Ostatni akord

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Prorok namiętnyNawrócony lubieżnikŚmiech w KościeleMisja onkocelebrytyNicowanie mituArs moriendiprzewodnicy

Prorok namiętny

Dwie najnowsze publikacje o. Augustyna Pelanowskiego to zapisy rekolekcji wygłoszonych w czasie wakacji i adwentu w 2015 r.

Te rekolekcje są może bardziej chaotyczne niż poprzednie książki paulina, ale przecież bardzo ważne, bo też osoba Augustyna Pelanowskiego jest niezwykle istotna dla rozważań o przygodach naszego ducha. Nie po raz pierwszy okazuje się, że kiosk parafialny bywa ciekawszy niźli księgarskie markety.

Autobiografia

Kapłan i tym razem nie stara się być przezroczystym narratorem przekazującym sterylną prawdę Ewangelii, nie kryje się za obiektywnymi mądrościowymi sentencjami, lecz często obnaża się przed odbiorcą, zdając sprawę z walki, jaką toczy o własne zbawienie.

Głoszenie Słowa, nauczanie w ujęciu Pelanowskiego to bowiem swoista forma autobiografii.

Gwałtownik Boży, charyzmatyczny duszpasterz obdarzony prorockimi darami, przeszywający rozmówców bezlitośnie prześwietlającym spojrzeniem (Marcin Jakimowicz porównuje go w tym do św. o. Pio), zarazem szarpany namiętnościami, chętnie przywołujący oścień świętego Pawła jako symbol bezustannego nękania i doświadczania przez Boga, jawi się z kart najnowszych książek jako człowiek mocno poraniony i poturbowany, rozpaczliwie potrzebujący Bożego miłosierdzia. Kształtując odbiorcę swojego słowa na własny obraz i podobieństwo, Pelanowski odbywa podróż przez Pismo Święte w poszukiwaniu diagnozy znękanej współczesnej duszy. W biblijnych opowieściach odkrywa, czy też może w nie wpisuje, wewnętrzne krajobrazy i metafory świadczące o ciemnych miejscach człowieka. W znanych i czasami poczciwie brzmiących wersetach odczytuje dzięki filologicznym czy numerycznym grom, przypominającym rabinackie rozważania, zakodowany przekaz o udręce naszej duszy, o jej chorobie wymagającej jedynego Lekarza.

Człowiek w ujęciu paulina to istota zraniona, ofiara toksycznych – często nieuświadomionych – relacji, wciąż wystawiona na pokusę pysznego wywyższania się, dominowania, zapominania o tym, co najważniejsze.

Ojciec Augustyn bezwzględnie odtwarza nie tylko ciągoty człowieka w korporacji, lecz także zagrożenia stające przed kapłanem, przed nim samym:

Mogę w sobotę wieczorem odprawiać Mszę z płomiennym kazaniem, wzruszając ludzi do łez, odmawiając kolektę, drżącymi rękami podnosić Hostię, by inni patrzyli, jakim jestem pobożnym kapłanem, uśmiechać się do zebranych i składać ręce pod nosem jak Karol Wojtyła. […] Mogę starać się rozdawać komunię gestem o. Pio, mając dłonie wysmarowane perfumami Diora o nucie zapachowej drewna cedrowego wzbudzającej u przyjmujących ekstazę […]. Ale przecież „prawdziwi jesteśmy wtedy, gdy nikt nas nie widzi”. A na pewno nie wtedy, gdy gramy przed innymi doskonalszych, niż jesteśmy.

Kompromitacja

Zdaniem Pelanowskiego dla pełnego lęku człowieka współczesnego, który wciąż szuka potwierdzenia siebie, mozolnie buduje swój wizerunek, bojąc się prawdy o sobie, najlepszą terapią jest kompromitacja. Augustyn głosi pochwałę osobnika skompromitowanego, publicznie spostponowanego człowieka gotowego na przyjęcie Bożej prawdy. Trąci to trochę Dostojewskim, gdy kapłan pokazuje człowieka dążącego do samoponiżenia, odartego z godności, tego, kto wreszcie zrozumiał samego siebie i na wzór syna marnotrawnego może przylgnąć do Ojca.

Paulin nie lubi światłocieni – w swych sądach jest radykalny i ma skłonność do przedstawiania życia wewnętrznego w ekstremalnych kategoriach. Swymi naukami, lekturą Biblii chce demaskować toksyczne relacje, w których pozostajemy, chce obnażać fałsz, docierać do ciemnych zakamarków naszej duszy. Coś, co zdawałoby się, wymaga tylko lekkiej korekty – jakieś niedoskonałości w relacjach z innymi, zaniedbania w życiu duchowym – przez Augustyna wypalane jest gorącym żelazem.

Pelanowskiego zżera gorliwość. Nie boi się mieszania duchowego z fizycznym. Choroby często prezentuje nie tylko jako metafory naszego wnętrza, lecz także realne skutki złego ducha, który nas opanował: „Dzieci chorują, gdy rodzice nie mają wiary w Jezusa”, „płytka religijność rodziców zwiastuje często głębokie opętanie potomstwa”.

Nie ma o. Pelanowski wyrozumiałości dla współczesnego świata. Jego zdaniem żyjemy w czasach spełniającej się Apokalipsy, gdy rzeczywistość stała się wielką Sodomą czy też rozwiązłymi Pompejami, a grzech pleni się i woła o Boskie oczyszczenie – potop lub ostateczny koniec. Kapłan przywołuje znaki, zarówno te związane z zepsuciem człowieka, rozplenianiem się homoseksualizmu, zabijaniem nienarodzonych, gwałtami na dzieciach, publicznym zgorszeniem, jak i globalnymi sygnałami spełniania się apokaliptycznych przepowiedni, zjawiskami astronomicznymi, katastrofami, imigracją, klęskami żywiołowymi, wreszcie przygotowaniami armii do wielkiego ostatecznego boju. Widzi wyczerpanie się duchowe świata, utożsamianego przez niego z cywilizacją zachodnią, widzi, że nadchodzi moment przesilenia.

Odwaga profety

W adwentowych apokaliptycznych rekolekcjach zatytułowanych Nie ma już czasu! Pelanowski swobodnie miesza bardzo różne porządki: to występuje z oskarżeniem korporacji i świata polityki, cytując antykapitalistyczne manifesty, łącząc je zresztą z opisami starożytnego imperium asyryjskiego, to odwołuje się do katastroficznych filmów i pomruków uśpionych wulkanów. Przywołuje statystyki, by obok cytować maryjne objawienie. Przeskakuje na różne poziomy lektury biblijnych przepowiedni związanych z czasami ostatecznymi. Raz czyta je prawie dosłownie, kiedy indziej wznosi się na wyżyny interpretacji poetyckiej czy wręcz mistycznej i odnosi przywoływane obrazy do sfery życia wewnętrznego. Czytając opowieść o apokaliptycznym Armagedonie, wieszczy starcie islamu (sił „fałszywego proroka”, czyli Mahometa), Wschodu („smoka”) i Zachodu (zachłannej bestii, oznaczonej liczbą 666).

Nie boi się, nie krępuje odczytywać znaków. I to nie tylko pioruna, który uderzył w bazylikę św. Piotra w dniu abdykacji Benedykta XVI, lecz także lokalnych tragicznych zdarzeń, które zasilały przez moment krajowe portale. Śmierć przygniecionej drzewem podczas lipcowej burzy Katarzyny Bienias skomentuje: „Jeśli ktoś doszedł do sławy na promowaniu homoseksualizmu i nienawiści do drzewa krzyża, może okazać się, że drzewo stanie mu na przeszkodzie, jak to się stało z panią Bienias, aktywistką LGTB. Odrzucając znak drzewa krzyża i tak nie uniknie się konfrontacji z drzewem, na którym pokrzyżują się plany ukrzyżowania jeszcze raz Chrystusa. Dla jednych to, co stało się z tą panią, będzie tylko nieszczęśliwym wypadkiem, dla innych zaś znakiem do nawrócenia. Katechizm naszego Kościoła twierdzi, że kary Nieba są wyrazem miłosierdzia, by ludzie się opamiętali (por. KKK 1609)”.

Że niemiłe, nieeleganckie, że tak nie wypada, prawda? Ale przecież to jest mowa prorocka. To jest desperacka odwaga profety. Tak po oczach walili mężowie zesłani przez Pana. Dobrze, posłuchajcie dalej:

Krzysztof Globisz czytał Golgota Picnic i jakimś „przypadkiem” trzy tygodnie później dostał udaru mózgu w czasie czytania – nomen omen – Martwych dusz Gogola. Nazwisko Gogola to nie to samo co Golgota, ale jedno jest pewne, aktor dziś ma trudności z wysławianiem się, a jego wypowiedzi są raczej bez znaczenia. Zapewne dla współczesnego człowieka żaden to znak, jedynie czysty przypadek, bo życie nie ma znaczenia, a więc nie ma w nim żadnych znaków. Cóż jednak by powiedziała sama Opatrzność Boga? Czy Opatrzność może zsyłać tak tragiczne wypadki, skoro jest objawieniem miłosierdzia? Tak, istnieją bowiem ludzie, którzy dopiero w wielkim dramacie są zdolni dostrzec znaki ostatecznego ostrzeżenia. Do niektórych ludzi już nic nie przemawia prócz cierpienia.

I przywołuje Pelanowski przykłady chorób i cierpień Marksa, Freuda i Nietzschego, i rozwija myśl o Bożej pedagogice, wskazując jednocześnie, że te ingerencje mogą jednych wieść ku opamiętaniu, innych ku jeszcze większej perfidii.

Gorliwość

Miejscami jego rekolekcyjne nauki sprawiają wrażenie przeładowanych: skojarzenie goni skojarzenie, a chęć przekonania słuchaczy do swej wizji powoduje nadmierne spiętrzenie argumentów, przykładów, tropów. Pelanowski ulega swej predylekcji ku wędrówkom filologicznym czy etymologicznym, ku tropieniu zaszyfrowanego przekazu tkwiącego w nazwach geograficznych, liczbach, do prześwietlania biblijnej greki oraz hebrajskiego i snuciu rozważań o polach semantycznych poszczególnych słów. Chce zawojować odbiorców, więc w finale adwentowych rozważań mnoży przykłady cudów, przywołuje lewitującego św. Józefa z Kupertynu, stawia nam przed oczyma hiszpańskiego wieśniaka z XVII w. Miguela Pellicera, który odzyskał amputowaną nogę, zakopaną 100 km od niego w szpitalu w Saragossie, wylicza przykłady rozmnożenia jedzenia przez współczesnych i dawnych świętych, opowiada o uznanych cudach eucharystycznych i objawieniach prywatnych – drobnych znakach innej rzeczywistości. Jakby gorliwość rekolekcjonisty nie była w stanie pohamować strumienia skojarzeń, argumentów, przykładów.

Jakież są więc rady dla naszego świata ostatnich czasów? Ufajcie Kościołowi – mówi Pelanowski, ufajcie kapłanom, zachowującym celibat, „którzy żyją w samotności, szanują swoje powołanie i żyją w czystości sumienia i serca” (tu odwołuje się do obrazu mężczyzny niosącego dzban, który miał wskazać uczniom miejsce na ostatnią wieczerzę). „Trzeba chodzić na Eucharystię za takimi kapłanami, bo […] nadszedł czas odstępstw i również pośród kapłanów mogą się ujawniać w czasach ostatecznych tacy, którzy nawet w czasie coming outu nie potrafią być sami, lecz opierają się na wspólniku grzechu”. Przygotowujcie się do dnia sądu, gdy staniemy w prawdzie przed Panem – apeluje Pelanowski i wskazuje na sakrament pokuty, spowiedź jako świetny element treningu. Przystępujcie do Najświętszego Sakramentu. On bowiem ma moc nie tylko uzdrawiającą, ale i – jak to określa o. Augustyn – atanatyczny (od „tanatos” – śmierć), sprzeciwiający się śmierci.

 

Kościół sakramentalny staje więc wobec zepsutego świata i o. Augustyn Pelanowski z Biblią w ręku pokazuje drogę przygotowania na przyjście Pana. Strząsa pył z sandałów, widząc, że doczesność jest nie do uratowania, z proroczym żarem odczytuje znaki końca i wzywa do pokuty.

Augustyn Pelanowski, To, co Najważniejsze, paganini, Kraków 2016.

Augustyn Pelanowski, Nie ma już czasu!, Rafael, Kraków 2016.

[„Do Rzeczy”, 23/2016]

Nawrócony lubieżnik

Rekolekcje dzisiaj? Przesyłka zamówiona przez Internet, płytka albo empetrójka, którą w dowolnym czasie można sobie odpalić. Przez słuchaweczki iPhone’a snuje się głos kapłana.

Jestem nikim. Lekcje Jozuego to trzypłytowy zestaw konferencji o. Adama Szustaka, rocznik 1978, dominikanina – niesamowitego kaznodziei, lubieżnego kapłana, opowiadającego o swym nawróceniu. Szustak, chyba najpopularniejszy obecnie duszpasterz, człowiek przyznający się do opętania seksem, grzech nieczystości popełniający nie w jakichś formach zastępczych, w dziwacznych oszukańczych upadkach, nie jakoś w skos, z ciągłym alibi, że to nie to, że on tylko chce sobie popatrzeć, dotknąć, lecz lecący na samo dno. Dominikanin, jak wynika z jego zwierzeń, to grzesznik pełną gębą, korzystający z usług prostytutek, łamiący przykazania w sposób niepodlegający zawiłym interpretacjom i wytłumaczeniom. Mówi o swej drodze, o dziwacznych zachowaniach zarówno w seminarium, jak i potem, gdy – jako ksiądz przeżywający swą niewiarę – stanął na czele krakowskiego duszpasterstwa akademickiego Beczka i rzeczywiście dla kogoś z zewnątrz jego postać może jawić się jak wyjęta z antyklerykalnych anegdot.

Słuchając konferencji o. Szustaka, najpierw oczywiście zaspokoiłem swą ciekawość i wystartowałem od trzeciej autobiograficznej płyty, na której zarejestrowano opowieść o drodze życiowej kapłana, który zaledwie osiem lat temu doznał głębokiego nawrócenia, „doświadczył zbawienia” i przepalił seksualne zniewolenie pod wpływem spotkania z misjonarzami z Brazylii, odwiedzającymi Polskę na zaproszenie warszawskich dominikanów. Ojciec Antonello Cadeddu wraz z ojcem Henrique Porcu zamknąwszy się z Szustakiem w kaplicy krakowskiego klasztoru, dokonali rzeczy niesamowitej. Szustak określa zdarzenia z 16 maja 2008 r. mianem swoich nowych narodzin w Chrystusie, spotkaniem Boga żywego. Ojcowie zaczęli się modlić, a Adam zlany łzami zaczynał doświadczać rzeczy niewyobrażalnych. Czuł, jak Henrique otwiera mu klatkę piersiową i wyjmuje z niej serce, by od Boga wziął nowe, słyszał, jak współbracia mówią mu o jego życiu rzeczy, których nie mieli prawa znać, słyszał naukę o nowym imieniu, jakie winien przybrać, bo nosił je od zawsze.

Rekolekcje

Zerknąłem w Internety już po wysłuchaniu trzech płyt z konferencją Szustaka osnutą wokół Księgi Jozuego, a wydanych niezwykle starannie przez wydawnictwo RTCK. Czegóż zresztą nie ma w ofercie tej oficyny! I rekolekcje dla kobiet, i dla mężczyzn, i dla tkwiących w toksycznych związkach, i dla leniwych. Robi się naprawdę amerykańsko. Koniec wymówek. Trenuj z Jezusem ciało i ducha. Trzy kroki, jak naprawiać trudne relacje. Jest też dwupłytowy album Czarny humor z bonusem DVD, gdzie dwaj księża – Pawlukiewicz i Kowalski – robią za wesołków i sprzedają ucieszne anegdoty ze swojego duszpasterzowania. Do wyboru, do koloru.

Zerknąłem w Internety i okazało się, że oto o. Adam Szustak za parę dni zaczyna rekolekcje na Ursynowie! Czy to znak? Nie ma przecież przypadków, nie ma. Sam Szustak mówi za św. Augustynem, że przypadek to taka ingerencja Boga, gdy chce pozostać niezauważony.

Ale tu za dużo znaków, by nie poddać się myśli o specjalnej ingerencji: bo oto rzecz odbędzie się w kościele Wniebowstąpienia Pańskiego, tej niezwykłej ursynowskiej świątyni, która z mieszkańców tej wielkiej warszawskiej sypialni miała uczynić wspólnotę. W zaprojektowanej przez Marka Budzyńskiego i Zbigniewa Badowskiego świątyni, która przecież zadawała pytanie o to, co w naszej wierze jeszcze żywe, a co jest tylko cytatem i pragnieniem powrotu do dawnego obrządku. Wielka ceglana fasada ni to cytat, ni forma żywa. Otoczaki jako materiał budowlany – żart czy sprawa serio? I jeszcze ta dzwonnica niczym wieża warowna – wyraźna już zabawa z formą, demonstracja, że budowla ta może być odczytywana jako układanka ze starych klocków, jakby dziecinne marzenie o powrocie w dawne czasy, w dawne wieki, gdy wierzyło się i modliło naprawdę.

Jadę więc do tego kościoła, bohatera pierwszego odcinka Dekalogu Kieślowskiego, do którego wnętrza dążył przez zaśnieżone wertepy otumaniony polski ludek, kościoła, gdzie Matka Boska płakała stearynowymi łzami, jadę i szukając miejsca do zaparkowania, mijając tłumy młodych, wychodzących z metra, idących alejkami, wspominam sobie nastrój moich dawnych rekolekcji. Tych młodzieżowych, sprzed lat, sprzed Internetu, komórek. Gdy wieść o naukach jakiegoś kapłana przekazywało się z ust do ust, gdy z dnia na dzień w Świętej Annie, w Świętym Krzyżu, u dominikanów na Nowym Mieście rosła liczba uczestników zwiedzionych rozchodzącą się pogłoską. Rekolekcje, po których długo dyskutowało się z przyjaciółmi na schodach kościołów, rekolekcje, po których nieodmiennie czuło się odrobinę zawodu, ale przecież zostawały – w formie notatek, obrazka, jakiegoś literackiego tropu.

Osobliwa misja

A teraz idę w dziwacznej roli – ni to szpiega, ni krytyka: chcę zobaczyć i posłuchać o. Szustaka, bo dostałem na niego zlecenie, bo kontakt z nim może być dobrym doświadczeniem przed Światowymi Dniami Młodzieży. No pewnie, że czuję obcość. Tak jak nie dla mnie Dni Młodzieży, no dość groteskowo brzmiałyby w mych ustach słowa pieśni: „Maryjo, jesteśmy młodzi… Już dzisiaj zależy od polskiej młodzieży następne tysiąc lat…”, tak i nie dla mnie te rekolekcje: Rekolekcje dla bezsilnych – jak brzmi ich podtytuł. A może chcę sprawdzić, czy kapłan miałby do powiedzenia coś moim dzieciom, czy jego opowieść o euforycznie przeżywanym chrześcijaństwie mogłaby dać im wyobrażenie o naszej młodości, o naszych życiowych decyzjach, o naszym zaufaniu? Dziwnie, dziwnie się czuję w tej misji szpiegowsko-rodzicielskiej. Uczestniczę we mszy, słucham konferencji, stoję wśród rozmodlonych uczestników, a jednocześnie jakbym był na zewnątrz. Wyróżniający się wiekiem, cóż. Ale przecież nie tylko to. Zresztą większość ludzi szczelnie wypełniających przestronną ursynowską świątynię zdaje się nie na miejscu. Rekolekcje dla bezsilnych, a w kościele tłum entuzjastycznie reagujących młodych: pieśni uwielbienia śpiewane przez scholę podchwytywane i odbijające się potężnym echem, pierwszego dnia braknie komunii, no ale skoro z 90 proc. obecnych przystępuje do ołtarza Pańskiego, jakże miałoby być inaczej! To są bezsilni? Załamani?

No dobrze, wielokrotnie wyobcowany stoję w kościele i słucham konferencji o. Szustaka. Dominikanin ma niewątpliwy dar. Przemawia z mocą, gestykuluje, stara się ciałem dodać siły swemu przekazowi, z rękawów białego habitu wysuwa się grube przedramię. Widać to zresztą już w czasie mszy, gdy Ojcze nasz odmawia z rękoma pionowo wzniesionymi do góry, jakby chciał ulecieć, być porwany w niebo i sylwetką swą zmniejszyć opór powietrza. Uwodzi publiczność, lekko ją kokietuje, znać, że wie o swym uroku. Skraca dystans, mówi jakby prywatnie, odwołuje się do języka potocznego, wulgarnego nawet: to wymsknie mu się jakieś „kurde”, to powie „ja pierdziu” albo wręcz „spierdzielaj”. Gdy ma do opowiedzenia jakąś historię z Pisma Świętego, udaje, że traktuje rzecz nonszalancko, niechlujnie, po łebkach, postaci biblijne nazywa facetami, gośćmi, chętnie posługuje się anachronizmem, przypisując starotestamentowym bohaterom cechy współczesne. Podobnie lekceważąco traktuje kościelne formułki, ale wszystko to czyni po to, by wzmocnić przekaz, by dotrzeć do zatartych przez rutynowe obrzędy mocnych znaczeń.

Ewangelia Judasza

Wie, że jego szansą na nawiązanie kontaktu jest rezerwa wobec oficjalnej instytucji. Często więc sygnalizuje swoją niezgodę na tradycyjne tłumaczenia, wyśmiewa powszechne interpretacje, odwołuje się do źródłowego znaczenia słów, buntuje przeciw skostniałej konwencji.

Kapitalnie odbija się od doświadczeń słuchaczy, wspaniale parodiuje język konferencji motywacyjnych, pokazuje, że dzieli z odbiorcami ten sam świat. Pokazuje siebie w McDonaldzie i samochodzie, mówi o zmęczeniu i znudzeniu.

Jednocześnie optuje za religijnością radykalną: za uznaniem przed Bogiem własnej nicości, osiągnięciem dna i za pełnym zaufaniem Panu, powierzeniem mu swego życia, zezwoleniem na wdarcie się Zbawcy w najciemniejszy zakamarek naszego wnętrza. Jako nowo narodzony w Chrystusie chętnie przywołuje swą grzeszność i dawne uwikłanie oraz osiągnięty przed kilkoma laty stan permanentnej – jak zapewnia – szczęśliwości na dowód wszechmocy Bożej i możliwości wyciągnięcia z największych zniewoleń. I przecież brzmi to przekonująco, jasno. Tylko czy dla wszystkich zgromadzonych? Czy to aby doświadczenie uniwersalne w życiu duchowym? Przecież bywają w nim momenty ciszy, bywają momenty uporczywego budowania, milczenia. Przecież przychodzi czas mozolnej pracy, długotrwałych wysiłków, stwarzania owego niewidzialnego sznura, po którym wspina się człowiek. Czy dla tych setek młodych ludzi rzeczywiście formuła proponowana przez o. Szustaka jest odpowiednia? Czy ujęcia rodem z mityngów AA ze specyficzną totalnością, z przekreślaniem wszystkiego, co stare, z brutalnością ingerencji w wewnętrzny świat, z upraszczającym entuzjazmem, zaczynania od nowa, są skuteczną receptą na życie? Czy rzeczywiście świat musi zostać zdominowany przez duchowych ekstremistów absolutyzujących swoje upadki i wzloty? Czy to musi odbywać się wśród grzmotów? Czy nie ma miejsca na cichy powiew?

Dziwne to pytania wystudzonego słuchacza, ale przecież dzień drugi, gdy do moich szpiegowskich uszu dochodzi znana także z Internetu konferencja o Judaszu, tylko pogłębia wątpliwości. Tu bowiem w skondensowanej formie otrzymujemy zestaw będący połączeniem nonszalancji w traktowaniu Biblii, entuzjazmu w projektowaniu życia duchowego i indywidualnego kreowania religii, jak też zwyczajnych przekłamań i nadużyć.

Prawie zgrzytam zębami, bo w opowieści o Judaszu herezje przecinają się z wykroczeniami przeciw poprawności interpretacji tekstu literackiego, i ortodoks we mnie jest atakowany wespół z moją stroną filologa. Szustak popuszcza wodze fantazji i głosi konferencję Spowiedź Judasza, w której apostoła zdrajcę czyni pierwszym ze zbawionych. Chrystusowe: „Co chcesz czynić, czyń prędzej” charyzmatyczny dominikanin każe traktować jako błogosławieństwo Syna Człowieczego dla niewierności Judasza, a gest podania mu umoczonego chleba – jako udzielenie Eucharystii.

Przedziwnie słucha się, jak kapłan pozostawiony sam sobie z euforyczną religijnością wchodzi w koleiny starej herezji. Jest czymś zdumiewającym obserwować, jak nie baczy na słuchaczy, wśród których przecież wielu zna Ewangelię i musi dostrzegać przekłamania, jakich dopuszcza się Szustak, gdy z emfazą przyrównuje poczęstowanie Judasza do gestu karmienia niemowlaka przez troskliwą matkę, gdy ze zdrajcy czyni umiłowanego ucznia. O pytaniu: „Judaszu, pocałunkiem wydajesz Syna Człowieczego?”, ba, nawet o zapisanych przez Jana słowach Jezusa o synu zatracenia, o wstrząsającym Chrystusowym „[…] biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził” (por. Mt 26, 24; Mk 14, 21; Łk 22, 21) – o tym Szustak nie wspomina, by nie przeszkadzać sobie w kreowaniu tej swoistej Ewangelii Judasza.

Mieszane uczucia

Dziwne stany przeżywam, słuchając tego. Jakieś drobiny mimowolnej satysfakcji Torquemady patrzącego na pogrążanie się oskarżanego o herezję odstępcy, ale przede wszystkim prawdziwy żal i zdumienie. No tak, można powiedzieć, że religijna euforia nie pozwala Szustakowi na pieczołowitą lekturę Pisma Świętego. Przecież już na płytce o Jozuem dezynwoltura w interpretacji Biblii, rozgrywanej pod patronatem Orygenesa, budziła spore zastrzeżenia. Ale – pytam – gdzie są jego współbracia? Czy nikt z zakonu nie przysłuchał się fantazjom Szustaka na temat apokatastasis? Przecież takie brnięcie w błąd odbiera mu wiarygodność, przecież takie brnięcie w błąd to nie są takie sobie zwykłe pomyłki, to podejmowanie wątków prowadzących do bardzo groźnych herezji, to zagrożenie dla ducha. Gdy o. Adam zrównuje gest podania umoczonego chleba ze współczesnym sposobem udzielania komunii pod dwiema postaciami, gdy ze spożycia przez Judasza chleba, po którym „wszedł w niego szatan” (J 13, 27), robi się Najświętszy Sakrament, to naprawdę zaczyna pachnieć siarką.

 

Czemu zakon nie protestuje? Boją się utracić niezwykłego kaznodzieję? Ale przecież od tego jest zgromadzenie, by kapłanów tak żarliwych, tak podekscytowanych formować. Po to jest zgromadzenie, by nie zostawiać ich samym sobie, by temperować ich wybujałą wyobraźnię, by poddawać służbie ortodoksji. I nie ma przecież niczego uwłaczającego godności kaznodziei, gdy da się prowadzić mistrzom, gdy da się kiełznać, gdy zawierzy duchowym przewodnikom.

Szustak opowiadając na konferencjach Być nikim o roku, jaki przeżył w euforii po nawróceniu za sprawą brazylijskich charyzmatyków, relacjonuje próbę założenia wspólnoty i odmowę, z jaką spotkała się jego inicjatywa. Widać, że do dzisiaj nosi w sobie ranę. Ba, dodaje, że po jakimś czasie od tej krzywdzącej jego zdaniem decyzji pokazał mu się Jezus i przedstawił to jako element wychowania kapłana, ale jednocześnie wyobrażony Zbawiciel przyznał, że to jego współbracia zgrzeszyli, nie zgadzając się na powołanie charyzmatycznej wspólnoty.

O tak: prezentuje się Szustak jako zakonnik niepokorny. Ale czy nie powinno to być jeszcze jednym sygnałem, że zakon powinien objąć go specjalną opieką? Czy ma pozwalać na nieliczący się z tradycją i ortodoksją religijny indywidualizm? Czy jego żarliwe przekonanie o braku granic dla Bożego Miłosierdzia, jego euforyczne przekonanie o apokatastasis, promowanie idei pustego piekła, ma owocować wskrzeszaniem starych herezji?

Przecież takie zabawy nie są niewinne. Słucham więc rekolekcji o. Adama, podziwiam jego skracanie dystansu i niewątpliwy charyzmat głoszenia słowa, zachwycają mnie i radują jego rady dotyczące przeganiania mocnym wulgarnym słowem demonów i widzę, że te rekolekcje to dla mnie jakby miniatura tego, co przeżywać będę wraz z wizytą Franciszka. Pomieszanie święta z chłodną analizą, słuchanie entuzjastycznych opowieści o bezgranicznym miłosierdziu i obawa przed herezją. Przeżywanie własnej niemłodości.

o. Adam Szustak, Jestem nikim. Lekcje Jozuego, Wydawnictwo RTCK, Nowy Sącz 2016.

[„Do Rzeczy”, 25/2016]

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?