AparatusTekst

Z serii: Światy Pilipiuka #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Aparatus
Aparatus
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,83  54,26 
Aparatus
Aparatus
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Ilustracje
Daniel Grzeszkiewicz


Lublin 2011

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Za kordonem. Lwów

Lato dobiegało końca. Porucznik Zygmunt Winnicki obudził się przed szóstą. Słońce stało już wysoko, jego promienie sączyły się przez niedokładnie zaciągnięte story. Blask wydobywał z półmroku żelazne łóżko zasłane przydziałowym kocem, stolik i leżącą na nim kartkę...

Oficer jęknął. Zza okna dobiegały tupot i pokrzykiwania. Anglicy ćwiczyli musztrę. Budynek zajmowany dotąd przez Polaków był prawie pusty. Czasem tylko echo niosło stukot podkutych oficerek. Zaświadczenie o demobilizacji leżało, tak jak je rzucił, na podłodze.

Jeszcze przez trzy miesiące będzie dostawał żołd. A potem? Wracać do kraju? Do Polski? Do jakiej Polski?

Uderzył z wściekłością pięścią w ścianę.

– Sprzedali nas zawszeni judasze...

Zerwał się na równe nogi. Przeszedł po pokoju. Wracać? Dokąd? Do domu? Lwów już po raz drugi znalazł się pod sowiecką okupacją. Tym razem chyba na zawsze... O tym, co czerwoni wyrabiali podczas pierwszej, wiedział. Nasłuchał się opowiadań ludzi od Andersa. Widział niegojące się odmrożenia, blizny po śledztwach, które przeszli w kazamatach NKWD. A to przecież i tak byli ci szczęściarze, którym udało się wyrwać z piekła. Trzy czwarte jego kolegów z podchorążówki spoczywało w bezimiennych mogiłach Katynia i zapewne w innych podobnych miejscach. Więc co? Jechać do Polski? Do śmiesznego okrojonego kraju... zarządzanego przez komunistów, okupowanego przez Sowietów, wydanego na pastwę NKWD i podlegającym mu służb złożonym ze zdrajców... Co go tam spotka?

Zostać tu? Ponoć część Polaków ma być wcielona do powstających właśnie służb wartowniczych.

– Broniliśmy ich przed szkopami, a teraz mamy robić za dozorców w magazynach – prychnął.

Więc co ma robić? Poszukać roboty w cywilu? Jest kawalerzystą, może pracować w ujeżdżalni, w cyrku, furmanów tu nie potrzebują... A może trzeba jechać gdzieś dalej? Do Brazylii karczować dżunglę, do Argentyny wypasać krowy w pampasach? A może do USA, choć oni bardzo niechętnie patrzą na nowych imigrantów.

Kartka leżała na biurku tak jak wczoraj.

Mam dla Ciebie interesującą propozycję. Jeśli chcesz poznać szczegóły, bądź jutro o osiemnastej w holu hotelu Intercontinental.

St. Ulam

Zygmunt ziewnął. Stanisław Ulam... Pamiętał go dobrze, chodzili razem do szkoły. Świetny matematyk, ale jego szczurza twarz i lizusowski charakter nie wzbudzały sympatii. W dodatku tkwiło w nim jakieś dziwne cwaniactwo. Z drugiej strony... Od tak dawna nie spotkał żadnego krajana, a to przecież nieomal przyjaciel.

„Czego chce? Dowiedział się przypadkiem, że tu jestem?” – rozważał. „Nie, to przecież teraz wielka szycha... To nie przypadek. Szukał mnie? Po co? Iść czy nie iść? Może jednak trzeba. Zrobił karierę w Ameryce, może byłby w stanie mi pomóc, jeśli zdecyduję się tam wyjechać? W końcu obaj jesteśmy ze Lwowa. Żydek i batiar, śmiechu warte...”

– A gdybym się kiedyś urodzić miał znów, to tylko we Lwowie – zanucił pod nosem.

Roześmiał się i splunął przez okno.

– Jeszcze nie umarłem – mruknął.


Spotkanie z Ulamem, jak się okazało, nie było tak proste. W holu hotelu Intercontinental czekało dwóch amerykańskich oficerów. Przywitali Zygmunta bardzo uprzejmie, po czym wsadzili do samochodu z przyciemnionymi szybami i długo krążyli po Londynie. Wreszcie wjechali na dziedziniec jakiejś instytucji. Potem, nagle tracąc dotychczasową uprzejmość, dokładnie go zrewidowali. Dopiero upewniwszy się, że nie ma przy sobie żadnej broni, poprowadzili go niekończącymi się korytarzami.

„Durnie” – myślał, maszerując po grubym dywanie. „Szkolono mnie w walce wręcz. Scyzoryk mi zabrali, a przecież gdybym tylko zechciał, mógłbym Ulamowi skręcić kark i byłoby po zabawie...”

Wreszcie z ukłonem otworzyli drzwi i wpuścili go do sporego saloniku. Stół nakryto dla dwu osób. Przy kominku stał Staszek. Postarzał się przez te dziesięć lat, ale Zygmunt poznał go od razu.

– Witaj – odezwał się fizyk, idąc w stronę gościa. – Przepraszam za te formalności, ale dla Amerykanów jestem na tyle ważny, że wolą dmuchać na zimne...

Zygmunt ścisnął dłoń kolegi.

– Wiem, jaki jesteś ważny. – Wyszczerzył zęby w krzywym uśmiechu. – Widziałem cię w gazetach na zdjęciach prezentujących uczestników projektu Manhattan – powiedział. – Dedukuję zatem, że to twoje obliczenia wsparły program budowy bomby atomowej. Skoro pojawiasz się tu incognito, a nasi przyjaciele przywiązują tyle wagi do twego bezpieczeństwa, pewnie nie spocząłeś na laurach i szykujecie już następną niespodziankę... Jednak jeśli szukacie pilota, który zrzuci tę niespodziankę na przykład na Moskwę, to pomyliłeś adresy. Ja jestem kawalerzystą, nie lotnikiem...

– Coś szykujemy – powiedział powściągliwie Ulam. – Nawet niejedno. Ale ty jesteś mi potrzebny nie jako lotnik czy żołnierz, tylko raczej jako przyjaciel i człowiek ze Lwowa.

„No, z tą przyjaźnią to ciut przesadził...” – Zygmunt uśmiechnął się sarkastycznie w duchu.

– Brzmi ciekawie... – rzucił, by podtrzymać rozmowę.

– To, co zaraz powiem, jest tajne. Ściśle tajne. Musisz podjąć decyzję, czy w ogóle chcesz o tym wiedzieć. Jeśli nie chcesz, po prostu zjemy sobie, wypijemy i powspominamy młodość.

– Czy...

– I oczywiście informacja ta w żadnym wypadku nie może wyjść poza te mury.

– Jestem gotów.

– Szukam człowieka, który wykona dla mnie pewne zadanie. W tym celu konieczna będzie wizyta we Lwowie.

Serce Zygmunta uderzyło tak mocno, że poczuł ból przeszywający klatkę piersiową.

– Co dokładnie trzeba zrobić? – zapytał. – I dlaczego wybrałeś mnie? Nie macie przeszkolonych szpiegów, agentów...

– Dlatego, że znasz miasto jak własną kieszeń, a do tego liznąłeś trochę fizyki i zacząłeś studia inżynierskie. Powiedzmy, że trzeba odnaleźć pewne urządzenie. Dość spore, więc jego wywiezienie nie będzie możliwe. Należy zatem wykonać na miejscu dokumentację, a oryginał zniszczyć, by nie dostał się w ręce Sowietów.

– Oryginał, czyli co?

Ulam zawahał się na chwilę.

„Nie ufa mi” – zrozumiał Zygmunt.

– Generator elektryczny o nowatorskiej konstrukcji – powiedział wreszcie fizyk jakby niechętnie. – Efekt prac Grupy Delta.

– Nigdy nie słyszałem o takiej organizacji. – Wzruszył ramionami i parsknął: – Mam się przedostać za kordon i włamać do sowieckiego laboratorium? Chyba trochę przeceniasz moje możliwości. Do tego potrzeba zawodowego szpiega. Takiego jak z waszych powieści po dziesięć centów...

– Ależ nic z tych rzeczy. Grupa Delta nie istnieje od mniej więcej dwudziestu lat. Pomysłodawcą był generał Rozwadowski. Miał bardzo dalekosiężne pomysły na totalne przezbrojenie polskiej armii. Doceniał też osiągnięcia nauk technicznych i rozważał, jak można by je wykorzystać. Przypuszczalnie stworzył kilka ściśle tajnych zespołów, które nad tym pracowały. Lwów nie był jedynym ośrodkiem.

– Delta... – zadumał się Winnicki. – Na ile pamiętam grecki alfabet, istniały jeszcze co najmniej trzy. Alfa, beta...

– To bez znaczenia. Robiły zupełnie co innego.

– A członkowie Grupy Delta?

– Żyje już tylko jej najmłodszy zidentyfikowany przez nas uczestnik, matematyk Stefan Banach.

– Zatem trzeba przedostać się do Lwowa, odnaleźć go i o wszystko zapytać. Dlaczego nie zrobicie tego poprzez amerykańską agenturę?

– Próbowaliśmy. Nie bardzo chciał rozmawiać z naszymi wysłannikami. Zasłaniał się złożonymi przed laty przysięgami. Nie będę owijał w bawełnę. Mój dawny mistrz umiera na raka.

– Z jakiego powodu ta grupa została rozwiązana?

– Aresztowanie generała, śmierć Szczepanika i wkrótce potem Rychnowskiego zakończyły jej działania. Zabrakło najtęższych mózgów, zabrakło wsparcia ochrony aparatu państwowego. Wreszcie ktoś w sztabie generalnym podjął decyzję o zamknięciu projektu. Ale wcześniej zdołali dokonać naprawdę sporo.

– Prądnica...

– Bez względu na wszystko, nie może wpaść w ręce Sowietów. Twoje zadanie jest proste. Namierzyć, wykonać dokumentację, sfotografować. Jeśli się da, wymontować najważniejsze elementy. Resztę zniszczyć.

– Dlaczego to aż takie ważne? – zapytał wprost porucznik.

– Bo... to coś w rodzaju perpetuum mobile. Zupełnie nowatorska konstrukcja. Niezwykła. Pracuje na całkiem innych zasadach niż dotychczasowe aparaty. Wykorzystuje rozwiązania, które... – nie dokończył. – Pozyskuje energię... – raz jeszcze zawahał się. Przeszedł kilka kroków. – Pozyskuje elektryczność z grawitacji kosztem niewielkiej deformacji czasoprzestrzeni – wypalił wreszcie.

 

– Proszę!?

– Działa niezależnie, bez konieczności dostarczania z zewnątrz paliwa. Banach, jeśli nawet coś wie, nic nam już nie powie. Musisz samodzielnie ustalić, gdzie to ukryto.

– Powinienem mieć więcej danych. Nazwiska, adresy... Jakiś punkt zaczepienia.

– Z tego, co udało się nam ustalić, wiem, że do grupy należał profesor Steinhaus, też matematyk. Ale mózgiem był inżynier Franciszek Rychnowski, być może również Szczepanik, a niewykluczone, że i jego synowie, choć chyba raczej byli na to za młodzi. Wszyscy poza Banachem już nie żyją.

– Rychnowski? Ten wariat!?

– Tak, właśnie ten. I nie uważaj go za wariata, nawet jeśli niektóre z jego pomysłów były kontrowersyjne... To wybitny umysł. Jeśli przy okazji akcji uda ci się zabezpieczyć dodatkową dokumentację ich prac, wypłacimy sutą premię.

– Premię...

– Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach... Ale oczywiście za pomyślne wypełnienie misji...

– Nie jestem dżentelmenem, tylko synem lwowskiego batiara – uśmiechnął się Zygmunt. – Mój ojciec dorobił się w czasie wojny, sprzedając Rosjanom wódkę na szklanki.

– Wywiad USA gotów jest wyłożyć trochę pieniędzy za ten wynalazek. Powiedzmy, dla ciebie jakieś sto tysięcy dolarów, jeśli oczywiście dokumentację wykonasz na tyle starannie, że urządzenie uda się odtworzyć w Ameryce. Za wszelkie papiery dotyczące innych badań dorzucą drugie tyle. Co najmniej drugie tyle.

Zygmunt zamilkł zaskoczony oszałamiającą wysokością kwoty. Fiuuu... To aż tyle płaci się szpiegom!?

– Jak przedostanę się do miasta? – zapytał, przechodząc do konkretów. – I jak mnie stamtąd ewakuujecie? Lekarz orzekł, że...

– Wiem. Po uszkodzeniu stawu biodrowego musiałeś przerwać trening cichociemnego. Nie martw się, nie będziemy zrzucali cię ze spadochronem.

– Jak zatem...

– Lwów jest w tej chwili miastem prawie zamkniętym dla cudzoziemców. Trwa masowe wysiedlanie Polaków, zdaje się, że Sowieci wolą, by nikt postronny się temu nie przyglądał. Działa tam jedynie misja szwajcarskiego Czerwonego Krzyża. Ale na przełomie października i listopada we Lwowie organizowana jest międzynarodowa konferencja poświęcona kolektywizacji rolnictwa. Pojedziesz jako obywatel USA.

– Już widzę, jak mnie wpuszczą.

– Jako członek Komunistycznej Partii USA – uściślił.

– To jest taka? – Zygmunt wytrzeszczył oczy.

– Ano jest. Przynajmniej na razie. Są w USA myślący ludzie, którzy już zastanawiają się, jak zrobić z hołotą porządeczek. W każdym razie możemy podstawić cię jako delegata tej jaczejki na zjazd miłośników kołchozów.

– Jeśli wykonam zadanie...

– Przekażesz dokumentację wskazanym ludziom i spokojnie pojedziesz do USA. Obywatelstwo załatwię ci od ręki. Będziesz sobie siedział i robił, na co masz ochotę. Zechcesz pracować, też nie będzie z tym kłopotu. No to jak będzie? Pojedziesz? – Spojrzenie Stanisława zmiękło.

Do tej pory przekazywał instrukcje. Teraz prosił. Zygmunt zawahał się. Myśli tłukły mu się w głowie. Jechać... Czemu nie? Zobaczy raz jeszcze swoje miasto... Może przy okazji uda mu się ustalić, co naprawdę stało się ze stryjkiem. Może jakimś cudem odnajdzie kuzynkę Martę... A jeśli zrobi się niebezpiecznie? Co najwyżej nie wykona zadania. Przecież go nie rozstrzelają.

Ulam nie naciskał. Czekał cierpliwie na decyzję.

– Pojadę.


Pociąg trząsł się i szarpał. Szyny, po których przez ostatnie lata przetoczyły się tysiące wojskowych transportów, były bardzo zbite i zniszczone. Zygmunt wyjrzał przez okno. W czasie przelotu samolotem do Kijowa niewiele zobaczył.

Teraz chłonął widoki. Front przetoczył się przez te ziemie dwukrotnie. Widział więc spalone wsie, miasteczka naznaczone piętnem wojny, ruiny budynków, w wielu miejscach cmentarze polowe założone tuż przy torach. Pozostali uczestnicy konferencji, początkowo rozradowani jak dzieciaki, powoli ulegli nastrojowi. Pociąg toczył się leniwie na zachód. Raz minęli wielkie stado wychudzonych krów. Pędzono je na wschód.

„Niemieckie reparacje wojenne?” – zastanawiał się Zygmunt. „A może i skonfiskowane w Polsce?”

W tym wagonie na konferencję jechało kilkunastu Anglików i Francuzów. Komuniści... Przypominali mu grupkę niezbyt rozgarniętych dzieci na wycieczce szkolnej. Fascynowało ich wszystko, wszystko też łykali kompletnie bezrefleksyjnie.

W czasie dwudniowego zwiedzania Kijowa miejscowi organizatorzy pokazali im kawałek miasta. Zygmunt nigdy wcześniej nie był w ZSRR, ale widział wyraźnie, że dawna stolica ziem ruskich Rzeczpospolitej pod rządami Sowietów poważnie podupadła. Bruk uliczny pamiętał jeszcze cara. Większość instytucji państwowych gnieździła się w zaadaptowanych hotelach i kamienicach. Nowsze budynki wzniesione dla rozwijającej się administracji – choć funkcjonalne – porażały swoją brzydotą.

I jeszcze jedno przykre, głupie wspomnienie. Gdy szli jedną z głównych ulic, spostrzegli grupę robotników na rusztowaniach. Mężczyźni młotkami skuwali sztukaterie ze ścian kilku pięknych secesyjnych kamienic. Przewodnik z dumą wyjaśnił, że usuwane są właśnie przeżytki burżuazyjnego stylu życia i że klasa robotnicza nie potrzebuje podobnych ozdóbek. Buńczuczne oświadczenie tego jełopa wywołało aplauz gości. Podobny zachwyt wzbudziły w nich fundamenty świeżo zburzonej cerkwi i zapewnienie, że robotnicy nie potrzebują też religii...

Odwiedzili jeszcze szpital, przedszkole, szkołę, jakieś kluby sportowe. Polakowi przypomniały się anegdoty o księciu Potiomkinie i wioskach, które budował na trasie przejazdu carycy...

Jednak tam była Ukraina. Teraz jechali przez ziemie, które nadal w myślach uważał za Polskę. Patrzył wokół i widział śmierć. Cmentarze wojenne, krzyże zdobione hełmami poległych ustawione na zbiorowych mogiłach, zgliszcza. Raz mijali długą rampę zawaloną zdobycznym sprzętem wojskowym. Niemieckie czołgi podziurawione pociskami czekały na transport i śmierć w czeluściach pieców hutniczych... Kiedy indziej znów zobaczył niemieckich jeńców, wychudzonych i wynędzniałych, w obszarpanych mundurach. Pilnowani przez kilku enkawudzistów poprawiali nasyp sąsiedniego torowiska. Był to jedyny przyjemny widok w czasie całej tej drogi.

Najdłuższa nawet podróż dobiega końca. Dojeżdżali już do celu. Polak czuł w gardle rosnącą gulę.

„Po co?” – zastanawiał się po raz tysięczny. „Po co mi to... Czego tu szukam? Lwów umarł. Wszyscy krewni wywiezieni. Przyjaciele padli na frontach... Po co tu wracać, po co patrzeć, jak wszystko marnieje, obraca się w popiół... Kuzynka?”

Wiedział tyle, że stryjka aresztowano. Co stało się z dziewczyną? Raczej się nie łudził, że zdoła ją odnaleźć.

Patrzył na dziesiątki opuszczonych domów rozrzuconych wokół. Musieli postać jeszcze pod semaforem. Korciło go, by otworzyć drzwi i puścić się biegiem przez opłotki, na przełaj, w kierunku Zamarstynowa... Wreszcie pociąg wtoczył się na peron. Przy sąsiednim ludzie w jesionkach, objuczeni walizkami, prowadzący dzieci, tłoczyli się bezładnie. Uchodźcy. Polacy i wszyscy, którzy zdołali się pod nich podszyć, opuszczali miasto. Dzień po dniu, setkami, aż nie zostanie nikt... Patrzył na blade, zmęczone twarze, na zaciśnięte usta. Dzieci były nad wiek poważne. Co przeżyły przez ostatnie lata i miesiące? W każdym razie na pewno zdawały sobie sprawę, że ruszają na tułaczkę... I że nie wrócą tu już nigdy. A przecież ci, którym udało się skompletować dokumenty wyjazdowe, to i tak ci, którzy urodzili się pod szczęśliwą gwiazdą.

Kordon sowieckich milicjantów blokował drogę. Podoficerowie NKWD sprawdzali karty wyjazdowe, porównywali twarze ludzi z widniejącymi na zdjęciach i przepuszczali skontrolowanych do wagonów.

Wysiadł na drugą stronę, gdzie uczestnicy konferencji zbili się w gromadkę.

– Witajcie, towarzysze. – Jak spod ziemi wyrósł obok nich chłopak w komsomolskim mundurze. – Mam na imię Sasza i będę waszym przewodnikiem – mówił po angielsku całkiem znośnie.

Wyglądał sympatycznie, ale Zygmunt jakoś z miejsca go znielubił. Ponaglany gestami przeszedł dalej. W holu dworca kolejny posterunek NKWD sprawdzał dokumenty. Zbadali jego amerykański paszport i legitymację Kompartii USA. Sprawdzili przepustkę i wreszcie pozwolili mu przejść. Wyszedł przed dworzec i długo w milczeniu patrzył na otaczające go budynki. Z pozoru prawie nic się nie zmieniło. Domy stały jak przed sześciu laty. Bruk uliczny w kilku miejscach zniszczyły bomby i gąsienice czołgów. Ale jeszcze coś uległo zmianie. Charakterystyczne żółte elewacje poszarzały. Z okien i okienek sterczały długie krzywe rury.

– Niestety, nie udało się nam załatwić samochodu, będziemy więc musieli przejść kawałek pieszo. Za plecami macie dworzec kolejowy, miejsce ciężkich walk, które w osiemnastym roku stoczyli polscy panowie z uciskanym ludem ukraińskim... Burżuje zwyciężyli wówczas nad siłami rewolucyjnymi, ale dziś...

„Co on pieprzy?” – zdziwił się w duchu Zygmunt. „Od kiedy to Strzelcy Siczowi zaliczają się do rewolucjonistów?”

Nowa wersja historii jednocześnie rozbawiła go i wywołała głęboki niesmak.

Ruszyli ulicą. Mijali zabite deskami witryny sklepów i warsztatów, tu i ówdzie przez nisko położone okna widać było stoły i biurka zastawione maszynami do pisania. Urzędy wypierały kupców i rzemieślników. Ale tym, co najbardziej uderzyło Polaka, był brak szyldów. Blaszane zdjęto, malowane na murach zasmarowano farbą. W czasie działań wojennych ucierpiały tylko pojedyncze budynki, kilka wypalonych właśnie rozbierano lub remontowano. Zamyślony Winnicki dopiero po chwili zorientował się, co jeszcze jest nie tak. Wokół siebie słyszał kakofonię dźwięków. Tylko że dawny Lwów rozbrzmiewał mową polską i jidysz, teraz słyszało się przeważnie rosyjski i z rzadka ukraiński...

Szedł przez znajome zaułki, ale nie poznawał ich. Zapachy... Nawet one się zmieniły. Kiedyś czuł tu woń pączków, szaszłyków, delikatny zapach kurzu zmoczonego deszczem. Teraz wszędzie śmierdziało gotowaną kapustą, stęchlizną, uryną...

„Miasto umarło” – pomyślał z przerażeniem. „Kroczę po jego truchle. I nawet cuchnie trupem... Gdzieś tutaj wśród ruin, ruder i cudem ocalałych domów mam odnaleźć prototypową unikalną prądnicę, za którą dwaj spryciarze, Ulam i Einstein, gotowi są odpalić mi dość pieniędzy, bym mógł...”

– Uniwersytet – głos przewodnika wyrwał go z zadumy. – Niegdyś gmach sejmu galicyjskiego. Tu odbędzie się część obrad naszej konferencji. Już niedaleko, trochę hartu ducha, towarzysze.

Jeszcze dwie uliczki i znaleźli się na miejscu. Ulokowano ich w hotelu. Dostali całkiem przyzwoite pojedyncze pokoje.

– Konferencja jest zorganizowana na uniwersytecie – przypomniał Sasza. – Proszę, byście nie opuszczali samowolnie kwatery i nie chodzili po mieście, zwłaszcza po zmroku. Co rano ktoś was odprowadzi na miejsce. Mimo wszystko nie jest tu do końca bezpiecznie. Proszę też, byście nie wdawali się w rozmowy z miejscowymi, w mieście bowiem nadal przebywa ogromna masa kontrrewolucjonistów. Bar na dole jest do waszej wyłącznej dyspozycji. Proszę się częstować...

Wreszcie poszedł w diabły. Zygmunt uśmiechnął się pod nosem. Spojrzał w okno. Nadchodził wczesny jesienny wieczór.

„Aż tak się boją” – pomyślał. „Nie chcą, żebyśmy pociągnęli miejscowych za język. Nie chcą też, by miejscowi gadali z nami. A co do śmiertelnego ryzyka chodzenia po moim mieście, to jeszcze obaczym...”

Zakazem oczywiście nikt się nie przejął; w holu na dole Polak spotkał dwóch Francuzów, którzy konferowali z portierem, usiłując się dowiedzieć, czy we Lwowie egzystują jeszcze kobiety publiczne i jak można je odnaleźć. Minął ich i ruszył przed siebie.

Przespacerował się dawną ulicą Długosza. Chciał choć rzucić okiem na swój dom... Budynek stał, ale w brudnych szybach nie odbijało się zachodzące słońce. W ogrodzie walały się jakieś dechy, paki i resztki skrzyń, najwyraźniej przeznaczone na opał.

Przyśpieszył kroku. Uciekał. Popełnił błąd, pojawiając się w pobliżu. Ktoś mógł go rozpoznać... Choć wszyscy sąsiedzi pewnie podzielili ten sam los... Przystanął na rogu przed cerkwią. Była zamknięta na głucho. Część szybek w witrażach wytłuczono.

– Do diaska – szepnął. – Po co ja tu w ogóle przyjechałem... Czemu nie zaufałem swojej pamięci? Czemu nie zachowałem tego miasta takim, jakim było przed wojną?...

Poczuł przemożną chęć, by kupić flaszkę wódki i zalać się w pestkę.

– Odnaleźć prądnicę... – mruknął sam do siebie. –Takie zadanie wykonać może tylko człowiek, który zna miasto. Dla Polski albo dla pieniędzy. A oni podeszli mnie sprytnie, wmawiając, że i mój kraj na tym zyska, i ja zarobię fortunę. Sto tysięcy dolarów. Da się za to kupić dom, samochód i przez wiele lat można leżeć do góry brzuchem... Tylko czemu jakoś mi hadko?

 

Zawrócił do hotelu. Rozprostował nogi i starczy.


Rankiem pojawił się Sasza. Część delegatów musiał wyciągać z łóżek siłą. Zachodni komuniści nie należeli do rannych ptaszków. Wreszcie jakoś zgromadził całą grupę w holu i poprowadził ich na miejsce. Minęli park. Na uczelnię weszli bocznym wejściem, z dala od grupek studentów, a może słuchaczy jakichś kursów. Najwyraźniej próbowano ich choć częściowo odizolować od tubylców. W budynku spotkali pozostałych delegatów, zakwaterowanych w innych hotelach. Przeszło setka ludzi zwieziona z różnych krajów... Był wśród nich nawet jeden Japończyk i dwóch czarnych jak węgiel Murzynów. Zygmunt dostał program całej imprezy odbity byle jak na spirytusowym powielaczu.

Wynikało z niego, że w czasie pięciodniowego kongresu przemawiać będą same sławy. Racjonalizatorzy produkcji, akademicy, wuzowcy, przodownicy pracy, rekordziści udoju... Osobno wymieniono referaty wygłaszane po rosyjsku.

Zasiedli w jednej z auli. Polak słuchał kolejnych bełkotliwych przemówień coraz bardziej przygnębiony. Agitatorzy wygłaszali swoje referaty to po angielsku, to po francusku. Nie znał się specjalnie na rolnictwie, ale zorientował się, że gadają kompletne głupoty. Prelegenci podawali wątpliwe przykłady, sypali danymi wyssanymi z palca, podpierali się całkowicie fantastycznymi statystykami. Zachodni delegaci słuchali tego z zapartym tchem.

„Durnie” – myślał Zygmunt. „Zamiast wierzyć w propagandę, pogadajcie z ludźmi, których trzymacie w obozach we Włoszech, z Ukraińcami, co przeżyli dwadzieścia lat gospodarki kołchozowej, a gdy tylko pojawiła się szansa odwetu, włożyli mundury Waffen-SS i poszli bić Ruskich... Oni wam opowiedzą prawdę o kolektywizacji i kołchozach. O głodzie, o ludożerstwie, o szesnastu milionach zmarłych...”

Po każdym referacie odbywała się dyskusja. Zagraniczniacy zadawali pytania, Sowieci usiłowali wydukać jakieś sensowne odpowiedzi. Bez ściągawek z trudem radzili sobie z objaśnianiem najprostszych kwestii. Otwarcie za to przyznali, że przynależność do kołchozów musi być przymusowa dla wszystkich mieszkańców i że niezbędne jest ograniczenie możliwości opuszczania wsi.

„Pańszczyznę przywracają” – pomyślał z melancholią Polak. „Tych, którym się nie uda wyjechać z zagarniętych przez Sowietów ziem, czeka ten sam smutny los. Kto nie zdoła opuścić tego raju na ziemi, na zawsze już będzie niewolnikiem...”

Po obiedzie zabrano ich ciężarówkami poza miasto na wizytację jednego z okolicznych kołchozów. Pola zostały już zaorane, nie sposób było więc ocenić, czy w tym roku cokolwiek na nich wyrosło. Gości oprowadzono po dawnym szlacheckim folwarku, pokazując magazyny zawalone zbożem po dach, wspaniałą chlewnię pełną tłustych świnek, nowoczesną oborę, wzorcową mleczarnię...

Cudzoziemcy zachwyceni wymieniali uwagi, prosili o dodatkowe dane, robili zdjęcia. Pracownicy w haftowanych ukraińskich soroczkach chętnie udzielali wyjaśnień, operując kulawym angielskim lub całkiem niezłym niemieckim i francuskim.

Zygmunta mierził ten cały teatr. Mimowolnie jednak czynił obserwacje. „Setka krów w oborze, pięknie, tyle właśnie można było zebrać z dwudziestu okolicznych wiosek... Ale przygoniono je dopiero dziś rano – dumał dalej – bo gdyby postały tu parę dni, wyrosłaby spora kupa obornika albo w budynku, albo gdzieś w pobliżu... Front przetoczył się tędy półtora roku temu. Przez ten czas można usunąć doraźne zniszczenia, ale stad wybitych przez Niemców szybko odtworzyć się nie da...”

Potem zawieziono ich do wsi. Wszystkie chałupy były nowe. Wszędzie rozbłyskiwało światło elektryczne. Polak dotknął ściany domu. Świeży tynk powalał mu palce. Tu też wszystko przygotowano na przyjazd zagranicznej delegacji. Nagle poczuł, że ktoś stoi za jego plecami. Obejrzał się. Jowialnie wyglądający angielski komunista, szef centrali związkowej, patrzył na niego z mieszaniną nagany i politowania.

– Człowieku – syknął. – Uśmiechnij się trochę, łazisz skwaszony, jakbyś szukał dziury w całym, a oni przecież patrzą. Inni też to i owo zauważyli, ale...

– Dziękuję – skłonił głowę. – Ma pan rację.

Faktycznie, dekonspirował się... Ale po prostu drażnił go cały ten fałsz. Przemógł się i gdy zwiedzali chatę statystycznej sowieckiej rodziny, wygłosił nawet po angielsku kilka sloganów. Poczęstowano ich kolacją. Zasiedli do stołu nakrytego haftowanym obrusem. Stalin patrzył z portretu i uśmiechał się z kpiną. Jedzenie było znakomite, zadbano o białe pieczywo, kawior, mandarynki z Abchazji i wędzoną rybę. Była też wódka w drewnianym cebrzyku. Wychylił pięć kieliszków, nim choć trochę zabił kaca moralnego.

Godzinę później stanął pod ścianą stodoły, sikając na pryzmę kompostu. W oknie chałupy tańczyły cienie. Z sąsiedniego obejścia wiatr niósł dźwięki harmoszki i gwar podnieconych głosów. Stary chłop z sumiastym wąsem opowiadał bajki o zakładaniu kołchozów.

„Przedstawienie teatralne obrazujące wspaniałe życie ukraińskich chłopów wyzwolonych z polskiego ucisku pańszczyźnianego... – pomyślał Zygmunt. – Ale ci durnie z Zachodu tego nie rozumieją. Nie rozróżniają fikcji i rzeczywistości... O Katyniu zdążyli już zapomnieć”.

– Niech żyje komunistyczna partia USA! Niech żyje komunistyczna partia Francji! Niech żyje włoska partia komunistyczna! – rozlegały się kolejne toasty.

„Tylko zdrowia księcia Potiomkina nie wypiją – uśmiechnął się pod wąsem porucznik Winnicki. – A co by zrobili bez jego genialnych pomysłów?”


Wstał o szóstej rano. Po wczorajszej wycieczce bolała go głowa. Miał straszną ochotę napić się klina. Podszedł do okna i oparłszy czoło o chłodną szybę, popatrzył na budzące się miasto. Ludzie szli do pracy. Niektórzy pchali taczki z narzędziami lub ciągnęli wózki z dobytkiem.

„Od czego zacząć poszukiwania? Najlepiej byłoby znaleźć uczestników tamtych prac. Pogrzebać w archiwach. Gdyby nie ta cholerna sowiecka okupacja, nie byłoby z tym problemu. W tej chwili to jednak niemożliwe. Po pierwsze dlatego, że mnie nigdzie nie wpuszczą, po drugie dlatego, że większość zbiorów, które ocalały, jest obecnie pakowana do wysyłki... Część trafi do Polski, cenniejsze pewnie do Moskwy...”

Pamiętał obrazek widziany wczoraj przed Ossolineum. Przygarbieni robotnicy wynosili ciężkie paczki i skrzynie z książkami. Układali je z mozołem na ciężarówce.

„Grupa Delta – pomyślał – działała w tym mieście. Była tajną organizacją wojskową. Jeśli przestała istnieć po przewrocie majowym, to nawet przed wojną ciężko byłoby trafić na jej ślad. Ulam był uczniem Banacha i uczestnikiem imprez w Kawiarni Szkockiej. Mógł coś widzieć, coś usłyszeć, podsłuchać wręcz. A ja? Jak mam odnaleźć ludzi, którzy się tam zbierali? A potem? Przedstawić się jako amerykański szpieg? Pomyślą, że to prowokacja. Wypytywać? Akurat coś powiedzą. No i minęło dwadzieścia lat. Ci, którzy nie umarli, rozjechali się, zapomnieli. Ten ślad wystygł... Namierzyć samą maszynę? Niby jak? Zaraz... A może jest sposób? Co mówił Ulam?”

Ścisnął skronie, usiłując sobie przypomnieć. Grawitacja... Deformacja czasoprzestrzeni. Czy to oznacza...? Tak! Inna waga. Wokół generatora mogą występować niecodzienne zjawiska fizyczne.

„Przyjmijmy, że maszyna zmniejsza lub zwiększa grawitację. Jeśli kupię kilogram maku na wagę, a potem zważę tę paczkę na drugim końcu miasta, powinna być różnica... Tylko jaka? Gram? Miligram? Te sucze syny Amerykańce coś wiedzą” – mówił w myślach. „W jakiś sposób sprawdzili, że to nadal działa. Może udało im się przelecieć nad miastem samolotem wypakowanym aparaturą pomiarową? Może jakiś amerykański dyplomata przeniknął tu z grawimetrem? Może biały wywiad? Na przykład, skoro tu wszystko jest cięższe, ktoś mógł zostać rozstrzelany za sabotaż, jeśli pakował towary w pobliżu maszyny, a wywiezione w głąb Sowietów i skontrolowane wykazały niedowagę... Jestem tu, w moim mieście, i mam wykonać zadanie niemal niewykonalne... Być może nie tylko ja węszę. Wśród delegatów jest z pewnością co najmniej kilku prawdziwych szpiegów. Być może niektórzy dostali to samo zadanie. Ale Ulam wierzy, że ja sobie z tym poradzę, a oni niekoniecznie... Dlaczego?”

Gospodarze widocznie przewidzieli, że po wycieczce kac zbierze śmiertelne żniwo, bo ten dzień w grafiku przeznaczyli delegatom na odpoczynek. Zatem pora pobuszować. Po pierwsze wtopić się w tłum...

Agent zaszedł do podrzędnego sklepiku ze starzyzną i szybko zmienił wygląd. W kusej kraciastej marynarce i zrudziałej oprychówce na głowie przeistoczył się bez trudu w prawdziwego lwowskiego batiara. Nóż wpuścił w kieszeń.