Pięćdziesiąt melonówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Transakcja była już dokonana, ale Bernard zwrócił pajacowi zegarek, odebrał mu pieniądze i kopnął bez żenady w kościsty tyłek z ostrzeżeniem:

– Spadaj, bo zawołam milicję.

Potem zabrał się na dobre do żony, wciągając ją, jak poprzednio, do namiotu, łapiąc za włosy i waląc otwartą ręką w twarz. Walił długo i precyzyjnie, a gdy kobieta pozwoliła sobie na głośny, histeryczny ryk protestu, zwinął pięść i zdzielił ją w zęby.

Upadła. Runęły na nią sterty dżinsowych produktów. Boczna ściana namiotu wybrzuszyła się niebezpiecznie, co zostało chyba zauważone przez straganiarzy, bo rozległo się radosne i uszczęśliwione wycie.

Ktoś wrzasnął:

– Magister daje babie popalić!

A ktoś inny:

– I ma rację!

Poszkodowana leżała jakiś czas w ciszy i w bezruchu. Wkrótce jednak uchyliła oczy i oświadczyła spokojnym, beznamiętnym, groźnym tonem:

– Zrobię sobie obdukcję.

– Zrób.

– A jutro sprawa będzie u adwokata.

– Już mi to obiecujesz pięć lat – rzekł Bernard, obserwując swoją twarz w zawieszonym na ścianie namiotu lustrze.

– Tym razem dotrzymam słowa. – Wciąż jeszcze brzmiało to spokojnie i złowieszczo, ale poszkodowaną zaczęły już trochę drażnić manewry, jakie wyczyniał przed lustrem jej wredny mąż. Przecierał oczy i obmacywał szczękę, zupełnie jakby to on był pobity, nie ona. Włączyła więc drugi, a potem trzeci bieg: – Nie myśl, skurwielu, że dam się wyruchać z mieszkania i z pieniędzy – powiedziała dużo już głośniej. Widząc, że Bernard przystąpił z kolei do oglądania zębów, nie mogła już dłużej wytrzymać i powróciła do swojego ulubionego tonu, to jest do wrzasku: – Z samochodu też się nie dam wyruchać, ty parszywa, chamska gnido! – zawyła, czemu zawtórowało momentalnie uszczęśliwione wycie na placu.

Bernard stanął nad małżonką, pakując pięść do kieszeni. Wówczas darła się już na cały regulator:

– Ludzieee! Ratunkuuu! Chce mnie zamordować!

– Kto by cię tam chciał mordować. – Rzucił na ziemię klucze od kiosku, powiedział: – Baw się. – I wyszedł.

Gdyby bił ją dalej, gdyby mogła dalej awanturować się i wrzeszczeć, wszystko byłoby jeszcze w jakim takim porządku. Opuścił jednak perfidnie bitewny poligon, pozostawiając biedaczkę w stanie niezaspokojonej furii i wzburzenia. Rozczochrana, potargana, zapłakana, z usmarkanym nosem i rozmazanym pod oczami tuszem wybiegła przed namiot ku uciesze zachwyconych straganiarzy. Nie próbowała nawet walczyć z nawałem uczuć. Chęć przedłużenia awantury i pragnienie draki były silniejsze od wstydu. Wołała, wrzeszczała, wyła za odchodzącym Bernardem:

– Stój, łajdaku! Poczekaj! Wróć! Muszę iść na obdukcję!

Bernard zanurkował w tłum. Biegła za nim, ujadając i skowycząc aż do parkingu po drugiej stronie hali Geyera, ale zdążył uruchomić samochód i odjechać.

– Jak to dobrze, że nie mam z nią dzieci – pomyślał.

Nie po raz pierwszy pocieszał się w ten sposób. Zapragnął nagle zobaczyć brata, ale Jacek był o tej porze w szkole. Tak czy inaczej, skierował się ku śródmieściu i w pięć minut później wkołował na podwórko starego łódzkiego domu.

2

– Siadać, dzieciarnia, Idiota nadchodzi! – zawołał wesoło syn chirurga Waldemar Manoł. – Wyostrzcie swoje leniwe mózgi notorycznych matołków, bo ja tu dzisiaj przeczuwam masakrę.

Przystojny, doskonale ubrany szczeniak lekarza powiódł dookoła wzrokiem przekonany, iż jego kwiecista przemowa wywołała sprawiedliwy entuzjazm. Ale zawiódł się nieprzyjemnie. Była druga połowa kwietnia. Do matury pozostało niewiele ponad trzy tygodnie. Nie wszyscy jeszcze mieli uregulowane stosunki z Idiotą, wykładowcą języka polskiego, toteż zamiast oddawać się niewczesnym żartom, uczniowie klasy IVc szybko zajmowali swoje miejsca w ławkach.

Była to klasa o profilu biologiczno-chemicznym w liceum, któremu patronował wybitny pisarz. Szesnaście dziewcząt i osiemnastu chłopców, materiał wyselekcjonowany z zamożnych rodzin bez oglądania się na uzdolnioną biedotę, układało na pulpitach notatki, zeszyty, podręczniki oraz całe sterty lektury, aby przekonać Idiotę o swojej niezwykłej pracowitości i wszechstronnym oczytaniu.

Idiota siadł niedbale za stołem i nie otwierając dziennika dla sprawdzenia listy obecności, przyjrzał się trzem rzędom markotnych owieczek.

– Jednej osoby brak – powiedział.

– Zgadza się, panie profesorze – przytaknął Manol, który pełnił funkcję gospodarza klasy. – Borkowska jest chora.

– Chora?

– Chora.

– I na cóż ona, biedaczka, choruje?

– Grypę podłapała, panie profesorze – wtrąciła jedna z dziewcząt, niejaka Iwona Cyner.

– Podłapała, mówisz?

– Tak.

– Ho, ho! To z ciebie zdolna dziewuszka. Będę musiał sprawdzić w słowniku, czy jest w ogóle czasownik z takim przedrostkiem i czy wolno go ewentualnie odnieść do grypy. Może on raczej pasuje do jakiegoś innego paskudnego choróbska. Ale ja ci chciałem zwrócić uwagę, moja panno, że ty jesteś w liceum na lekcji polskiego, a nie w szpitalu zakaźnym na oddziale syfilityków.

– Przepraszam, wymsknęło mi się, panie profesorze.

– Matko Boska! – Idiota potrząsnął swoją łysą, idealnie okrągłą głową, którą ponad uszami otaczał wianuszek siwych, niebywale gęstych włosów. – Wymsknęło się jej! Czegóż ja cię nauczyłem przez te cztery lata, hę?! – Obleśna, zbyt czerwona trochę jak u mężczyzny warga starego satyra opadła, obnażając włatane srebrem zęby. Mięsisty nochal zmarszczył się niebezpiecznie.

– Same idiotyzmy i trywializmy. Zupełnie jakbyś obcowała codziennie z prozą naszych utalentowanych pisarzy rynsztokowych.

Należy wspomnieć, że Idiota zionął nienawiścią do współczesnej polskiej literatury, jeśli zaś chodzi o współczesną literaturę łódzką, twierdził wprost i bez osłonek, iż nadaje się ona wyłącznie jako aneks do papieru toaletowego trzeciej klasy. Z siebie natomiast był zadowolony. Gdyby chciał, od razu dmuchnąłby powieść niewiele tylko gorszą od Krzyżaków Henryka Sienkiewicza, który był jego zdaniem bezwzględnie najwybitniejszym autorem w dziejach narodu.

Idiota kochał Sienkiewicza i poważał go jako nieżyjącego kolegę. Obaj z Heńkiem mogliby dokonać cudów. Nagroda Nobla to było zero, zwykły śmieć, gdyby oni obaj z Heńkiem rozpoczęli działalność. Zapalił wbrew regulaminowi papierosa i włożył zużytą zapałkę do pudełka. Tylko raz zdążył strząsnąć popiół na podłogę, gdyż Manol wydobył spod ławki dyżurny spodek i podstawił go usłużnie, podskoczył do okna i otworzył je szeroko, zapewniając:

– Cały dym wyleci zaraz, panie profesorze.

– Nie cały, tylko wszystek, bałwanie! – skontrował go kolega Heńka.

– Wszystek, tak jest!

– Słuchaj no, Manol, to nie są ćwiczenia wojskowe ani obóz kondycyjny dla rekrutów, żebyś mi tu pokrzykiwał „tak jest”. Czyżbyś wyniósł z domu tak nędzny zasób synonimów? Storczykowska!

– Słucham, panie profesorze. – Ładna dziewczyna o szczupłej sylwetce i faktycznie dużych piersiach wstała i spojrzała Idiocie w oczy.

– Czym można zastąpić w cywilu zwrot wojskowy „tak jest”?

– Można by powiedzieć: „oczywiście, panie profesorze”, „naturalnie, panie profesorze”, „bez wątpienia, panie profesorze”.

– Siadaj. Michalak!

Wytrącony z drzemki młodzieniec, skądinąd syn dyrektora potężnej firmy polonijnej, zerwał się jak kot i wrzasnął:

– Ojciec będzie u pana w tych dniach, panie profesorze!

Idiotę zatkało. Przyglądał się Michalakowi z osłupieniem, próbując dociec, czy chłopak jest sprytny i bezczelny, czy też jedynie głupi. Ustalił, że fakty przemawiają raczej za tym ostatnim, zadał więc Michalakowi pytanie łagodne:

– Wiesz, kto napisał Dżumę?

– Camus, rzecz jasna, wielki egzystencjalny pisarz francuski.

– Doskonale, Michalak. Siadaj. Rozwadzińska!

Latorośl szefowej „Domu Mody”, dziewuszysko brzydkie i tak otłuszczone, że nie były tu w stanie pomóc żadne fatałaszki, dźwignęło z mozołem niepoślednich rozmiarów zadek. Potrąciła koleżankę, zwaliła na ziemię stertę podręczników. Wstała, krótko mówiąc, hałaśliwie i niezdarnie jak słoń. Myli się jednak, kto sądzi, że ociężałość fizyczna Rozwadzińskiej szła w parze z ociężałością umysłową. Panna błyskawicznie wysnuła naukę z trafnej reakcji kolegi Michalaka i palnęła niezwłocznie:

– Moja mamusia też się do pana wybiera, panie profesorze, bo bardzo się o mnie niepokoi i nie wie, czy robię właściwe postępy.

Idiotę zamurowało ponownie. Mrugał wyłupiastymi, przeraźliwie wielkimi oczami z takim zdziwieniem, jakby miał przed sobą raroga. Szokujący tupet! Ze starym Michalakiem można było jeszcze od biedy wytrzymać, ale matka Rozwadzińskiej nigdy nie grzeszyła taktem. Krawaciki, woda kolońska… Wolne żarty, psiakrew! Klasa gotowa pomyśleć, że on nic innego nie robi, tylko przyjmuje łapówki, a on jest przecież nieprzekupny i paru bęcwałów musi dla zasady utrącić.

– Postępy, powiadasz?! Ty i właściwe postępy?! – Zaśmiał się jadowicie, a wraz z nim gruchnęła śmiechem cała klasa. – Nie, ja nie wytrzymam! – Z ogromnych, nieprawych oczu Idioty pociekły łzy rozbawienia. – Mamusia się niepokoi, dobre sobie! Powiedz no mi, moja panno, co to jest Siedemdziesiąt razy siedem?

Czerwona jak sztandar buzia Rozwadzińskiej wyrażała kompletną niemoc i rezygnację, ale gdzieś z tyłu padła litościwa podpowiedź.

– Siedemdziesiąt razy siedem to jest działanie matematyczne – oświadczyła z godnością dziewczyna, łudząc się, że maturalny próg zostanie tak czy owak pokonany.

– Na pewno? – podpuszczał biedaczkę Idiota.

– Ależ tak, panie profesorze, na pewno! W sumie to da czterysta dziewięćdziesiąt.

Idiota pokręcił łysiną i otworzył dziennik ocen.

 

– Nie, moja droga. W sumie da to zaledwie dwóję.

Rozwadzińska zadrżała. Podniosła obydwie ręce do góry i kropnęła pięściami w pulpit. Ponieważ wybryk ten nie ukoił jej wzburzonych uczuć, zaczęła beczeć i przytupywać. Chlipała:

– To niesprawiedliwe, niesprawiedliwe! Pójdę do dyrektora!

– A idź – powiedział beztrosko Idiota. – Gdzie byłaś miesiąc temu, jak prowadziłem wykład na temat literatury iberoamerykańskiej? Wymieniłem wtedy parę nazwisk i parę tytułów.

– Tak jest! – poparł Idiotę Waldemar Manol. – Pan profesor był łaskaw wspomnieć między innymi znakomitą książkę Dalmira Saénza Siedemdziesiąt razy siedem.

– Otóż to! Wspomniałem i kazałem ją przeczytać. Jest w naszej szkolnej bibliotece. Jest także w każdej innej bibliotece. Kto ją czytał?

Las rąk podniósł się na wszelki wypadek do góry.

– No i co? – triumfował Idiota. – Wszyscy czytali, a ty nie czytałaś. Ty wolałaś opychać się czekoladą. Idź zatem do dyrektora, a mamusi powiedz, że jeśli nawet robisz jakieś postępy, to przede wszystkim na wadze. Ciężar mózgu pozostaje w każdym razie bez zmian.

Klasa w dobrze pojętym interesie własnym wydała pomruk aprobaty.

– Cisza, bęcwały! – ryknął Idiota, waląc dziennikiem w stół.

Był zadowolony. Tok lekcji sprawiał mu autentyczną przyjemność, a wrzeszczał jedynie z wyrachowania. Trochę terroru wyjdzie na zdrowie zarówno uczniom, jak i rodzicom. Uuu! Sporo wizyt przewidywał Idiota w tym gorączkowym przedmaturalnym okresie. Będą się mizdrzyć i łasić, lecz on zna swoją cenę. Byle czym go nie kupią.

Warto dodać, że Idiota był nie tylko przeciwnikiem współczesnej literatury polskiej. Światły ów mąż pałał również serdeczną nienawiścią do współczesnych metod nauczania. Wyszydzał je bezlitośnie przy każdej okazji, a jak brakowało takowej, to sam ją stwarzał, aby ulżyć sobie w cierpieniu.

Odczekawszy zatem kilka chwil, uśmiechnął się satanicznie i pociągnął:

– No, po tej krótkiej rozgrzewce przejdźmy teraz do rzeczy poważnych. Zastanówmy się wspólnie, cóż też cisną nam na maturalny stół te matoły z ministerstwa, cóż też oni znowu takiego nie wymyślą, abyście mogli lać wodę i przepchać się jakoś do egzaminów ustnych.

Albo był jakiś przeciek, albo Idiota miał jasnowidzenie, bo trafił w sam środek tarczy.

– Może to być temat: „Rola jednostki i zbiorowości w epokach romantyzmu i pozytywizmu” – szydził. – Może to być: „Twój ideał kobiety w literaturze polskiej”. Przy czym muszę wam od razu powiedzieć, że o kobietach najlepiej pisali homoseksualiści! Myślał jeden z drugim nicpoń o parobku, a w książce wychodziła z tego dziewucha. Tak, moi kochani. – Idiota zaczerpnął tchu i wskoczył na swojego ukochanego konia: – Niewykluczone, że matoły z Warszawy pójdą wreszcie po rozum do głowy i każą wam odpowiedzieć na pytanie: „W czym tkwi istota i potęga narodowej epopei Henryka Sienkiewicza, którą zwiemy popularnie trylogią?”.

– Rozpierdolił ich – rzekł z podziwem Manol do Jacka T.

– Jak to Idiota – odpowiedział półgłosem Wicher.

Siedzieli w tej samej, pierwszej ławce najbliżej drzwi i profesor usłyszał ich krótką wymianę zdań. Manol ma u mnie czwórkę na maturze – zdecydował. Natomiast tego drugiego, aroganckiego drania przytnę. I to od razu!

– I jak, mości panie? – zwrócił się do Jacka. – Tata pisze ze Stanów?

– Ojciec jest obecnie w Meksyku, panie profesorze – wyjaśnił uprzejmie Wicher. – Mieszka w Cuernabace, w tym mieście, gdzie Malcolm Lowry napisał swoją znakomitą powieść Pod wulkanem, którą pan zapewne zna.

– Znam ją – skłamał gładko profesor – ale zechciej przyjąć do wiadomości, że my nie żyjemy pod wulkanem w Meksyku, tylko pod wulkanem w Polsce.

– Bardzo ładnie pan to sformułował – powiedział z emfazą Jacek.

– Podobało ci się?

– Tak.

– Powiedz zatem, w czym tkwi istota i potęga narodowej epopei Henryka Sienkiewicza, którą zwiemy popularnie trylogią.

Niezmieszany Jacek odpowiedział pełnym zdaniem:

– Istota i potęga sienkiewiczowskiej trylogii tkwi przede wszystkim w okrucieństwie, panie profesorze. – Wstał, strzelił obcasami i dodał: – Tak jest!

Idiota przewidywał, iż niesforny uczeń podejmie rozpaczliwą próbę obrony, tymczasem gad splunął jadem swojej wstrząsającej arogancji, wypuszczając z profesora powietrze. W klasie zapanowało wyczekujące, naładowane elektrycznością milczenie; klasa drżała wewnętrznie z radości, przewidując dalszy, sensacyjny rozwój wypadków niedotyczących jej bezpośrednio, a więc pożądanych i miłych. Wynik pojedynku Jacka z Idiotą był klasie zupełnie obojętny; ważne, żeby coś się działo.

Wyczuwając te perfidne nastroje Idiota, który nie był wcale idiotą, włączył się do ogólnej ciszy, maskując ustępujące szybko zakłopotanie pobłażliwym uśmiechem i zwlekając z wystrzeleniem kolejnego pocisku. Czas grał na jego korzyść. Wicher stał, a on siedział i to dawało mu przewagę. Potrzymam trochę drania w zawieszeniu – zdecydował i zaczął kartkować od niechcenia dziennik ocen. Nagle jednak zalała go nagła krew. Kiedy bowiem podniósł wzrok znad dziennika, stwierdził, że bezczelny wyrostek siedzi w najlepsze i dokonuje przeglądu paznokci.

– Ejże, mości dzieju! – ryknął rozsierdzony humanista. – Jeszcześmy ze sobą nie skończyli!

– Sądziłem, że moja skromna odpowiedź zadowoliła pana profesora – odparł Jacek i podniósł się bez pośpiechu.

– Istotnie była to wielce interesująca odpowiedź, śmiała, odkrywcza i świadcząca niezbicie o głębokiej znajomości przedmiotu – drwił profesor, trzymając ręce pod stołem i wyłamując je z chrzęstem. – Ponieważ jednak twoje responsorium jest równocześnie twierdzeniem, należałoby je chyba jakoś udowodnić. Rozwiń zatem, jeśli łaska, płód swego chyżego umysłu. Przekonaj nas, że Sienkiewicz był człowiekiem wstecznym, że występował przeciwko uciemiężonym i walczącym sprawiedliwie o wolność Kozakom Chmielnickiego, że wytaczał armaty przeciw Szwedom, że odmawiał gościny imperium polskiego sympatycznej ćmie tatarskiej i przyjaźnie usposobionym obrzezańcom z Turcji. No, dalej, waćpanie! Do dzieła!

Manol chichotał cicho i przytakiwał skwapliwie słowom profesora. Taka lekcja to doprawdy rozkosz! Odwrócił głowę i szepnął do chłopaka z drugiej ławki:

– Rozpierdolił go!

– Fakt – odszepnął chłopak. – Zgadzam się z wami, towarzyszu, w tym względzie.

Głowa Manola wróciła do pozycji zasadniczej, skłonna podjąć w każdej chwili trud radosnego przytakiwania, ale czekała ją przykra niespodzianka: Wicher chwycił dziecię chirurga za ufryzowaną czuprynę i wtłoczył mu nos w oczodoły. Rozległ się wrzask bólu i upokorzenia zestrojony w piekielne unisono z wrzaskiem humanisty:

– Jak śmiesz, bydlaku, dopuszczać się rękoczynów w mojej przytomności?!

– Po pierwsze, to ja nie jestem bydlakiem, panie profesorze – oświadczył spokojnie Wicher. – A po drugie, to stanąłem tylko w obronie pańskiej godności.

– Kpisz sobie, czy o drogę pytasz?

– Mówię prawdę.

– Wyjaśnij ją przeto!

– Kolega Manol robi z pana sodomitę. Przed chwilą powiedział Brzezińskiemu, że pan profesor był łaskaw mnie rozpierdolić.

– Wcale tak nie powiedziałem! – zaprotestowało dziecię chirurga.

– Powiedziałeś, Manol, powiedziałeś – stwierdził z szalbierczym ubolewaniem Brzeziński, poczciwe chłopię, które doszło najwyraźniej do wniosku, że nie zaszkodzi dolać oliwy do ognia i upiec jednym ciągiem dwóch kolegów.

Apoplektycznie czerwona twarz Idioty wprawiła młodzież w stan niebiańskiej ekstazy. Lekcja miała skończyć się dopiero za piętnaście minut, jednakże w tym szczególnym wypadku klasa chętnie przedłużyłaby zajęcia o godzinę, bowiem żaden kryminalny film nie wytrzymałby konkurencji z tą pasjonującą przedmaturalną rozgrywką. Oj, ważyły się w tym momencie czyjeś losy! Dojrzewał dramat, który miał niebawem zaowocować straszliwie poza granicami szkoły.

Sięgnął Idiota po następnego papierosa. Buchnął dymem, odkaszlnął, ale nie splunął. Kto nie umie zmieniać tempa i mieszać nastrojów, nie zasługuje na miano prawdziwego artysty. Wielbiciel Sienkiewicza posiadł na szczęście tę sztukę; tak mu się przynajmniej zdawało.

– Manol!

Chłopiec wyskoczył z ławki jak sprężyna.

– Słucham!

– Co masz na swoje usprawiedliwienie?

– To, że w żadnym wypadku nie chciałem panu profesorowi ubliżyć.

– Wyobraź sobie, że ci wierzę.

– Dziękuję panu! Wulgarnego słowa użyłem jedynie w tym celu, aby mocniej wyrazić podziw dla riposty, jakiej udzielił pan Jackowi.

– On nie kłamie, panie profesorze – wtrącił przytomnie Brzeziński. – Ja również żywię podziw dla pana riposty…

– Milcz! A ty siadaj – polecił Manolowi. – i nie wyrażaj mi więcej podziwu w tej ani w żadnej innej formie. Nie lubię pochlebców.

– To zupełnie tak samo jak ja – ciągnął Wicher wsparty niedbale ręką o ławkę. Dziewczęta przyglądały się z uwielbieniem wysokiej, szczupłej sylwetce odważnego i krnąbrnego chłopca. Idiota nie przegapił tej okoliczności i postanowił zadać Jackowi decydujący cios.

– Zadowolony jesteś z siebie, panie kawalerze? – zapytał słodko.

– W miarę – rzekł Jacek.

– Powiedz no mi, ile traci pozornie na wadze ciężar ciała zanurzonego w wodzie.

– To zależy, panie profesorze, czy zanurzy się w wodzie świnię czy osła.

Idiota nie stracił tym razem zimnej krwi. Był przygotowany na twardą i bezkompromisową walkę.

– Zachwycasz mnie, młodzieńcze – powiedział, wystukując na okładce dziennika synkopy. – Wszelako panna, która uczy was fizyki, nie podziela moich zachwytów nad tobą. Nie martwisz się tym?

— Nie. Wystarcza mi w zupełności zachwyt pana profesora.

– Serdeczne dzięki, sokole. Problem wszakże spoczywa w sferze bezwzględnego podziału kompetencji. Jeśli o mnie chodzi, przedstawiasz się fizycznie bez zarzutu: mała główka, wąskie czoło i szerokie bary; typ nordyka, przynoszący chlubę narodowi panów. Jeśli jednak chodzi o fizyczkę (zdanie to wymówił przewlekle, z obelżywym akcentem), szlachetna owa dama lekceważy twój niezrównany intelekt i chce rąbnąć ci na zakończenie roku bombę. Wiesz zapewne o jej podłych knowaniach?

– Wiem.

– To się cieszę. Zdajesz sobie chyba również sprawę, że z jedną dwóją delikwent może ewentualnie uzyskać świadectwo ukończenia szkoły, pod warunkiem, że nie przystąpi do egzaminów maturalnych.

– Panie profesorze!

– Tak?

– Ja najmocniej przepraszam, ale pan zaczyna mnie nudzić. Poza tym bolą mnie nogi od długiego i bezproduktywnego stania. Nie pogniewa się pan przecież, jak se siędę.

To mówiąc, bezczelny urwis rozwalił się w ławce niczym tygrys z przetrąconym stosem pacierzowym. Ba! Gdyby się tylko rozwalił – nic takiego! Pozwolił sobie w dodatku, niecnota, na kilka podłych epitetów i wykład, który przyprawił nieszczęsnego profesora o bóle w klatce piersiowej. Nieszczęsny profesor dałby wszystko, aby pozbyć się Jacka, ten jednakże podjął dyskusję w tonie jednoznacznie pogodnym:

– Wstyd, panie profesorze, jak poważam i kocham Najświętsze Serce Chrystusa! Pan niechybnie zaprzedał się diabłu. Ćmi pan te ohydne papierosiska, z czego oni to robią? Pochlebia pan możnym, dokucza biedakom. Szkandał, szkandał! Cicho! – syknął, widząc, że usta Idioty składają się do wrzasku. – Nie skończyłem jeszcze, panie profesorze, odpowiedzi na pytanie, w czym tkwi istota i siła sienkiewiczowskiego talentu, a jak pan dostał czkawki po tym kopcidle z siana i paznokci, to służę uprzejmie camelem. No, jazda! – wręczył zszokowanemu Manolowi paczkę z wizerunkiem dromadera na tle egipskich piramid. – Poczęstuj pana profesora, lizusie! Nie? No to nie! Gdyby jednak pan profesor nabrał ochoty, jezdeźwa gotowe.

– Dalej, dalej, nie żałuj sobie – powiedział niby to beztrosko Idiota, repetując długopis z miną strzelca w plutonie egzekucyjnym. Decyzja zapadła, Jacek był już tylko trupem.

Trup wszelako, nie przeczuwając widocznie swego żałosnego końca, ciągnął wesoło:

– Siekać, rąbać, bigosować, mości panowie! Rżnij, morduj, kto w Boga wierzy! Już tam Jerema kazał zastrugać dla Bohuna palik, już tam nawlókł pohańca na rożen i przyozdobił wszystkie okoliczne drzewka, podobnie jak to później uczynił świetlanej pamięci pułkownik Wołodyjowski, czekając w kresowej stanicy ukochanej Basieńki i donosząc jej w listach, że dwudziestu czy trzydziestu zdrajców dynda już na gałęziach, żywi przy tym nadzieję, iż nim świeżo poślubiona żona ściągnie u boku pana Zagłoby do fortu, dyndać będzie około setki. Basieńka, serce szczerozłote, bardzo lubiła odwalić sobie przed kolacją kilka tatarskich główek z płuckami albo ustrzelić w krzakach dzikusa. Kawał o noplisach przypomina mi się w tym momencie, panie nauczycielu. Zna pan zapewne tę budującą afrykańską historię?

 

Profesor udał serdeczne zainteresowanie. Dzielnie, trzeba przyznać, panował nad nerwami i miał wszelkie powody do dumy.

– Nie słyszałem jej, panie bracie.

– Opowiedzieć?

– Ależ tak, proszę!

– Więc spotkało się na safari grono myśliwych – zaczął Jacek, mrużąc filuternie oko. – Byli oczywiście biali; nieustraszeni pogromcy dzikich zwierząt. Pili whisky i rozprawiali o swoich sukcesach. Kenijczyk miał na rozkładzie trzydzieści lwów i pięćdziesiąt słoni, Tanzańczyk położył trupem sto tygrysów, ale wszystkich zakosił dżentelmen z Republiki Południowej Afryki, oświadczając, że kropnął ze swojego sztucera dwieście noplisów.

Klasa i profesor słuchali opowieści Jacka w osłupieniu, ten jednakże zawiesił głos i patrzył bezmyślnie w okno.

– Koniec? – zapytał rozczarowany profesor.

– Koniec – przytaknął Jacek.

– Mógłbyś nam przynajmniej wyjaśnić, co to są te noplisy.

– O to samo właśnie poprosili dżentelmena z RPA panowie z Kenii i Tanzanii, a on im wyjaśnił, że noplis to takie czarne chuderlawe zwierzę, które kryje się w buszu i nim wygarniesz do niego z grubej rury, podnosi do góry łapki i zaczyna krzyczeć: „No, no, please! No, please!”.

Ktoś zachichotał nerwowo. Klasa uczyła się od czterech lat angielskiego i choć nie zrobiła w tym okresie nadzwyczajnych postępów, chwyciła sens makabrycznego dowcipu. Chwycił go również Idiota i poczerwieniał ze złości. Aluzja była dostatecznie przejrzysta. Bachor ma czelność porównywać nieśmiertelnych bohaterów Sienkiewicza z bandą pretoriańskich rasistów. Zacisnął pięść i długopis trzasnął mu w palcach jak zapałka. Spokój! – nakazywał sobie w duchu. Spokój, bo przeniesiesz się za sprawą tego bękarta na tamten świat.

Tymczasem rozparty w ławce syn karykaturzysty poczęstował go perfidnym komplementem:

– Ależ pan ma krzepę w garści, panie profesorze! Zupełnie jak Zbyszko z Bogdańca, który wyciskał z gałęzi sok. Najbardziej jednak imponowały mi zawsze kompaniony panakmicicowe i pan Andrzej przepełniony głęboką i bezinteresowną miłością do ludzkości. Pan Andrzej wrzasnął nieraz w karczmie na parobka: „Chłopie, gorzałki szybko, bo zetnę!”. A jak sobie popił, nigdy nie był od tego, żeby puścić z dymem jakąś wieś albo wyszlachtować dla rozgrzewki pół miasteczka. Za to go właśnie tak kochamy, drogi panie profesorze, i dzięki takim właśnie jak on postaciom trylogia Sienkiewicza jest prawdziwym arcydziełem, a nie jakąś tam papierową bajędą, gdzie rycerze opłakują rzewnymi łzami każdego zabitego wroga, w wolnych zaś chwilach nie tańczą bynajmniej, nie hulają, nie żrą, nie chlają, nie zalecają się do dziewczyn, jeno leżą krzyżem w kościele lub mamroczą bez końca o swoim przywiązaniu do ojczyzny. Gdyby pan wykastrował trylogię z okrucieństwa, pozostałby z niej taki właśnie gniot i Sienkiewicz mógłby pośmiertnie kandydować do nagrody pocieszenia w konkursie utworów zapomnianych.

Idiota, gotów postawić chłopcu dwóję i wyrzucić go na zbitą mordę z klasy, zaskoczony był pointą Jackowego wywodu. Zupełnie nie wiedział, co robić. Wpatrywał się w zdruzgotany długopis i szperał gorączkowo w zakamarkach mózgu z nadzieją, iż znajdzie jakąś ciętą i dowcipną replikę; tymczasem w korytarzu zaterkotał elektryczny dzwonek i Jacek T., niedoszła ofiara, wstał, skinął profesorowi głową i opuścił poligon bitewny, zostawiając Idiotę sam na sam z trzema rzędami oniemiałych maturzystów.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?