ArmagedonTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki i stron tytułowych

Fahrenheit 451

Zdjęcia na okładce

przód: © cosmicvue@fotolia.com,

tył: © leszekglasner@fotolia.com, © Getmilitaryphotos@fotolia.com, Wikipedia

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

Redakcja i korekta

Ewa Popielarz

Skład i łamanie

Point Plus

Zdjęcia we wnętrzu książki

Wikipedia

ISBN 978-83-8079-362-0

Copyright © by Andrzej Olejnik

Copyright © by Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydawca

Eureka jest marką wydawnictwa Fronda

Fronda PL Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220Warszawa

tel. 22 836 54 44, 22 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: kontakt@wydawnictwofronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Jesteśmy tylko różowym nalotem na drobinie pyłu wirującej w przestworzach kosmosu i jesteśmy tu od niedawna,

ale w naszych głowach, w światach, które sami sobie tworzymy, pielęgnujemy słodkie poczucie całkowitego bezpieczeństwa. Cóż za arogancja.

prof. Dennis Mileti

Spis treści

Chodzące trupy

Wymierania – rzecz normalna

Wędrujące bieguny

Geologiczne podstawy

Po co to pole?

Zatem: koniec?

Nuklearna rzeźnia

Dla skrupulatnych

Na krawędzi

Czy to da się przeżyć?

Czyściciel cywilizacji

Wulkaniczna opera zniszczenia

Geologiczna świeżynka

W końcu nas dopadnie

Zero-jedynkowy niszczyciel życia

Zawsze jest jakiś początek

Poznajmy tę panią

Pora się bać

Marsjanie z dymiącą spluwą

Trochę o astrobiologii i fizyce, czyli nuuuda

Mogą przylecieć czy nie?

Najwyższa pora na „mięsko”

To jak to będzie?

Zmiażdżeni przez kamyk

Bezwzględnie okrutne maleństwa

Ostrzeżenie nr 1: dżuma

Ostrzeżenie nr 2: hiszpanka

Ostrzeżenie nr 3: ebola

Wojna na wyniszczenie

Zagłada z otchłani

Napuchnięte słońce

Supernowa story

Galaktyki na czołówce

Koniec nieskończonego

Do wyboru do koloru

Bibliografia

Podziękowania

CHODZĄCE TRUPY

czyli wstęp o wymieraniu

Od razu na początku uprzedzam wszelkie pytania i zaspokajam ciekawość: tak, wymrzemy. Wymrzemy jak te mamuty, o których wspomina się w niezapomnianej Seksmisji Juliusza Machulskiego. Kamień na kamieniu po nas nie zostanie, w proch się zamienimy, a jeśli niektórzy z nas będą mieli szczęście, to za kilka, może kilkanaście milionów lat ich szkielety odkryje następna po homo sapiens inteligentna rasa zamieszkująca Ziemię i będzie prowadziła te same spory o przyczyny i skutki. Oraz o przebieg.

Wymrzemy nie dlatego, że wydawcy uwielbiają prowokacyjne tytuły książek i taką treść, ale dlatego, że tak to po prostu działa. Całe życie na Ziemi, i pewnie na wszystkich innych planetach, podlega temu samemu prawu przemijania, by zrobić miejsce innym gatunkom na ewolucyjnej drabinie. To, co się urodziło, musi umrzeć. To, co ma początek, ma i swój koniec, co doskonale dostrzegamy, przypatrując się znalezionemu w lesie kijaszkowi. Nawet gwiazdy się rodzą i umierają. Cały znany nam Wszechświat miał swój początek i dlatego będzie miał i swój koniec.

Nic nie trwa wiecznie. Ewolucyjna karuzela na naszej planecie kręci się nieustannie od ponad 4 miliardów lat i nic jej nie powstrzyma, chyba że Ziemia przestanie istnieć. A przestanie, ale o tym napiszę w innym miejscu. Proces wymierania i odradzania się życia to postęp, zmiana, nowe pomysły Matki Natury, czasem ślepe uliczki, a czasem ewidentne błędy (co przychodzi mi na myśl, gdy przyglądam się niektórym politykom). Przyroda nie jest ani dobra, ani zła. Nie jest moralna. Nie jest niemoralna. Ona jest amoralna, to znaczy stoi ponad tymi kwestiami wymyślonymi przez człowieka.

Przyroda nie będzie się wzruszać na widok malutkiego słodkiego bobaska i z jego powodu nie odwoła kataklizmu, który zmiecie nasz gatunek w otchłań zapomnienia. Ona nie kieruje się dobrem jednostek, ona kieruje się dobrem Życia (tak właśnie pisanego – wielką literą).

Nie popadajmy w pesymizm. Z dużym prawdopodobieństwem możemy powiedzieć, że za naszego pokolenia nic nie walnie, nie rąbnie, nie przyleci, nie zmutuje, tak więc będziemy się mogli cieszyć do woli urokami codzienności: płaceniem rachunków, spłacaniem kredytów, idiotyczną w swym zidioce-niu manią kupowania tylko dlatego, że jest promocja. Lista jest naprawdę długa. I nudna.


Żyjąc w tym przekonaniu, nie zapominajmy, że każdego dnia rejestrujemy około 2600 trzęsień ziemi (z czego 99% nie przekracza 2 stopni w skali Richtera), każdego roku doświadczamy erupcji około 52 wulkanów, borykamy się z siłą 80 cyklonów. Niezliczona ilość kosmicznego gruzu tłucze w atmosferę, a wirusy i bakterie prowadzą z naszym systemem opieki zdrowotnej wyścig zbrojeń. Gdzieś tam w nieodgadnionych otchłaniach kosmosu może już huknęła supernowa, której zabójcze promieniowanie gamma mknie w naszą stronę, by wysterylizować powierzchnię planety na niekończące się tysiąclecia. Zatem już jesteśmy martwi, tylko jeszcze o tym nie wiemy. Niewykluczone, że i nasze Słońce, ostatnio trochę drzemiące, pokusi się w końcu

o jakąś większą protuberancję i wyśle nam słodkiego całuska w postaci wiatru słonecznego, by ten mógł zdmuchnąć nam atmosferę.

Pamiętajmy też o wątpliwych dokonaniach naszej, jakże wspaniałej, cywilizacji. Fakty są takie: każdego roku na świecie umiera z głodu średnio około 3 milionów dzieci, a blisko 900 milionów ludzi jest chronicznie niedożywionych. Jednocześnie rokrocznie wywalamy (inne określenie tu nie pasuje) około 1,3 miliarda ton żywności. Biorąc pod uwagę tylko czynnik marnotrawstwa, możemy przyjąć, że gdybyśmy prowadzili rozsądną politykę żywieniową, to już dzisiejszy poziom produkcji pozwoliłby na wyżywienie blisko 12 miliardów ludzi, więc w teorii głód nie powinien nam grozić.

W pogoni za dziwnym poczuciem bezpieczeństwa 193 spośród 194 państw (zakładamy, że z tej kategorii wykluczamy Watykan) każdego roku przeznacza na szeroko rozumianą obronność około 3,5 biliona dolarów, zatem gdy ktoś będzie marudził, że na budowę Międzynarodowej Stacji Kosmicznej wydaliśmy od 1998 roku do dzisiaj około 150 miliardów dolarów (to rocznie 7,5 miliarda), to należy taką osobę odesłać do kuchni, by zaparzyła kawę.

 

Do mniej więcej 2030 roku nuklearne państwa chcą wydać przeszło 600 miliardów dolarów na unowocześnienie swych arsenałów, jednocześnie NASA nie może posłać załogowej wyprawy na Marsa, bo w rzeczywistości po prostu brakuje jej funduszy (jasne, lepiej zbudować płotek na granicy z Meksykiem, który będzie chronił Amerykę chyba jedynie przed napływem meksykańskiej muzyki).

Ocieplamy klimat, zanieczyszczamy środowisko, wybijamy się nawzajem w imię religii, polityki, dla pieniędzy i szeroko pojmowanego „interesu państwa”.

Po co o tym wszystkim wspominam?

Jeśli się postaramy, to Matka Natura nie będzie musiała sięgać po jakiś kataklizm, by się nas pozbyć. Będziemy na tyle uczynni, że zrobimy to sami.

Trzeba przyznać, że inne gatunki zamieszkujące Ziemię wcale nie były takie hojne i same się nie anihilowały. W ciągu prawie 4 miliardów lat istnienia życia na planecie doświadczyło ono aż sześciu wielkich wymierań. Teraz je przedstawię, bo zanim znikniemy, powinniśmy coś wiedzieć o klubie wymarłych i jego członkach.

WYMIERANIA – RZECZ NORMALNA

Zaczęło się około 2,4 miliarda lat temu od czegoś, co dzisiaj nazywamy katastrofą tlenową. Nie, nie pomyliłem się – żyły swego czasu na Ziemi organizmy, dla których tlen był trucizną, i to śmiertelną. Chodzi oczywiście nie o twory wielkości mastodonta, tylko o beztlenowe bakterie. Zamieszkiwały one sobie spokojnie pierwotny ocean i mało je obchodził fakt, że w atmosferze nie ma ozonu, bo przecież nie było też tlenu, więc promieniowanie ultrafioletowe – to, dzięki któremu tak ładnie latem się opalamy – sterylizowało regularnie powierzchnię planety. Ponadto współczesny człowiek raczej nie mógłby tu oddychać pełną piersią: wdychanie mieszaniny dwutlenku węgla, azotu i metanu to pomysł z kategorii tych bardziej idiotycznych. Wtedy Matka Natura przygotowała pierwszą z serii wielu niespodzianek i wymyśliła cyjanobakterie. A te odkryły, co to jest fotosynteza. Pamiętacie chyba ze szkoły, co jest produktem ubocznym tego procesu? Oczywiście, produkcja tlenu. I tak sobie te maleństwa fotosyntezowały przez 300–350 milionów lat. Z chemii pewnie już nie pamiętacie (szczerze mówiąc, ja też nie), że tlen ma zdolność do rozkładania metanu. A wiecie, co ten metan robił w powietrzu? Podgrzewał atmosferę, w sensie chemicznym, a nie erotycznym – gdyby ktoś miał wątpliwości. Mówiąc krótko, powodował efekt cieplarniany. Gdy metanu zaczęło brakować…

Na dodatek był to ten okres w obiegu Ziemi wokół Słońca, gdy orbita naszej planety była najbardziej eliptyczna, czyli znajdowała się dalej od gwiazdy niż zwykle. Większa odległość od Słońca oznaczała mniej ciepła, a rozłożenie się metanu w atmosferze z powodu pojawienia się tam tlenu skutkowało wstrzymaniem efektu cieplarnianego. Ponadto beztlenowe bakterie chłonęły z powietrza dwutlenek węgla, więc gdy gromadnie obumierały, zabierały go ze sobą, że tak to ujmę, na oceaniczne dno. Na Ziemi zrobiło się ostatecznie bardzo zimno. Tak zimno, że zimniej już się nie da. To zjawisko nazywamy okresem Ziemi Śnieżki, gdy cała powierzchnia była pokryta grubą warstwą lodu.

Myślicie, że nasze zimy trwają długo? Tamta trwała przynajmniej 30 milionów lat. I powtarzała się kilka razy. Ostatni raz zdarzyło się to 640 milionów lat temu.

Pierwsze wielkie wymieranie wydusiło więc pierwotnie powstałe na Ziemi życie.

A Matka Natura postanowiła nieco poszerzyć wachlarz swych zbrodniczych umiejętności i eksperymentowała z masowym wymieraniem jeszcze pięć razy.




Około 438 milionów lat temu, pod koniec ordowiku, niedaleko Ziemi, prawdopodobnie w odległości nie większej niż 6000 lat świetlnych, rąbnęła supernowa. Jak to supernowa ma w zwyczaju, wystrzeliła w stronę naszej planety tak zwany dżet, czyli strugę promieniowania gamma o szerokości Układu Słonecznego. Dostaliśmy centralnie. Powłoka ozonowa zniknęła w chwili uderzenia, a potem promieniowanie wysterylizowało powierzchnię. Oczywiście bez warstwy ozonowej swoje trzy grosze dołożył wiatr słoneczny. Efekt? 85% żyjących gatunków odeszło do lamusa ewolucji. Pewnie też pojawiło się zlodowacenie.

Potem było wymieranie dewońskie (374 miliony lat temu).

Nie spowodowało go jedno zjawisko, a cały ich szereg – przede wszystkich odbiły się na życiu w oceanach. To był strasznie skomplikowany proces, wieloetapowy, jakby przyroda tym razem postanowiła zaszaleć jak małolata na swojej pierwszej imprezie. Skutkiem tej zabawy w zabijanie było wyginięcie prawie połowy morskiego życia na planecie.

Teraz czapki z głów i grzecznie, grzecznie, bo oto pora przedstawić matkę wszystkich wymierań i katastrof, istnego behemota zagłady – powitajmy wielkie i jedyne w swoim rodzaju wymieranie permskie, które miało miejsce około 245–250 milionów lat temu. Tym razem nie było żartów, sytuacja zrobiła się naprawdę poważna. Do piachu powędrowało 90% gatunków stworzeń żyjących w morzach i oceanach, ponad 60% gadów i płazów, niewiele mniej niż 30% owadów. Nie uchowały się nawet rośliny: widłaki, skrzypy i paprocie (ich obrazki na pewno pamiętacie z lekcji biologii – to przede wszystkim te paprotki wyglądające jak drzewa). Jakby tego było mało, wymieranie permskie traktowane jest dzisiaj jako punkt przełomowy między dwoma erami: paleozoiczną

i mezozoiczną. Co je spowodowało? Jeśli chcecie popróbować żargonu geologicznego, proszę bardzo: pod koniec permu, a na początku triasu pojawiły się trapy syberyjskie, największe znane człowiekowi fanerozoiczne pokrywy lawowe. Mówiąc inaczej: na terenach dzisiejszej Syberii utworzyły się gigantycznych rozmiarów pęknięcia w skorupie ziemskiej,

przez które nieustannie sączyła się lawa – przez około 2 miliony lat. Utworzyła ona owreszcie warstwę (nazywaną trapem) grubości 12 km, zajmującą powierzchnię dzisiejszej Wielkiej Brytanii. Oczywiście, jeśli sączyła się lawa, to do atmosfery przedostawały się szkodliwe gazy, takie jak dwutlenek węgla i związki siarki. Znowu wyparował ozon, padały kwaśne deszcze, szalały pożary. Jakby tego było mało, istnieje

prawdopodobieństwo, że w tym okresie w Ziemię uderzyły być może aż dwie asteroidy, jedna większa od drugiej.

Przyroda nie powiedziała jednak ostatniego słowa. Około 201 milionów lat temu po raz kolejny zgładziła znaczną część gatunków (80% żyjących w morzach oraz oceanach i 50% lądowych). Czego tym razem użyła? Prawdopodobnie podwodnych wulkanów, które podczas swych erupcji nieustannie na przestrzeni setek tysięcy lat pompowały do oceanu dwutlenek węgla. Ten sprzyjał rozwojowi zielonych bakterii siarkowych, które eliminowały bardzo skutecznie tlen nie tylko z wody. Pewnie nastąpiła przy okazji kolejna zmiana klimatu.

Przez następne 150 milionów lat życie na Ziemi toczyło się w iście idyllicznej scenerii. Panowały niepodzielnie dinozaury. Reszty się domyślacie, bo wymieranie kredowe to jedno z najlepiej opisanych, na temat którego nakręcono niezliczoną ilość filmów dokumentalnych. Zostało zapoczątkowane rąbnięciem olbrzymiej asteroidy. Dzięki niemu swoją szansę ewolucyjną dostały ssaki, a w konsekwencji i homo sapiens, a Steven Spielberg mógł nakręcić Park Jurajski.

Patrząc na to wszystko, człowiek się dziwi, że życie w ogóle przetrwało na naszej planecie. A patrząc z kolei na działalność człowieka, ja się dziwię, że my, jako gatunek, wciąż jeszcze istniejemy.

Po pierwsze trafiliśmy na niezwykle spokojny okres geologiczny w dziejach Ziemi. W ciągu ostatnich 12 tysięcy lat nic w nas nie uderzyło, nie huknął żaden superwulkan, trwa nieustannie równowaga chemiczna atmosfery i klimat pozostawał raczej stabilny (zmienia się to dopiero w XX i XXI wieku, i to z naszej winy). Nawet w przestrzeni kosmicznej trwa jakby cisza przed burzą. Omijają nas asteroidy (przynajmniej te wielkie), supernowe wybuchają bardzo daleko od nas, Słońce łagodnie przepływa przez kosmiczną otchłań.

Musimy mieć jednak świadomość, że to poczucie względnego bezpieczeństwa wynika z tak zwanego zjawiska skali. Jako ludzie budujemy cywilizację mniej więcej od 10 tysięcy lat, jako gatunek istniejemy raptem marne 200 tysięcy lat. W naszej skali pojmowania czasu to wieczność, w skali życia Ziemi to nawet nie sekunda, już nie wspominając o Wszechświecie, istniejącym przecież prawie 14 miliardów lat. Słynne dinozaury panowały na lądach, w wodzie i powietrzu przez ponad 150 milionów lat – przy tym nasze trwanie jest śmiechu warte. Szacujemy, że obecnie na planecie żyje prawdopodobnie około 8 milionów różnych gatunków roślin i zwierząt. To bez wątpienia wiele, ale pamiętajmy, że w przeciągu 3,9 miliarda lat wymarło około 80 milionów

gatunków. Ktoś nawet starał się policzyć, ile osobników homo sapiens żyło na Ziemi przez ostatnie 200 tysięcy lat, i wyszła mu liczba 107 miliardów osobników.

Wraz z postępem i nowymi odkryciami cały czas dowiadujemy się nowych rzeczy. Odkrywamy, na jak cienkiej linie między życiem a śmiercią balansujemy. Czasem można odnieść wrażenie, że jesteśmy niczym kosmiczny pył miotany potęgą kosmicznych gigantów. Trudno nawet sobie wyobrazić, ile to razy kataklizmy w różnych częściach Wszechświata niszczyły mniej lub bardziej zaawansowane życie. Musiało się to zdarzyć miliony, jeśli nie miliardy razy. Trudno zrozumieć, że być może wyewoluowaliśmy z człekokształtnych przez czysty przypadek i gdyby wybuch Toby 74 tysiące lat temu był odrobinę mocniejszy, ta książka nie powstałaby w ogóle lub pisałaby ją zupełnie inna istota.

Tymczasem dostałem bojowe zadanie – napisać książkę o zagładzie, o możliwych scenariuszach końca naszej cywilizacji. Ludzkiej cywilizacji, bo życie na Ziemi i tak się ostatecznie skończy. Słońce w końcu przestanie być żółtym karłem i gdy za jakieś 4 miliardy lat wypali cały swój zapas wodoru (a w każdej sekundzie spala 5 milionów ton tego pierwiastka), wejdzie w etap bycia czerwonym olbrzymem, którego orbita będzie sięgała Ziemi, a więc nasza planeta zostanie pochłonięta przez własną gwiazdę – i koniec. Będzie po wszystkim. Oczywiście do tego czasu Wszechświat zapomni, że ogóle istniało coś takiego jak „człowiek”.



Postawiłem sobie za cel przedstawić opowieść o tych najbardziej prawdopodobnych możliwościach zagłady naszego gatunku, uznałem bowiem, że podniecanie się faktem niemożliwego de facto zderzenia z gwiazdą neutronową, w jądrze której być może istnieje hipotetyczna materia dziwna, to jednak temat na zupełnie inną książkę. Takich „potencjalnych” zagrożeń w kosmosie jest wiele, ale pamiętajmy, że rządzi w nim rachunek prawdopodobieństwa. Teoretycznie możliwe jest zastopowanie rotacji planety, w końcu Wszechświat jest tak dziwny, że właściwie wszystko jest w nim prawdopodobne, ale z punktu widzenia dzisiejszej nauki to zjawisko niemożliwe.

W tej sytuacji za najbardziej realne uznałem: przebiegunowanie, wojnę nuklearną, erupcję superwulkanu, bunt sztucznej inteligencji, atak inteligentnej obcej formy życia, uderzenie asteroidy, światową epidemię, a także w ujęciu ogólnym –

 

choć nastąpią nie prędko, ale na pewno kiedyś – zjawiska związane z kosmiczną ewolucją: śmierć naszego Słońca, zderzenie Drogi Mlecznej z Andromedą, wybuch supernowej, różne wersje końca Wszechświata.

Tak czy inaczej – znikniemy z powierzchni tej planety. Może wcześniej, może później. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej część populacji homo sapiens, zanim to zrobi, przeczyta moją książkę.

WĘDRUJĄCE BIEGUNY

czyli rewersja biegunów geomagnetycznych

W filmie 2012 w reżyserii Rolanda Emmericha przebiegunowanie wygląda epicko i jest fragmentem wielkiej katastrofy, która całkowicie odmienia oblicze naszej planety. Bombardujące Ziemię od mileniów neutrina niespodziewanie nabierają masy, dzięki czemu podgrzewają jądro planety, to z kolei zaczyna szybciej wirować, to z kolei powoduje wzmożenie aktywności sejsmicznej i wulkanicznej, to z kolei budzi do życia superwulkan Yellowstone, a w międzyczasie, gdy widz oczekuje na wielkie wulkaniczne bum, pod wodę idzie Kalifornia, ostatecznie także większość Ameryki, fale tsunami zalewają wszystko i wszystkich, Hawaje idą z dymem, bo z każdej dziury pod nogami wylewa się tam lawa, trzęsienia ziemi obracają w perzynę państwa i kontynenty, zmienia się położenie biegunów magnetycznych, ciągnących za sobą płyty kontynentalne, a na tle tego wszystkiego dzielny bohater ratuje swą rodzinę. Chińczycy zdążyli zbudować kilka wielkich statków, zwanych arkami, by uratować wybrańców, z których większość po prostu kupiła sobie bilet w cenie miliarda euro od osoby. Amerykański prezydent okazuje się równym gościem, rosyjski antonow An-124 – samolotem niemalże niezniszczalnym, a maleńka cessna jest szybsza od spływu piroklastycznego. Amerykańscy twórcy nie byliby sobą, gdyby nie zażartowali z angielskiej królowej, nie wsadzili do filmu trochę product placement (niezapomniana scena z bentleyem), jednej patetycznej do bólu przemowy motywacyjnej i nie zrównali z ziemią Paryża oraz Rzymu… A wisienką na torcie niech będzie fakt, że przebieg katastrofy setki lat wcześniej przewidzieli Majowie i nie omieszkali o tym napisać na swoich słynnych stelach. Wracając do punktu wyjścia – neutrina nabrały masy, bo planety doświadczyły zjawiska koniunkcji, czyli ustawiły się w linii prostej w bezmiarze czarnego kosmosu…

Tyle Hollywood ze swoją bujną wyobraźnią.

Śmiać się można, ale pamiętać trzeba o jednej ważnej rzeczy: zmiana położenia biegunów magnetycznych, zwana potocznie przebiegunowaniem, to nie fantazja. To fakt naukowy potwierdzony dokładnymi i wieloletnimi badaniami specjalistów z wielu dziedzin.

I, co najważniejsze, zmiana ta nastąpi być może już niedługo, to znaczy nawet za naszego życia. A wtedy nie będziemy mieli powodów do śmiechu…

Od niego się zaczęło

Michael Faraday. Geniusz. Samouk. Cierpliwy eksperymentator. Odkrył zjawisko indukcji elektromagnetycznej, czyli tego, jakim cudem, poruszając kawałkiem magnesu, można wzbudzić prąd elektryczny. Tak właśnie wynalazł i zbudował pierwszy silnik elektryczny i prądnicę. Zafascynowany magnetyzmem z niezwykłą dokładnością rysował na kartce papieru linie pola magnetycznego wyznaczanego przez żelazne opiłki rozsypane wokół magnesu. Jeżeli ktoś obserwował taki eksperyment w szkole na lekcji fizyki, nie będzie zdziwiony, gdy przyjrzy się wykresom linii pola magnetycznego Ziemi. Wynika z nich, że nasza planeta to po prostu jeden wielki magnes.

Odkrył także zjawisko magnetooptyczne, zwane dzisiaj zjawiskiem Faradaya. Dokonał tego w 1845 roku, jako pierwszy udowadniając nierozerwalny związek światła z magnetyzmem. Bez tej pracy prawdopodobnie nie powstałyby teorie Alberta Einsteina.

Wyobraźmy sobie świat, w którym nad naszymi głowami nie latają satelity, bo wiatr słoneczny spopielił ich elektronikę, a zatem nie mamy możliwości nimi sterować. Nie ma łączności satelitarnej, nie ma bezprzewodowego Internetu, telefony komórkowe nie działają. Wszystko, co powinno być podłączone do sieci, po prostu straciło rację bytu. Zapomnijcie o bankomatach, kartach płatniczych, rezerwacjach, zakupach online, możliwości załatwiania spraw za pomocą komputera…

Samoloty może i latają, ale piloci do nawigacji używają… sekstansu. Amerykański system pozycjonowania GPS i europejski Galileo to bezużyteczne protokoły informatyczne. Lądowanie na lotniskach odbywa się tylko i wyłącznie za dnia, a oznaczenia i numeracja pasów startowych to fikcja, bo te zależne są od dokładnego określenia położenia biegunów magnetycznych Ziemi. Ale i tak loty odbywają się rzadko, bo niewiele osób chce pracować jako piloci i niewiele osób chce latać jako pasażerowie – każdorazowa dawka promieniowania kosmicznego otrzymywana w trakcie takiej podróży na wysokości przelotowej, czyli około 10 km nad powierzchnią gruntu, jest tak wysoka, że grozi wystąpieniem choroby popromiennej.

Co więcej – magnetosfera dawno już straciła swe natężenie z początku XX wieku i nie chroni przed niczym. Do tego ciągle się zmienia, poddawana nieustającym fluktuacjom. Raz natężenie jest większe, raz mniejsze i nie ma żadnej możliwości, by przewidzieć ten proces. Z tego powodu chodzenie w południe po otwartej przestrzeni to sport ekstremalny. Promieniowanie ultrafioletowe, którym zalewana jest planeta, grozi dosłownie upieczeniem źle osłoniętej skóry.

Przy okazji promieniowanie zmutowało także większą część uprawianych na skalę przemysłową roślin, więc na przykład po kukurydzy, pszenicy, ryżu i jęczmieniu pozostały jedynie wspomnienia.

Cywilizacja techniczna na oczach zdumionej ludzkości rozpada się w pył. Zjawisko, o którym jeszcze w połowie XX wieku nikt nie mówił poważnie, stało się faktem.

Bieguny magnetyczne zmieniają swe położenie, a magnetosfera nie ma już charakteru dipolowego – każdego dnia na Ziemi pojawiają się dziesiątki biegunów południowych i północnych. Igła kompasu w szaleńczym tańcu wskazuje co najwyżej chwilowe położenie najbliższego bieguna północnego (czyli tak naprawdę południowego, ale o tym nieco później)…

I choć może taki przebieg wypadków wydaje się dzisiaj mało prawdopodobny, problem polega na tym, że jest jak najbardziej możliwy.

Spójrzmy na tego cichego, niepozornego zabójcę ludzkości.

GEOLOGICZNE PODSTAWY

Ziemia to planeta. Do tego, co pokazuje się na niezliczonych ilustracjach, jest kulą. W rzeczywistości jednak nie do końca, bowiem jej prawdziwy kształt naukowo nosi nazwę geoidy lub elipsoidy obrotowej, czyli lekko spłaszczonej na biegunach geograficznych kuli, która wiruje wokół własnej osi ze średnią prędkością 1600 km/h mierzoną na równiku (jest to tak zwana prędkość liniowa i, co ciekawe, na biegunach geograficznych wynosi ona zero). Ma spore rozmiary, bowiem średni promień Ziemi to 6371 km.