Czerwona gorączkaTekst

Z serii: Światy Pilipiuka #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czerwona gorączka
Czerwona gorączka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,83  55,06 
Czerwona gorączka
Czerwona gorączka
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
38,90  28,40 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Czerwona gorączka

Grucha

Błękitny trąd

Silnik z Łomży

Zeppelin L-59/2

Wujaszek Igor

Po drugiej stronie

Gdzie diabeł mówi dobranoc

Piórko w żywopłocie

Operacja „Szynka”

Samolot von Ribbentropa

Książki Andrzeja Pilipiuka

Karta redakcyjna

Okładka


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Czerwona gorączka

Doktor Paweł Skórzewski minął stos granitowych głazów i stanął na plaży. Wzdłuż niej piętrzył się wysoki wał kry wyrzuconej przez fale. Lekarz spojrzał przed siebie. W sinosrebrzystym blasku księżyca za wąskim pasem czarnej wody widział rozległą, sięgającą horyzontu połać lodu. Koło brzegu tafla popękała, ale dalej wydawała się nienaruszona. Tylko jak się tam dostać? Ruszył na południe, wypatrując miejsca dogodnego do przeprawy.

Przydałaby się porzucona łódka albo coś podobnego, pomyślał. Albo chociaż siekiera, zrobiłbym tratwę...

Nieoczekiwanie za cyplem zobaczył stary, rozchwierutany pomost wybiegający w morze. Z wahaniem wszedł na ciemne, popękane deski. Konstrukcja zakołysała się w rytm jego kroków, ale wytrzymała. Ostatnie pale tkwiły sztywno wrośnięte w pole lodowe.

Z kieszeni wydobył dwie pary prymitywnych raków, wyklepanych z zardzewiałej blachy. Przyłożył je do zdartych zelówek butów i starannie przymotał grubym konopnym sznurkiem.

Wiatr zawył i sypnął w twarz śniegiem. Skórzewski spojrzał na leżące za jego plecami miasto. Ciemne, ponure, przypominało cmentarz... Nawet niebo nad nim, dawniej rozświetlone łuną latarni, było teraz prawie czarne.

Nie wróci tu nigdy. Ostrożnie zszedł z pomostu. Z kieszeni wyjął kompas zawieszony na łańcuszku i ustaliwszy kierunek, ruszył ku horyzontowi. Maszerując, raz jeszcze przebył w myślach drogę, która doprowadziła go tutaj – na pokryty lodem przestwór Zatoki Fińskiej.

Kilka dni wcześniej

Towarzysz Żeliaznikow wracał z wiecu bardzo zadowolony. Idea żywej cerkwi, jak się okazało, padła na podatny grunt. I świetnie, to osłabi normalne prawosławie. A za parę lat w ogóle się te zabobony zlikwiduje. Silnik potężnego forda mruczał kojąco. Auto zaledwie przed tygodniem wyciągnięto z carskich jeszcze garaży. Agitator uśmiechnął się pod nosem. Co samochód, to samochód. Niżsi rangą towarzysze musieli chodzić pieszo. A i bezpieczniej w aucie. Ludzie gadali, że ostatnimi czasy w mieście zrobiło się nieprzyjemnie. Jakiś wariat ponoć obcina głowy komunistom.

Coś cicho chrupnęło. Tylna szyba pojazdu rozleciała się z trzaskiem. Na rozłożone na kolanach sprawozdania chlapnęła krew zmieszana z czymś szarym. Kula przeszła przez przednią szybę i czoło siedzącego za kierownicą towarzysza, zostawiając tylko niewielkie otworki. Za to, opuszczając czaszkę, wyrwała całą potylicę...

Żeliaznikow poczyniłby niewątpliwie jeszcze niejedną obserwację, ale w tym momencie pojazd uderzył w ścianę budynku. Silnik zgasł. Agitator szarpnął drzwi i wyskoczył na ulicę. Spodziewał się, że za chwilę kolejny pocisk wystrzelony gdzieś z ciemności ugodzi i jego, ale nic takiego nie nastąpiło. Przyczaił się za samochodem i dłuższą chwilę zbierał w sobie. Wyciągnął mauzera, przeładował. Wreszcie ostrożnie wyjrzał. Brudny zaułek, prószący z nieba śnieg. Nigdzie żywego ducha. W jednym tylko oknie nikły poblask świecy...

Poderwał się do biegu, pośliznął na trotuarze, złapał równowagę. Skoczył w bramę. Wszędzie nadal panowała głucha, martwa cisza. Obejrzał się. Rozbity samochód z martwym kierowcą powoli pokrywał się białym puchem. Kto strzelał, dlaczego się nie pojawiał, czemu nie spróbował wykończyć i jego?

– No, pokaż się – szepnął, wodząc lufą po pogrążonej w mroku uliczce.

Na kamiennym bruku bramy skrzypnęła skórzana podeszwa buta. Żeliaznikow rozpaczliwym szarpnięciem spróbował się odwrócić, ale już było za późno. Nieznajomy działał z ogromną wprawą. Jedną ręką złapał agitatora za włosy i trzema pociągnięciami klewanga odciął mu głowę od tułowia.


Doktor Skórzewski zawinął się szczelniej w wyświechtaną jesionkę. Latarnie nie świeciły, co kilka kroków musiał omijać dziury z nawierzchni ulicy, bo powyrywano drewnianą kostkę. Od strony Zatoki Fińskiej wiał lodowaty wiatr. Gdzieś daleko huknął pojedynczy strzał. Czerwoni strzelali do kogoś, a może to nieuchwytny Szlapikow wykonywał wyrok na którymś z „towarzyszy”? Lekarz odruchowo przyspieszył kroku i po chwili z ulgą wszedł w znajomą bramę. Marmurowe schody były zachlapane błotem, zniknął czerwony chodnik. Na klatce schodowej panowała ciemność, tylko przez okna wpadało nieco blasku z zewnątrz.

Lekarz wspiął się na trzecie piętro i zastukał do drzwi. Profesor Wozniesieński otworzył niemal natychmiast. Skórzewski wszedł do przedpokoju i dłuższą chwilę, szczękając zębami, chłonął panujące w mieszkaniu ciepło. Powiesił przemoczoną jesionkę na wieszaku.

– Mam taki drobny podarunek. Prezent, można powiedzieć, na miarę naszych czasów i parszywej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy... – Wyjął z teczki kilkanaście klepek podłogowych związanych starannie kawałkiem sznurka. – I to, co zamawiałeś. – Postawił niedużą, ciężką paczkę na podłodze.

– Bukowe! – ucieszony gospodarz natychmiast rozpoznał drewno. – Dzięki, przyjacielu!

Zaprosił gościa do kuchni. Piecyk-koza, wyklepany niedbale z blachy dachowej, trochę dymił, ale przyjemnie grzał. W żeliwnym saganie dochodziły ziemniaki w mundurkach, a na patelni rumieniły się dwa cienkie plastry boczku.

– A gdzie Iwan? – zainteresował się lekarz.

Twarz profesora stężała.

– Iwan... Tak... Iwan – westchnął orientalista. – Poszedł na zebranie.

– Do nich? – zdziwił się doktor.

– Tak...

– Oszalał?

– Na to wygląda. Poszedł z ciekawości jakieś dwa tygodnie temu. No i się zaczęło. Zaczął latać codziennie. Zbierają się, gadają przez kilka godzin, piją, śpiewają swoje pieśni... A po powrocie gada takie bzdury, że uszy więdną od słuchania. I palić zaczął, w dodatku najobrzydliwszą tanią machorkę. Zresztą – wzruszył ramionami – już ze trzy dni się nie pokazuje. Widać wstydzi się ojca naukowca...

– Syn doktora Czernobajewa tak samo – uzupełnił ponuro Skórzewski. – Pije tanią wódkę, pali ordynarny tytoń i opowiada o tym przyszłym szczęściu ludzkości, jakby się szaleju najadł.

– Wspaniały! – Orientalista w czasie rozmowy odpakował mikroskop.

– Tak jak prosiłeś, najmocniejszy, jaki miałem. – Lekarz spojrzał na przyjaciela badawczo. – Na razie nie jest mi potrzebny, więc używaj sobie spokojnie. Co planujesz oglądać?

– Mam pewną hipotezę. – Profesor uśmiechnął się dziwnie. – Może to szaleństwo, ale muszę coś sprawdzić. Za tydzień powinienem już wiedzieć. A na razie... Znasz tę pozycję?

Wyciągnął z półki opasłe tomiszcze.

– „Historia epidemii chorób zakaźnych” – przesylabizował niemiecki tytuł jego gość. – Nie znam.

– Wydana w Lipsku ponad sześćdziesiąt lat temu, bardzo dokładna, oparta na dokumentach archiwalnych i kronikach miejskich.

– Chętnie bym sobie przestudiował. – Skórzewski kartkował wolumin, z zaskoczeniem oglądając kolejne mapy przedstawiające zasięg historycznych epidemii.

– Jest twoja. Ja już przeczytałem, a tobie się przyda. I jak dobrze pójdzie, za parę dni będzie temat do rozmowy.

Doktor podziękował i starannie ukrył książkę w teczce. Gdzieś z daleka przez mury i szyby wentylacyjne kamienicy dobiegł gwar głosów.

– Komitet domowy obraduje – wyjaśnił orientalista. – Chcą mi dokwaterować lokatorów. Mam za duży metraż. W zeszłym tygodniu postawili ścianę, odcinając dwa pokoje, ale teraz wyliczyli, że kuchnia jest o półtora arszyna za długa.

– Mnie przebili drugie drzwi do łazienki, żeby nowi sąsiedzi mogli korzystać. A mieszkanie Gorypinów pocięli na trzy mniejsze...

– Ech, te zawodzenia działają mi na nerwy. – Profesor kawałem szmaty spróbował zatkać kratkę wentylacyjną. – Tak niemożebnie fałszują, aż mnie samemu chce się wyć.

 

– Ja przywykłem. Jeden ważny bolszewik mieszka pode mną. Całą noc słychać odgłosy pijatyki, a potem na kacu w przypływie rewolucyjnych wyrzutów sumienia śpiewają „Międzynarodówkę”. On i jego obstawa.

– A dużo ma tej obstawy?

– Czterech rosłych byczków. A i tak portkami trzęsie, zazwyczaj dzwoni i czeka w mieszkaniu, aż pod bramę samochód podstawią. Ponoć ktoś się zawziął na komunistów, głowy im ucina.

– Słyszałem plotki na targu. Podobno już kilkuset załatwił. Jeśli jednak oddzielimy ziarno prawdy od plotek, coś może być na rzeczy.

– Pomyśl, ilu pacjentów wypuścili z zakładu dla umysłowo chorych. A przecież siedzieli tam różni wariaci – zauważył Skórzewski.

– Tak, wariaci. – Orientalista zamyślił się.

– Do tego ten Szlapikow...

– Dzierżyński ogłosił, że Szlapikowa udało się zastrzelić.

– Tia, jak się nazywa ta ich gazeta? „Prawda”? Wstydu nie mają!

Minęła ósma wieczorem, Skórzewski zaczął się zbierać i po chwili poszedł. Gdy tylko za gościem zamknęły się drzwi, orientalista zatarł dłonie. Podreptał do kuchni i wziął mikroskop. W kącie za kredensem drzemały pokryte kurzem niskie drewniane drzwiczki. Pchnął je i wkroczył do swojego królestwa.


Doktor maszerował przez pogrążone w mroku miasto. Paliły się tylko niektóre latarnie, a i one świeciły najwyżej połową mocy. Widać zapasy gazu już się kończyły. Lampy łukowe na głównych ulicach w ogóle zgasły, prąd otrzymywały tylko najważniejsze instytucje. To znaczy – najważniejsze dla nowej władzy. Lekarz szedł cicho, starając się trzymać głębokiego cienia rzucanego przez kamienice. Pamiętał Petersburg sprzed wojny. Bogate, spokojne miasto. Teraz czuł się jak mysz zabłąkana pomiędzy wyschnięte żebra kościotrupa. Wiele kamienic straszyło wyrwanymi framugami, ponieważ drzwi ukradły szpany „opałowców”. Tu i ówdzie z okien sterczały pogięte metalowe rury – to ludzie dogrzewali mieszkania piecykami. Pod ścianami kamienic i na poboczach ulic piętrzyły się zaspy śniegu.

Z daleka dobiegł odgłos kroków kilku par nóg. Skórzewski zaklął pod nosem, skoczył w najbliższą bramę i przyczaił się w najgłębszym cieniu. Przeczucie go nie myliło. Trotuarem przeszło czterech okutanych w kożuchy mężczyzn. Na rękawach nosili czerwone opaski, ale doktor nie miał pojęcia, czy są to czerwonogwardziści, czy może milicja... Wlekli się noga za nogą, klnąc najbardziej rynsztokowymi słowami.

Doktor na wszelki wypadek postanowił chwilowo nie opuszczać kryjówki. Instynkt go nie zawiódł. W ślad za nimi pojawił się jeszcze jeden człowiek. Księżyc na chwilę wyjrzał zza chmur i w jego świetle lekarz zobaczył twarz przechodnia.

Odrażająca morda, mięsista, nalana, o chorobliwym odcieniu skóry, poznaczona plamami wątrobowymi, pokryta kilkudniową szczeciną... Twarz zawodowego kryminalisty, którego rewolucja wyzwoliła z kajdan katorżnika i powołała, by niósł śmierć między zwykłych ludzi.

Bolszewik miał na sobie rozchełstany wojskowy szynel, zszargany do nieprzyzwoitości; karakułowa papacha, ewidentnie za mała, pewnie ukradziona jakiejś dziewczynie, przekrzywiona była na bakier. Przez ramię przerzucił karabin, lufa prawie dotykała ziemi. Na jednym udzie zwisała na potarganych sznurkach drewniana kabura mauzera. Na nogach nieznajomy miał podkute buciory, też brudne. Niedbały krok, wygasły papieros zwisający z kącika ust, ubiór, wszystko to sprawiało wrażenie absolutnej arogancji i jednocześnie jakiegoś wręcz chorobliwego rozmamłania.

Oto przedstawiciel nowego porządku społecznego, pomyślał lekarz z pogardą.

I naraz zmartwiał. Czerwonogwardzista zatrzymał się, wolno odwrócił głowę. Patrzył prosto na niego. Miał dziwnie blade tęczówki, które przywodziły na myśl oczy śniętej ryby. Na usta wypełzł mu krzywy, ironiczny uśmiech. Widzi mnie, zrozumiał natychmiast Skórzewski.

Od komunisty zionęło ostrą wonią prosektorium. Wygrzebał ten strój na cmentarzu czy ki diabeł?

Obcy z pogardą splunął w stronę Skórzewskiego i poczłapał dalej. Doktor odetchnął z ulgą, a potem odczekał dłuższą chwilę, nim wyszedł z bramy. Skręcił w zaułek. Znad końskiego truchła poderwały się trzy czy cztery odziane w łachmany sylwetki i wsiąkły w mrok. Odprowadził je spojrzeniem. Małpy, które uciekły z menażerii? Ludzie? Dzieci? A może i inne istoty? Przypomniał sobie stare legendy. Pożeracze trupów? Upiory? Wojna, rewolucja, nieustanny przelew krwi, mróz, ciemność – czy to wszystko mogło obudzić do życia stwory z legend? A tamten w szynelu? Był człowiekiem czy widmem?

– Co ja robię w tym mieście? – szepnął.

Ale przecież wiedział, co go tu ciągnęło. Mieszkanie. Duże i przestronne, w ładnej kamienicy, umeblowane angielskimi sprzętami, dwa tysiące książek, parkiet na podłogach. Jedyny dorobek całego długiego życia. Dlatego tu wrócił. Idiota... Trzy czwarte powierzchni zabrał mu komitet domowy, szukający miejsca na zakwaterowanie robotników w centrum. Z mebli i parkietów wiele już nie zostało, poszły kolejno do pieca. Na książki też niebawem przyjdzie pora.

– Po co, po co, po co... – mruczał, drepcząc po śliskim, pokrytym lodem trotuarze. – Plunę na to wszystko, czas jechać do Polski, zacząć od nowa, pięćdziesiąt cztery lata to jeszcze żaden wiek. Dobry lekarz wszędzie znajdzie pracę. A jak nie, to pojadę w tropiki.

Zaczął padać gęsty śnieg. Wizja palm kołyszących się na ciepłym wietrze była tak silna, że aż łzy stanęły doktorowi w oczach.

– Będę leczył tubylców na Hawajach, słyszałem przecież, że opracowano nowe leki, dają nadzieję opanowania trądu. Tym się powinienem zajmować, a nie zdychać w tym grobie...

Lodowaty wiatr zachichotał złośliwie, porywając spadające z nieba białe płatki. Tylko jak opuścić miasto otoczone kordonem czerwonogwardzistów, jak przebyć setki kilometrów terytorium kontrolowanego przez bolszewików? Jak wreszcie bez dokumentów przekroczyć polską granicę? Iść jako lekarz wojskowy do czerwonych, a w odpowiednim momencie zdezerterować? Jeżeli złapią – kula w łeb. Jeśli wpadnie w ręce białych – podobnie...

Jakby na potwierdzenie jego myśli gdzieś daleko znowu huknął strzał. No i nareszcie drzwi jego kamienicy... Zanurzył się w bezpieczny mrok i w tym momencie poczuł ciężar na plecach i sznur zaciskający się wokół szyi. Na oślep pociągnął ukrytym między palcami lancetem. Chwyt osłabł. Lekarz odwrócił się, zadając jednocześnie kolejny cios.

Pierwsze cięcie trafiło napastnika w brzuch. Drugie, pod obojczyk, rozpłatało aortę. Przeciwnik osunął się po ścianie. Rękami niezdarnie usiłował zatamować tryskającą krew. Doktor zapalił cenną zapałkę i oświetlił nią twarz konającego.

Jakiś obcy. Wyglądał na zwykłego bandziora... Skórzewski odetchnął z ulgą, a potem, złapawszy dogorywającego za kołnierz, wywlókł go na ulicę.

W zamarzniętym kanale ziała rozległa przerębla, zasnuta już cienką warstwą lodu. Tu po ostatecznej awarii wodociągu mieszkańcy kilku kamienic wylewali nieczystości. Doktor z wysiłkiem przerzucił ciało przez barierkę. Zeskoczył obok i wdusiwszy je butem w wodę, wepchnął pod grubą taflę. Rozejrzał się. Zadymka chyba skutecznie zamaskowała jego poczynania. Wrócił do sieni i poświęcając jeszcze jedną zapałkę, oświetlił miejsce walki. Kałuże krwi, rozbryzgi na ścianach... Ale na szczęście nigdzie nie wdepnął, nigdzie nie odbił śladu swoich butów. Ktoś mógł go zobaczyć z okna? Wolne żarty, szyby od dawna pokryte były kwiatami lodu.

Oczywiście za dnia ktoś zauważy ślady tej rzeźni, ale cóż – takie rzeczy często się ostatnio zdarzają w mieście. Wszedł na piętro i pokonując opór stężałych w zamku smarów, przekręcił klucz. Mieszkanie powitało go ciężkim, zastałym zimnem.

W sumie jak niewiele trzeba, kilkanaście stopni mrozu, trochę wiatru i nieczynne ogrzewanie, rozmyślał, luzując klepki parkietu w dawnym gabinecie. I wystarczy, by zamienić człowieka w zwierzę szukające ciepła za wszelką cenę.

Przeszedł do kuchni, zajrzał do piecyka. Żar jeszcze się lekko tlił. Doktor ostrożnie go rozdmuchał, odpalił od płomyka kawałek papieru, przeniósł ogieniek na knot lampy naftowej. Klepki porąbał tasakiem, dołożył do paleniska. Z szafki wyjął kawałek zeschniętego chleba i butelkę podłej trzydziestoprocentowej wódki. Nalał sobie pół szklanki, a następnie, patrząc w iskry spadające do popielnika, pociągnął kilka łyków. Smród bimbru zakręcił w nosie. Zagryzł pieczywem. Alkohol sprawiał, że krew szybciej krążyła w skostniałym ciele, wyrywał z otępienia.

Kuchnia nagrzewała się powolutku. Skórzewski mógł rozpiąć, a potem zdjąć jesionkę. Usiadł na przyciągniętym tu z sypialni łóżku, narzucił na ramiona pikowaną kołdrę. Przykręcił lampę, by zużywać jak najmniej bezcennej nafty i otworzywszy otrzymany od profesora opasły tom „Historii epidemii chorób zakaźnych”, zagłębił się w lekturze.

Dopiero tuż przed snem przypomniał sobie, że przecież kilka godzin temu zaszlachtował w bramie człowieka. Zadumał się nad tym problemem, a potem wzruszył ramionami. Zabił – trudno. Czasem tak bywa, że trzeba kogoś zarżnąć jak wieprza w rzeźni... A może tylko mu się to śniło?


Ze snu wyrwał go łomot do drzwi. Żar w palenisku już wygasł i kuchnia znowu się wyziębiła. Skórzewski z niechęcią wygrzebał się spod warstwy koców, zarzucił tużurek na ramiona i poszedł otworzyć.

– Kto tam? – wymamrotał, kładąc dłoń na klamce.

– Nadzwyczajna komisja! – huknęło. – Otwierać!

Czekiści! Doktor przez ułamek sekundy rozważał, czy nie spróbować oporu. W pokoju, za pianinem, miał schowany rewolwer. Myśl pojawiła się w głowie i zgasła. Chłód i depresja odbierały wolę walki.

Przekręcił klucz w zamku. Było ich dwóch – jeden ogolony, z mauzerem, widać ktoś ważny. Drugi o kompletnie zwierzęcej mordzie, pewnie były katorżnik, kryminalista na żołdzie nowej władzy.

– Z nami – powiedział krótko oficer.

– Muszę się ubrać.

– Ranny potrzebuje natychmiastowej pomocy. Zaraz tu wrócicie.

– W takim razie wezmę torbę.

Stała na szczęście w zasięgu ręki. Zeszli pospiesznie po ciemnych schodach. Przed drzwiami mieszkania piętro niżej stali trzej ludzie, kilku innych kręciło się wewnątrz. Doktor przekroczył próg i nieoczekiwanie zatrzymał się w pół kroku. W nozdrza uderzył go ostry metaliczny zapach. W mdłym świetle niewielu lamp naftowych rozbryzgi na ścianach i na podłodze wydawały się prawie czarne, ale od razu zrozumiał, że to krew. Całe litry krwi. Przez ułamek sekundy czuł lód w żołądku, wydawało mu się, że dorwali go, że teraz odpowie za zarżnięcie tamtego bandziorka, lecz to przecież wydarzyło się gdzie indziej... Parę pięter niżej.

Z półotwartych drzwi kuchni sterczały nogi w znoszonych buciorach. Drugie ciało leżało w przejściu do salonu. Trzecie, czwarte... Ponaglony przez oficera wszedł do sypialni. Od razu rozpoznał nowego właściciela lokum. Leżał na sofie, cały zagłówek pokrywała warstwa zakrzepłej już krwi. Z kikuta szyi ciągle jeszcze odrywały się pojedyncze krople.

Doktor z trudem pohamował torsje. Ranny, do którego go wezwano, leżał pod ścianą. Dwaj czekiści zdjęli mu bluzę i próbowali prowizorycznie zatamować krwotok. Jeden rzut oka wystarczył.

– Tu nic się już nie da zrobić – ocenił Skórzewski. – Trzy strzały w brzuch, w tym co najmniej dwa przeszły przez wątrobę, a ten trzeci poszarpał jelita...

– Czym to grozi? – oficer zdawał się nie rozumieć.

– Umrze w ciągu najbliższych dziesięciu minut.

– Do szpitala?

Oczy rannego błysnęły bielą, źrenice dawno już uciekły pod górne powieki. Przez ciało przebiegały drgawki, pierś unosiła się jeszcze w oddechu.

– To agonia – poinformował spokojnie lekarz. – W czym jeszcze mogę pomóc?

– Jesteście aresztowani. Za... – czekista zamyślił się na chwilę – odmowę udzielenia pomocy naszemu funkcjonariuszowi.


Feliks Dzierżyński długo w milczeniu studiował raport: cztery wymięte kartki zapisane straszliwymi kulfonami półanalfabety, upstrzone kleksami. Podniósł ciężki wzrok na autora.

– Co to za stek pierdół?! – Trzasnął ze złością papierami o biurko.

– Tak jest... – wykrztusił jego podkomendny.

 

Szef WCzK wstał z fotela i jakby zapominając o obecności podwładnego, spacerował po gabinecie. Nagle odwrócił się i wbił w agenta ponure spojrzenie stalowobłękitnych oczu. Bezzębne wargi wykrzywił w parodii uśmiechu.

– Opowiedz własnymi słowami – polecił.

– Trupy znajdowane są od dwu tygodni. Za każdym razem takie same... No, znaczy się upitolona głowa.

Krwawy Feliks gestem nakazał mu milczenie.

– Dziesięć ciał – mówił powoli. – Za każdym razem ta sama przyczyna śmierci. Za każdym razem ginął bolszewik...

– No tak. I jeszcze tamci – powiedział agent.

– Jacy tamci? – Dzierżyński sięgnął po raport, ale koślawe litery były niemal zupełnie nieczytelne.

– We wszystkich siedmiu przypadkach nasi mieli obstawę.

Szef otarł pot z czoła, potem wyjął mauzera z kabury, podszedł kocim krokiem do swojego rozmówcy i boleśnie wbił mu lufę pod brodę.

– Coś ty powiedział, sukinsynu? Siedem przypadków, dziesięć ciał i jeszcze jacyś inni? Albo zaczniesz myśleć i te myśli zrozumiale formułować, albo ja się postaram, żebyś już nic nie myślał. – Trzasnął odciągany bezpiecznik.

Strach zmusił agenta do wspięcia się na nigdy wcześniej nieosiągnięte wyżyny intelektu.

– Ofiary to siedmiu bolszewików. Trzech etatowych członków partii, wszyscy wysokiego szczebla, i czterech agitatorów. Ponieważ nie poruszają się po mieście bez obstawy, zabójca wykończył też osiemnastu czerwonogwardzistów, którzy ich ochraniali. Trzem też obciął głowy. A tej nocy, czego jeszcze nie zdążyłem opisać, wdarł się do mieszkania towarzysza Pietrowa. Zabił czterech ochroniarzy i też uciął... Aresztowaliśmy wszystkich mieszkańców kamienicy, ale nikt nic nie słyszał ani nie widział. Głowy towarzysza nie znaleźliśmy.

Feliks puścił agenta.

– A znaleźliście pozostałe?

– Niewykluczone.

– To znaczy?

– Wyłowiliśmy z Newy jedną, na śmietniku znaleźliśmy drugą. Ale tamte trupy już zakopane, więc nie wiemy, czy dałoby się dopasować. Obie miały ciekawą cechę wspólną: ktoś je rozpiłował i wyciągnął ze środka mózgi.

– Mózgów nie było?

– Nie.

Dzierżyński przespacerował się znowu. Trzy kroki, obrót na pięcie, trzy kroki... Minęło już sporo czasu, jednak nawyk z okresu, gdy siedział w ciasnej, pojedynczej celi, pozostał.

– Co mówi o tym ulica? Bo chyba ktoś to zauważył?

– Ludzie w mieście już o tym gadają. Mówią, że Kuba Rozpruwacz wrócił.

– Kuba Rozpruwacz grasował w Londynie, i to trzydzieści lat temu! – parsknął. – Skąd niby miałby wziąć się tutaj? Poza tym on wypruwał wnętrzności prostytutkom, a ten ucina głowy mężczyznom...

Wciąż chodził po gabinecie, skubiąc capią bródkę.

– Podstawcie mój samochód – zażądał nieoczekiwanie. – Muszę osobiście obejrzeć miejsce ostatniej zbrodni.


Otępienie wywołane mrozem, głodem i snem powoli mijało. Doktor rozejrzał się po wnętrzu policyjnego furgonu. Aresztowano chyba wszystkich mieszkańców kamienicy. Kulili się przerażeni na drewnianych ławkach ustawionych pod brezentowymi ścianami budy. Dwaj konwojenci siedzieli na końcu z pistoletami w dłoniach. Silnik zakaszlał, ale zapalił, ciężarówką szarpnęło i pojazd ruszył po zasypanej śniegiem ulicy.

Gdyby tak rzucić się na strażników, myślał doktor. Zepchnąć ich na trotuar, gdy wszyscy aresztowani zaczną uciekać, może połowie uda się zbiec... Nie, nie uda się.

Za ciężarówką jechał jeszcze drugi samochód z czekistami. Jak na złość, śnieg przestał prószyć. Żadnych szans. Trzeba było jednak bronić się tam, w mieszkaniu. Paru by zastrzelił, może zdołałby się przedrzeć na zewnątrz. A tak zrobią rewizję, znajdą broń. Za to kara śmierci. Za to, że nie uratował tamtej mendy – drugi, identyczny wyrok. Zresztą dla tych pijanych krwią ścierw jest burżujem, elementem wrogiej klasy przeznaczonym na odstrzał. Znajdą na niego odpowiedni paragraf, nie ma obaw...

Skórzewski uspokoił się. No cóż, przeżył pięćdziesiąt cztery lata i widać wystarczy. Jechali do twierdzy. Normalnie więźniów przeprawiano łódką, lecz teraz – ku jego zdumieniu – ciężarówka wjechała na lód. W srogie zimy Newa czasem zamarzała, ale nie sądził, że pokrywa może być tak gruba, by utrzymać ciężki pojazd.

Brama twierdzy otworzyła się przed nimi ze zgrzytem. Doktor ponaglany przez strażników zeskoczył na śnieg. Rozejrzał się z uwagą. Gruby ceglany mur, w nim – na całej długości – wybity przez kule rowek. Ze dwa arszyny nad ziemią, głęboki na kilka werszków, widać walą z karabinów w pierś... Poniżej zacieki i sople zamarzniętej krwi. Ile setek ludzi rozstrzelano już pod tą ścianą?

Nowo przybyli przekroczyli okute stalą drzwi. Skórzewski obojętnie przekazał swoje dane do ewidencji, poddał się rewizji i pokwitował spis skonfiskowanych drobiazgów. Sądził, że dostanie teraz pościel, kostkę mydła, więzienny uniform, blaszaną miskę i łyżkę, ale widać takie luksusy odeszły w niepamięć wraz z caratem. Wepchnięto go do ciasnej celi. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.

Jeszcze poprzedniego wieczoru miał jakąś szansę. Teraz bezsilnie klął w myślach. Dlaczego nie uciekał, póki była okazja? Czego się przestraszył? Posterunków w zasypanych śniegiem ziemiankach? Przekroczyłby kordon wokół miasta na nartach, nikt by go nie zauważył. Kilkaset wiorst drogi? W Kanadzie sypiał już w jamach wygrzebanych w śniegu. A teraz... Koniec.


W bramie kamienicy stała warta. Na widok przełożonego zasalutowali służbiście. Dzierżyński zmierzył ich ponurym spojrzeniem, ale nic nie powiedział. Sień została jasno oświetlona. Dowódca dłuższą chwilę kontemplował krwawy zaciek na ścianie.

– Co to jest? – zapytał wreszcie.

– Nie wiemy. – Strażnik uśmiechnął się głupkowato. – Może zabili tu kogoś czy co...

– To się dowiedzcie! – Krwawy Feliks wbił mu boleśnie lufę mauzera pod żebro.

Wszedł na trzeszczące schody i po chwili był już na miejscu. Zimno lustrował kolejne pomieszczenia. Pierwszy wartownik zginął w przedpokoju. Widocznie zapukano, więc przyszedł zobaczyć, kto to, a zabójca strzelił do niego przez uchylające się drzwi... Nikt wewnątrz mieszkania nie usłyszał strzału? Może leżeli pijani?

Podłoga została, niestety, równo zadeptana, plamy i odciski butów układały się w niemożliwy do rozwikłania labirynt znaczonych krwią ścieżek. Widocznie hałas kogoś zaniepokoił, bo następny trup leżał na progu kuchni. Potem morderca wdarł się do salonu. Postrzelił ciężko ostatniego wartownika, a na koniec podkradł się do sofy i oderżnął głowę towarzyszowi Pietrowowi.

Dzierżyński pochylił się nad łóżkiem i odrzucił na bok zakrwawioną poduszkę. Pod nią ciągle jeszcze leżał mauzer zamordowanego.

– Trzech ludzi mu zastrzelono, a on się nawet nie obudził... – mruknął do siebie. – Ciekawe, gdzie jest głowa...

– W kuchni – zameldował pilnujący mieszkania czekista.

– I dopiero teraz mówisz?! – ryknął Dzierżyński.

Rzeczywiście, głowa towarzysza Pietrowa leżała na stole. Krwawy Feliks pochylił się nad nią, prawie dotykając nosem odpiłowanej pokrywy czaszki. Dotknął krawędzi cięcia, obejrzał przez lupę drobiny kości leżące na poplamionym obrusie. Mózg zabitego, pocięty na plastry, leżał w zlewie. Na dowódcy WCzK nie zrobiło to większego wrażenia. Pierwszego człowieka zabił, mając szesnaście lat. Od tamtej pory nieraz widywał roztrzaskane czerepy.

Sądząc po śladach, głowę rozpiłowano na środku stołu, a potem przesunięto na lewo.

– Chciał tu mieć kawałek wolnego miejsca... Po co? – zastanawiał się na głos.

Pochylił się nad blatem, badając jego powierzchnię. I wtedy to zobaczył. Pośród zeschniętych resztek jedzenia i fragmentów tkanki poniewierały się drobne kawałeczki cieniutkiego szkła. Gdzieś już widział coś takiego. Ach tak, w szkole, gdy na lekcjach przyrody nauczyciel pokazywał im mikroskop.

– Szkiełko nakrywkowe... – przypomniał sobie nazwę.

A zatem zabójca pokroił mózg w plastry, a potem siedział tu sobie spokojnie przez jakiś czas, przygotowując preparaty do badań mikroskopowych. Wreszcie spakował się i wyszedł. W tym czasie postrzelony czekista oprzytomniał na tyle, by podczołgać się do telefonu i zadzwonić na odwach.

Feliks rozejrzał się jeszcze po pomieszczeniu. Koło zlewu stała miseczka z ciemnobłękitną cieczą. Powąchał ostrożnie jej zawartość. Atrament, albo raczej, sądząc po kolorze, wodny roztwór atramentu.

– Pozbierać mi wszystko i zapakować – zażądał. – Trzeba to będzie pokazać jakimś fachowcom. I mam dostać pełny spis przedmiotów znalezionych przy poprzednich ofiarach.


Drzwi zaskrzypiały.

– Za mną – warknął strażnik, stając na progu celi.

Skórzewski powlókł się noga za nogą. Ta część twierdzy wzniesiona została jeszcze w osiemnastym stuleciu. Wykładane cegłą, nisko sklepione korytarze. Ciężkie, okute drzwi. Głuchy odgłos kroków, głośne, natarczywe dzwonki, wrzaski, skowyt torturowanych, przenikający nawet przez grube ściany. Zapach krwi, uryny, brudu, dziegciu. Piekło przesiąknięte wonią gotowanej kapusty.

Strażnik zapukał i otworzył drzwi pokoju przesłuchań. Kancelaryjne biurko, za nim mały człowieczek z sinym nosem, w grubych okularach. Skórzewski ponaglony gestem usiadł na zydlu. Śledczy spojrzał na niego wzrokiem całkowicie pozbawionym ludzkich uczuć.

– Imię, nazwisko, otczestwo, data i miejsce urodzenia – warknął. – Adres, wykształcenie, zawód, miejsce pracy...

Lekarz obojętnie odpowiadał na pytania. Śledczy pogrzebał w dokumentach.

– Wyjechaliście na front wiosną szesnastego roku – odczytał. – Dwa tygodnie temu przyjechaliście do miasta. Po co?

– Mieszkam tu. – Skórzewski wzruszył ramionami. – Wróciłem po prostu do domu.

Śledczy zanotował jego wypowiedź.

– Widziano was w bandzie korniłowców. – Obsadka zawisła nad dokumentami.

– Owszem, byłem lekarzem w szpitalu polowym generała Korniłowa. Po tym jak do spółki z niemieckimi junkrami rozbiliście jego oddziały i wymordowaliście wszystkich rannych z pociągu sanitarnego, przestałem być tam potrzebny.