Żywoty równoległe

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Słowo wstępne

Kościuszko i Poniatowski W walce o niepodległość

Czartoryski i Mickiewicz „Za wolność waszą i naszą”

Mochnacki i Chopin Słowem i muzyką promowali ideę wolnej Polski

Wielopolski i Traugutt Od branki do dyktatury

Orzeszkowa i Konopnicka Pisarki emancypantki

Prus i Sienkiewicz Z miłości do ojczyzny i ku pokrzepieniu serc

Piłsudski i Dmowski Rewolucjonista i intelektualista

Skłodowska i Reymont Jak swymi talentami rozsławiali Polskę

Grabski i Kwiatkowski Odbudowa Rzeczpospolitej po 1918 roku

Witos i Bartel Ich spór o Piłsudskiego

Starzyński i Sikorski Wojna

Pilecki i Sendlerowa Bohaterowie bez skazy

Ciepliński i Karski Marzenie, by uratować świat

Anders i Świerczewski Dwóch generałów i wielka polityka

Bierut i Gomułka Tajemnicze losy

Lechoń i Iwaszkiewicz Polityka silniejsza od poezji

Prymas Wyszyński i Sekretarz Gierek Dwie wizje kraju

Miłosz i Jan Paweł II Przesłanie ich życia

Herbert i Wajda Wybitni twórcy polskiej kultury

Walentynowicz i Kuroń Dama i Kawaler Orderu Orła Białego

Mazowiecki i Kaczyński Dwie wizje III RP

Spis ilustracji

Przypisy

Opieka redakcyjna: MAŁGORZATA GADOMSKA

Redakcja: JOANNA ZABOROWSKA

Korekta: Pracownia 12A

Wybór ilustracji: MARCIN STASIAK

Opracowanie graficzne i projekt okładki: ROBERT KLEEMANN

Ilustracja na okładce pochodzi z tygodnika literackiego „Cyrulik Warszawski”, 1926, R. 1, nr 17.

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Copyright © by Polskie Radio SA

Opracowanie © by Andrzej Nowak & Dorota Truszczak

Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07712-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Od przedwiośnia 2016 roku Program Pierwszy Polskiego Radia jest gospodarzem rozmów o polskiej historii, w których mam przyjemność gościć. Zaprosiła mnie do tej przygody ówczesna prezes Polskiego Radia, pani Barbara Stanisławczyk, a prowadzenie rozmów i fachową pieczę nad audycjami powierzyła pani redaktor Dorocie Truszczak. Bardzo jestem obu Paniom wdzięczny. Nagraliśmy już ponad dwieście takich słuchowisk. Są względnie długie (około czterdziestu minut każde), ale zdaje się, że zyskały u pewnej grupy słuchaczy życzliwy odbiór. Wydawnictwo Literackie uznało, że jakiś fragment tej dźwiękowej „masy” można utrwalić w formie papierowej, udostępnić czytelnikom. I za ten pomysł Wydawnictwu także bardzo dziękuję.

Czy warto jednak zamieniać słowo mówione na pisane? Co zyskuje się, a co traci na takim „przekładzie”? Oczywiście na początku było słowo – mówione. Pismo pojawiło się dużo później. Niektórzy komentatorzy współczesnych przemian cywilizacyjnych uważają, że pismo powoli schodzi z dziejowej sceny człowieka, a w każdym razie zanika czy też kurczy się czytelnictwo, bez którego pismo traci przecież swój komunikacyjny sens. Zastępuje je obrazek, szybko migający na ekranach smartfonów „emotikon” lub inny „...ikon”. Czy zostaje zatem oglądanie zamiast czytania? Ale może jeszcze, obok tego, słuchanie? Audiobooki i podcasty mają dać ludziom, zmęczonym starym wynalazkiem Gutenberga, szansę podtrzymania kontaktu z opowieścią, ze słowami połączonymi dłuższą myślą, a czasem nawet pewnym indywidualnym stylem. Na szczęście wydawcy i czytelnicy są jeszcze na świecie i wspólnie bronią tego skrawka zmyślnie zaczernionego papieru jako medium niezastąpionego w porozumieniu między ludźmi i pokoleniami.

Książka jest machiną czasu, która dalej sięga wstecz (czy w przód – tego nie wiadomo) niż ustne przekazy lub znane nam zapisy głosu. Oczywiście zachowany na takim czy innym nośniku głos może przemówić do nas jako dokument historyczny, jako świadectwo minionego życia, jego radości i tragedii. Może to zrobić nawet skuteczniej niż wiele zadrukowanych kartek. Wystarczy choćby posłuchać dostępnych dziś za jednym kliknięciem na YouTubie fragmentów przemówień jednego z bohaterów tej książki, prezydenta Stefana Starzyńskiego, z oblężonej przez Niemców Warszawy września 1939 roku, usłyszeć jego ochrypły od przekrzykiwania nalotów głos, by odczuć dreszcz wzruszenia lub choćby poruszenie wyobraźni – większe, niż zdolny byłby to sprawić najpiękniejszy nawet tekst historyczny. Możemy podobnie odzyskać przez internet bodaj strzęp głosu Marii Skłodowskiej-Curie (odbierającej medal Amerykańskiego Towarzystwa Radiologicznego w 1931 roku) czy skierowany do dzieci głos „Pana Piłsudskiego”, a z archiwum Radia Wolna Europa zaczerpnąć gawędę wigilijną Jana Lechonia. Jeszcze łatwiej posłuchać unikatowych interpretacji własnych wierszy Miłosza lub Herberta, homilii prymasa Wyszyńskiego czy Jana Pawła II, wystąpień bliższych naszym czasom polityków. I bardzo do tego zachęcam! Ale już w wiek dziewiętnasty nie sięgniemy w ten sposób. Z historii powszechnej najstarsze dostępne zapisy pozwalają usłyszeć głos Bismarcka, recytującego w roku 1888 angielski wierszyk, czy rok młodsze nagranie królowej Wiktorii. Głębiej zalega cisza.

Nieco dalej wstecz i niemal dotykalnie pozwala nam się cofnąć stara fotografia (znów: ta „wyższość” obrazka...). Choćby słynny, wykonany przez Louis-Auguste’a Bissona dagerotyp, na którym widzimy smutną, zmęczoną twarz Fryderyka Chopina. Albo późniejsza fotografia Adama Jerzego Czartoryskiego – książę, urodzony w roku 1770, żył dość długo, by doczekać znakomitej jakości zdjęcia. Z podobnej epoki, konkretnie z 1844 roku, porusza moją wyobraźnię zdjęcie starego księcia Wellingtona, rówieśnika i pogromcy Napoleona spod Waterloo. Lub urocze, wykonane w 1880 roku zdjęcie pięciu angielskich weteranów tejże bitwy z 1815 roku. Najdawniej urodzeni ludzie, których żywe twarze zostały utrwalone na kliszy fotograficznej, to Hannah Stilley Gorby (rówieśniczka Kościuszki, na świat przyszła w 1746 roku, a mogła pamiętać swego dziadka, urodzonego w roku 1678, a więc w czasach króla Jana III Sobieskiego i Marysieńki, kiedy Stany Zjednoczone Ameryki nawet jeszcze nikomu się nie przyśniły) oraz Conrad Heyer, weteran rewolucji amerykańskiej, urodzony w roku 1749. Ten mógł młodego brygadiera Kościuszkę oglądać na własne oczy... Podobno starszy od nich był wyzwolony w roku 1841 niewolnik Caesar, który twierdził, że urodził się w 1737 roku; jego dagerotyp wykonano jednak na pewno w Nowym Jorku w roku 1851, więc musiałby mieć wtedy sto czternaście lat.

W ten sposób, za pomocą zdjęcia żywych ludzi lub ich głosu, głębiej dotrzeć już nie możemy. Mamy oczywiście portrety, grafiki, pozostałości ubrań, domów i sprzętów. Ale przede wszystkim zdani jesteśmy na opowiadanie: o czasach Kościuszki właśnie albo Cezara i Kleopatry... Pozostaje słowna relacja – zawsze jest to zarazem interpretacja – oparta na dokumentach i innych, niekoniecznie tylko pisanych źródłach. Bez tego opowiadania, które ciągnie się przez narracje kolejnych biografów, historyków polityki czy badaczek kultury, oczywiście uboższa byłaby także nasza reakcja na zetknięcie się z wymienionymi przed chwilą „żywymi” pamiątkami czasów nam bliższych. Czy sam głos Piłsudskiego przemawiającego do radiowej „dziwnej trąby” powie nam tak wiele, jeśli nie wiemy nic o tym, kim był mówiący ani też co to za wynalazek techniczny pozwolił ten głos przechować? Może wzbudzi nasze emocje twarz z dagerotypu Bissona, nawet jeśli nigdy nie słyszeliśmy muzyki Chopina, ale czy gra tych emocji, połączona z refleksją, nie będzie bogatsza, jeśli dowiemy się czegoś o biografii twórcy Etiudy rewolucyjnej?

 

Sens tej opowieści widzę w ożywianiu wyobraźni. Słowo mówione, niczym gawęda, służy temu może lepiej, jakby przez ucho wpadało łatwiej tam, gdzie wyobraźnia jest ulokowana. Słowo przelane na papier wydaje się mniej spontaniczne, bardziej podatne na niekończące się poprawki, na samokontrolę (dobrze, jeśli tylko „samo...”). Dlatego przez niektórych bywa przyjmowane z większą nieufnością. Wymaga też zapewne więcej uwagi, i od czytelnika, i od autora. Ale jednocześnie sprawia wrażenie, być może złudne, że jest bardziej trwałe. Na pewno jest innym medium wyobraźni, ale także – pamięci.

I o to właśnie chodzi w naszym cyklu audycji i w tej książce: o połączenie wyobraźni z pamięcią. Z pamięcią, która sięgnąć próbuje dalej niż fotografie żywych ludzi i ich głosy.

Takie wysiłki podejmowane są od tysięcy lat. Najpierw przez opowieści ustne, jak choćby Homerowe o bohaterach spod Troi, a potem właśnie już przepisywane cierpliwie, z nadzieją, że może ktoś do nich sięgnie współcześnie, poza kręgiem bezpośrednich słuchaczy, albo nawet później, w dalszej przyszłości, w kolejnych pokoleniach. Na wszelki wypadek dodam, że nie czujemy się z redaktor Truszczak dwuosobowym Homerem, ani nam taka ambicja w głowach nie zaświtała. Owszem, żartobliwie zaproponowałem roboczą nazwę cyklu, z którego pochodzą zebrane tutaj rozmowy: Żywoty równoległe, nawiązując do tytułu wielkiego dzieła Plutarcha z Cheronei. Pisane tysiąc dziewięćset lat temu przez greckiego erudytę, już pod rzymskim panowaniem, ułożone zostały przez niego w dwadzieścia trzy pary. Zacny autor prezentował – poprzez porównanie – osiągnięcia, losy i charaktery znakomitych polityków i wodzów klasycznej starożytności (jak my to nazywamy), greckiej i rzymskiej: od Tezeusza i Romulusa aż do Demostenesa i Cycerona, Aleksandra Macedońskiego i Cezara. Zachowało się tych Plutarchowych par dwadzieścia dwie.

Nasz cykl radiowy zestawił „żywoty równoległe” z polskiej historii. Wyemitowanych zostało trzydzieści osiem opowieści o takich parach, od Mieszka I i Bolesława Chrobrego poczynając. Wydawnictwo Literackie uznało, zapewne słusznie, że dla dzisiejszych czytelników bardziej potrzebne, a w każdym razie bardziej zajmujące, są opowieści o czasach nam bliższych. Dlatego w tej książce jest owych par dwadzieścia jeden. Nie zmieścili się więc August II Mocny i Stanisław Konarski ani Stanisław August Poniatowski i księżna Izabela Czartoryska. Zaczyna się ta książkowa opowieść od Tadeusza Kościuszki i księcia Józefa Poniatowskiego.

To dobry wybór, żeby wyjaśnić zamysł niniejszej publikacji i następnych, ułożonych w niej równolegle żywotów. Obaj bowiem, mężny Naczelnik i niezłomny książę, są już od dwóch wieków, a w każdym razie byli do niedawna, najczęściej przywoływanymi wzorami bohaterów w naszej tradycji. Zastanawiając się nad tym fenomenem, znakomity pisarz i krytyk literacki Andrzej Kijowski w książce specjalnie poświęconej ich pośmiertnej pamięci i chwale tak pytał: „Dlaczego «sławni mężowie» mają tak nierówne szanse w upamiętnianiu swych czynów, talentów i cnót? Dlaczego jedni pozostają na zawsze tylko postaciami historii, zdanymi na krytyczny sąd badaczy, na wiedzę lub niewiedzę uczniowskich i studenckich rzesz, na wyobraźnię powieściopisarzy, dramaturgów i scenarzystów, podczas gdy inni przedostają się do legendy, folkloru, podświadomości, a tu rosną, z upływem wieków tracąc ludzkie i historyczne wymiary? Czy można ustalić warunki i prawidła takiej przemiany? Czy jest to proces samorodny, czy kierowany ludzką wolą? Czy kult bohaterów jest zjawiskiem koniecznym, czy wywołanym? Dobrym czy szkodliwym? Uskrzydla czy krępuje? Wyjaśnia czy zaciemnia narodowi jego dzieje? Czy tworzenie bohaterów jest procesem zamkniętym, zabytkowym, czy też społeczeństwo jest nadal gotowe do tworzenia i przyjmowania kultów nowych? Jaką wartość dla życia stanowi taki kult i jaką wskazówkę poznawczą?”[1].

I mnie te pytania interesują. Zaproponowałem jako materiał do namysłu nad nimi nie same wyłącznie żywoty „bohaterów spiżowych” i „sławnych mężów”. Nie tylko dlatego, że znaleźć się w tym zestawie musiały także „sławne niewiasty”, bo bez nich nie może być historii żywej ani zwłaszcza historii polskiej. Trafili tu jednak również ci, którzy na ołtarze zbiorowego kultu byli wynoszeni za życia lub w samym momencie śmierci, a potem niekiedy szybko z nich strącani, by dla wielu stać się antybohaterami, jak choćby Karol Świerczewski, na pewno Bolesław Bierut, może również Władysław Gomułka. Oraz ci, którzy dopiero po latach są odkrywani jako zasługujący na cześć najwyższą, a nawet legendę na miarę Kościuszki czy księcia Józefa, na przykład rotmistrz Witold Pilecki i Irena Sendlerowa. A i tacy się tu znaleźli, których status historycznej wielkości bywa najostrzej kontestowany i budzi zaciekłe spory – tak jest w wypadku margrabiego Wielopolskiego czy Romana Dmowskiego. Są tu nie tylko, jak u Plutarcha, „wodzowie i politycy”, lecz także twórcy naszej zbiorowej wyobraźni, zapisujący ją nutami jak Chopin, słowami – jak Orzeszkowa, Konopnicka, Mochnacki, Lechoń czy Sienkiewicz, filmową wizją jak Wajda, a niekiedy nawet swoją naukową sławą – jak Maria Skłodowska-Curie. Są wreszcie bohaterowie przeszłości bardzo niedawno minionej, której oceny najmocniej zapewne nas dzielą: Jacek Kuroń i Anna Walentynowicz czy Tadeusz Mazowiecki i Lech Kaczyński.

Rozmawiamy o nich. W tej rozmowie prezentuję oczywiście swoje subiektywne opinie. Redaktor Truszczak prowokuje mnie z pozoru niewinnymi pytaniami, a ja chętnie daję się sprowokować. Po to, by słuchacze, a teraz czytelnicy podejmowali tę rozmowę – krytycznie wobec przedstawionych tu ocen i wyborów albo po prostu sięgając z zaciekawieniem do innych źródeł czy do grubszych ksiąg naukowych biografii, jakich niemal wszystkie przedstawione tu postaci już się doczekały.

Podobnie jak w całym cyklu audycji Historia żywa, również w tej serii „żywotów równoległych” zależało mi na tym, co niespełna cztery dekady temu pięknie wyraził cytowany już tutaj mądry eseista Andrzej Kijowski. Zrobiły te słowa na mnie wtedy, kiedy je czytałem – wkrótce po wprowadzeniu stanu wojennego – silne wrażenie i jakoś inspirują mnie nadal. Autor ten opisał w prostych słowach potrzebę historii, która przechowuje podanie o „dobrym Naczelniku” i „niezłomnych rycerzach”, odnawiając je, nadając im nowe imiona w każdym pokoleniu: „To potrzeba istnienia sfery, która wobec wszelkich przemian ostanie się bez zmian, potrzeba zachowania właśnie tego, co Polak kocha, co jest dla niego obrazem ojczyzny. Jest on ciekaw zmian i ciekaw świata, i łatwo adaptuje się do nowego życia, ale tylko pod tym warunkiem, że będzie miał do czego wrócić i raz jeszcze przeżyć to, co było, jeszcze raz wstąpić do tej samej rzeki. Musi to mieć, a jeśli nie ma, nic nie kocha, niczemu się nie poświęca, nic nie ceni i wszystko wokół siebie niszczy”[2].

Ta seria „żywotów” została pomyślana jako cząstka stałej pracy, by owa sfera polskiej pamięci i refleksji nad tym, co (i kto) jest dla nas obrazem ojczyzny, trwała. A trwać może w sporach o nasz kanon bohaterów – ale bez szyderstwa. W rozmowach o naszej historii, prowadzonych tonem żywym, niewolnym od emocji – ale bez nienawiści. Raczej z ciekawością i z wdzięcznością wobec tych, którym coś mamy do zawdzięczenia. Ufam, że czytelnicy znajdą tutaj takie postaci i włączą się do tej rozmowy, by raz jeszcze przeżywać to, co było i co przecież jest z nami nadal: polską historię.

Andrzej Nowak

Kraków, lipiec 2021 roku


KOŚCIUSZKO I PONIATOWSKI

W walce o niepodległość

.

Napoleon nazywał go „bohaterem północy”, Thomas Jefferson „najczystszym synem wolności”, caryca Katarzyna „bestią”. Juliusz Verne umieścił jego portret w gabinecie kapitana Nemo w książce Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Tadeusz Kościuszko, bo o nim mowa, to bohater narodowy Polski i USA. Swoją wiedzą inżynierską zasłużył się w walce o niepodległość Stanów Zjednoczonych, a w ojczyźnie został przywódcą powstania zbrojnego w obronie Konstytucji 3 maja i niepodległości. Mimo heroicznej walki zryw zakończył się klęską i trzecim rozbiorem Polski. Dlaczego w rosyjskiej niewoli podpisał tak zwaną lojalkę? Ten fakt niektórzy historycy nazywają najczarniejszą kartą jego życia.

W roku 1763, kiedy Kościuszko miał siedemnaście lat, urodził się książę Józef Poniatowski. W czasach napoleońskich naczelny wódz wojsk polskich Księstwa Warszawskiego, zdobył Lublin, Zamość, Kraków, dotarł do Lwowa. W 1812 roku uczestnik nieudanej wyprawy Napoleona na Moskwę. W roku 1813 poległ pod Lipskiem w bitwie narodów, która była próbą rozbicia przez „boga wojny” trzech zaborców Rzeczpospolitej. Czy zginął od kuli swoich francuskich sojuszników, jak sugerują współcześni badacze?

Tadeusz Kościuszko – inżynier wojskowy, słynny budowniczy fortyfikacji, przywódca insurekcji, oraz książę Józef Poniatowski – bratanek kontrowersyjnego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, urodzony w Wiedniu, Polak z wyboru, do końca wierny Napoleonowi. Jak zmienili czasy, w których żyli, i jak wpłynęli na przyszłość ojczyzny?

DOROTA TRUSZCZAK: Profesor Andrzej Nowak jest gościem Jedynki Polskiego Radia. Historyk, publicysta, nauczyciel akademicki, sowietolog, członek Narodowej Rady Rozwoju, autor Dziejów Polski. Witam pana profesora.

PROFESOR ANDRZEJ NOWAK: Dzień dobry państwu, witam serdecznie. Z wyjątkową, powiedziałbym, nieśmiałością wobec tych dwóch postaci.

Przyszedł do korpusu odwiedzić dawnych towarzyszów swoich. Oczy miał duże, smętne, twarz bladą, postać dość przyjemną. Najbardziej uderzył mnie w nim do samego pasa gruby warkocz włosów naturalnych, czarną wstążką obwinionych. W kilka miesięcy po przyjeździe zniknął z Warszawy. Wkrótce rozeszła się wieść, że się był rozkochał w córce Sosnowskiego, pisarza polnego litewskiego, i z nią uciekał. Dognano go atoli i odebrano pannę. Szeptano naówczas, że Kościuszko zwierzył się był królowi z miłości swoich, że król, nieumiejący sekretu dochować, chcący sobie pozyskać Sosnowskiego, ostrzegł go o uwięzieniu, tak że kochankowie nie mieli czasu dopaść granicy.

Julian Ursyn Niemcewicz o swoim pierwszym spotkaniu z Kościuszką w 1775 roku, w: Pamiętniki czasów moich, t. 1, Warszawa 1957[3].

Tadeusz Kościuszko urodził się w 1746 roku na Polesiu. Jako czternastolatek wstąpił do Korpusu Kadetów Szkoły Rycerskiej. W 1769 roku wyjechał do Paryża, studiował w Akademii Malarstwa i Rzeźby. To bardzo ciekawy wybór. Po pięciu latach wrócił na chwilę do Polski, ale ciągnęło go znów na Zachód. Stamtąd wyruszył statkiem do Stanów Zjednoczonych, gdzie trwała wojna. To ryzykowna decyzja. W Stanach pojawił się w 1776 roku, miesiąc po ogłoszeniu Deklaracji niepodległości. Czy Kościuszko był niespokojnym duchem i szukał przygód?

Kościuszko miał dużo szczęścia. W swoim życiu trafił szybko na patronów, którzy pomogli mu rozwinąć skrzydła, bo sam był z domu szlacheckiego co prawda, ale raczej ubogiego. Jego protektorami zostali książęta Czartoryscy: Adam Kazimierz, a później jego żona Izabela. To ich pomoc umożliwiła młodemu Tadeuszowi wyjazd do Francji, a jeszcze wcześniej – przejście do elitarnej Szkoły Rycerskiej w Warszawie ze stosunkowo skromnej, prowincjonalnej szkoły pijarskiej w Lubieszowie na Polesiu. Epizod edukacyjny związany z Akademią Malarstwa i Rzeźby w Paryżu nie był kaprysem. W istocie Kościuszkę wysłano do francuskiej Akademii Inżynieryjnej, ale jako cudzoziemiec nie otrzymał do niej wstępu. Mógł zapisać się właśnie do Akademii Malarstwa i Rzeźby, tam doskonalić swój – przydatny także w szkicach technicznych – rysunek, a jednocześnie zapoznawać się z podręcznikami inżynierii wojskowej oraz artylerii. Można powiedzieć półżartem, że eksternistycznie zaliczał szkołę wojskową, dając przy okazji dowody swojego talentu plastycznego. Rysowane przez niego akty męskie, żeńskie, widoki architektury, jakie wtedy chętnie malowano – wiele z tego zachowało się w zbiorach między innymi Muzeum Narodowego w Krakowie.

A co z tym niespokojnym duchem?

Oczywiście, jak każdy młody i ambitny człowiek szukał przygód, możliwości awansu, wybicia się. Ten wielki świat szczęśliwie zobaczył, więc mierzył wysoko. Warto wspomnieć też i o tym, że jednym z jego protektorów był związany z obozem Czartoryskich pisarz polny litewski Józef Sosnowski. Właśnie w jego domu poznał córkę gospodarza Ludwikę, do której zapałał wielką miłością.

 

Nieszczęśliwą, niestety. Był zbyt ubogi!

Niestety. A jednak się zdecydował, i to dowodzi tego trochę awanturniczego ducha, na porwanie swojej wybranki z domu ojca, wtedy już wojewody smoleńskiego, a więc wielkiego dygnitarza. Ta próba porwania się nie udała. Wtedy – to już się działo oczywiście po powrocie z Francji – trzeba było znów wyjechać z kraju. Tym razem do Stanów Zjednoczonych.

Gdzie został inżynierem w amerykańskiej armii. Dobra posada. Czy łatwo było mu ją zdobyć? Choć faktem jest, że czasy były dziewicze i wszystkie ręce na pokładzie bardzo się przydały. Trwała wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Brytyjczycy ostro napierali.

Pamiętajmy, że Brytyjczycy mieli armię zawodową, a Amerykanie zbieraninę dyletantów. Wśród nich wykształcony wojskowo Kościuszko, przybysz z Polski, był traktowany jako skarb prawdziwy. Wysiłek na rzecz zbudowania fortyfikacji, te właśnie umiejętności, które posiadał, były dla amerykańskiej armii bezcenne. Dlatego szybko, właściwie trochę przypadkiem, bo jego przełożony popadł w niewolę, Kościuszko już w roku 1780 zostanie szefem korpusu inżynierów armii amerykańskiej, czyli jakby pierwszym inżynierem wojska amerykańskiego.

W 1777 roku pod Saratogą tak doskonale przygotował fortyfikacje polowe, że umożliwiły one utrzymanie armii brytyjskiej w pułapce i Amerykanie odnieśli spektakularne zwycięstwo. Czyli nie była to przypadkowa nominacja?

O nie, oczywiście. To już były trzy lata zasług i potwierdzonych umiejętności Kościuszki. Poza słynną bitwą pod Saratogą w październiku 1777 roku warto też podkreślić jego zasługi w samym centrum amerykańskiego systemu wojskowego: w West Point. To właśnie Kościuszko zaprojektował i nadzorował budowę nowoczesnych umocnień, które ochraniały ten kluczowy fort przed atakiem sił brytyjskich. Do dzisiaj przewodnicy po West Point przypominają o jego dokonaniach.

W środku obrazu – Przyszłość Polski i jedyny dla niej ratunek, i jedyne zbawienie. Niech zjawi się Duch Kościuszki ze złamanym mieczem w dłoni, który przybrał kształt Krzyża; niech tego ducha otoczy lud polski, witając go z miłością, z utęsknieniem, klękając przed nim; niech z równą miłością i czcią zbliży się do tego ducha szlachta, tak jak to wszystko jest na obrazie, a leżąca na ziemi racławicka kosa podniesie się w górę – i będzie Polska.

Kornel Ujejski o obrazie Jana Styki Polonia, list do Wandy Młodnickiej z 11 maja 1889 roku

Kościuszko nie zagościł na stałe w Stanach Zjednoczonych mimo sukcesów i pozycji, jaką zdobył. Ciekawe dlaczego, skoro tam jego przyszłość zapowiadała się dobrze? Dostał majątek i pensję. W 1784 roku wrócił do Polski i włączył się w działalność polityczną. Już niebawem, w wyniku decyzji Sejmu Wielkiego, pojawiła się możliwość powiększenia armii polskiej do stu tysięcy żołnierzy. Kościuszko został mianowany generałem wojsk koronnych. Wielkie wyzwanie?

Kościuszko rzeczywiście wyjechał ze Stanów Zjednoczonych, nie wziąwszy swojej pensji. Był to majątek, który się cały czas kapitalizował, odsetki – sześć procent w skali rocznej – rosły. Pierwotnie było to około trzynastu tysięcy ówczesnych dolarów, a kiedy przyjechał ponownie do Ameryki w roku 1797, zebrało się tych dolarów już prawie dwadzieścia tysięcy; to dzisiaj byłoby pewnie z pół miliona, może nawet milion. Sprawdzony w bojach w Ameryce generał-inżynier wrócił w 1784 roku do Polski z nadzieją, że tutaj będzie mógł wykorzystać już nie tylko swój wojskowy talent, ale i doświadczenie. Niestety, w pierwszej fazie nie było to możliwe, ponieważ w tym czasie jego polityczni patroni, Czartoryscy, byli skłóceni ze Stanisławem Augustem Poniatowskim. Korzystna zmiana nastąpiła w chwili rozpoczęcia obrad Sejmu Wielkiego w 1788 roku i podjęcia na nim dwudziestego października uchwały o aukcji wojska formalnie aż do stu tysięcy żołnierzy. To było oczywiście w krótkim czasie nierealne, ale tak czy siak, liczba etatów w armii wzrastała szybko i dla Kościuszki znalazło się w niej godne miejsce. „Bywszy brygadier wojsk amerykańskich”, bo tak został zapisany, dostał nominację na generała majora wojsk koronnych. Otrzymany w październiku 1789 roku przydział pozwolił mu realnie pracować na rzecz rozbudowy wojska polskiego. To było wtedy najważniejsze: budować armię konieczną do obrony niepodległości, powiększać ją. To był także czas kolejnej afery miłosnej: generał zakochał się w młodszej od siebie o dwadzieścia sześć lat Tekluni Żurowskiej. I tym razem różnica poziomu majątkowego narzeczonej – a raczej jej ojca – i starającego się fatyganta była na tyle duża, że znowu nie udało się Kościuszce stanąć na ślubnym kobiercu.

Miał pecha, a i czasy były burzliwe: Sejm Wielki, wojna w obronie Konstytucji 3 maja, czyli walka z oddziałami rosyjskimi w 1792 roku, za co otrzymał Order Virtuti Militari. Ale konfederacja targowicka obróciła w popiół wszelkie starania patriotycznej części szlachty polskiej. Król Staś, dotychczas inicjujący i wspierający zmiany, zdradził, co było największym rozczarowaniem. Caryca Katarzyna odniosła sukces. Co mógł zrobić Kościuszko ? Tak jak jemu podobni udać się na emigrację?

Warto może na sekundę chociaż zatrzymać się przy wojnie 1792 roku, bo ona stworzyła chyba żywszą, ważniejszą w kraju i w Europie legendę opartą na prawdzie. Urastała do rangi mitu ta opowieść o Kościuszce jako o najdzielniejszym z dowódców tej kampanii, w której z ziem ukrainnych Rzeczpospolitej wycofywał stopniowo wojska książę Józef Poniatowski, dowodzący całością sił zbrojnych. Tam ich drogi po raz pierwszy się spotkały. Wzajemnie siebie docenili. Potwierdzeniem tego jest fakt, że pierwszymi kawalerami Orderu Virtuti Militari zostali właśnie książę Józef Poniatowski i Tadeusz Kościuszko – oraz trzeci, nieco mniej dziś znany, Michał Wielhorski. Zasługi, za które Kościuszko otrzymał order, a więc bitwa pod Dubienką, bardzo śmiało przez niego rozegrana, gdzie rzeczywiście wykazał połączenie talentów inżynierskich z wojskowymi, tworzyły legendę, która uczyniła zeń głównego bohatera owej wojny. Może niezasłużenie, bo głównym bohaterem i najważniejszym w całej wojnie dowódcą był niewątpliwie sam książę Józef. Ale jako bratanek króla, który stał się symbolem, jak pani powiedziała, zdrady po przystąpieniu do targowicy, nie mógł cieszyć się w pełni nimbem zasłużonej chwały. I choć sam książę Józef należał do najbardziej oburzonych postępkiem króla i, rozgoryczony, wyrzucał mu w najostrzejszych słowach przystąpienie do targowicy, to jednak odium za stryja spadało także na bratanka. W ten sposób do pierwszorzędnej roli w opowieści o wojnie w obronie konstytucji i niepodległości urósł Tadeusz Kościuszko. Decyzją legislatywy jakobińskiej otrzymał honorowe obywatelstwo Francji. Wtedy, to jest już w 1792 roku, stał się postacią znaną w skali europejskiej – jako ten, który zatrzymywał carycę Katarzynę i jej armie, rzucane przecież nie tylko przeciw Polsce, ale przeciwko wszelkim siłom, które rewolucja francuska uznawała za wspierające jej idee.

Po ogłoszeniu drugiego rozbioru Polski w 1793 roku Tadeusz Kościuszko znalazł się w Dreźnie i zaczął spiskować, planować powstanie narodowe. Upłynął rok, zanim ono się zaczęło, ale mogło się nie zacząć. Dlaczego to nie było łatwe?

Jako hrabia Bieda, pod takim niewyszukanym pseudonimem Kościuszko opuścił Puławy. Jako najbardziej nadający się do tej roli, noszący najgłośniejsze nazwisko wśród generałów niedawnej wojny, został wciągnięty do konspiracji politycznej, którą tworzyli obrońcy Konstytucji 3 maja – Ignacy Potocki, Hugo Kołłątaj. Oni pragnęli odwojować to, co zostało stracone przez przegraną wojnę 1792 roku i targowicę. Odwojować nowymi środkami, bardziej radykalnymi, z wciągnięciem do tej walki mas chłopskich. Kościuszko to zadanie przyjął. Powstanie miało się zacząć pierwotnie już w roku 1793. Nasz bohater, być może niesłusznie, wstrzymał wtedy jego wybuch, uznając, że jest jeszcze niewystarczająco przygotowane. Ostatecznie w marcu 1794 roku zabrakło czasu na dłuższe deliberacje. Albo trzeba było zrezygnować z wszelkich myśli o powstaniu, albo podjąć to wyzwanie, bo właśnie kończyła się operacja faktycznej likwidacji wojska polskiego po drugim rozbiorze, przeprowadzana pod nadzorem ambasadora rosyjskiego w Warszawie. Tak zaczyna się powstanie, które przejdzie do historii wyjątkowo pod nazwą wziętą od nazwiska przywódcy, a nie od miesiąca wybuchu. Insurekcja kościuszkowska, a nie powstanie marcowe... Tak to zapamiętaliśmy.

Kościuszko wykorzystał wszystkie swoje amerykańskie doświadczenia wojskowe. Być może na początku mogło mu się wydawać, że powstanie się uda. Sądzi pan profesor, że tak myślał?

Na pewno przystępował do powstania z nadziejami na jego sukces. Wcześniej, przypomnijmy, próbował pozyskać poparcie Francji, bez rezultatu. Liczył też na to właśnie, że metody, którym przyjrzał się w Ameryce – kompletowania oddziałów, wyposażania w uzbrojenie, powołania pod broń całej ludności męskiej od osiemnastego do czterdziestego roku życia – uda się efektywnie połączyć z tradycjami dawnej Rzeczpospolitej: nakazem dostarczenia tak zwanego żołnierza dymowego, czyli od każdego dymu chłopskiego. Te rewolucyjne w pewnym sensie środki miały zapewnić szybkie stworzenie licznej armii, potrzebującej jednak czasu na wyszkolenie. Kościuszko próbował to robić. Torował drogę pomysłom, które będą wykorzystywane w kolejnych powstaniach. Dodajmy, że nie to było jego intencją – myśleć o tym, że będą potrzebne następne powstania, by walczyć o niepodległość. Chciał wygrać tę walkę, na której czele stanął. Energia, jaką wtedy wykazali Polacy w różnych miejscach, była niezwykle skuteczna. Przypomnijmy najpierw o wyruszeniu Kościuszki z Krakowa, gdzie dwudziestego czwartego marca zaprzysiągł narodowi i Bogu walkę o całość i niepodległość Rzeczpospolitej. Kilkanaście dni później stoczył tak świetnie nagłośnioną przez propagandę potyczkę pod Racławicami. Udanym szturmem na armaty rosyjskie generała Tormasowa Naczelnik pokonał wtedy wroga przy pomocy osobiście prowadzonych przez siebie kosynierów: chłopów z kosami na sztorc.