Dzika Mrówka i tajemnica bursztynowej komnatyTekst

Z serii: Dzika mrówka #5
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Andrzej Perepeczko

Dzika Mrówka i tajemnica

Bursztynowej Komnaty

tytuł poprzedniego wydania:

Dzika Mrówka i tajemnica U-2002

© by Andrzej Perepeczko

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Wanda Orlińska

Korekta:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

ebook przygotowany na podstawie wydania II

ISBN 978-83-8208-966-0

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wyd-literatura.com.pl

tel. (42) 630-23-81

faks (42) 632-30-24

www.wyd-literatura.com.pl

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Literatura

Monika Lipiec, Woblink

Spis treści

Wstęp, dzięki któremu czytelnik może poznać dotychczasowe przygody Dzikiej Mrówki, opisane dokładnie w książkach: Dzika Mrówka i tam-tamy, Dzika Mrówka pod żaglami, Podwodny świat Dzikiej Mrówki oraz Dzika Mrówka i Jezioro Złotego Lodu

Rozdział pierwszy, w którym w życiu Dzikiej Mrówki pojawiają się zupełnie niespodziewanie i przypadkowo Bursztynowe Skarby

Rozdział drugi zawierający głównie międzykontynentalną korespondencję

Rozdział trzeci, w którym okazuje się, że śladów zatopionego hitlerowskiego U-Boota należy szukać… dość daleko od morza

Rozdział czwarty spędzony nieomal całkowicie przed ekranem telewizyjnym

Rozdział piąty, w którym Dzika Mrówka i Ula szukają wraz z klubowymi kolegami zatopionych sań

Rozdział szósty częściowo wypełniony Złotem Bałtyku

Rozdział siódmy, w którym okazuje się, że karnawał karnawałowi nierówny

Rozdział ósmy, w którym Dzika Mrówka i jego towarzysze przygód spotykają swych starych i dobrych przyjaciół, a wszyscy są zauroczeni pięknem wysp Morza Karaibskiego

Rozdział dziewiąty, w którym znajduje się jeszcze jeden bardzo ważny ślad

Rozdział dziesiąty, w którym Dzika Mrówka trafia do Groty Pirata, a do ustronnej meksykańskiej zatoczki przybywa nagle niespodziewany i tajemniczy konkurent

Rozdział jedenasty, w którym Dzika Mrówka poznaje, że nie wszystko piękne, co się pięknie nazywa

Rozdział dwunasty, w którym okazuje się, że w morzu mogą znajdować się bardzo różne rekiny

Epilog

O Autorze

Przypisy


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp, dzięki któremu czytelnik może poznać dotychczasowe przygody Dzikiej Mrówki, opisane dokładnie w książkach: Dzika Mrówka i tam-tamy, Dzika Mrówka pod żaglami, Podwodny świat Dzikiej Mrówki oraz Dzika Mrówka i Jezioro Złotego Lodu

Marek, zwany przez rodzinę i kolegów Dziką Mrówką z racji niewielkiego wzrostu i niezwykłych pomysłów, które się bez przerwy rodziły w jego nadzwyczaj wybujałej wyobraźni, mieszkał w dzielnicy Gdańska zwanej Oliwą. Razem z bratem Jarkiem, bliźniakiem zresztą, ale zupełnie do Marka niepodobnym, chodzili do jednej klasy i razem też grali w hokeja, tyle tylko, że w różnych drużynach. W jednej Dzika Mrówka był napastnikiem, w drugiej Jego Brat (tak nazywano Jarka) – bramkarzem.

Tata obu chłopców był ochmistrzem na statku, mama – wielbicielką języka angielskiego. Starała się, z niecałkowitym jednakże powodzeniem, wpoić w swych synów zamiłowanie do tego języka.

Pewnego dnia, gdy tata wrócił z rejsu, obaj chłopcy tak dokuczyli mamie swymi pomysłami i swoim zachowaniem (choć – po prawdzie – wszystkie pomysły były autorstwa Dzikiej Mrówki, a Jego Brat był tylko wiernym, choć nieco powolnym ich wykonawcą), że płacząc, stwierdziła, iż ma wszystkiego dosyć i że nie może sobie absolutnie z nieznośnymi chłopakami poradzić.

Na takie dictum tata zdecydował się osobiście zająć synami bliźniakami, a że pływał na statku i akurat nie mógł zejść na urlop, postanowił zabrać chłopców w rejs, żeby ich mieć na oku.

Popłynęli więc statkiem we trójkę: tata, Dzika Mrówka i Jego Brat. Przed samym odjazdem mama, którą chłopcy i tata nazywali Micią, wcale nie była taka pewna, czy tak naprawdę „miała wszystkiego dosyć” i czy pomysł zabrania chłopców na statek był najlepszym z życiowych pomysłów taty.

Statek w swym rejsie odwiedził kolejno Londyn, Sewillę w Hiszpanii, Safi w Maroko i port Kaolack w Senegalu. Londyn zwiedzili chłopcy dość dokładnie, najbardziej podobało im się muzeum techniki, do którego wielokrotnie wracali. W Sewilli byli na walce byków, która jednak nie bardzo im do gustu przypadła. W tejże samej Sewilli zauważyli podejrzany, ich zdaniem, statek o nazwie „Torro” i Dzika Mrówka postanowił na własną rękę śledzić członków jego załogi, która ani chybi trudniła się jakimiś ciemnymi sprawkami.

Na morzu, w czasie przeprawy z Sewilli do Safi, Dzika Mrówka i Jego Brat wdrapali się na maszt i dojrzeli stamtąd samotną łódź. Jak się potem okazało, była to uszkodzona łódź rybacka z prawie do cna wyczerpanym Arabem i jego rannym synem, którym udzielono pomocy. Obaj chłopcy stali się sławni na statku i udało im się nawet uniknąć kary za samowolne wdrapanie się na maszt.

Po południu tego samego dnia dogonili tajemniczy stateczek „Torro”.

W Safi bracia mieli niezbyt przyjemną przygodę w meczecie, do którego – jak się okazało – wstęp dla „niewiernych” był surowo zabroniony.

Po kilku dalszych dniach podróży dopłynęli wreszcie do Kaolacku w Senegalu, skąd w czasie wojny uciekły po upadku Francji dwa polskie statki: „Cieszyn” i „Śląsk”. A że właśnie na statku znajdował się bosman, który jako młody chłopak był członkiem załogi „Cieszyna” w 1940 roku, obaj bracia usłyszeli opowieść naocznego świadka o tej pełnej emocji sławnej ucieczce.

W Kaolacku znajdował się już tajemniczy „Torro”, zatem Dzika Mrówka i Jego Brat przystąpili do śledzenia załogi. Niewiele brakowało, aby się to dla nich bardzo smutno skończyło. Na szczęście z groźnych opałów uratowała ich senegalska policja, która odstawiła obu domorosłych detektywów na statek i oddała w ręce zaniepokojonego taty.

Powrotną drogę do kraju obaj chłopcy spędzili, pracując – jeden w dziale maszynowym, drugi na pokładzie statku – w tacie bowiem obudził się nagle niezwykle pedagogiczny talent i postanowił swych synów wychować przez pracę. Wtedy obaj bracia poznali, że praca na statku wcale nie należy do łatwych i że marynarze nie tylko pływają, opalają się i zwiedzają cały świat.

W Gdańsku czekała na swych chłopców stęskniona mama, która już dawno zapomniała, że miała „zupełnie dosyć” i obaj bracia bliźniacy doszli zgodnie do wniosku, że: WSZĘDZIE DOBRZE, ALE W DOMU NAJLEPIEJ!

Po powrocie z rejsu chłopcy spóźnili się o parę dni na rozpoczęcie roku szkolnego. Dzika Mrówka postanowił wykorzystać tę okoliczność i ułożył błyskawicznie plan, zgodnie z którym profesorowie mieli nie przeprowadzić w tym dniu żadnych zajęć w ich klasie. „Wszystkie lekcje biorę na siebie” – oświadczył swym koleżankom i kolegom Dzika Mrówka.

Przemyślnie ułożony program działania udał się tylko po części, bowiem pan od przyrody zdemaskował Marka, gdy go zbyt poniosła bujna fantazja i gdy mocno przeholował w opowiadaniu niestworzonych przygód, które miały rzekomo wydarzyć się w ciągu rejsu. Cała klasa śmiała się z Dzikiej Mrówki, a w obronę wzięła go tylko jedna z koleżanek – Ulka.

W okresie świąt Bożego Narodzenia, które tata spędził razem z całą rodziną na lądzie, ojciec zabrał Dziką Mrówkę na doroczne spotkanie Klubu Kaphornowców, do którego mogą należeć tylko ci z żeglarzy, którzy na żaglach opłynęli przylądek Horn, jeden z najbardziej burzliwych przylądków świata. Pod wpływem tego spotkania Marek zainteresował się żeglarstwem, zaczął czytać książki na ten temat, poznawał tajniki astronomii i w konsekwencji zarzucił swą dawną pasję, czyli hokej, i zapisał się do klubu żeglarskiego.

 

W klubie zaczęło się szkolenie teoretyczne i pierwsze prace przy jachtach na przystani. Początki były trudne i mało efektowne, trzeba było bowiem jachty czyścić, skrobać i malować, a pływanie pod białymi żaglami stawało się coraz bardziej odległe. Mimo trudności Dzika Mrówka zawsze pełen był najrozmaitszych pomysłów, kreślił wciąż na mapach trasy swych przyszłych rejsów i snuł niezbyt realne marzenia. Wreszcie nadszedł dzień, w którym Marek wypłynął w swój pierwszy rejs. Niedaleki co prawda rejs, bo tylko po wodach basenu jachtowego, ale chłopiec po raz pierwszy spostrzegł, że łódź posłuszna jest każdemu ruchowi jego ręki, że to on kieruje, po raz pierwszy naprawdę ŻEGLUJE!

Po pewnym czasie Dzika Mrówka został wyróżniony – wyznaczono go na zawodnika regat jednoosobowych łodzi żaglowych. Regaty miały bardzo dramatyczny przebieg, bo w momencie kiedy Marek już-już miał wyjść naprowadzenie, łódź jego wywróciła się wskutek nieuwagi chłopca i oczywiście tym samym stracił on wszelkie szanse w wyścigu.

Mimo tego pierwszego niepowodzenia Marek brał udział również i w innych kolejnych wyścigach, a po pewnym czasie został w nagrodę wybrany do załogi pełnomorskiego jachtu w rejsie bałtyckim. W czasie podróży Dzika Mrówka spróbował po raz pierwszy niezwykle trudnej – jak się okazało – sztuki kucharzowania na jachcie.

W swym rejsie jacht o wdzięcznej nazwie „Stella Polaris” odwiedził Rygę i Sankt Petersburg. W drodze powrotnej żeglarzy złapał sztorm, który zagnał jacht aż pod brzegi szwedzkie. Tam w nocy i w sztormie Dzika Mrówka zauważył czerwony błysk rakiety. To mógł być ktoś wzywający pomocy! „Stella Polaris” ruszyła na ratunek i nad ranem odnaleziono jacht, a przy nim trzymających się resztkami sił młodych rozbitków. W czasie akcji ratunkowej szczególnie wyróżnił się Marek, który nie bacząc na niebezpieczeństwo, wskoczył do wody i uratował kilkunastoletnią dziewczynę, Szwedkę o imieniu Ulla.

Polski jacht z uratowaną załogą wpłynął do portu w Sztokholmie, gdzie rodzice rozbitków przyjęli polskich żeglarzy niezwykle gościnnie i serdecznie. W czasie zwiedzania zabytków tego pięknego portu, „Wenecji Północy”, Dziką Mrówkę tak zafascynował widok żaglowca „Vasa” sprzed przeszło trzystu lat, wydobytego w całości z dna morskiego, że stwierdził: „Pływanie pod żaglami to jest na pewno bardzo fajna sprawa, ale PODWODNE POSZUKIWANIA ARCHEOLOGICZNE TO JEST WŁAŚNIE TO!!!”.

Gdy jacht „Stella Polaris” powrócił do portu z bałtyckiego rejsu, żeglarzy czekało uroczyste powitanie, a dowódca jachtu, czyli kapitan Filip oraz Dzika Mrówka otrzymali medale za ratowanie życia. Na naszego bohatera czekała na przystani mama z Jarkiem i klasową koleżanką obu chłopców – Ulką.

Opowiadając o swych żeglarskich przygodach, Dzika Mrówka bardzo dużo miejsca poświęcił sprawom różnorodnych prac podwodnych i poszukiwaniom zatopionych statków. Płetwonurkowanie stało się kolejną pasją Marka i już w kilka tygodni później chłopak zapisał się do odpowiedniego klubu na kurs, na którym miał się nauczyć swobodnego nurkowania.

Zajęcia w klubie prowadził pan Wojtek, „w cywilu” inżynier elektronik i starszy asystent w gdyńskiej Szkole Morskiej, a jedną z klubowych koleżanek na tym samym kursie okazała się – ku zaskoczeniu Marka – Ulka. Po ukończeniu kursu płetwonurkowego klasa obu braci bliźniaków wyjechała na wycieczkę krajoznawczą do Gniewu, Kwidzyna, Chełmna, Torunia i Płocka. I właśnie w Płocku, w siedzibie tamtejszego Towarzystwa Naukowego, Dzika Mrówka usłyszał historię przypadkowego odkrycia bardzo starego dokumentu, w którym jest wzmianka o starodawnym grodzisku zatopionym wraz z wyspą na jakimś jeziorze. Marek i Ulka z miejsca zapalili się do poszukiwań zatopionej wyspy i wczesnosłowiańskiego grodziska.

Następnego lata pan Wojtek zorganizował obóz płetwonurkowy nad jeziorem, co do którego istniało dość uzasadnione przypuszczenie, że właśnie tam mogło się kryć tajemnicze grodzisko, i rozpoczęto systematyczne poszukiwania podwodne.

W czasie trwania obozu jego uczestnicy, wśród których znaleźli się Dzika Mrówka i Ulka, pomogli przy żniwach rodzinie starych kaszubskich gospodarzy oraz wzięli udział w akcji przeciwpowodziowej podczas gwałtownej nocnej burzy. W obu wypadkach młodzi poszukiwacze zatopionej wyspy napotkali pewne ślady świadczące o tym, że istotnie gdzieś w pobliżu mogło znajdować się przedhistoryczne grodzisko.

Intensywne poszukiwania trwały w dalszym ciągu, początkowo jednak wody jeziora pilnie strzegły swej tajemnicy.

Pewnego dnia Ulka, oddaliwszy się samowolnie ze swego rejonu w pogoni za olbrzymim węgorzem, natrafiła na szczątki skrytych pod wodą fundamentów drewnianych budowli z dębowych potężnych bali. Tym samym Ulka stała się bohaterką podwodnych poszukiwań, a zatopione pragrodzisko zaliczono do głównych sensacji archeologicznych roku.

W nagrodę za swe odkrycie Ulka znalazła się w ciągu najbliższych wakacji wraz z Dziką Mrówką, kilkoma innymi klubowymi kolegami i panem Wojtkiem w składzie załogi jachtu „Swantewid” pływającego u wybrzeży Chorwacji i Czarnogóry. Podczas pobytu na Adriatyku młodzi żeglarze przeprowadzali intensywny trening płetwonurkowy w ciepłych, przejrzystych wodach tego morza.

Zwiedzanie dalmatyńskiego wybrzeża zaczęto od Dubrownika, a dalszym etapem adriatyckich wakacji była niezwykle malownicza i równie ciekawa Boka Kotorska. W Kotorze czekał na załogę „Swantewida” przyjaciel pana Wojtka i kapitana Filipa, wesoły olbrzym Stanko Milević, czyli inaczej „Stanko od Kotora”. On to pokazał młodym Polakom piękno Czarnogóry, zawiózł ich do dawnej stolicy Cetynii i do pięknych nadmorskich miasteczek: Świętego Stefana i Budwy. On też obwoził ich po najrozmaitszych zakamarkach Zatoki Kotorskiej.

Beztroski odpoczynek załogi „Swantewida” został brutalnie przerwany silnym i tragicznym w skutkach trzęsieniem ziemi, które na oczach przerażonej załogi jachtu zniszczyło i odcięło zupełnie od świata maleńką rybacką wioskę.

Polscy żeglarze ruszyli natychmiast z pomocą rannym i poszkodowanym mieszkańcom wioski, a przez następnych parę dni pomagali od wczesnego ranka do późnej nocy Stankowi w ratowaniu zabytków Kotoru.

Jednak czas pobytu nad Adriatykiem kończył się i trzeba było wracać do Dubrownika. Po drodze „Swantewid” zatrzymał się na miejscu swego ostatniego kotwiczenia, gdzie pozostawała na dnie kotwica jachtu, której po trzęsieniu ziemi nie można było wyciągnąć na powierzchnię i trzeba było odciąć łańcuch kotwiczny. Aby uwolnić kotwicę jachtu z pułapki, zeszli pod wodę pan Wojtek razem z Dziką Mrówką. I oto nagle w zielonkawym świetle podwodnego świata Dzika Mrówka dojrzał wrak bardzo starego statku, który przed wiekami zatonął na wodach Zatoki Kotorskiej.

O znalezisku dano znać natychmiast Stankowi od Kotora, a ten przyrzekł młodym żeglarzom, że jak tylko zakończy pracę nad odbudową zniszczonego trzęsieniem ziemi miasta, zaraz zajmie się badaniem starego wraku, którego wnętrze – być może – kryje wiele tajemnic i historycznych ciekawostek.

Gdy samolot z młodymi płetwonurkami na pokładzie przelatywał nad Zatoką Kotorską w drodze powrotnej z Dubrownika do Polski, Ulka i Dzika Mrówka pomyśleli niemal równocześnie: ILE TO JESZCZE ROZMAITYCH TAJEMNIC KRYJĄ W SOBIE WODY OCEANÓW, MÓRZ I JEZIOR!

Rok później, na górskim obozie wędrownym, Dzika Mrówka, Jego Brat i Ulka usłyszeli opowieść o odnalezionym w Polsce staroinkaskim dokumencie utrwalonym w nieodczytanym dotychczas piśmie węzełkowym, tzw. kipu. Według legendy dokument ten dotyczył miejsca ukrycia wielkiego skarbu.

Po odczytaniu tajemniczego dokumentu przez genialnego chłopca z elbląskiej szkoły, postanowiono zorganizować wyprawę w niedostępne partie Andów w Peru, gdzie najprawdopodobniej znajdowało się miejsce ukrycia legendarnego skarbu Inków. W odczytanym węzełkowym piśmie znajdowało się jednak wiele niejasności i dwuznaczności, a najbardziej tajemnicza była wzmianka o Złotym Lodzie.

W zorganizowaniu dalekiej kosztownej wyprawy pomógł inżynier Kamiński, absolwent szkoły Morskiej w Gdyni, obecnie mieszkający w Brazylii, którego hobby było płetwonurkowanie i poszukiwanie zatopionych skarbów.

Po długich staraniach i wymianie listów między Polską, Brazylią i Peru grupa młodych płetwonurków, wśród których znajdowali się Dzika Mrówka, Jego Brat i Ulka, została zaokrętowana na polski statek płynący do Peru. Po drodze młodzi pasażerowie wzięli udział w tradycyjnym równikowym chrzcie morskim.

W peruwiańskim porcie Callao na polskich płetwonurków czekał już inżynier Kamiński wraz ze swą córką Marią Ireną oraz dwoma terenowymi samochodami, którymi wyprawa miała dotrzeć możliwie wysoko w peruwiańskie Andy.

Droga w głąb kraju wiodła przez niebotyczne przełęcze niebezpiecznymi serpentynami dróg przyczepionych do skalnych stromizn. Trzeba było niekiedy pokonywać w bród wezbrane górskie potoki i wiszące chybotliwe mosty nad głębokimi przepaściami.

Gdy jeden z takich mostów zerwał się i spadł w przepaść wraz z samochodem inżyniera – w dalszą drogę nasi bohaterowie udali się karawaną jucznych lam. Po wielu przygodach młodzi poszukiwacze dotarli do podnóża wielkiego wulkanu, u stóp którego rozłożone były górskie jeziora. W nich – według przypuszczeń – mogły znajdować się zatopione legendarne skarby Inków.

Rozpoczęło się żmudne i męczące przeszukiwanie kolejnych jezior. Gdy już-już ekipa miała zrezygnować z dalszych poszukiwań, z pomocą przyszedł jeden z poganiaczy lam, potomek Inków. Opowiedział piękną legendę o Bogu Słońce zamieszkującym złocisty pałac na Górze Ognia i o pięknej czarnowłosej dziewczynie. Wiadomości zawarte w tej legendzie pozwoliły wreszcie odnaleźć właściwe jezioro, w którym przed wielu laty Inkowie zatopili swój skarb, uprzednio wszelkie złote wyroby wtapiając w bryły lodu. Złoto przetrwało w lodzie aż do naszych czasów dzięki temu, że woda w wysokogórskim jeziorze miała przez cały rok temperaturę niższą od zera. A możliwe to było dlatego, że w wodzie roztopione były w dużej ilości rozmaite sole. I tak okazało się, że inkaskie kipu mówiło prawdę i że ostatecznie odnaleziono ZŁOTY LÓD!

Rozdział pierwszy w którym w życiu Dzikiej Mrówki pojawiają się zupełnie niespodziewanie i przypadkowo Bursztynowe Skarby

– Jaro, hej, Jaro! – Marek, znany raczej jako Dzika Mrówka, poderwał się nagle z tapczanu, na którym leżał, przeglądając kolorowe czasopismo.

– Co się stało? – zapytał jak zwykle flegmatycznie Jarek, czyli inaczej Jego Brat.

– Bursztyny! Bursztyny… rozumiesz? – zaczął dość chaotycznie Dzika Mrówka, potrząsając czasopismem.

– Bursztyny? – zdziwił się Jego Brat i spojrzał podejrzliwie na swego brata bliźniaka.

– No pewno, co się tak dziwisz. Przecież chyba wiesz, co to jest bursztyn?

– Fakt – zgodził się Jarek. – Wiem. Oczywiście, że wiem, ale co z tego?

– To z tego, że przeczytałem bardzo fajny artykuł o dziejach Bursztynowej Komnaty. I właśnie…

– Bursztynowej Komnaty? – powtórzył Jego Brat. Tym razem jednak w jego tonie można było wyczuć pewne zainteresowanie.

– Właśnie – zapalał się coraz bardziej swoim zwyczajem Dzika Mrówka. – Chyba wiesz, co to Bursztynowa Komnata?

– Fakt. Wiem, oczywiście – Jarek znowu przytaknął i zarecytował z pamięci: – Jedna z komnat carskiego pałacu w Carskim Siole niedaleko Sankt Petersburga. Dekorację tej sali, której ściany wyłożone były bursztynem, wykonali jeszcze w XVIII wieku artyści z Kopenhagi, Królewca i oczywiście z Gdańska też – dokończył z nieukrywaną dumą i dodał swoim zwyczajem sakramentalne: – Fakt.

– No, no, no? – zachęcał go dalej Dzika Mrówka.

– No i w czasie ostatniej wojny, gdy Niemcy oblegali Leningrad, bo tak wtedy nazywał się Sankt Petersburg, wywieźli z Carskiego Sioła, które wtedy nazywało się Puszkin, różne zabytki, a wśród nich i Bursztynową Komnatę…

– No, no…

– I wszelki ślad po tej komnacie zaginął.

– Fakt – tym razem powiedział to Dzika Mrówka z wyraźnym triumfem w głosie.

– A cóż cię to tak podnieca? – zdziwił się Jarek.

– Nie kapujesz?

– Nie… fakt – przyznał Jego Brat.

– No bo właśnie czytałem artykuł o Bursztynowej Komnacie…

 

– To już mówiłeś – zauważył nie bez racji Jego Brat.

– Nie przerywaj mi – zniecierpliwił się Dzika Mrówka – bo ci nic nie powiem i… – zamilkł.

– Nie wytrzymasz – odezwał się po kilku minutach Jego Brat, który tymczasem wrócił do studiowania grubej historycznej książki.

– No, jak już tak bardzo chcesz, to ci powiem – zgodził się łaskawie Marek. – Bo chodzi o to, że taki jeden polski dziennikarz zajął się sprawą Bursztynowej Komnaty i doszedł do wniosku, że Niemcy wywieźli ją w ostatnich miesiącach wojny okrętem podwodnym.

– No? – Tym razem Jego Brat zachęcił brata do dalszej wypowiedzi.

– No i ten okręt podwodny podobno miał płynąć do Ameryki Południowej!!!

– Tak? – Jego Brat w dalszym ciągu wykazywał zaledwie umiarkowane zainteresowanie tematem.

– Do AMERYKI POŁUDNIOWEJ!!! – powtórzył powoli i z naciskiem Dzika Mrówka. – I potem już zaginął po nim wszelki ślad.

– Już gdzieś o tym słyszałem, fakt. – Jego Brat w dalszym ciągu wykazywał znacznie większe zainteresowanie przeglądaną książką niż rewelacjami Dzikiej Mrówki.

– Jaro! – nieomal krzyknął Dzika Mrówka.

– O co chodzi?

– Jak to? Nie kontaktujesz???

– A niby jak mam kontaktować – zdziwił się Jego Brat.

– Oj, Jarek, Jarek, tyś już chyba całkiem zgłupiał przez to czytanie bardzo mądrych książek.

– No, no, wypraszam sobie – obruszył się Jego Brat. – Lepiej powiedz wprost, o co ci biega.

– Spróbuj pomyśleć sam, podobno myślenie nie boli – zaczął Marek, ale przerwał, widząc, że Jego Brat zaczyna naprawdę tracić cierpliwość. Z wieloletniego już doświadczenia wiedział, że Jarek jest bardzo flegmatyczny i bardzo spokojny, ale kiedy naprawdę wpadnie w złość, to lepiej mu w drogę nie wchodzić. – No więc – kontynuował Dzika Mrówka po maleńkiej przerwie – jeżeli ślady Bursztynowej Komnaty prowadzą do niemieckiego okrętu podwodnego, który miał płynąć do Ameryki Południowej, a potem wszelki ślad po nim zaginął, to jaki z tego wniosek?

– Wnioski mogą być różne. Na przykład, że ten okręt dopłynął, gdzie miał dopłynąć, czyli do tej Ameryki Południowej, i wyładował Bursztynową Komnatę, którą potem schowano tak dobrze, że nikt jej nie może znaleźć – zaczął mówić Jego Brat.

– Niby fakt, ale to już tyle lat minęło i tyle ludzi szuka tej Bursztynowej Komnaty, że jakieś wiadomości by się chyba wydostały. No bo cała załoga tamtego okrętu podwodnego, no bo ludzie, którzy te skrzynie, czy co tam było, wyładowywali… – przerwał Dzika Mrówka.

– Fakt – zgodził się Jego Brat – ale pozostają jeszcze inne wnioski, a mianowicie, że ten okręt podwodny popłynął gdzie indziej.

– To nie zmieniłoby sytuacji – znów wtrącił Dzika Mrówka.

– Też fakt – flegmatycznie przytaknął Jego Brat – ale zostaje jeszcze trzecia możliwość. Po prostu ten okręt mógł zatonąć…

– No właśnie!!! – krzyknął Dzika Mrówka.

– Co tak wrzeszczysz? – zdziwił się Jarek. – Przecież w czasie wojny zatonęła cała masa niemieckich okrętów podwodnych to raz, a dwa, że ten okręt mógł zatonąć z ładunkiem lub po wyładunku. I co wtedy?

– No, niby fakt. – Dzika Mrówka jakby troszeczkę przygasł w swoim entuzjazmie. – Ale gdyby ten okręt zatonął po wyładunku, i to nawet z całą załogą, to zostaliby ci ludzie, co wyładowywali bursztynowe skarby i co je gdzieś tam chowali, wówczas także coś by może było wiadomo. Nie, na pewno ten okręt zatonął razem ze skarbami.

– To wobec tego z czego się tak cieszysz? – Jego Brat znowu popatrzył ze zdziwieniem na brata bliźniaka.

– Dalej nie kojarzysz? – Dzika Mrówka powiedział te słowa z wyraźnym naciskiem, patrząc na Jego Brata z widoczną wymówką we wzroku. – Południowa Ameryka… Bursztynowy Skarb… zatopiony okręt podwodny… – powolutku cedził słowa.

– Czekaj… czekaj… fakt! – Flegmatyczny Jarek poderwał się z tapczanu i popatrzył ze szczerym podziwem na brata. – Ale że ci to przyszło na myśl, no, no, no – pokiwał z uznaniem głową.

– Jaro! Nie pozwalaj sobie, dobrze? A na myśl przyszło, bo główka pracuje – roześmiał się Dzika Mrówka. – Ale, ale, czy my mówimy o jednym i tym samym?

– Oczywiście, fakt – przytaknął Jego Brat. – Tylko czekaj, czekaj, jak to tam było? Po kolei.

– Chyba pamiętasz…

– Pamiętam, ale we dwóch może pamiętamy więcej.

– No, ja myślę… – Dzika Mrówka dumnie wypiął pierś.

– Kiedy i gdzie to było? Pamiętasz?

– Pewno… To było trzeciego czy czwartego dnia naszej wyprawy w Andy*.

– Tak, tak, dobrze… Ciągnij dalej… – ponaglił Jego Brat.

– Cicho, nie przerywaj mi – zniecierpliwił się Marek. – A gdzie? – kontynuował po chwili. – Może w Janja… albo nie, chyba w Cuzco… I pan Kamiński opowiadał o swoim pływaniu w czasie wojny w konwojach, a potem o swoich przygodach w czasie podwodnych poszukiwań skarbów na Morzu Karaibskim.

– Ciepło, ciepło, fakt! – ucieszył się Jarek. – Mówił o tym, jak szukali zatopionej hiszpańskiej karaki ze srebrem.

– No właśnie, i nie mogli jej znaleźć w żaden sposób.

– Tak, dokładnie tak mówił.

– A potem jakiś rybak z wioski opowiadał im, że pod koniec wojny, a może już po zakończeniu, znaleźli na plaży brodatego człowieka w marynarskim mundurze, który był tak słaby, że umarł po dwóch dniach.

– No, no, dobrze pamiętasz – pochwalił brata bliźniaka Jego Brat.

– A co? No i ten rozbitek w mundurze przed śmiercią narysował na piasku coś jakby okręt podwodny i jakąś dużą rybę, i jeszcze duże paczki, a może skrzynie…

– Skrzynie – powtórzył w zamyśleniu Jarek. – Czyżby skrzynie z Bursztynowym Skarbem?

– Na pewno – powiedział z głębokim przekonaniem i wiarą w głosie Dzika Mrówka.

– No, no, nie przesadzaj – osadził go Jarek. – Ja tam wcale nie byłbym taki pewny…

– Ale szansa jest – Marek nie chciał dać za wygraną.

– Jakaś tam szansa zawsze jest – odrzekł filozoficznie Jego Brat. – Tylko nie wiadomo jaka, bo może być – matematycznie rzecz biorąc – jedna na tysiąc, ale może być i jedna na milion.

– Eee, ty to zawsze tak naukowo podchodzisz do wszystkiego, że łeb puchnie – skrzywił się Dzika Mrówka. – A mnie coś w środku mówi, że to może być na przykład jedna na sto.

– To już lepiej jedna na dziesięć – roześmiał się Jego Brat.

– A żebyś wiedział – zaperzył się Marek. – Zobaczysz zresztą sam.

– A to niby jakim cudem? – zdziwił się Jego Brat.

– A to niby takim cudem, że zorganizuję wyprawę! – oznajmił triumfalnie Dzika Mrówka.

– Niby jaką znów wyprawę?

– Wyprawę o kryptonimie „Bursztyn”, ot co…

– Bagatela – mruknął Jarek – a niby dokąd?

– Na Morze Karaibskie…

– Oczywiście, nic prostszego… fakt – znów zamruczał Jarek.

– Nie marudź, bo nie zabiorę cię z sobą – zagroził Marek.

– Oho, ho – roześmiał się Jarek. – Nie dziel skóry na niedźwiedziu.

– Zobaczysz, sam zobaczysz, niedowiarku.

– Jak zobaczę, to uwierzę, fakt! – zgodził się pojednawczo Jego Brat.

Dzika Mrówka, jak to już leżało w jego charakterze, od razu zapalił się do swojego nowego pomysłu. A pomysł był, trzeba przyznać, niezwykle fantastyczny i jego realizacja – co tu ukrywać – wydawała się bardzo mało prawdopodobna.

Marek jednak wcale a wcale nie zrażał się żadnymi trudnościami i chyba niezupełnie zdawał sobie sprawę z faktu, że jego pomysł miał bardzo mało szans na jakąkolwiek realizację.

Jakoś to będzie! – ta bardzo optymistyczna, a mało realna maksyma życiowa towarzyszyła wszystkim jego dotychczasowym poczynaniom i – o dziwo – chłopcu udawała się znaczna większość jego mocno zwariowanych projektów. Dzięki zarówno swemu olbrzymiemu optymizmowi, jak też i dużej dozie szczęścia, przeżywał niemal bez przerwy jakieś fantastyczne przygody.

Jednym słowem, chłopiec wierzył w swoją szczęśliwą gwiazdę i – jak na razie – nigdy się nie zawiódł. Oczywiście, nie wszystko zawdzięczał sobie; gdyby nie trafił na życzliwych ludzi, którzy pomagali mu w realizacji zwariowanych pomysłów, to na pewno w większości wypadków ze wszystkiego wyszłyby przysłowiowe nici.

Tak było i tym razem. Dzika Mrówka olśniony swoim pomysłem i skojarzeniem, które pozwoliło mu połączyć zaginione bursztynowe skarby z odległymi ciepłymi wodami Morza Karaibskiego, nie mógł zasnąć tej nocy.

Marzyły mu się piaszczyste egzotyczne wybrzeża z wysmukłymi pióropuszami palm, jakieś okute skrzynie, w których wnętrzu znajdowały się bezcenne skarby, jakieś niezwykłe przygody i przede wszystkim bardzo daleka podróż do bardzo ciekawych krajów, których jeszcze nie odwiedził.

Rano, po prawie nieprzespanej nocy, wypełnionej po brzegi marzeniami i sennymi majakami w czasie krótkotrwałych drzemek, Dzika Mrówka popędził do pana Wojtka, którego zastał na basenie kąpielowym Szkoły Morskiej w Gdyni w czasie prowadzenia treningu.

– Co się stało? Czemu mam zawdzięczać tak niespodziewane odwiedziny? – zdziwił się pan Wojtek.

– Jeszcze nic się nie stało – odrzekł Dzika Mrówka.

– Mów od razu, o co chodzi, bo podejrzewam, widząc twoją minę, że znowu wpadł ci do głowy jakiś kapitalny pomysł – roześmiał się pan Wojtek.

– A żeby pan wiedział – powiedział chłopak z nieukrywaną dumą.

– No to wal, Marek, prosto z mostu. Co ci tym razem zaświtało w tej twojej zwariowanej łepetynie?

– Bursztynowa Komnata! – wypalił Dzika Mrówka.

– Cała? – zdziwił się pan Wojtek i spojrzał na głowę chłopca dość krytycznym wzrokiem, jakby porównując jej dość skromne wymiary z wymiarami choćby najmniejszej komnaty.

– Jasne, że cała. – Chłopak albo nie zrozumiał, albo udał, że nie rozumie żartu pana Wojtka.

– I co ty chcesz z nią zrobić, z tą całą Bursztynową Komnatą? – zapytał dość ironicznym tonem pan Wojtek.

– Znaleźć ją, przecież zginęła bez śladu – wyjaśnił Marek.

– Że zginęła, to wiem, choćby z artykułów, których sporo się ukazywało. A gdzie to chcesz ją znaleźć?