, na kontynencie, uczyniliście, może być tylko jedna kara. Kara śmierci. Albowiem zapisano w naszych zbiorach praw: stopy złych ludzi nigdy bezkarnie nie zdepczą tej ziemi.

Dwaj mężczyźni, nie czekając na znak, kopnęli ławkę. Pętle zdusiły przedśmiertny charkot. Niemcy miotali się na stryczkach jak ryby złapane na haczyk. Ktoś, wijąc się w agonii, zerwał pęta. Kilku innym puściły zwieracze. Powoli ich ruchy stawały się coraz bardziej chaotyczne, lecz także coraz słabsze, aż wreszcie zamarły. Ciała huśtały się jeszcze, ale dla wszystkich stało się jasne, że życie już opuściło skazańców.

Ciekawe, skąd wiedzieli o naszych zbrodniach? – zadumał się Niemiec. Bo przecież nie patyczkowali się. Od samego początku otoczyli nas z gotową do strzału bronią, żadnych negocjacji. A tak, mają tu anteny, zatem słuchają radia... No i kto wie o czym opowiedzieli pozostali? Ja przecież mówiłem, śpiewałem wręcz, zrzucałem z siebie to wszystko... Powiedziałem za dużo?

Nadjechał wózek zaprzężony w osiołka. Zdejmowano z niego proste drewniane trumny.

Teraz nasza kolej... – pomyślał Hans i odruchowo chciał się przeżegnać, ale oczywiście nie mógł. Siedemnaście stryczków, nas dwadzieścioro, w tym trzy dziewczyny. To znaczy, że mężczyzn powieszą, a im darują. Może nas powieszą, a je rozstrzelają?... Albo ktoś będzie musiał poczekać na trzecią turę. Przynajmniej miejsce egzekucji ładne.

Za plecami szumiało morze. Wśród dachów miasteczka uwijały się jaskółki. Krzyczały mewy... Ktoś piekł chleb. W powietrzu pachniało też wędzoną rybą.

Pora obiadu, uświadomił sobie. Powieszą nas, zakopią i pójdą zajadać kaszę z gulaszem. A na przystawkę roladkę z gęsich wątróbek – przypomniał sobie specjały kuchni południowobelgijskiej.

Miejscowi przystawili drabinę i po kolei zdejmowali wisielców. Felczer stetoskopem osłuchiwał ciała. Oficer stanął obok z rewolwerem, gotów dobić, gdyby w którymś kołatała się jeszcze iskierka życia. Ale nie było potrzeby. Wójt podszedł do pozostałych więźniów. Wiatr szarpał jego brodę, rozwiewał poły płaszcza. Stanął nie dalej niż dwa metry od Hansa i Niemiec mógł teraz dokładniej obejrzeć intrygujące obuwie. Badał wzrokiem każde spojenie, każdy szew, każdą zmarszczkę. Umysł rozpaczliwie czepiał się szczegółów, odpychał myśli o egzekucji.

Nosi je siedem albo osiem lat, pomyślał. Podeszwa jest dwuwarstwowa, zamiast zelować, kazał po prostu wymienić dolną. Ciekawe...

– Co do was... – Urzędnik spojrzał chmurnie na klęczących w piachu. – Nie wiemy, kim naprawdę byliście i co obciąża wasze sumienia. Wasze zeznania wydają się częściowo prawdziwe, mogę się tylko domyślać, że wiele przemilczeliście. Jednak wyspa ukazała się waszym oczom, a więc wśród was są także ludzie niewinni i sprawiedliwi. Zatem dajemy wam wybór. Możecie dostać żaglówkę, kompas, prowiant na drogę i odpłynąć, gdzie was oczy poniosą. Ci z was, którzy nie zechcą odejść, mogą pozostać u nas jako niewolnicy. Macie pięć minut na podjęcie decyzji. – Wydobył z kieszeni okazały zegarek w stalowej kopercie.

Hans potrząsnął głową. Pożegnał się już z życiem, więc niespodziewane ocalenie kompletnie go oszołomiło. Nie mógł się jakoś pozbierać. Zawrót głowy... Omal nie zemdlał. Przed oczyma latały mu czarne kółka, z wielkim trudem zogniskował wzrok.

Wskazówki na zegarku zdawały się trwać w bezruchu, ale wiedział: czas płynie i za chwilę trzeba będzie podjąć decyzję.

Puszczać się przez ocean łodzią to spore ryzyko, pomyślał. Od Islandii dzieli nas kilkaset kilometrów. Można też spróbować na zachód, do USA czy Kanady. Klaus jest nawigatorem. On sobie poradzi. Tylko, z drugiej strony, czy jest gdzie i po co wracać?

 

Pamiętał ostatnie depesze odebrane przez Klarę. Nikt ich już nie szyfrował, bo i po co? Skala odwetu oszałamiała. Drezno i Hamburg spalone, zrównane z ziemią przez naloty dywanowe aliantów. Gdańsk doszczętnie zniszczony przez nacierającą Armię Czerwoną. Kapitulacja Festung Breslau, Berlin zdobyty, Führer popełnił samobójstwo. Amerykanie nie uznali marionetkowego rządu, który admirał Karl Dönitz próbował powołać we Flensburgu, na terenach zajętych przez Ang­lików. Wszystkich „ministrów” aresztowano. Słuchali tych wieści, płynąc w stronę Grenlandii. Uciekali, sami nie wiedząc dokąd, wierząc w plotki o Nowej Germanii, licząc, że tajne kolonie rasy aryjskiej ukryte w niedostępnych strefach polarnych faktycznie istnieją.

Jego rodzinny Mehlsack doszczętnie zrujnowany bombardowaniem... Tam zresztą wkroczyli Sowieci.

Miałby zostać niewolnikiem na tej dziwnej wyspie? Dobre sobie... Ziemia jałowa, prawie same skały. Ale i tu przecież żyją ludzie... A nawet robią niezłe buty...

– Mam pytanie – odezwał się głośno.

Siwobrody spojrzał na niego i łaskawie skinął głową.

– Pytaj.

– Skoro mamy być waszymi niewolnikami... Będziemy pracować w kopalniach i kamieniołomach, czy może znajdzie się tu zajęcie dla szewca i modystki?

– To zależy od tego, czy zdołacie dorównać tutejszym rzemieślnikom. Na naszej wyspie każdy robi to, do czego ma największe predyspozycje. Jeśli umiecie i lubicie ciężko pracować, źle wam nie będzie i z głodu też nie umrzecie.

Młody Niemiec odszukał wzrokiem Klarę. Z jej miny wywnioskował, że podjęła tę samą decyzję. Spojrzała mu w oczy i skinęła głową.

Rozdział 1

Wiosenny warszawski deszcz lał jak z cebra. Anna Czwartek wyskoczyła z autobusu. Trafiła oczywiście prosto w wielką kałużę i do reszty przemoczyła buty. Na przystanku nie postawiono wiaty. Pospiesznie naciągnęła kaptur i pobiegła między drzewa. Tu ulewa nieco mniej dokuczała. Deszcz strącił trochę młodych liści, dziewczyna, ślizgając się na nich, parę razy omal nie upadła. Przebyła ostatni fragment otwartej przestrzeni pomiędzy bramą a wejściem do biblioteki i z ulgą ukryła się pod dachem. Krótki odcinek przebyty kłusem wystarczył, by przemokła na wylot. Oddała w szatni kurtkę. Spodnie miała zachlapane do kolan, buty można było wyżymać. Namacała w kieszeni kilka zaplątanych monet, wystarczyło na dużą kawę z automatu. Przez chwilę grzała dłonie o kubek, potem wychłeptała prawie wrzącą ciecz. Powoli rozgrzała się.

– Spokojnie – mruknęła pod nosem. – Buty wyschną, spodnie też. A po południu pogoda powinna się poprawić...

Minęła katalogi. Kłębił się tu tłumek studentów, ogonek do czytelni głównej wystawał na zewnątrz. Powędrowała schodami na piętro, a potem długim korytarzem prosto i w prawo. Tu dla odmiany było cicho, słyszała echo własnych kroków na kamiennych płytach posadzki. Pod oknem w donicach rosły jakieś egzotyczne rośliny. Skrzywiła się w duchu, patrząc na paskudny marmur, którym wyłożono ściany. Za to było tu przyjemnie ciepło. Przestała szczękać zębami.

Wreszcie weszła do czytelni mikrofilmów.

– Pani...? – Słysząc kroki, bibliotekarz podniósł wzrok.

– Anna Czwartek. Złożyłam w piątek rewersy. – Podała mu nowiutką, wczoraj wyrobioną kartę biblioteczną.

– A tak, materiały... Proszę. – Dał jej plakietkę z numerem miejsca i pudełko, w którym spoczywało osiem rolek mikrofilmu. – Czy poradzi sobie pani?

– Oczywiście, dziękuję.

Zasiadła do przedpotopowego czytnika, pamiątki po dawno nieistniejącej Niemieckiej Republice Demokratycznej. Odwinęła kliszę, wkręciła końcówkę mikrofilmu w pustą rolkę, przewinęła początek.

Szukanie igły w stogu siana, pomyślała. A nawet jeśli coś znajdę, będą to zapewne, tak jak w Krakowie, nieliczne wzmianki, wskazówki bardzo ogólnikowe... Jednak sprawdzić trzeba.

Zagłębiła się w czasopismo „Morze”, wydawane przed wojną przez Ligę Morską i Kolonialną. Przelatywała wzrokiem kolejne stronice. Budowa okrętów, linie żeglugowe, wysyłka szczakowskiego cementu portlandzkiego do Peru... Generał Orlicz-Dreszer spotyka się z Polonią w Brazylii, polscy instruktorzy szkolą murzyńską armię w Liberii, korespondencja z wojny włosko-etiopskiej. Wszystko to ciekawe, zajmujące, ale nie tego szukała... Po wojnie gazeta zmieniła nieco profil, widać idea posiadania przez Polskę kolonii za morzem okazała się w nowej rzeczywistości passé. Ale budowa floty pełnomorskiej i handel transoceaniczny nawet w tej zupełnie innej rzeczywistości miały swoich zwolenników.

Minęła godzina, druga, trzecia, piąta... Spodnie odparowały pierwsze, potem wyschły też buty. W czytelni nie wolno ani jeść, ani pić. A odrywać się od roboty i szukać barku nie miała ochoty. Nieznacznym ruchem wyjęła z kieszonki na piersi pięć ziarenek kawy, włożyła w usta i przeżuła. Niewielki zastrzyk kofeiny pobudził ją. Z siedemdziesięciu roczników przejrzała dwadzieścia jeden. Natrafiła na trzy kompletnie bezwartościowe wzmianki. Wreszcie jej zegarek pokazał szóstą. Pora iść. Z żalem zwinęła szpulę i zwróciła materiały. Marcel czekał na nią w holu.

– Oczy masz jak królik – powiedział na powitanie.

Powinna się obrazić, ale w jego głosie pobrzmiewała troska.

– To od gapienia się w czytnik mikrofilmów – wyjaśniła. – Szkoda, że do tej pory tego nie zdigitalizowano... Wrzuciłoby się słowa kluczowe w komputer, kwadransik i po kłopocie.

– Urodziliśmy się jakieś piętnaście, może dwadzieścia lat za wcześnie... Bo wcześniej czy później chyba to zrobią. – Zamyślił się.

– Ale sprawdzić musimy teraz – westchnęła. – Trzeba za wszelką cenę ograniczyć obszar poszukiwań. Musimy zbliżyć się do lądu na dziesięć do piętnastu mil morskich... No i sama wyspa duża przecież nie jest...

– Dawne mapy pokazują naszą ojczyznę jako ziemię wielkości nieomal Islandii. Ale to przekłamanie typowe dla ówczesnych kartografów. Tak samo jak znaczne skrócenie odległości między wybrzeżem Norwegii a Islandią... Mama twierdzi, że wyspa ma zapewne nie więcej niż dwanaście kilometrów średnicy.

– To jeszcze gorzej – westchnęła. – Nawet dysponując mapami, niełatwo byłoby odnaleźć tak niewielki skrawek lądu. To jak celowanie z łuku do niewielkiej tarczy...

– W dodatku niewidocznej... Coś ciekawego znalazłaś?

– W zasadzie same śmieci. Relacja marynarza z okrętu handlowego, płynącego do Bostonu. Sztorm zniósł ich na północ od normalnego szlaku i mieli kolizję z rafą nieoznaczoną na mapach. Gdzieś dwa dni drogi na południowy zachód od Islandii. Użytecznych szczegółów brak.

– To by się mniej więcej zgadzało, a przynajmniej warto się przyjrzeć bliżej – powiedział. – Ale bez dokładniejszych koordynat... A może ten człowiek jeszcze żyje?

– Relacja jest z tysiąc dziewięćset trzydziestego. Był już wówczas doświadczonym marynarzem. Liczmy, że zaczął wcześnie... No niechby miał dwadzieścia pięć lat w chwili kolizji.

– Rocznik tysiąc dziewięćset piąty, a prawdopodobnie jeszcze wcześniejszy. Nie wydał żadnych wspomnień, pamiętników?

– Sprawdźmy. – Wskazała gestem szafki katalogów.

Niestety, już po paru minutach nadzieja rozwiała się. Najwyraźniej relacja spisana przez ­przedwojennego dziennikarza była jedynym śladem po tajemniczym wilku morskim.

– To na nic – westchnęła.

– Wyglądasz na straszliwie zirytowaną...

– Biblioteki mnie frustrują.

– Co proszę? – zdziwił się.

– Czuję bezsilność. W tym budynku są miliony książek i zapewne dziesiątki tysięcy roczników różnych gazet. Wśród miliardów wydrukowanych słów z pewnością są te, których poszukujemy. Kłopot w tym, że nie potrafimy ich znaleźć.

– Masz rację – westchnął. – Tu jest wszystko. I zarazem nie możemy znaleźć klucza... Pewnie jesteś zmęczona i głodna jak wilk?

– Ano jakoś nie było czasu nic przetrącić.

– To kończmy na dziś i jedźmy na kolację...


Stanisława Kruszewska nieczęsto przemeblowywała mieszkanie. Jednak co kilka lat budziła się rankiem i tocząc wokoło zamglonym jeszcze wzrokiem, stwierdzała, że układ mebli nazbyt jej się już opatrzył. Tak było i tej wiosny. W saloniku wystarczyło poprzestawiać sprzęty i przewiesić obrazy. Mniejszy pokój postanowiła przemeblować definitywnie, by nadać mu zupełnie inny charakter. Wystylizowała pomieszczenie na gabinet dawnego kupca. Wstawiła dwie stare gdańskie szafy i rzeźbioną skrzynię, pod sufitem zawiesiła mosiężną lampę okrętową, ściany ozdobiła stuletnimi chromolitografiami przedstawiającymi okręty. Pod oknem ustawiła elegancki sekretarzyk. Na półce nad kaloryferem położyła zaśniedziały kompas, cztery duże muszle i rzeźbiony kieł morsa. Sekstans zawiesiła nad drzwiami. Podłogę pokrył kolonialny dywan tkany ze sznurków. Jeszcze tylko panoplium złożone z eskimoskich harpunów, syberyjskiego ościenia i dwu starych wioseł. W pomieszczeniu przyjemnie powiało egzotyką i nastrojem dalekich podróży. Ale rozejrzawszy się, kobieta stwierdziła, że brakuje tu jeszcze jakiegoś detalu... Czegoś, co będzie jak ostatnie pociągnięcie pędzla... Potrzebuje zatem na przykład wysłużonego koła sterowego lub starej mapy morskiej.

Przez cały marzec i kwiecień przeglądała aukcje internetowe, włóczyła się po antykwariatach, ale nic jakoś nie wpadło jej w oko. Wiedziała, czuła przez skórę, że musi to być coś specjalnego, wyjątkowego. Coś, co od razu przyciągnie spojrzenie nielicznych gości wchodzących do pomieszczenia... Aż wreszcie wypatrzyła coś odpowiedniego...


Mieszkanko było dwupokojowe, ale kojarzyło się raczej z kawalerką. Posiadało mikroskopijny salonik i kiszkowatą sypialnię. Za wysokim przedwojennym oknem rozciągało się ponure blokowisko warszawskiego Targówka. Na ścianie większego pokoju rozpostarto zielono-czerwoną flagę wyspy oraz kilim z wyhaftowanym kogutem, na którym zawieszono dwa skrzyżowane marynarskie tasaki. Na regale za szybą stał skarb – siedem starych, zniszczonych książek wydrukowanych na wyspie...

Anna oczywiście mogła dostrzec więcej. Jeśli trochę się skupiła, widziała zamurowane drzwi po prawej i po lewej. Mieszkanie najwyraźniej wydzielono po wojnie, tnąc na kilka maciupeńkich klitek większy, wielopokojowy apartament. Widziała czerwonawe linie biegnących w ścianach miedzianych kabli oraz szare linie żelaznych rur i rurek, a także trzy złote pięciorublówki schowane w kopercie za regałem... Pajęcze sieci metali i powietrza... Zamknęła oczy, by wyciszyć natłok informacji. Znów uchyliła powieki. Marcel uśmiechał się, nalewając jej herbaty do szklanki.

– Śpiew żelaza? – domyślił się.

– Tak. Co robimy z informacją, którą znalazł Wiktor? – Puknęła palcem w katalog aukcyjny leżący na blacie.

– Sam nie wiem. Boję się, że to podpucha.

– A jeśli nie?

– Chyba musimy się liczyć z możliwością, że tamci zauważyli tę informację i wykorzystają sytuację, żeby zaatakować. W Europie zostało nas tylko czworo... Mimo wszelkich możliwych środków ostrożności minione dekady... – urwał i zacisnął wargi.

– Pójdę sama.

– Mowy nie ma! Pójdziemy wszyscy. A ja i Wiktor weźmiemy spluwy. Jeśli to pułapka, będziemy działać... Sama wiesz, są pewne rachunki do wyrównania.

– Wiem – ucięła. – Ale trzeba się poważnie liczyć z tym, że jeśli to pułapka, byle pistolecik wam nie pomoże. Zwłaszcza gdy liczne przesłanki nakazują sądzić, że hipotetyczni „oni” mają znacznie większą wprawę w mordowaniu.

Nie odpowiedział, ale czuła, że trafiła w sedno. Popatrzyła przez okno na zasypiającą Warszawę. Wysokościowce, sznury aut na ulicach mimo późnej pory. Wiecznie zagonieni ludzie, tak autochtoni, jak i pogardzane „słoiki”. Między blokami huk dalekiej arterii. Kraków był jednak cichszy i spokojniejszy. Ale i tam nie czuła się dobrze. Miasta zawsze ją męczyły.

– Na wyspie będzie inaczej – mruknęła. – Bez tłumów pędzących jak zacinane batem konie. Bez szaleńczej gonitwy za pieniądzem. Zbuduję sobie mały domek na skraju jakiegoś miasteczka i otworzę zakład fryzjerski. A wieczorami będę rysować, malować lub siadać na werandzie i grzejąc dłonie o kubek herbaty, patrzeć na wzburzone morze...

– Zakład fryzjerski? – zdziwił się. – Ty?

– A dlaczego nie? To umiem... Jeśli na wyspie nie będzie nowych złóż minerałów do odkrycia albo nikomu nie będzie potrzebna niedoszła pani inżynier, zajmę się strzyżeniem, czesaniem, modelowaniem, farbowaniem i co tam sobie miejscowe kobitki zażyczą.

 

– Twoja krew...

– Nie muszę być nikim ważnym. Chcę tylko wrócić do domu... Jest mi kompletnie obojętne, co będę robić, gdy już osiągniemy cel.

– Uda nam się – powiedział Marcel poważnie. – Musi się w końcu udać. Wyśpij się teraz, jutro świtem jedziemy do Krakowa. Mama i Wiktor mają bilety na pociąg.

– A my motorem? – upewniła się.


Aukcja starodruków, obrazów i innych dzieł sztuki zorganizowana została w niebrzydkiej sali restauracyjnej, wynajętej w jednym z krakowskich hoteli. Stanisława i Katarzyna przyszły pół godzinki przed czasem. Alchemiczka opłaciła wadium, pobrała tabliczkę z numerem. Następnie przespacerowały się wzdłuż ściany. Obejrzały gablotę z książkami. Zlustrowały wystawione sztychy i obrazy.

– I pomyśleć, że sto lat temu większość tych bohomazów można było kupić za głupie kilkadziesiąt koron – mruczała starsza z dziewcząt, kręcąc głową jakby z potępieniem.

– Może trzeba zrobić sobie zapas bohomazów współczesnych i spokojnie poczekać ze dwieście lat, aż staną się szacownymi dziełami sztuki – zauważyła eksagentka.

– Tyle razy wychodziłam z różnych opresji tylko z tym, co w głowie i co na grzbiecie – westchnęła kuzynka. – Przywykłam do myśli, że nie da się zgromadzić skarbów... A teraz w dodatku... – urwała, a na jej twarzy odmalowała się dziwna troska.

– Może nigdy nie próbowałaś?

– Długo by o tym... No i najważniejsze. Czy przeżyję kolejne dwieście lat? Chyba nie da rady... Sama statystyka jest przeciw mnie. Wcześniej czy później powinie mi się noga – powiedziała Stanisława z pozoru beztrosko, ale w jej głosie słychać było cień obawy.

Przeszły kilka kroków dalej. Tu prezentowano obrazy Kossaków. Dwa lub trzy przypadły im nawet do gustu, ale nie na tyle, by zapragnęły wejść w ich posiadanie. Zwłaszcza że cena odstraszała. Obejrzały jeszcze z bliska mapę, po którą przyszły. Tłum w sali powoli gęstniał. Pozostał tylko kwadrans do rozpoczęcia licytacji. Kobiety zajęły miejsca.

Katarzyna nigdy jeszcze nie była na aukcji dzieł sztuki. Siedziała, chłonąc atmosferę. Niektóre przedmioty nie wzbudziły niczyjego zainteresowania. O inne toczono mniej lub bardziej zażarte walki. Na sali siedzieli nobliwie wyglądający starsi panowie, zapewne antykwariusze lub kolekcjonerzy. Było też kilku typków w drogich garniturach. Ich pszenno-buraczane gęby i nonszalancja w gestach zdradzały nuworyszy powiązanych z aktualnie rządzącą partią, nieoczekiwanie wzbogaconych dzięki rozmaitym mętnym interesom na styku drobnego biznesu i wielkiej polityki.

Katarzyna, patrząc na nich, uśmiechała się gorzko. W większości wyglądali na klientów, którymi natychmiast powinno się zająć Centralne Biuro Antykorupcyjne. U ich boków siedziały dziewczyny łączące swobodnie drogą biżuterię i designerskie torebki z totalnie niedobranym markowym ubiorem i równie fatalnym przesadnym makijażem.

„Biznesmeni” omal się nie pozagryzali, walcząc o obrazy Kossaków. Wywindowali ceny do poziomu najzupełniej idiotycznego. To nazwisko ewidentnie odbierało im rozum, choć zapewne nie znali nawet imion poszczególnych członków malarskiego klanu. Dla odmiany prawdziwa sensacja aukcji – obrazy Czachórskiego i Malczewskiego nie wzbudziły w nich nawet śladowego zainteresowania.

Widocznie te nazwiska nie obiły im się o uszy, uśmiechnęła się w duchu Katarzyna.

Kolejne licytacje potwierdziły jej przypuszczenie, bowiem zażarta walka wybuchła o trzy niepozorne obrazki Nikifora. Znali autora dzieł, bo widzieli o nim film... Dziewczyny aż podskakiwały z emocji, podjudzając ich do licytowania. W rezultacie rysunki nieszczęsnego kloszarda znowu nieoczekiwanie uzyskały ceny jak z kosmosu, kompletnie nieadekwatne do antykwarycznych. Dwie godzinki spędzone na obserwacji ludzkiego zoo minęły jak z bicza strzelił.

– Oferta czterdzieści jeden – odezwał się młody człowiek z młotkiem, prowadzący licytację. – Dziewiętnastowieczna kopia starej mapy północnego Atlantyku, kreślona ręcznie, tusz na pergaminie z koziej skóry, barwiona, opisy i legenda w dialekcie flamandzkim, zapewne skopiowane z wcześniejszej pracy. Cena wywoławcza tysiąc czterysta złotych.

– To nie jest flamandzki – burknęła Stanisława, podnosząc plakietkę.

– Nie? – zdziwiła się Katarzyna.

– Znam ten język od podszewki. To raczej dialekt waloński albo coś podobnego.

Eksagentka rozejrzała się. Ktoś jeszcze licytował. Po drugiej stronie przejścia ulokowała się dziwna grupka. Z przodu siedziały starsza kobieta o aparycji nauczycielki i młoda, ciemnowłosa dziewczyna, mogąca sobie liczyć około osiemnastu lat. To ona uniosła tabliczkę. W następnym rzędzie siedzieli dwaj młodzi mężczyźni, zapewne studenci. Cała czwórka była do siebie w nieuchwytny sposób podobna. Wszyscy mieli ciemne włosy i brązowe oczy, w pierwszej chwili można by ich wziąć za Cyganów, ale posiadali zbyt jasną karnację. Dziewczyna figurą i buzią przypominała trochę Barbie, ale ładne grube brwi sprawiały, że wyglądała znacznie sympatyczniej niż plastikowa lala. No i oczywiście nie była aż tak chuda. Starsza kobieta narzuciła na ramiona wykonany na szydełku szal, utrzymany w tonacji brązów i beżów. Wzór przedstawiał jesienne liście na ciemnym tle.

Widać było, że na aukcję starali się ubrać możliwie elegancko, ale Katarzyna szybko spostrzegła, że buty dziewczyny, choć wypastowane i wypolerowane na wysoki połysk, są już mocno znoszone. Chłopak siedzący bezpośrednio za nią miał koszulę Armaniego i przyzwoitą sztruksową marynarkę, lecz zdradzały go poprzecierane mankiety.

– Tysiąc sześćset złotych. Czy ktoś da więcej? – głos prowadzącego licytację przerwał kobiecie obserwacje.

Stanisława automatycznym gestem podniosła plakietkę z numerem. Po drugiej stronie przejścia ciemnowłosa dziewczyna zrobiła to samo. Nikt więcej nie zainteresował się przedmiotem. Nuworyszom i ich flamom ewidentnie się nudziło. Antykwariusze i kolekcjonerzy nie byli zainteresowani. Co z tego, że mapa ładna, skoro to tylko stara kopia... Zebrani czekali na kolejne, ciekawsze pozycje.

– Tysiąc osiemset – odezwał się mężczyzna prowadzący aukcję. – Czy ktoś z państwa da dwa tysiące?

Alchemiczka podniosła plakietkę. Ciemnowłosa zawahała się przez chwilę, ale ponaglana przez towarzyszy zagryzła wargi i zrobiła to samo. Na jej nadgarstku błysnął czerwienią wytatuowany kogut.

– Mamy dwa tysiące. Czy ktoś da dwa tysiące dwieście?

Stanisława zawahała się.

– No – szturchnęła ją Katarzyna.

Alchemiczka spojrzała na przeciwników. Zagryźli wargi i patrzyli na nią w napięciu. Widać było, że chcą walczyć, ale już i tak przekroczyli zakładany budżet. Uśmiechnęła się, wzruszyła ramionami i odłożyła numerek na kolano. Plakietka w ręce ciemnowłosej dziewczyny pozostała triumfalnie uniesiona w górę.

– Po raz pierwszy... Nikt nie da więcej za ten piękny okaz sztuki kartograficznej? No cóż... Po raz drugi... Toż przecież jak za darmo... No cóż, mówi się trudno. Po raz trzeci. Sprzedano pani z plakietką numer pięćdziesiąt sześć. – Stuknął młotek.

– Czemu nie licytowałaś? – zapytała Katarzyna.

– Bo im na tym znacznie bardziej zależy, a widać, że nie mają kasy, żeby dalej walczyć – mruknęła Stasia. – Nie lubię tak bez powodu deptać ludzi. Pies trącał, fajna mapa, pasowałaby na ścianę, ale powieszę sobie coś innego.

Omiotła wystawę wzrokiem, przekartkowała raz jeszcze katalog aukcyjny i wzruszyła ramionami. Tyle że po prostu nie było już „nic innego”. Kossakowie i im współcześni polscy malarze jakoś stronili od tematyki morskiej.

– No cóż, kupimy gdzie indziej – westchnęła. – Może wypuścimy się do Gdańska któregoś dnia i pobuszujemy po tamtejszych galeriach.

Ogłoszono przerwę. W przyległej sali serwowano skromny poczęstunek dla uczestników licytacji. Tłumek zebrał się wokoło stołu. Kuzynki Kruszewskie nie miały tym razem ochoty ani na lampkę wina, ani na kawałek ciasta. Ruszyły do wyjścia. Ciemnowłosa dziewczyna stała przy drzwiach, najwyraźniej na nie czekała.

– Dziękujemy, alchemiczko. – Dygnęła.

– Nie ma za co. – Stanisława wzruszyła ramionami. – Niech wam będzie na zdrowie.

Minęły dziewczynę i wyszły. Po ulicy Szpitalnej hulał radosny wiosenny wietrzyk. Na niebie mknęły wesołe białe obłoczki. Wiosna... Jeszcze kilka dni i drzewa pięknie się zazielenią, panienki założą krótkie spódniczki, a planty zaroją się od dzieciaków na rolkach.

– Znasz ją? – zagadnęła Katarzyna.

– Kogo? – nie zrozumiała jej kuzynka.

– No, tę dziewczynę, która wylicytowała mapę.

– No skąd niby? – zdziwiła się Stasia. – To na pewno nie była żadna z moich uczennic... – Zmarszczyła brwi. – Nie kojarzę... A chyba bym zapamiętała tę lalkowatą buzię i brwi jak szczoteczka do zębów...

– To skąd wiedziała, że jesteś alchemiczką?

– Co?! – Stanisława popatrzyła na kuzynkę zaskoczona.

– Ta dziewczyna powiedziała: „Dziękujemy, alchemiczko”. Miło z jej strony, ale zastanawiam się, skąd wiedziała, czym się zajmujesz.

– Całkiem ciekawe, ale nieistotne – zbagatelizowała sprawę Stanisława. – Gdzie pójdziemy na obiad?


W pokoiku na poddaszu zaniedbanej krakowskiej czynszówki Anna Czwartek wyciągnęła z szafki czajnik. Wstawiła wodę na herbatę. Marcel usiadł na brzegu krzesła, jakby onieśmielony samym faktem, że dama wpuściła go do mieszkania. Mieli niewyobrażalną masę doskonałego ciasta. W dodatku w kilkunastu rodzajach. Uczestnicy licytacji zjedli niewiele. Ponieważ reszta zgodnie z przepisami miała iść do utylizacji, obsługa, sprzątając salę, pozwoliła zabrać „na wynos” ile wlezie, znalazło się nawet kartonowe pudełko. Do tego dorzucono im z kilogram pomarańczy i mandarynek w cząstkach.

Rozłożyli kupioną mapę na stole. Marcel wziął mocną lupę i zaczął studiować opisy. Dłuższą chwilę nic nie mówił.