OjciecTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


SPIS TREŚCI

Jakub Małecki - Żaglowce i samoloty

Wit Szostak - List

Łukasz Orbitowski - Tygrys

Andrzej Muszyński - Maczużnik

Michał Witkowski - Domek

Ziemowit Szczerek - Miasto mojego ojca

Wojciech Engelking - Pat

Michał Cichy - Miejsce przy kuchence

Jacek Dukaj - Vtrko

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

A jednak umarł.

Długo sądziłem, że nie umrze. Czasami on sam wydawał się w to nie wierzyć. Nie, nie, jeszcze nie teraz, zapewniał mnie, kiedy obaj dobrze już wiedzieliśmy.

Pamiętam, jak uśmiechał się wtedy, ubrany w bordową pidżamę i skórę marszczącą się na nim coraz bardziej, a ja myślałem tylko o tym, że to już dawno nie jest Felicjan Taranowicz, że Felicjan Taranowicz umarł dużo wcześniej.

Po raz pierwszy urodził się w kwietniu 1938 roku jako czerwone trzy kilogramy ruchu i wrzasku, po raz drugi trzydzieści pięć lat później: pulchny neurotyk z „New York Timesem” w roztrzęsionych dłoniach. „Z perspektywy pierwszego miejsca najważniejszej na świecie listy bestsellerów rzeczywistość wygląda inaczej”, zapewniają mnie dzisiaj stare artykuły z gazet, które czytam nie wiadomo po co. Wiele razy wyobrażałem sobie, jak tata musiał się czuć, kiedy w ciągu kilku miesięcy sukces zwalił mu się na głowę, przysłaniając całe dotychczasowe życie i wysyłając jego znajomych na coraz szersze orbity.

Ja znałem go już tylko takiego: Felicjana Taranowicza rozciągniętego pomiędzy lotniskami, kawiarniami i fleszami aparatów, wywleczonego z domu na łamy gazet i telewizyjne ekrany. Obcy wiedzieli o nim często więcej niż ja. Pamiętam, jak jąkała Leszek z podstawówki wyjawił mi kiedyś w sekrecie, że mój tata, chociaż „chory od słodyczy”, po kryjomu je w nocy mnóstwo marcepanu, a papierki wciska w szczelinę wersalki. Wie, bo słyszał w wywiadzie. Wróciłem do domu i w butach, w kurtce, popędziłem do gabinetu ojca, co było mi zabronione. Zanim zdążył oderwać się od swojego remingtona, grzebałem już we wspomnianej szczelinie, wyciągając garście błyszczących sreberek.

– Tylko nie mów mamie – prosił mnie później, paląc papierosa. – Ja się jej strasznie boję.

Tata wyglądał, jakby przez dekady odżywiania się czekoladą i starannego unikania ruchu całe ciało spłynęło mu powoli w rejon pasa, układając się tam w galaretowaty wał, który podrygiwał podczas każdego jego kroku. On sam chyba tego nie zauważał, sprawiał wrażenie, że jest mu w sobie samym wygodnie.

Co innego mama: zawsze była w ruchu, zawsze rozpędzona, zajęta. Raz w tygodniu chodziła z panią Turkowską na basen, raz w tygodniu wyciągała mnie do lasu na spacer. W domu robiła wszystko to, co w tamtych czasach robiły w domach kobiety, i wszystko to, co robili w nich mężczyźni. Kładła boazerię, malowała sufity, naprawiała spłuczkę i wymieniała korki. Tata z czarującym uśmiechem przyznał kiedyś w wywiadzie, że nie potrafiłby wbić gwoździa.

Oprócz zajmowania się domem mama wychowywała dwóch synów: tatę i mnie.

Tata był z nas dwóch tym młodszym. To jemu trzeba było zwykle ustępować, inaczej złościł się, zamykał w gabinecie i przywierał do swojego remingtona na kilkanaście godzin. Stuk-stuk-stukutuktuk-trrrach i kolejna linijka, przez cały dzień albo całą noc – to już lepiej było ustąpić.

Wchodziliśmy na przykład we trójkę do sklepu modelarskiego, gdzie kupował olbrzymi żaglowiec albo czołg. Kiedy ja, uwieszony to na nim, to na mamie, błagałem, żeby mi kupili samolot, odpowiadał krótko:

– Żaglowce są fajniejsze. Zobaczysz.

I te fajniejsze żaglowce musiałem za nim nosić. Kartony grzechotały cicho w rytm moich krótkich, szybkich kroków.

Na szczęście były też niedziele.

Tata w niedziele nie pisał. Zazwyczaj wstawał wcześnie rano i wyciągał mnie z łóżka.

– Ubieraj się, Królu Przemysławie. Już pora.

Zaspany, przelewałem się z łóżka prosto na niego, a on prowadził mnie do łazienki, do szafy, przed drzwi. Budziłem się dopiero, kiedy sadzał mnie na skrzynce w przedpokoju i kazał wiązać buty. Mnie i sobie. Sam ledwo się schylał.

Po wyjściu z domu należało wykonać rytuał. Patyczkami, które tata składował przy furtce specjalnie do tego celu, rzucaliśmy w okno salonu albo sypialni rodziców. Kiedy za szybą pojawiała się twarz mamy, tata unosił ręce nad głowę i obracał się wkoło, a ja skakałem obok, wyginając ciało jak kawał plasteliny. Tańczyliśmy tak, każdy po swojemu, przez chwilę, a potem bez słowa odwracaliśmy się i ruszaliśmy na przystanek. Przed pierwszym zakrętem patrzyliśmy, czy mama jeszcze jest. Zwykle była. Machaliśmy do niej i znikaliśmy za rogiem.

Tak, w niedziele byłem Królem Przemysławem.

Król Przemysław wybierał: wesołe miasteczko, sklep z zabawkami, basen, lodziarnia, gokarty. Król Przemysław oglądał w kinie trzy filmy z rzędu i jadł tyle kawałków sernika, ile tylko mógł zmieścić. Czasami jeździł tramwajem od pętli do pętli, czasami bujał się na huśtawce napędzanej tatą.

Król Przemysław był bardzo mądry i wiedział, że niedziela trwa krócej niż inne dni tygodnia, ściskał więc w niej, ile się dało, a w drodze powrotnej do domu słaniał się ze zmęczenia. Mama czasami krytykowała tatę za to, że tak wykańcza Króla podczas tych niedzielnych wypraw – Król Przemysław oponował wtedy i udawał, że ma jeszcze sporo sił. Chodził po domu, gwizdał i próbował rozmawiać, aż w końcu padał do łóżka w ubraniu, z którego trzeba go było później ostrożnie rozbierać.

Jeśli Król chciał – a zwykle chciał – tata zabierał go w niedzielę do sklepu modelarskiego. Po drodze omawiali plan zakupowy i negocjowali budżet. Król był znacznie lepszym negocjatorem niż tata. Ostatnie sto metrów przemierzał w nerwowych podskokach.

Kiedy docierali na miejsce, tata wypuszczał go do środka jak z procy i tubalnym głosem oświadczał:

– Dziś żadnych żaglowców dla geriatrii, panie Romku. Dziś wyłącznie samoloty dla Króla!

Tylko raz widziałem go naprawdę. Widziałem z ukrycia.

Wigilia, dziewięćdziesiąty szósty rok, za oknem już czarno. Siedzimy przy stole: ja, rodzice i ciocia Basia, która robiła najlepszy sernik na świecie, a przynajmniej na osiedlu. Siedzimy i wszyscy udajemy, że nie słychać tych mlaśnięć, siorbnięć i chlupnięć, tej lawiny odgłosów z miejsca, gdzie mój tata, Felicjan Taranowicz, je.

Tata zawsze sam kupował sobie prezenty. Te, które dostawał od innych, ode mnie również, mało go interesowały. W prawdziwą ekscytację wpadał, gdy czekał na rozpakowanie prezentu od siebie. Dlatego w wigilię Bożego Narodzenia jadł jeszcze szybciej niż zwykle, a już zwykle jadł przecież tak, jakby za chwilę miał być koniec świata. Za każdym razem kiedy matka ściszonym krzykiem wyrzucała mu w kuchni, że przed gośćmi znowu umierała ze wstydu, on odpowiadał niezmiennie:

– Och, tam, przecież wiesz, że ja zdanie gości to mam, Mireczko, trochę w dupie.

Mój ojciec, najpopularniejszy polski prozaik pokolenia, nigdy nie miał niczego w dupie tak zupełnie i całkowicie, zawsze tylko trochę, jakby nawet porządnie lekceważyć innych mu się nie chciało.

Wtedy tak samo: wrzucił w siebie dwanaście potraw, rozerwał mniej ważne pakunki – koszulę od mamy i ruchomy atlas nieba ode mnie – a potem z namaszczeniem ujął w serdelkowate palce pudło z napisem DLA MNIE. Ze swojego miejsca na kanapie, otoczony zasiekami książek, słodyczy i skarpet, spoglądałem na atlas, który załatwiałem dla niego już od połowy października przez kolegę ze studiów i na który wydałem tyle, że sam się sobie dziwiłem, ale wydałem, bo tata wspomniał kiedyś, że taki atlas by chciał. Leżał obok najeżonej szpilkami koszuli, a właściwie trochę pod tą koszulą, wciąż w ochronnej folii.

Kiedy już wszyscy poszli spać – wszyscy, czyli wszyscy oprócz ojca, bo on w tamtym czasie sypiał po dwie, trzy godziny na dobę – zakradłem się korytarzem pod jego gabinet i zajrzałem do środka przez uchylone, zapewne w pośpiechu, drzwi.

Dostał od siebie mikroskop.

Patrzyłem, starając się nie oddychać: pionowy urywek pokoju, kawałek biurka, fragment taty. Tata zgięty nad instrukcją, skupiony, co jakiś czas spoglądał w okular, przyciska coś, kiwa głową i spogląda znowu. Wystawia z ust koniuszek języka, tak samo jak przy pisaniu.

Stałem tak przez godzinę, może dłużej.

Człowieka, który w skupieniu czytał instrukcję obsługi mikroskopu, widziałem po raz pierwszy w życiu. Mówił do siebie, mruczał, uśmiechał się, raz parsknął głośno i zaraz pokręcił głową. Wstydziłem się patrzeć na niego takiego, ale patrzyłem. Wstydziłem się z tych jego min cieszyć, ale cieszyłem się. Wstydziłem się być taki, ale byłem.

 

Wróciłem do swojego pokoju i zasypałem poduszkę serią ciosów. Wbijałem pięści głęboko w puch i wyobrażałem sobie, że to nie poduszka jest moją bezbronną ofiarą, ale tamten nowy, błyszczący mikroskop.

A teraz siedzę w szpitalu i nie bardzo wiem, co dalej. Powiedzieli mi, że nie żyje. Nic więcej.

No bo co więcej.

Nie wiem, co się robi, kiedy ci umiera ojciec, bo nigdy wcześniej nie umarł mi ojciec, ale wydaje mi się, że najpierw trzeba gdzieś zadzwonić. Do zakładu pogrzebowego? Do ubezpieczalni? Miał chyba polisę, nie wiem. Do cioci Basi nie zadzwonię, do niej trzeba osobiście, siostra rodzona przecież, ale jeszcze nie teraz, jeszcze chwilę.

Nie robię więc nic. Siedzę tak dalej, piętnaście minut nikomu przecież już różnicy nie zrobi.

Któregoś razu tata sprezentował sobie na urodziny kamerę. Dużo później nagrywał. Mnie, mamę, głównie siebie. Czasami stawiał kamerę na statywie za swoimi plecami, pod kątem, tak, żeby było widać maszynę, popielniczkę i zapas marcepanu. Rejestrował całe godziny stukania w klawisze, mlaskania, wzdychania, zaciągania się dymem. Mama powtarzała, że to wszystko pewnie po to, żeby dało się zrobić o nim po śmierci dużo filmów dokumentalnych, on twierdził, że po prostu to lubi.

Może lubił.

Kasety walały się po całym domu. Opisywał je datą i zostawiał gdzie popadnie, a mama krążyła później po śladach jego nocnych wędrówek i zbierała to, co po sobie zostawił: taśmy, ogryzki, papierki po cukierkach. Kasety chowała w szafie w przedpokoju.

Dwa tysiące trzynaście, awantura: ojciec szuka kaset, kasety zniknęły. Mam trzydzieści dziewięć lat, od dwunastu jestem kucharzem, od pięciu mam swoją restaurację, od dwóch nie mam żony. Tego dnia dowiedzieliśmy się, że tata prześcignął Kapuścińskiego i Lema w liczbie tłumaczeń na języki obce, otworzyliśmy „koniaczek”, mama wygłosiła toast. Po obiedzie pijemy z mamą kawę, taty nie ma, bo nawet jak jest, to go zwykle nie ma, ale nagle jest, i to bardzo: kręci się po całym domu, łysiejąca trąba powietrzna ze strachem na spulchnionej wiekiem twarzy. W życiu nie widziałem, żeby tak szybko się poruszał.

Pyta nas, gdzie są kasety. Mówię, że nie wiem, od dwóch dekad z nimi nie mieszkam, skąd mam wiedzieć? Mama też nie wie, ale szuka, pomaga, zagląda wszędzie: nie ma. Ojca nic nie przekonuje. Przetrząsa kolejne półki, szuflady i pawlacze, a potem przetrząsa je od nowa, jakby wierzył, że przy piętnastym otwarciu tej samej szafki okaże się, że kasety jednak tam są.

Musiały zawieruszyć się podczas którejś przeprowadzki, tłumaczy mama, przestań, na pewno się znajdą. Nie ma już do niego tej cierpliwości, co kiedyś, złości się, rezygnuje. Szukaj sobie sam.

Felicjan Taranowicz szuka więc, ale szuka z takim impetem, że w końcu dołączamy do niego i my.

Kaset nigdzie nie ma.

Uchowała się jedna: czternaście minut nagrań. Czternaście minut Felicjana Taranowicza, które pół roku później przypadkiem znalazłem w pudle z ozdobami na choinkę.

Na kasecie ujęcia są trzy.

Ujęcie pierwsze: ojciec i ja na huśtawce za domem. Mam lat dwadzieścia pięć, on sześćdziesiąt jeden. Ja z puszką coli, on z paczką papierosów. Ja z fryzurą à la późny Nick Carter, on łysy jak grejpfrut. Przed nami stara suka Alexis leży w nadziei, że z nieba, czyli konkretnie z huśtawki, spadnie coś dobrego. Ona jedyna wydaje się spoglądać w kamerę.

Na nagraniu nie słychać, o czym mówimy, ale ja pamiętam: ojciec wsuwa do ust michałka i bez ostrzeżenia pyta:

– A ty o czym tak najbardziej na świecie marzysz, co?

Zyskuję trochę czasu, upijając łyk coli, potem odchrząkuję i pochylam się, głaszczę Alexis po łbie, ale dłużej się nie da, więc mówię, że tak najbardziej to chyba o mieszkaniu w Fezie z wielkim tarasem i widokiem na medinę, a na tym tarasie najdroższy teleskop, jaki by mi się udało znaleźć, no, to by było fajne.

Mówię to wszystko, bo wydaje mi się, że w ten sposób mam szansę zaciekawić tatę albo przynajmniej jakoś bardzo go nie rozczarować, bo przecież naprawdę marzę tylko o tym, żeby Karola, w której od jesieni jestem beznadziejnie zakochany, wreszcie zgodziła się ze mną umówić. Wszystko na świecie, co nie jest Karolą albo nie jest z nią jakoś związane, zwyczajnie nie istnieje. Fez i drogie teleskopy również.

Tata nie daje po sobie poznać, czy mu się moje marzenie podoba, czy nie, tylko poważnie kiwa głową i zaciąga się dymem, a ja nie wiem, co jeszcze mógłbym powiedzieć, pytam więc, o czym najbardziej na świecie marzy on.

– O ciężarówce marcepanowych batoników – odpowiada, nie patrząc na mnie.

Mój ojciec kocha marcepan tak samo beznadziejnie, jak ja kocham Karolę, więc wcale mu się nie dziwię, najwyżej tej ilości.

– Przecież w życiu byś tego nie zjadł – mówię i pytam, co by zrobił z resztą.

Ojciec wzrusza ramionami.

– To akurat to miałbym chyba trochę w dupie.

Do dziś zdarza mi się myśleć, że na jakimś strychu lub w jakimś magazynie olbrzymi fragment życia mojego ojca powoli kruszeje razem ze starymi taśmami wideo. W tych kartonach jest też mama i jestem też ja, ale tak samo jak w życiu: najpierw jest ojciec, my dopiero potem.

A teraz jestem już tylko ja.

Teraz siedzę w szpitalu, a kilkanaście (kilkadziesiąt?) metrów ode mnie znajduje się ciało mojego ojca, w którym mojego ojca już nie ma, bo mojego ojca nie ma już nigdzie i to jest tak niedorzeczne, że miałoby się ochotę popukać świat w głowę.

Pielęgniarka, którą dobrze znam, mija mnie bez słowa. Ma na imię Renata, jeździ do pracy rowerem i nie lubi mnie tak samo jak większość pozostałych członków personelu. Po tym, co zrobiłem, kilka osób przestało się do mnie odzywać, a oddziałowa nazwała mnie raz nawet bezczelnym gnojkiem.

Trochę się jej nie dziwię.

Nagranie drugie: Wielkanoc, kilka dni po premierze Kameleona Wajdy na podstawie nowej książki ojca. Na kanapie i w fotelach krewni rozstrzelani seriami z białej kiełbasy, jaj, rogali i sernika: leżą z wypiętymi brzuchami, bezwładni, nieruchomi. Chwila szarego szumu i przeskok: wszyscy znowu za stołem. Kamera ustawiona na meblach, oprócz ojca nikt nie wie, chyba że to, co się teraz dzieje, będzie się dziać na ekranie jeszcze wiele razy.

Po dwóch i pół minucie widać, jak tata daje mi porozumiewawczy znak, a ja z wyrazem nieudolnie skrywanego podniecenia na twarzy sięgam powoli pod stół. Jestem na trzecim roku studiów, ale tamtego dnia przez kilka minut znowu mam jedenaście lat i znowu mnie wiele rzeczy cieszy.

W dłoni dzierżę niebezpieczny oręż: lśniące udko kurczaka. Wypoczywająca wśród nóg Alexis unosi łeb i przez ułamek sekundy nie wierzy, że ją to spotyka. Przysuwa się do mnie, świadoma, że jeden nieostrożny ruch może kosztować ją utratę tej wspaniałej nagrody nie-wiadomo-za-co. Puszysty ogon powoli zamiata podłogę z prawa na lewo i z powrotem.

W świecie ponad blatem stołu twarz ojca jest nieruchoma, poważna. Oczy ojca: jak oczy tego rozrabiaki z podstawówki, który strzelił kiedyś petardą na lekcji polskiego. Ja wyglądam, jakbym nażarł się takich właśnie petard i jakbym zaraz miał wystrzelić sam sobie przez głowę. Co chwilę zerkam na niewzruszonego ojca, a potem uciekam wzrokiem w miejsca, w których, jak sądzę, nikt tego mojego wzroku nie znajdzie.

Czuję, jak udko drży, nadgryzane ostrożnie przez naszego psa nazwanego przez mamę na cześć bohaterki Dynastii; zastanawiam się, co później zrobię z kością. Położę na talerzu obok szczątków udka, które sam zjadłem: jasny dowód zbrodni. Upuszczę na dywan: murowana katastrofa.

I nagle „mlask”. Alexis przegrywa z własnym apetytem, mama zerka pod stół, pozostali cofają nogi, tylko ojciec i ja siedzimy, jakby nigdy nic. Czerwienieję od szyi po czoło.

Wokół nas popłoch: Alexis rzuca się do szaleńczej ucieczki, unosząc w pysku nadgryzioną zdobycz, mama krzyczy na tatę, że to nie jest zabawne i że wszystko znowu będzie uświnione, a wujek Marcin rży. Ojciec podnosi się, podbiega do kamery, obraz tańczy nagle, w tle słychać mój coraz głośniejszy śmiech.

Ciemno.

Pielęgniarki i lekarze nie lubią mnie za to, co zrobiłem dwa tygodnie temu, choć przecież nic się w sumie wielkiego nie stało. Niektórzy mieli jednak podobno przeze mnie problemy. Podobno naraziłem pacjentów na niebezpieczeństwo. Podobno gdyby akurat karetka, gdyby poważny przypadek, opóźnienie i tak dalej. No nie wiem.

Zresztą, sprawa na policji trwa. Uprzedzono mnie, że dostanę gigantyczną grzywnę. Kiedy policjant poinformował mnie o tym, próbowałem okazać jakąś emocję, strach, smutek, może rozczarowanie chociaż, ale zdaje się, że nie do końca mi to wyszło. Jestem synem Felicjana Taranowicza i do gigantycznych grzywien, jak do wielu innych rzeczy, mam stosunek obojętny.

Nagranie trzecie: mama i ja.

Siedzimy w kawiarni na Kazimierzu, a niebo błyszczy za nami, pokrojone śladami samolotów. Mały okrągły stolik, dwie kawy, coca-cola i talerzyki ze smugami po cieście z rabarbarem.

Mam krótką brodę, opaleniznę z Egiptu i jestem już po rozwodzie. Mama szczupła, w przyciemnianych okularach, z papierosem. Oblizuje widelczyk po cieście i odkłada go w zamyśleniu, powoli. Na skraju filiżanki maźnięcie w kolorze jej ust.

Tata jest samym głosem; tata kręci.

– Ja to bym jeszcze chyba jeden kawałek zjadł, co wy na…

Szum, szaro i ciemno.

Czternaście minut i trzy, cztery, pięć sekund, kolejne. Czas na ekranie płynie dalej, odmierzany zielonymi cyframi w lewym dolnym rogu, ale już bez nas. Ostatnia z trzech pozostałości po filmowej kronice naszego wspólnego życia mogłaby kończyć się na wiele radosnych, smutnych i zaskakujących sposobów, ale kończy się urwanym zdaniem o cieście – po latach doszedłem do wniosku, że to może wcale nie najgorzej.

Niecały rok po zaginięciu kaset w płucach mojego ojca wykryto więcej, niż powinno tam być. Jakby w końcu sam się w sobie nie potrafił zmieścić. Wracał z kolejnych badań i deklamował mamie w przedpokoju wyniki, ekspertyzy. Czytali wspólnie książki z zakresu onkologii, jeździli po całym świecie na konsultacje, rozmowy, terapie. Któregoś razu wrócił ze szpitala i od progu krzyknął:

– Mireczko! Trochę lepiej!

Skopał buty ze stóp, marynarkę powiesił na krześle.

– Zobaczysz, jeszcze chwila i zaczniemy powolutku wychodzić na prostą!

Mama nic nie odpowiedziała. Leżała na balkonie w ciemnej kałuży kawy, otoczona mozaiką z rozbitej filiżanki.

Straciłem wtedy ich dwoje. Tata wprawdzie żył, ale życie, które trzeba opatrywać słowem „wprawdzie”, to przecież żadne życie. Któregoś wieczoru zastałem go na kanapie z opróżnioną butelką whisky, której nie lubił. Otworzył oczy i powiedział mi, że czuje się zdradzony. To on chorował, to jemu wszyscy współczuliśmy, to on powinien – on, On, ON.

– Mirka mnie oszukała – powtarzał w kółko, tuląc butelkę do brzucha.

Tamtego wieczoru to on na chwilę był chłopcem. Płakał i prosił, żebym mu potwierdził, czy ona to tak naprawdę. Czy już się z tym nic nie da zrobić. Przecież ma pieniądze. Żądał, żebym to wszystko jakoś cofnął.

Od śmierci mamy nie napisał ani zdania. Zerwał umowę z wydawcą, zwrócił zaliczkę za powieść. Odwiedzałem go i zamiast Felicjana Taranowicza zastawałem w domu zwykłego starego człowieka. Siadałem z tym zwykłym starym człowiekiem na kanapie i słuchałem opowieści o wielkim życiu, które jemu musiało wydawać się wtedy równie egzotyczne, jak mnie.

Chciałbym móc powiedzieć, że mój wyjątkowy ojciec walczył z tym wszystkim niezwykle zaciekle, ale prawda jest taka, że nie walczył w ogóle. Wsiąkał głęboko w siebie, oddalając się od wszystkiego, co teraz, i wszystkiego, co kiedyś. Jego pamięć była jak wnętrze domu po powodzi: niby nic nie zniknęło, ale wszystko do niczego.

O zagubionych kasetach w ogóle już nie wspominał i tylko ja czasami w samotności oglądałem te czternaście minut znalezione w pudle z ozdobami na choinkę, powoli opracowując plan, za który wszyscy mnie tu teraz nienawidzą.

Łatwo nie było, głównie dlatego, że mając w życiu wszystko, nie musiałem mieć znajomości. Nigdy nie wiedziałem, jak to jest coś „załatwiać”. W pierwszych dwóch firmach transportowych mocno się wygłupiłem, dopiero w trzeciej mężczyzna z magazynu wziął mnie na bok i zapytał, ile chcę za coś takiego zapłacić. Wzruszyłem ramionami, w końcu dogadaliśmy się, pewnie mnie naciągnął.

 

W hurtowni było trochę łatwiej. Musiałem oczywiście poczekać. Poczekałem. Później miałem już wrażenie, że to nie ja tym kieruję i że wszystko dzieje się samo.

Myślałem, że nie zdążę.

Zdążyłem.

Wtorek, piętnasta, za oknami jesień. Wchodzę do sali, jak zwykle, ale tym razem nie jest jak zwykle, tym razem muszę się spieszyć. Tata leży z uchylonymi ustami i nie wiadomo, czy śpi, czy jest przytomny, bo od kilku tygodni sprawia wrażenie, jakby nie potrafił utrzymać się dłużej po żadnej ze stron. Przez większość czasu unosi się bezwładnie gdzieś pomiędzy, a ja mogę mieć tylko nadzieję, że w tym pomiędzy jest mu w miarę dobrze.

Podchodzę do niego i poruszam jego dłonią, zachowując ostrożność zarezerwowaną dla takich właśnie jak on, starych i szklanych ludzi, w których wszystko może nagle pęknąć.

Otwiera oczy i widzę, że mnie widzi.

– Ubieraj się, Królu Felicjanie – mówię cicho. – Już pora.

Król Felicjan spływa mi z łóżka na ręce, pomagam mu, podtrzymuję, pytam, czy da sobie radę, odpowiada:

– Dam.

Nie daje rady: walczy, napina się i w końcu uwiesza się na mnie, chudy, a jednocześnie ciężki. Ubieram go w polar, dresy i buty, tłumaczę, żeby tak głośno nie stękał – Król Felicjan i tak stęka. Pod cienką warstwą ubrań i jeszcze cieńszą warstwą jego czuję twarde kości, jakbym obejmował namiot spakowany nieudolnie w zbyt duży pokrowiec.

W końcu stoimy, ale stoimy przez chwilę, bo tym razem ja tracę równowagę, wplątując się w zwisającą z łóżka kołdrę. Chwieję się, potykam i obracam, ciągnąc ojca ze sobą, w końcu odzyskujemy równowagę, ale w ostatniej chwili nogą, biodrem – może ręką? – strącam z szafki przy łóżku model żaglowca, który przyniosłem tu kilkanaście dni wcześniej i na który ojciec, z tego co wiem, nawet w tym czasie nie spojrzał. Statek opada dziobem ku bezkresnej tafli podłogi i rozbija się o nią z hukiem zadziwiająco głośnym jak na coś tak lekkiego.

W uścisku, z ramionami wokół siebie, zdyszani, tata i ja zamieramy.

Czekam na klęskę w postaci oddziałowej, czekam, czekam i czekam, ale drzwi nie otwierają się gwałtownie, krzyk: „Co się dzieje?” nie odbija się od ścian, ojciec nie wraca skruszony do łóżka, a ja nie uciekam we wstydzie na korytarz, na parking, do domu. Nic takiego się nie dzieje. Czekamy, a potem idziemy.

Może jednak się uda.

Przeszkody są dwie.

Pierwsza to długość korytarza, która nie pozwala mieć zbyt dużych nadziei na to, że nikt nas nie nakryje, ale przecież gdyby ludzie nie próbowali robić tego, na co nie ma zbyt dużych nadziei, to cały ten szpital byłby pusty. A próbują: tam w dole, na korytarzach z zieloną lamperią, życie, nawet jeśli już prawie dokonane, aż huczy spod wszystkich tych płaszczy, beretów, bandaży.

Idę więc, idziemy, szuramy korytarzem z nogi na nogę, ja i Król Felicjan szarpany tą potężną grawitacją wycelowaną tylko w pożółkłe duchy, takie jak on. Idziemy wystraszeni – każdy czymś innym – zmęczeni i spoceni już, ale jakoś, mimo wszystko, idziemy.

Docieramy do windy, nikt nas nie widział i nikt nas nie zatrzymał, sam w to nie wierzę, wduszając zielony przycisk i podtrzymując ojca, który nie ma pojęcia, dokąd go tak ciągnę i właściwie po co, ale chyba mi ufa, a ja, widząc to, boję się jeszcze bardziej.

Przeszkoda druga: palące pielęgniarki. Stoją przed szpitalem, w grupce, nie sposób ich nawet policzyć, są jak stado gołębi, wszystkie podobne do siebie, wszystkie niespokojne, w ruchu. Przez chwilę się waham, ale tylko przez chwilę, teraz już nie ma co się wahać, teraz trzeba robić, więc robię: jedne drzwi, drugie, krok za krokiem, na twarzy pewność siebie.

Na zewnątrz przystajemy, targany wiatrem Król Felicjan chwyta kolejne oddechy. Do wyboru mamy schody albo podjazd, ale podjazd długi – więc schody.

Lewa, prawa, lewa, jak w kisielu.

Wciśnięty między poręcz a mnie, coraz mniejszy Król Felicjan pokonuje pierwsze dwa, trzy stopnie, na czwartym się chwieje. Nie patrzę na pielęgniarki, patrzę przed siebie, napinam się cały i szepczę w kołnierz kurtki:

– Już prawie jesteśmy. Wytrzymaj.

Wytrzymał.

Docieramy do ławki, opadamy na ławkę, ławka nas ziębi w uda.

Czekamy minutę, dwie minuty, dziesięć. Tata o nic nie pyta, ale wiem, że zapytałby mnie, tylko nie ma siły. Nie mieć siły pytać to jest coś, czego sobie człowiek chyba nie potrafi wyobrazić, dopóki nie dociera do tego zamglonego, wyludnionego miejsca, gdzie już po prostu nie może. To, że ojciec już tam jest, upewnia mnie tylko, że zrobiłem dobrze, a przynajmniej nie najgorzej.

Problem w tym, że to jeszcze nic pewnego. Jeszcze nie wiadomo, czy zrobiłem cokolwiek, czy może skończyło się jak zwykle, tym rozmemłanym „prawie”, nieporównywalnie gorszym niż stanowcze „jednak nie”. Powoli gdzieś w środku mnie, ani wysoko, ani nisko, po prostu gdzieś, rozrasta się obraz nas dwóch, siedzących tu godzinę później, dwie godziny później. W głowie tylko dwa słowa, coraz głośniejsze i coraz bardziej wyraźne: „Nie przyjedzie”.

Nie przyjedzie, a ja wyciągnąłem tu Króla Felicjana, w to zimno, w tę szarość.

Nie przyjedzie, dochodzę do wniosku, że nie przyjedzie, czuję, że nie przyjedzie, wiem, że nie przyjedzie.

Aż nagle przyjeżdża.

Przyjeżdża w ciszy.

Powoli wyłania się zza budynku, chrabąszcz ze stali, dopiero za nim gruby ochroniarz i grubego ochroniarza niezrozumiały krzyk.

Siedzimy.

Ciężarówka wjeżdża na parking, zwalnia i staje. Staje naprzeciw nas, a ja nagle czuję, że nie mam czterdziestu dwóch lat, że mam ich tylko jedenaście, więc wstaję, podnoszę wykończonego ojca z ławki i porywam go do tańca: ojciec jakimś cudem znajduje w sobie jeszcze tyle siły, żeby powoli unieść ręce nad głowę, a ja po raz ostatni w życiu skaczę wokół niego i wymachuję ramionami tak jak wtedy, kiedy żyła mama i kiedy dookoła było jakoś tak bardziej normalnie.

W końcu przystaję. Wszyscy patrzą.

Wszyscy patrzą – pielęgniarki, pacjenci, gruby ochroniarz, twarze z billboardu – a stalowy chrabąszcz unosi odwłok, wysypując na parking zawartość wywrotki. Srebrzyste opakowania połyskują, kiedy tysiące marcepanowych batonów wznoszą się przed nami w coraz wyższą stertę.

Świat wokół przestaje istnieć: istnieję tylko ja i mój zmęczony, stary, chory i uśmiechnięty ojciec. Przez chwilę nie wiem, która jest godzina, jaki dzień tygodnia i jaki właściwie miesiąc, nie wiem, co ostatnio czytałem, ile mam pieniędzy na koncie, kto wygrał wczorajszy mecz siatkówki i jak na imię ma ta kobieta, którą od niedawna próbuję podrywać w kwiaciarni. Gdybym mógł, zostawiłbym świat w tej chwili i nic z nim już dalej nie robił, nic bym w nim nie zmieniał: niech zawsze już wszystko będzie tak, jak jest.

Ale nie mogę – kiedy ta chwila ustąpi wreszcie kolejnej, wszystko znowu ruszy i wszystko się będzie działo dalej. Spoglądam na tatę. Wygląda trochę bardziej jak on z czasów, kiedy był kimś więcej niż takim staruszkiem. Wyprostowany, spokojnie patrzy przed siebie. Obaj wiemy, że za chwilę wściekłość całego personelu zwali nam się na głowę, wiemy też, że on niedługo tak po prostu, najzwyczajniej w świecie umrze, a ja będę go musiał tak po prostu, najzwyczajniej w świecie pochować, ale w tamtej chwili, przed górą marcepanowych batonów, stoimy obok siebie, uśmiechnięci, i mamy to wszystko trochę w dupie.