Pięćdziesiąt melonówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Obejrzawszy sobie dokładnie wszystkie te szczegóły, Bernard zaczerpnął powietrza i zapukał do domu. Ponieważ nikt nie odpowiedział, próbował zerknąć do środka przez jedno i drugie okienko, obydwa były jednak niebywale zakurzone i przykryte jakimiś szmatami. W tej sytuacji nie pozostawało Bernardowi nic innego, jak ponowić pukanie do drzwi, a następnie, nie bawiąc się już w dalsze ceregiele, otworzyć je, żeby zobaczyć, czy nie ma przypadkiem kogoś wewnątrz chatki.

Ano, był ktoś faktycznie. Spał, a właściwie pokwikiwał nerwowo, jak prosiak przeczuwający wycieczkę na świąteczny stół. Bernard podszedł na palcach do umieszczonego pod ścianą barłogu, marszcząc nos, gdyż w chatce cuchnęło ohydnie myszami, uryną, papierosami i przetrawionym winem, po którym zostało wspomnienie w postaci kilku pustych butelek oraz nieopróżnionej jeszcze całkiem flaszki; cuchnęło nadgniłymi jabłkami, zjełczałym tłuszczem i bielizną praną zapewne co najwyżej raz w roku.

Pozwoliła, żeby taki knur wlazł z nią do łóżka – pomyślał z żalem i zazdrością syn karykaturzysty. Bacznie przyglądał się rozwalonym na barłogu zwłokom: tęgiej, spoconej twarzy z przylepionym do czoła kosmykiem włosów, z zaropiałymi oczyma, z policzkami oprószonymi trzydniowym zarostem, z dziwnie sprośnymi, odkształconymi wargami, które zapadały się i wydymały w rytm oddechu. Nie zdjął nawet ubrania: spodni, koszuli i bluzy, nie skopał butów, popuścił natomiast pasek na brzuchu, odpiął dwa guziki przy rozporku i próbował zapewne poluzować sobie pod szyją chomąto: zjadliwie zielony krawat, który ozdobiony był broszką niepośledniej próby, złotą chyba i wysadzaną szlachetnymi kamieniami.

No proszę! Podejrzenia chłopca zaczynały się sprawdzać. Śmiało wydobył papierosa z paczki, która leżała wśród butelek na stoliku. Zapalił, wciągnął chciwie do płuc porcję gryzącego dymu i przystąpił do wnikliwych oględzin pomieszczenia. Nie zainteresowała go postawiona w kącie kuchenka na propan; nie zainteresowała go przedpotopowa kamionka i oparte o nią narzędzia gospodarskie: młotek, siekiera, widły i zardzewiała konewka, sprzęt świadczący dowodnie, iż ojciec Gustawa dbał za życia o swój działkowy ogródek. Pod pierwszym, południowym oknem dojrzał Bernard skrzynię; przeszukał ją, ale były w niej tylko gwoździe, śrubki, świece, para rękawic, utytłane błotem pepegi i robocze spodnie. Na parapecie drugiego, zachodniego okna odkrył chłopak coś, co automatycznie przetasowało jego opinie o tępym i głupim szewcu. Były to skrypty wyjaśniające, jak zdobyć prawo jazdy, jak poznać zawiłe tajemnice kodeksu drogowego i jak przyswoić sobie podstawowe wiadomości o budowie motocyklowych i samochodowych silników. Walające się tu i ówdzie kartki z jakimiś gryzmołami i topornymi rysunkami nie pozwalały wątpić, iż matołek naprawdę postanowił wydrzeć światu nauki i techniki garść straszliwych sekretów, a następnie spożytkować je w ruchu ulicznym.

Po tych dwóch szokujących niespodziankach, broszce i literaturze fachowej, czekała Bernarda jeszcze trzecia. Nad barłogiem pochrapującego niespokojnie Gustawa zwisała prymitywna antresolka.

Chłopak wzniósł wysoko ręce i zaczął w niej szperać. Robił to bez przekonania, ale raptem trafił na jakieś zawiniątko, czy też jakiś worek, i to, co wyczuł pod palcami, wprawiło go w osłupienie.

Przełknął ślinę. Był podekscytowany i porządnie wystraszony, ważąc w dłoniach wydobytą z antresoli broń – dwa małe, zgrabne bębenkowce typu Parana i mieszek z nabojami. Bębenkowce stanowiły osobliwą parę bliźniaków, z których jeden był zadbany, lśniący, urodziwy, naoliwiony i niechybnie sprawny, drugi zaś przypominał jego kaleką replikę o spiłowanej muszce, nadłamanym i pozbawionym osłonki spuście oraz kolbie, której popękane i obluzowane okładziny trzymały się kupy wyłącznie dzięki temu, że zostały oklejone grubą warstwą taśmy izolacyjnej.

Broń była cichą pasją i namiętną miłością Bernarda. Wiatrówka, którą dostał kilka lat temu od ojca na urodziny, cieszyła niewątpliwie chłopca, ale nie zaspokajała jego marzeń o czymś groźnym, prawdziwym, przeznaczonym do jednego wyraźnego celu – do zabijania. Obydwa rewolwery natomiast, choć niewielkie i niewinne z wyglądu, służyły z pewnością temu celowi. Bernard odłożył woreczek z amunicją i sfatygowany bębenkowiec, aby zająć się na dobre jego pięknym bratem. Nacisnął dźwignię obok języka spustowego i ośmio-, może dziewięciocentymetrowa lufa parany opadła. Bernard patrzył jak urzeczony na tkwiące w bębnie naboje o mosiężnych kryzach i srebrnych, lekko wgłębionych spłonkach. Było ich sześć o średnicy mniej więcej siedmiu milimetrów. Wyciągnął jeden, aby obejrzeć złocistą komorę prochową i mały, obły pocisk w stalowej koszulce.

Mógłbym go teraz rąbnąć – przebiegło mu przez głowę. Podciągnął lufę, która zaskoczyła z cichym, metalicznym trzaskiem. Zabrzmiało to jak najpiękniejszy ton w najpiękniejszym utworze muzycznym. Tymczasem zwłoki na barłogu poruszyły się gwałtownie, wydały długi, cierpiętniczy jęk i nagle wróciły do życia.

Najpierw podjechała do góry prawa zaropiała powieka, a potem lewa. Obydwie powieki zatrzepotały niemrawo, z czego można było wysnuć wniosek, że szewc jest jak gdyby trochę zdziwiony. Chrapliwe słowa, które wyartykułował z ogromnym zaiste wysiłkiem, zdawały się to potwierdzać.

– Czegój? – odchrząknął i zakasłał grzmiąco. – Czegój tu szukasz, fajflu sakramencki?

Bernard wycelował do niego z parany i powiedział do starszego od siebie bądź co bądź o parę lat szewca:

– Jeśli nazwiesz mnie tak jeszcze raz, łachmyto, kropnę ci między oczy. – A potem mówił: – Niedawno, jakieś piętnaście albo dwadzieścia dni temu spotkałem cię na Piotrkowskiej z bardzo ładną dziewczyną. Ona miała na imię Joanna, pochodziła z bogatej rodziny i w ogóle żyło jej się dobrze, ale przedwczoraj ktoś ją zamordował; pisały o tym wszystkie wczorajsze gazety. Czytałeś je może?

– Nie czytałem – odparł hardo szewc, chwytając za niedopitą butelkę i przystawiając szyjkę do ust, aby pokrzepić się długim, bulgotliwym łykiem.

– To przeczytaj przy okazji; z miejsca wytrzeźwiejesz. Nawiasem mówiąc, podoba mi się spinka w twoim krawacie. Nie zginęła ona komuś przypadkiem?

– Ty jej chyba nic zgubiłeś? – zauważył przytomnie szewc.

– Ja nie chodzę w damskiej biżuterii.

Szewc znowu chwycił za flaszkę, pokrzepił nadwątlone samopoczucie i rzucił złowieszczo:

– Ale łazisz za babami, szpiclujesz je i podglądasz.

Kontra była logiczna i celna, i też niewątpliwie nosiła znamiona szantażu. Zdumiony, a nawet lekko wystraszony Bernard milczał przez chwilę. Mógłby mnie, drań, wplątać w aferę, gdyby doszło do procesu – pomyślał i przeraził się nie na żarty. – Mógłby powiedzieć, że byliśmy u dziewczyny razem, i że to właśnie ja… Chryste Panie… lepiej chyba zostawić skurwiela w spokoju.

Zapanował jakoś nad nerwami, przywołał na usta szyderczy w swoim młodzieńczym mniemaniu uśmiech i chcąc czym prędzej zakończyć sprawę, czym prędzej opuścić śmierdzącą chatkę Gustawa i odetchnąć świeżym powietrzem, potrząsnął błyszczącą paraną.

– Biorę to – zakomunikował stanowczo.

– Weź – zgodził się bez wahania szewc.

– Chciałem ci również oświadczyć, że umiem milczeć – bąknął uradowany Bernard.

– Kto mało gada, tłusto jada – mruknął Kopyto.

Nawiązała się między nimi jakaś nić. Chłopak rozważał, czy nie poprosić jeszcze Gustawa o niewielką zapomogę pieniężną, zrezygnował z tego jednakże. Przeczucie, ów tajemny, zagadkowy podszept jaźni, mówiło mu, że będą sobie jeszcze kiedyś nawzajem potrzebni, że ich kontakty nie kończą się bynajmniej z chwilą, kiedy para brazylijskich bębenkowców została brutalnie rozłączona: ten brzydszy został w chatce Baby Jagi, ten ładniejszy spoczął w kieszeni Bernarda i powędrował z nim do domu; potem, w skórzanym, uszytym własnoręcznie przez chłopca i umieszczonym na paskach pod pachą futerale przemierzył z Bernardem jeziora mazurskie i Bieszczady, był w Gdańsku, Wrocławiu i Szczecinie, wielokrotnie odwiedził Warszawę. Strzelił z niego Bernard tylko raz i tylko raz pochwalił się nim stołecznej pannie, którą kochał bez wzajemności i która, widząc rewolwer, nie padła mu bynajmniej w ramiona, oświadczyła natomiast sucho, żeby się wynosił, bo co jak co, ale z bandytą to ona raczej do czynienia mieć nie chce.

Jeździł z nim Bernard na gapę tramwajami i pociągami, stając naumyślnie blisko milicjantów, gdyż odczuwał wówczas przyjemny dreszcz emocji. Kusił los. Ale nie wpadł, dzięki czemu nie wpadł także Gustaw, o którym, wedle przyrzeczenia, nie wspomniał chłopak nikomu: ani ojcu, ani matce, ani młodszemu bratu, kiedy ten dorósł i można już było mu powierzyć niejedną tajemnicę. Z nadejściem wieku dojrzałego, w trakcie studiów, Bernard pożegnał się z ulubioną paraną. Nie wyrzucił jej bynajmniej i nie sprzedał, lecz naoliwił, owinął w pergamin i wpakował do worka. W worku tym nosił kiedyś do szkoły strój gimnastyczny, trampki i filcowe pantofle. Taki worek ściągnięty sznurkiem. Wszedł pewnej nocy Bernard do ustępu, wymontował ze ściany obok umywalki wyposażony w uchwyt kafelek-mydelniczkę i świecąc latarką, popatrzył sobie na plątaninę rur kanalizacyjnych, biegnących w pionie aż do parteru i piwnic. Były tam rozmaite kolanka, zaworki i kurki. Powiesił worek na motylku ostatniego, najbardziej oddalonego od ściany kurka i wepchnął kafelek-mydelniczkę na swoje miejsce.

Tymczasem Gustaw sprawił sobie skromny motocykl marki SHL, w trzy lata zaś od chwili popełnienia zbrodni ożenił się z rosłą, zdrową panną o wydatnych piersiach i szerokich biodrach. Panna pochodziła z małej wioski pod Zgierzem i miała ten piękny zwyczaj, iż w każdy piątek po południu wsiadała w roztrzęsiony podmiejski tramwaj, aby spędzić weekend w Proboszczewicach na łonie zamożnej chłopskiej rodziny. Gustaw w związku z powyższym też nabrał pewnego zwyczaju: otóż w każdy piątek po południu zamykał warsztat, kupował w pobliskim sklepie stosowny zapas owocowego wina i jechał swoją SHL-ką na parcelę w ogródkach działkowych, gdzie przebywał aż po późny niedzielny wieczór.

 

Sumienie Gustawa było czyste jak świąteczny opłatek: co noc zapadał w kamienny sen, nie nurzał się w wyrzutach sumienia, dopisywały mu apetyt i zdrowie. Ale czas pędził ku swojemu straszliwemu przeznaczeniu. W końcu lat siedemdziesiątych wprowadził się do małego mieszkania w rzeczonej posesji Andrzej W., prawnik i polityk o zwichniętej karierze. Andrzej, rzecz jasna, nie mógł poznać Gustawa, bo i skąd? Z kolei Gustaw nie poznał Andrzeja, gdyż widział go tylko raz i tylko przez chwilę owego nierzeczywistego, odległego dnia, kiedy zamordował Joannę. Zatem ponura i nierozwikłana zagadka pozostałaby może na wieki w mroku fałszywych domysłów i plotek, gdyby szewc panował w pełni nad swoimi uczuciami. Szewc wszelako pofolgował w pewnym momencie uczuciom. Wiosną tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego ósmego roku, kiedy jego krzepka, nie najmłodsza już połowica zaszła po raz pierwszy w ciążę, szczęśliwy Gustaw wyciągnął z ukrycia złotą broszkę o główce wysadzanej brylancikami i podarował ją matce swego przyszłego potomka.

Szewcowa przyjęła prezent z godnością i zadowoleniem. Niebawem też wpięła go w bluzkę i wyparadowała na podwórko, żeby zagrać troszku na nerwach wszystkim tym sakramenckim, miastowym kobitom. Rzadko rozstawała się z broszką, toteż misterny i osobliwy klejnot został zauważony – najpierw przez zdumioną Gejszę, potem przez Jacka T. i wścibskiego Kukuryka, wreszcie przez zszokowanego Andrzeja W., który dostał niegdyś identyczną broszkę od swojej matki lekarki i ofiarował ją w prezencie zaręczynowym Joannie.

CZĘŚĆ PIERWSZA PTAKI

1

Bazar, rynek i hala targowa w okolicach placu Niepodległości stanowiły kompleks handlowy o niezaprzeczalnej egzotyce i wielkim znaczeniu dla miasta. Byłoby ze strony autora samobójstwem przytoczyć listę towarów, które można było tu kupić, poprzestańmy zatem na mięsie z prywatnego uboju, na jajach, serach, warzywach i owocach, na garderobie dla młodych, starych, zgrabnych i nietypowych, na bieliźnie dla normalnych i zboczonych, na literaturze niskich i wysokich lotów, na dewocjonaliach i pornografii, na medykamentach przeciwko nowotworom, hemoroidom i gruźlicy, na sprzęcie radiowo-telewizyjnym i komputerowo-magnetofonowym, na rybkach i papugach, na monetach i znaczkach, na poszukiwanych przez młodzież trankwilizatorach, na odkurzaczach, na kolonialnych smakołykach przywleczonych z najodleglejszych zakątków świata przez rodzimą i zagraniczną kontrabandę, na prezerwatywach i akcesoriach do onanizmu, na zabawkach, świstawkach i przeróżnych instrumentach muzycznych, na diabłach, z których pyska wyskakuje po naciśnięciu policzków czerwony sprośny języczek, na wysmyczonych z zakładów pracy waciakach, roboczych kombinezonach i filcowych butach, na obrazach olejnych i gobelinach przedstawiających sarny w lesie i jelenie u wodopoju, na zdjęciach i rzeźbach z obliczem Jana Pawła II, na sztucznej i prawdziwej biżuterii, na rasowych i skundlonych szczeniętach, na emblematach samochodowych uprowadzonych nocą z prywatnych i strzeżonych parkingów, na wyposażeniu pozwalającym uprawiać wszelkie elitarne i masowe dyscypliny sportu, na przyrządach optyczno-astronomicznych służących do obserwowania ruchu ciał niebieskich w kosmosie i ruchu ciał ludzkich w łóżku, na ziarnach, kwiatach i sadzonkach, na ziołach o czarodziejskiej mocy, na lizakach do zatrzymywania i kontrolowania pojazdów, na skradzionych milicyjnych mundurach i czapkach, na butlach z gazem łzawiącym, na gumowych kingsize’ach, którymi marynarze okładają w tropiku niesforne i bezczelne mahmudztwo, na drukowanych horoskopach dla poszczególnych znaków zodiaku, przepowiadających temu, co je kupi, dużo szczęścia i wielką fortunę, choćby zdechlak wisiał już lewą nogą nad grobem, a na prawej miał tylko dziurawą trupięgę, na kalkulatorkach zastępujących ociężałym handlowcom trzy pierwsze zwoje kory mózgowej, na wytrychach, łomach, kluczach i zamkach stanowiących cenną pomoc naukową dla początkujących włamywaczy, na tradycyjnych i nowoczesnych, nader skomplikowanych wędkach do polowania na karpie w trybie legalnym i kłusowniczym, na maszynach do pisania o szalonej doprawdy rozpiętości wieku, niektóre bowiem, jak „Continental”, przetrwały cudem do dziś od początków naszego atomowego stulecia, inne zaś, elektroniczne, gotowe bez udziału człowieka zredagować standardowy spicz polityczny lub przepojoną wyrazami głębokiego współczucia depeszę kondolencyjną, zdają się owo parszywe stulecie kończyć, jako i my winniśmy wreszcie skończyć tę niegodną ambitnego pisarza wyliczankę.

Tu wszelako należy powiedzieć, iż bogaty asortyment towarów, wspomnianych przez autora tylko z grubsza i pokrótce, pozostaje w ścisłym związku z wielce rozległą panoramą typów, które spotka oszołomiony przechodzień na targowisku w rejonie placu Niepodległości. Zakole dziejów, deprecjacja zawodów, nienotowany w tysiącletniej historii narodu upadek moralny i umysłowy wartości, cynizm, egoizm i bluźnierstwo doprowadziły do tego, że jednoizbowy, strachliwy w gruncie rzeczy i nieporadny parlament jest we współczesnej Polsce fałszywym tylko i zniekształconym zwierciadłem mnogich warstw, stanów i nastrojów społecznych, prawdziwym zaś wizerunkiem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej stało się właśnie spryskane posoką wieprzków i śledzi targowisko, gdzie zobaczysz na każdym kroku w charakterze kupujących, no i przede wszystkim w charakterze sprzedających zacną doprawdy mieszankę towarzysko-etniczną i fachowo-klasową: cuchnącego gnojem chłopa obok uperfumowanego inżyniera, wieśniaczkę w barwnym łowickim stroju obok damy, która pokropiła się za uchem chanelem numer pięć albo, w najgorszym wypadku, chanelem numer osiemnaście, prowincjonalną miłośniczkę uciech seksualnych, wytresowaną w miłosnych świadczeniach za płotem remizy ochotniczej straży pożarnej, obok panny z dobrego domu wystawiającej dupę w akcie miłosnym pozbawionym jakiegokolwiek wyrachowania, ekshibicjonistę ceniącego sobie tłoczny jarmark, gdyż za węgłem straganu łatwo nawiązać kontakt wzrokowy z kobietą i pokazać jej to i owo, obok tragicznie smutnego mężczyzny, dla którego świat bez kobiet nie straciłby wcale na uroku, alkoholika, który wypił na śniadanie pół litra denaturatu i zaśpiewał uszczęśliwionym barytonem arię z opery Straszny Dwór obok łyka, któremu partia i rząd wmówiły, iż najlepszym lekarstwem na katar jest zaprawione trującą wodą mleko, zdolne wydrzeć z najsmutniejszych ust pieśń potężną jak dzwon, analfabetę handlującego książkami obok myśliciela handlującego starzyzną, doktora filozofii, który prawdziwego sensu życia doszukał się dopiero w chwili, kiedy najął go do posług fizycznych targowy rekin, obok samouka, który siedzi w kiosku i serwuje ludzkości porcje soczystej kiełbasy z musztardą, zaś w przerwach przyswaja sobie podstawowe wiadomości z zakresu geografii RFN. I tak dalej, kochany czytelniku. Spotkasz tu liczne szpany złodziejskie: drobnych kieszonkowców, początkujących farmazonów, urkesów zdążających do celu najprostszą drogą „porwać i uciec”; spotkasz hycla, rosomaka, potrafiącego obserwować i czekać doliniarza oraz potrafiącego obserwować i czekać rozpruwacza, którego łupem padnie o drugiej nad ranem czyjaś dobrze zaopatrzona buda; spotkasz wydrwigrosza, oszusta, podjudzacza, stręczyciela, deprawatora cnotliwych panienek, gotowych zapomnieć o przykazaniach rodziców na widok modnej sukienki; spotkasz także milicjanta i tajniaka.

– Malinowszczak jedzie!

– Gdzie?

– Tam.

– W tym białym pudełku?

– Tak. Musi mieć dzisiaj przy sobie lekko piętnaście bąbli.

– Skąd pan to wiesz, panie Sławeczku? – zapytał grubego straganiarza człek o zagłodzonych policzkach biedaka.

– Bo jest z obstawą. Jak on ma przy sobie dwa–trzy melony, to przyjeżdża sam, a jak ma więcej niż dziesięć, to bierze ze sobą szwagra, który normalnie pracuje jako strażnik w banku spółdzielczym (padła nazwa podwarszawskiej miejscowości) i jest specjalistą od konwojowania grubego szmalu. Kapujesz, Głuptas?

– Kapuję, co mam nie kapować, panie Sławeczku – odparł chudzielec, który często wprawdzie obżerał się mięsem, ale tylko w marzeniach sennych. Jak każdy nędzarz przebywający na rynku wyłącznie w celach towarzyskich, jak każdy nędzarz wysługujący się ze wszystkich sił możnym i bogatym handlarzom, biegając dla nich po papierosy, przynosząc im napoje i kanapki, Głuptas nigdy nie miał dość nowinek z wielkiego świata. – I co on jeszcze robi, ten szwagier? – pociągnął. – Co on jeszcze robi, panie Sławeczku?

Straganiarz o porządnym brzuchu i czerwonych, tryskających zdrowiem policzkach odburknął:

– Pilnuje, żeby Malinowskiemu nie stała się krzywda.

– Nie wygląda na atletę.

– Ale jest przy broni.

– Przy broni?! – powtórzył zachwycony Głuptas. – Mówisz pan, przy broni? Przy rewolwerze?

– Jasne.

– I gdzie go trzyma?

– W kaburze pod pachą. Gorąc, wszyscy chodzą w samych tylko koszulkach, a on włożył kapotę. – Ogorzała twarz straganiarza przybrała nagle wyraz zadumy. Mruczał, nie patrząc na Głuptasa: – Jest piątek. Jest dziesiąta rano. Tego dnia i o tej porze szwagier konwojował zawsze z banku całe wory papieru, całe wory siana, za które można by spokojnie postawić pałac z basenem w ogrodzie i z basenem w środku…

– Skąd pan to wiesz, panie Sławeczku?

– Co on tu dzisiaj robi? Tu musi być dzisiaj wielki interes – ciągnął swoje podniecony straganiarz. – Malinowszczak nie raz żartował, że gdyby jego szwagier był mądry i skręcił kiedyś w lewą ulicę…

– Po ile te kurtki?

– Po dwadzieścia – odpalił machinalnie straganiarz, nie zaszczycając nawet klienta wzrokiem.

– A jak wezmę pięć?

Dopiero teraz Sławeczek zainteresował się chłopcem o bystrym, inteligentnym i śmiałym obliczu przemytnika.

– Do Związku Radzieckiego pan jedziesz?

– A co panu za różnica, gdzie ja jadę: do Związku Radzieckiego czy do Związku Harcerstwa Polskiego? – huknął gburowato młodzieniec, który był z dziewczyną i usiłował wywrzeć na niej dodatnie wrażenie.

– Jak pięć, to po dziewiętnaście.

– Po szesnaście.

– Pan chyba zwariował?!

– Tak, zwariował pan chyba?! – poparł Sławeczka chudzielec. – Nigdzie nie znajdziesz dla Rusków lepszych i tańszych kurtek.

– Nie wtrącaj się, Głuptas – osadził go straganiarz.

– Siedemnaście – rzekł stanowczo przemytnik.

– Spływaj pan!

– Do klienta trzeba mówić grzecznie, bo w przeciwnym wypadku można mieć ciężkie kłopoty. – Chwycił dziewczynę za rękę i chciał odejść, lecz straganiarz powstrzymał go raptem.

– Dawaj pan siedemnaście i pół.

Chłopak szybko odliczył pieniądze, obejrzał kurtki, po czym kazał je zapakować. Dziewczyna była oczarowana. Wszyscy byli zadowoleni. Cieszył się nawet, Bóg wie czemu, człowieczek o sympatycznej i poczciwej buzi głodomora.

Tymczasem w sąsiednim straganie, który podobnie jak stragan Sławeczka składał się z drewnianej budy, namiotu i ekspozycji zewnętrznej, zapanował nastrój zawiści i przygnębienia. Bernard T., trzydziestodziewięcioletni magister ekonomii, powinien z racji swego zawodu i wykształcenia odnosić pośród rynkowych konkurentów same zwycięstwa i sukcesy, powinien niszczyć ich, druzgotać, rzucać na kolana i udowadniać każdym posunięciem, że jest lepszy niż jakiś tam niedouczony chłopek, jakiś tam buras, kartofel czy pomidor. Wszelako rzecz się miała odwrotnie: inteligencja i wykształcenie przegrywały w twardych jarmarcznych bojach z chamstwem, bezczelnością i sprytem. Pozbawiony godności i dumy buras górował zwykle nad panem magistrem i nabijał się z niego za plecami. Bernard dałby głowę, iż przyglądający mu się ukradkiem Sławeczek, który zrobił już od rana kilka świetnych interesów, wie doskonale, że magister nie sprzedał jeszcze nic, chociaż ma na składzie te same szlagiery, te same tandetne spódnice i spodnie.

Z głębi namiotu dobiegł go syk żony:

– A widziałeś, widziałeś!

Odwrócił się i powiedział cicho:

– Stul pysk.

Wszystko grało mu tego dnia na nerwach. Czuł pod językiem żółć. Ludzie bogacą się, budują, wyjeżdżają za granicę, pierwszy lepszy gnojek mówi o milionach, a on co? Nic!

Spłacił dwupokojowe mieszkanie w spółdzielni i kupił używanego peugeota, który niebawem zamieni się w kupę złomu. Zerknął z niechęcią na przystojnego, szpakowatego mężczyznę, brylującego w zatoczce pomiędzy dwoma rzędami straganów obok zaiste dziwnego samochodu: białego, krótkiego, szerokiego i wysokiego z atrapą osłonową na przednich i tylnych światłach i z przyczepą, do której ludzie ładowali całe stosy towaru. Malinowszczak, kurwa jego mać! Stać faceta, żeby zainwestować lekką ręką w tandetę kilkanaście baniek i wziąć do ochrony uzbrojonego goryla. A on ledwo wiąże koniec z końcem, ledwo płaci podatek od obrotu, ledwo radzi sobie z kaprysami żony i nikt go nawet nie chce okraść, na czym mógłby zarobić trochę grosza. Co najmniej raz w tygodniu jest włamanie do którejś z bud. Do Sławeczka i do paru innych cwaniaków włamywano się już wielokrotnie. Kiedy dochodziło do tych nieszczęśliwych wypadków, pokrzywdzeni dosłownie tańczyli z radości i czym prędzej zgłaszali sprawę w PZU. Jeśli tylko mogli udowodnić, że ograbione stragany były odpowiednio zabezpieczone w kratownice, sztaby i kłódki, ich większe lub mniejsze nieszczęście przeistaczało się automatycznie w mniejsze lub większe szczęście. Każdy wmawiał ekspertom PZU, że okradziono go na dwa miliony, eksperci zaś wmawiali każdemu, że stracił w masie towarowej nie więcej niż trzysta–czterysta tysięcy. Tak czy owak, walczący dzielnie o swoje poszkodowany dostawał około miliona i był do przodu.

 

Bernard nie był jednak do przodu. Rabusie, włamywacze, łupieżcy i rozpruwacze stronili od magistrowego stanowiska jak od zarazy. Bernard chwilami posądzał przestępców o zmowę i żył w przekonaniu, że gdyby nawet pozostawił swoją budkę otwartą, i tak nikt nie wyniósłby z niej pojedynczej pary skarpetek.

Rynek szumiał, huczał, zawodził, śpiewał, wybuchał okrzykami radości i gniewu, szarpał się, targował i awanturował, ale wezbrane, rwące wśród stoisk i straganów kłębowisko nie dostrzegało jakoś Bernarda, lekceważyło go jakoś i pomijało.

„Spokój. Mam po prostu gorszy dzień. Mam po prostu dzisiaj smutną i zniechęconą mordę, a ludzie tego nie lubią. Spokój, spokój! Oto i pierwszy klient!”

Patrzył z obrzydzeniem na skradającego się chyłkiem pajaca. Najpierw doleciał go przerażający, przesycony odorem wina, papierosów i psujących się zębów oddech, a dopiero potem słowa:

– Kup pan.

Bernard opuścił wzrok i zobaczył w chudych, czarnych, skulonych szponach pajaca zegarek. Przemógł wstręt i wziął go w dwa palce. Pajac strzelił okiem w lewo i w prawo, po czym zachrypiał kuszącym, kruczym, dziwnie jakoś współgrającym z zakrzywionymi szponami głosem:

– Doxa. Karatowe złoto.

– Komu to zginęło?

– Nikomu. Pamiątka po babci, szefie.

– Na pewno po babci, ale nie twojej.

– Mojej, szlag mi na serce!

– Ile za to chcesz?

– Dychę.

– Spierdalaj.

Mały, staroświecki, cenny niewątpliwie zegarek ugrzązł na powrót w szponach pajaca. Ten nie odszedł jednakże.

– W potrzebie jezdem jak raz, daj pan osiem!

– Spierdalaj, powiedziałem. Ale już!

– Niby dlaczego?! Niby dlaczego obrażasz pana?! – zapytała ciepło żona Bernarda. Wyszła z namiotu, gdzie układała i rozwieszała konfekcję. Była pulchną, dobijającą czterdziestki blondynką o łapczywych ustach i chytrej, znieprawionej, zachłannej twarzy, zdolnej jeszcze wzbudzić namiętność w niejednym mężczyźnie. Patrząc z całą mocą w mężowskie oczy, przekazywała mu bezgłośnie burzę szalejących myśli i uczuć: na co czekasz? Przecież to jest okazja, idioto! Rusz się do diabla, bo zacznę wrzeszczeć!

Bernard łagodniej spojrzał na pajaca, mruknął: „Odejdź pan stąd natychmiast dla własnego dobra”, po czym chwycił żonę ponad łokciem w kleszcze swoich twardych, morderczo silnych palców i wciągnął ją do namiotu.

– Nie wtrącaj się do moich spraw – powiedział.

Kobieta wyglądała tak, jakby miała zwymiotować. Rozmasowywała ramię. Była blada i spocona. Z bólu. Nie znaczy to jednak, że zapomniała o swoim kąśliwym babskim jęzorze.

– Przestań mnie szarpać, ty głupi, parszywy draniu, bo zrobię takie piekło, że popamiętasz!

– Nie wtrącaj się do moich spraw – powtórzył spokojnie Bernard. – Sam nimi pokieruję, jak będzie trzeba.

– Pokierujesz! Pokierujesz! – Jej gardło zdołało wyprodukować sztuczny, urągliwy, pełen szyderstwa, nienawiści i pogardy śmiech. – To było warte czterdzieści albo i pięćdziesiąt tysięcy.

– Jasne – zgodził się Bernard.

– Więc czemu tego nie wziąłeś? Bo kradzione? Jesteś niby taki uczciwy?

– Nie jestem uczciwy, ale nie chcę mieć do czynienia z milicją.

– Sławeczek nie boi się jakoś milicji. Zobaczysz, zaraz to chapnie.

– Niech chapnie.

Wrócił przed namiot. Pajac zniknął. Sławeczek i towarzyszący mu niezmiennie Głuptas obserwowali z respektem poczynania Malinowskiego, który zbierał się do odjazdu.

– Idę się napić – rzucił Bernard żonie. Zapalił długiego amerykańskiego papierosa i ruszył pośród straganów do budki z oranżadą. Miał ochotę na coś mocniejszego, ale miał również samochód i musiał o tym pamiętać.

No, no! Ten nieznany mu zupełnie z widzenia i ze słyszenia Malinowski też miał samochód. Zdziwiony Bernard stwierdził, że nie był to wcale zachodni wóz, lecz terenowa wersja łady, niva 1600, z dodatkową przekładnią biegów, z napędem na tylną i przednią oś i z niezależnym zawieszeniem dla wszystkich czterech kół uzbrojonych w nowe japońskie opony Super Digger IV Yokohama. Wąskie błotniki o gumowych uszczelkach dowodziły, że można je w każdej chwili wymienić. Ślepia czołowych reflektorów wyposażone były w wycieraczki, a wnętrze pojazdu w radio, w umieszczony dyskretnie antyradar i w dysze klimatyzacyjne zdolne w największy upał obniżyć temperaturę powietrza tak wydatnie, że trzeba sięgnąć po sweter. Takim wozem można polować na lwy w Afryce. Ale z tyłu, za dwoma pierwszymi, jedynymi zresztą siedzeniami, w pomieszczeniu, gdzie powinien spoczywać zabity lew, spoczywały od podłogi po dach bezlitośnie stłoczone wyroby z madery i teksasu, których zresztą jeszcze więcej było w przyczepie.

Malinowski podawał łaskawie rękę żegnającym go czołobitnie dostawcom, tymczasem jego niemłody już, najwyraźniej sterany życiem goryl zdawał się drzemać na przednim prawym siedzeniu z kwaśną miną osobnika cierpiącego na wrzód dwunastnicy.

Nie wiadomo skąd zaświtała nagle w głowie Bernarda myśl, że spotka jeszcze tego człowieka o żółtawej twarzy i rzadkich, mysich, zaczesanych do góry włosach. Pił wolno mętną landrynkowatą ciecz, chłodniejszą trochę od lekko wystudzonej zupy i palił bez smaku drugiego już papierosa. Słońce przygrzewało solidnie, czuł na spoconym czole delikatną pieszczotę wiatru. Świat dookoła był piękny, piękne były opalone, wydekoltowane, spacerujące z leniwym wdziękiem dziewczyny, których czujne, bystre ślepka myszkowały pilnie w dżinsowym buszu z nadzieją na coś specjalnego. Gołębie i wróble dziobały w pokojowej koegzystencji piaszczyste obrzeża jarmarku, dzieciaki objadały się lodami, a Cyganki o tłustych policzkach wróżyły z kart.

Bernard westchnął pełną piersią. Nerwy puściły. Nie jest źle. Żyje, oddycha, ma co jeść, wieczorem zawsze może palnąć sobie lufę. Zapłacił i ruszył ku swojemu niefartownemu stoisku, bacznie unikając spojrzeń kolegów – straganiarzy. Jak gracz, który odchodzi na chwilę od rulety, aby przeczekać złą passę, tak i Bernard zaczynał wierzyć, że kapryśne koło fortuny potoczy się zaraz w drugą stronę. Zaraz zrobi początek, jeśli nie zrobiła go już żona, a potem będzie sprzedawał jak szalony. Przyspieszył kroku. Samopoczucie konsekwentnie szybowało w górę, ale raptem uderzyła Bernardowi do głowy wściekła, zwarzona nienawiścią krew.

– Nie, ja tę kurwę zabiję! – powiedział na cały głos widząc, że żona istotnie próbuje zrobić początek z tym pajacem-łachmytą, który wykorzystując nieobecność gospodarza, znowu podjechał do budy ze złotą, odziedziczoną po babci doxą.