Ostatni akord

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

A teraz Orliński:

Jak zwróciła uwagę Agnieszka Gajewska, wspólnym tematem wielu utworów Lema, fantastycznych i realistycznych, serio i buffo, jest skrywanie przez bohatera jakiejś tajemnicy, której ujawnienie groziłoby mu wykluczeniem ze społeczeństwa albo i śmiercią. […] więcej niż jeden utwór Lema zasługuje na tytuł Maska.

No i wreszcie obrazy zbiorowych mordów, zwałów zwłok, masakry pojawiające się nie tylko w Szpitalu Przemienienia, lecz także w Edenie i Głosie Pana, nawiązujące do tragicznych wydarzeń ze Lwowa.

Gajewska przekonująco pokazuje, że przyłożenie do prozy Lema kategorii wypracowanych przy lekturze świadectw Holokaustu może przynieść wstrząsające rezultaty. Mechanizmy wyparcia, zatajanie faktów i drastycznych szczegółów śmierci w celu ocalenia godności ofiar, głębokie poczucie winy czy też ekstrapolowanie własnych przeżyć na innych – odnaleźć to można w zachowaniach bohaterów z dalekiego – zdawałoby się – kosmosu.

Orliński, idąc tropami nakreślonymi przez Agnieszkę Gajewską, pokazuje, jak Lem przez całe życie ukrywał swe pochodzenie oraz traumatyczną historię w wypowiedziach autobiograficznych, jak kluczył, kręcił, rwał wątki, wreszcie zwyczajnie kłamał, byleby nie wypowiedzieć strasznej prawdy o latach 40.

Oczywiście Gajewska przesadza, pisząc że w Peerelu „gdyby ujawnił swoje pochodzenie, najpewniej zostałby zmuszony do emigracji albo dostał bilet w jedną stronę”. Sprawy były o wiele bardziej skomplikowane i związane niewątpliwie z traumą i tabuizowaniem Holokaustu: z książki Orlińskiego dowiadujemy się, że nawet żona Lema, Barbara, zaledwie domyślała się na podstawie półsłówek, iż jej przyszły mąż nosił we Lwowie opaskę z gwiazdą Dawida.

Wątek tożsamości narodowej pisarza i jego rodziny to punkt, w którym mocno się różnię z autorem biografii Lema. Wojciech Orliński jakby zupełnie nie dopuszczał myśli o atrakcyjności Polski, o tym, że w roku 1918 wyłaniała się ona, wybijała na niepodległość dzięki niezwykłej emanacji piękna! Że polski styl, który został zdefiniowany, wykreowany, ulepiony ze wspomnień, mitów, wygrany na fortepianie i skrzypcach, był czymś niesamowicie magnetycznym! Że polski projekt cywilizacyjny mógł przyciągać. Dziwi się więc Orliński Samuelowi Lemowi obierającemu polską drogę asymilacji, jakby we Lwowie początków XX w. była to jakaś dziwaczna, ekstrawagancka rzecz.

Podobnie i decyzja o emigracji Stanisława Lema w czasach Peerelu zdaje się Orlińskiemu rozwiązaniem tak oczywistym, że daje wiarę tłumaczeniu syna Lema, Tomasza, autora uroczych wspomnień, że zostali w Polsce wyłącznie ze względu na jego narodziny. Argument ten jest nie dość, że niezbyt logiczny, to jeszcze kompletnie pomija polską tożsamość pisarza, jego kulturowe zakorzenienie czy – powiedzmy to – miłość do ojczyzny. Dziwne, że Orlińskiemu nie dała do myślenia umieszczona w filmie, który współtworzył, deklaracja samego Lema:

Polska to miejsce, w którym dzieje się mój los.

I odpowiedź na pytanie czytelnika:

– Czy u schyłku życia czuje się pan nadal Polakiem?

– A czym się mam czuć, na miłość boską!

Owszem, przywołuje ją, ale rekonstruowanie przez Orlińskiego tożsamości polskiego pisarza o żydowskich korzeniach nosi znamiona jakiegoś ideologicznego zaślepienia. Gdy wczytać się dokładnie w tezy Orlińskiego, można wręcz uznać, że w swym szlachetnym zapale stał się antysemitą współbrzmiącym z Władysławem Gomułką. Jakby – ze względów etnicznych – odmawiał twórcy patriotycznych uczuć i czynił wyobcowanym, kosmopolitycznym, pozbawionym ojczyzny osobnikiem.

Lem w PRL

Ale przecież mimo tych zgrzytów czyta się Orlińskiego świetnie. Bez względu na ocenę dorobku Lema śledzenie, jak wspina się na szczyt, jak wreszcie osiąga powodzenie, jak staje się świadomym twórcą, przypomina mity o pisarzach amerykańskich, którzy odrzucani przez wydawców, upokarzani, z papierosem w kąciku ust, w przepoconym podkoszulku, stukali w hotelowych pokojach na rozklekotanych maszynach te swoje opowiadanka, by zdobyć Zeldę, by być wiernym temu zielonemu światłu…, a w końcu sprzedać coś do Hollywood i osiągnąć niebo. No tak, tylko tu cadillaca zastępuje enerdowski protoplasta trabanta – AWZ P70 z drewnianą ramą, którą naprawiać może stolarz, bogatego mecenasa – towarzysz Franciszek Szlachcic, a studia z Los Angeles – socjalistyczne wytwórnie filmowe. Nie wspominając już o tym, że zamiast apartamentu przy Piątej Avenue Lem musi zadowolić się zagrzybionym, stawianym metodą gospodarczą domkiem w krakowskim Borku Fałęckim.

Pisze Orliński:

Nic nie poradzę na to, że jestem wychowankiem PRL. Będę się nawet bronić, że to pomaga mi w zrozumieniu różnych wątków w prozie Lema – który przecież większość swych dzieł stworzył właśnie w tym ustroju, między zieleniakiem a mięsnym, między pisaniem podania o przydział pralki a użeraniem się o części w Polmozbycie.

I Orliński z roli przewodnika po Lemie peerelowskim wywiązuje się wybornie: pokazuje nam mityczną walkę artysty o własną wielkość w werystycznie odtworzonej scenografii, wśród szokujących dzisiaj rekwizytów. Status gwiazdy pop osiąga Lem w Związku Sowieckim, wielką kasę zdobywa w NRD, jak król żyje w Czechosłowacji. Może przesiąść się z „petki” na wartburga coupé, zajeżdżać polskiego fiata na włoskich częściach, by wreszcie dochrapać się mercedesa. Zarobione dewizy pozwalają mu znosić niedogodności gospodarki niedoboru, rozpieszczać syna i siebie zabawkami z Berlina Zachodniego i za dolary zaopatrywać się w koks do ogrzewania domu.

Orliński, opowiadając o Lemie pisarzu, skraca dystans, przywołuje jego wypowiedzi, w których lekceważy swą twórczość i pozbawia nimbu posłannictwa, ale nie prowadzi to do jakiegoś rażącego spoufalania się z pisarzem, bo zaserwuje nam czasem i takie zdania:

Jeśli zastanawiamy się, w którym momencie Lem rzemieślnik pióra stał się Lemem geniuszem, nastąpiło to gdzieś w połowie roku 1956.

Odtwarza niesamowitą, intensywną intelektualnie przyjaźń, jaka łączyła Lema z wybitnymi osobowościami: Janem Błońskim, Janem Józefem Szczepańskim i Sławomirem Mrożkiem. Opisując wspólne sylwestry, rzuci:

Są takie przyjęcia, że człowiek by dał wszystko za sam przywilej bycia tam w roli kelnera, szatniarza, kierowcy, kogokolwiek…

Ukaże też paradoks, że z żadnym z panów Lem w zasadzie się nie rozumiał, zresztą z wzajemnością: schlastał wespół z Janem Józefem Szczepańskim Tango Mrożka, sceptycznie podchodził do humanistycznych słowotoków Jana Błońskiego. Przyjaciele Lema też nie pozostawali mu dłużni, nie przyznając jego pisarstwu jakiejś wysokiej rangi.

Orliński kocha swego autora, pewnie dlatego – nawet wbrew opinii syna pisarza – bagatelizuje jego zaangażowaną twórczość z czasów stalinowskich. Pisze:

Po 1989 r. modne zrobiło się przeszukiwanie dorobku znanych pisarzy, by z ich twórczości wyciągać różne kompromitujące kwiatki – ale w przypadku Lema te kwiatki są dość rachityczne.

Nieprawda. Wcale nie po 1989, tylko parę lat wcześniej, dość przypomnieć choćby Hańbę domową Jacka Trznadla czy Pół wieku czyśćca Beresia i Konwickiego. I przecież nie była to kwestia mody, tylko element odzyskiwania przez społeczeństwo wiedzy o mechanizmach totalitarnego państwa i elitach aspirujących do duchowego przewodnictwa… No tak, ale Orliński pochodzi, skąd pochodzi, i dla Lema, który w czasach stalinowskich pisał jednak okropne rzeczy i – jeśli wierzyć zapiskom Szczepańskiego – także mentalnie przeszedł na stronę marksizmu – ma wyraźnie ulgową taryfę.

Posłuchajmy więc lepiej, jak wspaniale pisze o popularności Lema po publikacji w „Przekroju”:

Każdy pisarz chciałby mieć chociaż jeden taki moment, w którym czytelnicy wyrywaliby sobie z rąk zaczytane na śmierć egzemplarze tygodnika czy choćby kwartalnika z jego opowiadaniem czy esejem. Chciałby stać się kimś, o kim Amerykanie mówią the talk of the town. […] Lem po raz pierwszy osiąga to latem 1956 r. właśnie dzięki opowiadaniu o sepułkach. To daje mu ten status, jakim w naszych czasach cieszą się Witkowski, Masłowska czy Pilch albo sławni autorzy non-fiction, jak Filip Springer czy Magdalena Grzebałkowska. Każdy aspirujący inteligent musi mieć zdanie na temat ich najnowszej książki.

Nie amerykańskie porównania, lecz te krajowe, współczesne, trochę niedomagają, przede wszystkim dlatego, że sytuacja komunikacyjna w kulturze jest odmienna: nie tylko zniknęła cenzura, zmieniła się ranga literatury i zarządzanie prestiżem, lecz także powstały nowe kanały społecznej komunikacji. Nie mówię już o tym, że inteligenci nam się podzielili i na pewno duża ich część raczej jest zainteresowana tym, co też pisze Rymkiewicz, niż mniej lub bardziej zdolni pupile „Wyborczej”.

No tak, ale dzięki takim śmiałym szarżom książka Orlińskiego nabiera rumieńców. Także wówczas gdy lata 60. ogłasza złotym wiekiem polskiej kultury, wymieniając Kabaret Starszych Panów, Stawkę większą niż życie i Wojnę domową. Owszem, chciałoby się powiedzieć, zręczne to twory kultury masowej, podobnie jak dzieła filmowe – Hasa, Wajdy czy debiutującego Polańskiego, ale znów: można wskazać na ciekawszy kanon, także ten tworzony poza granicami PRL.

Lem rodzinny

Czyta się Orlińskiego wybornie. Autor, opisując rodzinne perypetie Lema, zestawia je z własnymi doświadczeniami związanymi z dzieciństwem, jak też z silnie przeżywanym ojcostwem. Opowiada nam, jakim to sam był dziecięciem, czym się bawił, a pochylając się nad wspomnieniami syna pisarza, Tomasza, wykrzyknie:

Gdy to czytałem, znów ogarnęło mnie to samo zimne przerażenie, że moje dzieci kiedyś napiszą wspomnienia o mnie.

Do opowieści wciąga też własnych rodziców, notując:

Sam jestem z lekarskiej rodziny, więc mniej więcej wiem, na czym polegało w PRL bycie lekarzem ze stopniem oficerskim.

 

W innym miejscu, odwołując się do wiedzy lekarskiej swej mamy, skonsultuje z nią sprawę nowotworu Lema.

Czasem wędrując śladami Lema, poleci Rymkiewiczem, czasem pozwoli sobie na ton mędrca, co to dobrze zna życie:

Kim zostać? Lekarzem? Pisarzem? Spawaczem? W tym pięknym wieku człowiekowi zdaje się, że wszystko zależy od niego, podczas gdy już zaczynają działać życiowe procesy, które nim kierują w stronę jego przeznaczenia. Lem miał szczęście do dobrych autorytetów i dobrych przyjaciół, więc wszystko poszło w dobrym dla niego kierunku.

Czyta się to świetnie, choć widać, że Orliński nie wychodzi poza ograniczony blok świadectw, a i nie podejmuje pewnych tropów: o ile o rodzicach Stanisława – Samuelu i Sabinie – i mezaliansie, jakim było ich małżeństwo, czytamy dość dużo, to żona pisarza, Barbara, potraktowana jest jako po prostu idealna partnerka – bez własnej historii, bez właściwości, a ich związek jako nieustające święto. Także niezdarne próby odnajdywania się Lema w rozpolitykowanej końcówce lat 70., rozdarcie między konformizmem a intelektualną przenikliwością, cóż, to wszystko tylko sygnalizowane jest przez Orlińskiego i traktowane dość pobieżnie. A przecież choćby z listów do Mrożka można by wykroić trochę ciekawych cytatów:

Bardzo źle znoszę młodocianych naprawdę płomiennych dysydenciaków naszych, panienki, co pod okupacyjne łączniczki zaaferowane latają z bibułą, i dzielnych młodzieńców, a nie lepiej czcigodnych starców à la Andrzejewski, całych szlachetnych, prawych, jawnych i gorliwie dupę wypinających, żeby władza lała, a ona nie ich, tylko po ciemku w bramie jakiegoś księdza lub anonimowego biedaczynę ze schodów w celu złamania podstawy czaszki (list z września 1978 r.).

Ostatni rozdział swej książki zaczyna Orliński dość niefortunnie, koniec strajków datując błędnie na 30 sierpnia 1980 r., zaś zimę stulecia na przełom lat 1979 i 1980. Dzieje się pewnie tak, że oto Orliński, rocznik 1969, wchodzi w historię, którą przywołuje z własnej pamięci.

„W roku 1982 – notuje – jako trzynastoletni chłopiec po raz pierwszy mogłem osobiście udać się do księgarni (której już oczywiście nie ma) w warszawskiej alei Zjednoczenia i kupić nową powieść Lema!”

Później nastąpiły jeszcze bliższe kontakty z Lemem, nie tylko dojrzałe lektury jego dzieł, lecz także spotkania z samym autorem: rozmowy, a także spory, gdy Lem pesymistycznie zapatrywał się na Internet i kreślił ciemne scenariusze rozwoju technologii.

Ale to już końcówka książki, Lem coraz bardziej schorowany, coraz mniej kreatywny, czas zaś wredny i nieokryty jeszcze uszlachetniającą patyną, a nam czytelnikom zwyczajnie żal, że ta fascynująca książka już niedługo zaprowadzi nas na salwatorski cmentarz, do grobu bez krzyża. Grób niby bez krzyża, ale w zakończeniu jednego z rozdziałów Orliński, pisząc, jak to Lem pomógł ziomkowi ze Lwowa, notował:

Nie zdziwiłbym się, gdyby Święty Piotr przywitał Lema: „Ach, to pan całkowicie bezinteresownie uratował w latach 60. pewnego człowieka? Zapraszamy, oto klucz”.

Bo my nie do końca przecież wierzymy niewierzącym, prawda?

Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi, Wydawnictwo Czarne, Agora, Wołowiec, Warszawa 2017.

[„Do Rzeczy”, 37/2017]

Mistrz – Tomasz Burek

W gościnnych wnętrzach Klubu Księgarza przy warszawskim Rynku Starego Miasta 12 listopada 2016 r. reprezentanci środowiska Topoi, czyli mówiąc jaśniej – dwumiesięcznika literackiego „Topos”, wręczyli Tomaszowi Burkowi nagrodę Mistrz. Uroczystości towarzyszyła promocja najnowszego, poświęconego laureatowi numeru tego wydawanego w Sopocie pisma.

Chłodny, mroźnawy listopadowy wieczór dnia zawieszonego między Świętem Niepodległości a niedzielą czytaniami przygotowującą do końca roku liturgicznego, był świetną okazją do uświadomienia sobie znaczenia osoby Tomasza Burka dla najnowszych dziejów kultury polskiej. Laudacje wygłoszone przez uczestników spotkania, a także teksty pomieszczone w periodyku dają ciekawy wgląd w twórczość krytyczną Tomasza Burka, której nieodłącznym elementem była działalność dydaktyczna: od nieformalnych kółek kształceniowych, przez lata 70. i spektakularny „uniwersytet latający”, do spontanicznie zorganizowanych w stanie wojennym kompletów, w których uczestniczył – wraz z grupą przyjaciół – niżej podpisany.

Czymże zasłużył się Tomasz Burek, dziś 78-letni, pochylony w sobie, zgarbiony, w za luźnej marynarce, ptasi jakiś, nie tylko przez orli nos, lecz także jakąś nabytą kruchość, mąż dla kultury polskiej, że jest fetowany, nagradzany złotym medalem „Gloria Artis” przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego, honorowany przez młodych poetów, z szacunkiem traktowany przez cały prawicowy areopag? Czy jest to hołd oddawany dawnym zasługom Burka z czasów walki o Niepodległą, gdy był odważnym uczestnikiem demokratycznej opozycji, współpracownikiem KOR, krytykiem towarzyszącym twórcom Pokolenia ’68, mężnym wykładowcą Towarzystwa Kursów Naukowych, świetnym przykładem wrażliwego humanisty, znawcy, konesera, który nie zamyka się w bibliotecznej wieży z kości słoniowej, lecz przeciwnie: bez jakichkolwiek zastrzeżeń włącza się w ruch protestu?

Czy chodzi o udział Tomasza Burka w tworzeniu pierwszych niezależnych pism, w tym legendarnego „Zapisu”? Czy chodzi o głośną broszurę Jaka historia literatury jest nam dzisiaj potrzebna?, gdzie formułował niezwykle atrakcyjną propozycję odczytania naszej kultury, odczytania subtelnego, bogatego w inspiracje gombrowiczowskie i miłoszowskie, a zarazem będącego ostrą krytyką pasywności oficjalnej kultury?

Oczywiście wszystkie te zasługi należy uwzględnić, dokonując bilansu życiowych osiągnięć Tomasza Burka: fakt, że był czołowym krytykiem literackim środowiska KOR, kiperem, degustatorem, że jego opinie ważyły wiele, że jego szkice o Miazdze Andrzejewskiego czy Nierzeczywistości Kazimierza Brandysa miały wielkie znaczenie dla recepcji tych dzieł, że jego erudycyjne ataki na literaturę mierną tworzoną przez pieszczochy komunistycznego reżimu dawały intelektualną satysfakcję czytelnikom niezależnych pism. Ale to wszystko byłoby sięgnięciem w daleką przeszłość i odwoływaniem się do wielu minionych już sporów i rzeczy o znaczeniu historycznym.

A przecież nagroda Mistrz wędruje do mistrza, który inspiruje, który wykonuje kolosalną pracę duchową, a przy tym jawi się jako człowiek wciąż poszukujący i zaskakujący.

Oto po przełomie politycznym roku 1989 Burek nie zastygł w pozie klasyka, by z wysokości krytycznego olimpu od czasu do czasu wydawać aprobatywne pomruki, ba – on – adorowany przez Adama Michnika, z dorobkiem pozwalającym jemu – 50-latkowi – na patronowanie młodszym twórcom i odcinanie kuponów od dawnych osiągnięć nie tylko zanegował nowe porządki, nie tylko – wraz z garstką sprawiedliwych powiedział „nie” postkomunistycznej recydywie wspieranej przez potężną „Gazetę Wyborczą”, lecz także w negacji uczynił znacznie więcej – zakwestionował własny dorobek twórczy i własną drogę.

Precyzyjnie pisał o tym kilka lat temu Jacek Kopciński w szkicu Dramat samookreślającej się świadomości, analizując, jak z rewolucjonisty Burek przekształcił się w katechumena, jak z krytycznego marksisty stał się konserwatystą.

Bolesne przeistoczenie

Przemiana ta nie przeszła bez bólu. W otwierającym książkę Dzieło niczyje eseju z roku 1996 pisał Burek:

… mam poczucie, że zajmowałem się czymś nieistotnym i że właściwie zmarnowałem swoje życie. Toteż ze strasznym zawstydzeniem spoglądam na określenie „krytyk literacki”, które figuruje przy moim nazwisku, bo mam świadomość, wierzcie lub nie, jakiejś szarlatanerii, którą uprawiałem przez prawie czterdzieści lat. Mówię – prawie, bo od paru lat mam też, na szczęście, poczucie budzenia się, ocknięcia, otrzeźwienia. I może dlatego wykonuję mój zawód nieco powściągliwiej, co oznacza, że właściwie przestaję uprawiać krytykę literacką.

Nie była to z jego strony kokieteria, tylko wyraz realnego kryzysu. Oto bowiem doświadczenie roku 1989 dla Burka nie było euforycznym doświadczeniem wolności, triumfu, impulsem do pogoni za Europą i do modernizowania naszego zacofanego społeczeństwa, lecz przeciwnie: otwarcie na Zachód pokazało krytykowi głębię duchowego kryzysu, atrofii wartości, schyłku cywilizacji. Pisał w tym samym szkicu z goryczą o tym, że system totalitarny przesłaniał dotychczas nam wzrok „na wiele zjawisk istotniejszych niż polityczne. Teraz widzimy ostrzej, jak świat jest niepewny i że z cywilizacją dzieje się coś bardzo niedobrego. Uczestniczymy – artyści, krytycy, odbiorcy sztuki – w nowym (czy może starym, ale spotęgowanym dzisiaj) kryzysie wartości duchowych Zachodu”. Zanik metafizyki, „arogancja nowoczesnego człowieka, który wierzy w doświadczenie”, duchowa pustka i degeneracja staną się dla Burka wyzwaniami o wiele większymi niźli sprawy społeczne i rewolucja.

„Zarówno z woli egzystencjalistów, jak i z woli historycystów sęp metafizyki jakoby padł unicestwiony. Lecz jeśli nie sęp to był, jak się niewiernym filozofom zdawało, ale Duch Święty?” – pyta Burek w tym szkicu i witając z nadzieją książkę Leszka Kołakowskiego Horror metaphysicus przywracającą rangę metafizyce we współczesnym myśleniu, sam jednocześnie deklaruje wejście na nową drogę i jakby podejmuje testament zmarłego w roku 1985 Andrzeja Kijowskiego, który odchodził z tego świata pojednany z Bogiem, Kościołem i narodem, kreśląc jednocześnie – z Wyznaniami św. Augustyna w ręku – trudny program dla katolickich intelektualistów.

Burek wychowany w tradycji lewicowej (syn Wincentego – pisarza i działacza ludowego), przeżywając w dojrzałym wieku zwrot w kierunku konserwatyzmu, wchodził jednak na zupełnie inny szlak niż Andrzej Kijowski, który wzrastał w rozmodlonym domu i który do wiary powracał. Burek miał przed sobą znacznie dłuższą drogę, a jednocześnie przecież więcej w nim zachwytu neofity, ścierającego z twarzy grymas smutku i wątpliwości. Gdy Kijowski doskonale wypowiadał swe obiekcje przeciw powrotowi do dawnej wiary, z którą łączyło się u niego poczucie winy i strachu, gdy Kijowski mnożył zastrzeżenia i wątpliwości, diagnozował mielizny duchowe związane z nawróceniami, Burek – bez negatywnych doświadczeń fałszywej religijności i dewocji – swoje wejście na drogę nawrócenia przeżywa w kontekście wielkiego kulturowego przesilenia.

Potępić własne fascynacje?

Nie jest to łatwe doświadczenie. Przypominając sobie własne zachwyty nad kinem autorskim zeszłych dekad: Buñuelem, Bergmanem, Fellinim, Antonionim, pyta sam siebie:

Czy był to element ruchu krytycznego o lewicowych inspiracjach, powiedzmy po prostu: ruchu wywrotowego, który zarówno atakował ład społeczny, jak i kwestionował same podstawy kultury i cywilizacji?

I pozostawia w zawieszeniu trudną odpowiedź:

Gdyby tak było istotnie, należałoby dorobek tego kina stanowczo potępić jako przejaw niewybaczalnej herezji antycywilizacyjnej. Tak czy nie?

Oczyszczanie swego wzroku, rozstawanie się ze złudzeniami młodości nie jest dla Burka jakimś radosnym wyzwoleniem, euforycznym doświadczeniem, lecz trudną pracą, drogą pełną wątpliwości, czasem prawdziwego przesilenia, kryzysu. Na oczach czytelników Burek przechodzi przemianę i przecież ta metaforyka szpitalna skryta w tytule książki Dziennik kwarantanny nie jest kokieterią. Szuka Burek dzieł, które współbrzmiałyby z jego nowym spojrzeniem, odpowiedziały na jego głody i smaki – odkrywa w ten sposób nie tylko pisarstwo Jarosława Iwaszkiewicza, lecz także postać Anny z Lilpopów Iwaszkiewiczowej, towarzyszki życia twórcy Brzeziny. Świadom obowiązkowego gestu krytycznego – wskazania na dzieło zapoznane, niedocenione – stawia nam przed oczy twórczość Stanisława Czycza, której nie waha się nazwać arcydziełem. Podobnie wysoką rangę przyznaje Madame Antoniego Libery, zaś spośród poetów Nowej Fali prowokacyjnie wskazuje na Krzysztofa Karaska, dokonując zabójczego miejscami zestawienia tej formacji ze skamandrytami. Zmieniając bowiem znaki wartościowania, nie traci pisarskiej swady: pozostaje Tomasz Burek twórcą wybornych konceptów, a przy tym stylistą wytrawnym, potrafiącym oczarować czytelnika magią słów, których nie szczędzi, gdy rozpoczyna swój krytyczny taniec. Czy to wielbiąc jakieś dzieło i unosząc się nad nim i wraz z nim, czy to spychając w otchłań potępienia. Jego twórczość jak dawniej skrzy się więc od językowych dowcipów, cienkiej ironii, złośliwości i zatrutych komplementów.

 

Nie jest krytykiem zapatrzonym w przeszłość: czyta młodych, promuje ich – jako juror Nagrody im. Kijowskiego i wielu innych konkursów towarzyszy wykluwaniu się talentów. Czasem wpisuje swe tęsknoty w dzieła pokraczne, zaledwie kiełkujące, usiłując rozniecać ogień z drobnego pełgającego płomyka, ale przecież to gest właściwy wielu krytykom, którym troska, marzenia dyktują słowa przesadne, zachwyty nieumiarkowane, tropy błędne, choć szlachetne.

Nie jest bowiem łatwo. Odchodząc od obozu postępu, Burek musiał porzucić krytyczne samograje, jakich dostarcza współczesna humanistyka, odrzucić wytrychy, które podsuwa uniwersytecki dyskurs, odwrócić się od wielu dyskutowanych powszechnie dzieł współczesnych. To, co sygnalizował w wahaniach związanych z oceną dawnych fascynacji kinem autorskim, teraz owocuje brakiem zainteresowania dla literackiego mainstreamu. Odmawiać poszukiwania sensu w dziełach zrodzonych na Ziemi Ulro? Przecież to zrywać porozumienie z przeciętnymi konsumentami polskiej kultury, którym hierarchie dyktują „Gazeta Wyborca” czy „Polityka”!

No tak, ale Burek wybrał właśnie taką drogę, drogę osobną, samotną. Drogę mistrza.

[„Do Rzeczy”, 47/2016]

Monster Kuroń

Książka przedziwna, ale też przedziwna jest relacja, jaka łączyła autorki – Annę Bikont i Helenę Łuczywo – z bohaterem opowieści, Jackiem Kuroniem. Przedziwny jest też obecny czas, czas życiowych podsumowań, gdy wietrzeje kreowana dla propagandowego użytku legenda tego polityka i nadchodzi moment konfrontacji z prawdą.

Bikont i Łuczywo, w latach osiemdziesiątych fantastyczne dziewczyny z podziemnej „Solidarności”, zapatrzone w swych liderów, namiętnie oddane Sprawie, oddychające legendą Jacka i Adama, ofiarne niczym zahipnotyzowane przez proroków niewiasty, skrywające przed światem swe wątpliwości oraz wiedzę o niecnych postępkach swych mistrzów, przystępują teraz do trudnej operacji opowiedzenia na nowo, kim był Jacek.

Opowiedzenia innym, ale i opowiedzenia sobie, bo przecież to on – dynamiczny, zachłanny, zmysłowy, wespół ze swym wychowankiem, a od pewnego momentu też opiekunem, bardzo stanowczo i konsekwentnie pielęgnującym legendę swego mistrza – Adasiem Michnikiem, był dla dziewczyn z „Solidarności” punktem oparcia, gwarantem słuszności, szefem, męczącym przewodnikiem domagającym się bezwzględnego oddania, uległości, dyspozycyjności.

Więc pisząc o nim, dotykają także swego życia, świadome, że przecież bez Jacka, bez spełniania jego apodyktycznych żądań, bez ulegania dziwnej atmosferce moralnego szantażu, mobbingu wręcz, nie byłoby także ich – fantastycznych dziewczyn z „Solidarności”, nie byłoby cudu KOR-u, nie byłoby podziemnego życia i wspaniałych lat stanu wojennego.

Obie, wywodzące się z rodzin idealnie pasujących do stereotypu „żydokomuny”, teraz, w wieku emerytalnym, wracają do lat swej wspaniałej bohaterskiej młodości, gdy pod przewodem Jacka i Adasia walczyły z opresyjnym systemem, instalowanym w Polsce przez ich fanatycznych, ale przecież zarażonych także cynizmem, rodziców.

Opowiedzieć o tym wszystkim niełatwo: autorki pracując na źródłach, przeprowadzając wywiady, czytając wspomnienia, muszą mieć też w pamięci swoje z Kuroniem spotkania i konflikty, posiadają też wiedzę o kulisach wielu historii, o nieprzyjemnych sprawach, które nigdy nie ujrzały światła dziennego, o obyczajowych obrzydliwościach i moralnych kompromisach. Z drugiej strony poczuwać się przecież muszą do jakiejś środowiskowej solidarności i do faktu, że przecież i one same przez lata pracowały na mit Jacka Kuronia.

Rzecz jest kapitalnie pęknięta. Spod obiektywizującej narracji co i rusz wyłania się osobiste wspomnienie, wśród cytowanych świadectw pojawiają się także relacje samych autorek, własna wiedza przerasta tę uzyskiwaną od innych. Często odnosi się wrażenie, że Bikont i Łuczywo nakładają sobie tłumik i nie piszą o wszystkim, co wiedzą.

„Towarzyszu rektorze, postudiowałbym u was”

Książka zaczyna się jak klasyczna biografia – od odtworzenia rodzinnych korzeni bohatera, od przywołania rodzinnych legend i opowieści, którymi Jacek uzasadniał swoje zaangażowanie. Dziewięćset piąty rok, Zagłębie, walka z caratem, międzywojenny Lwów i lewicowe zaangażowanie ojca.

Szybko jednak autorki podważają część przekazów, weryfikują je, sięgając do źródeł, pokazując Kuronia jako mitomana, częstującego odbiorców mocno podkręconymi, podkoloryzowanymi historiami. Wychodzą pierwsze mało chlubne cechy naszego bohatera.

Później autorki są jeszcze bardziej bezwzględne: opowieść o młodym Kuroniu – od sierpnia 1953 kierownika Wydziału Agitacji i Propagandy Zarządu Stołecznego ZMP – to obnażenie partyjnego aparatczyka zaczadzonego komunistyczną ideologią, popełniającego w jej imię mnóstwo podłości. Denuncjował Kuroń i przedwojennego profesora, i studenta niepochlebnie wyrażającego się o programie nauczania. Walczył z bikiniarzami, uczestnicząc w aktach haniebnych. Donosił władzom o zasłyszanych plotkach związanych z nieprawomyślnym zachowaniem (dyrektorka szkoły szepnęła „Boże, coś Polskę”, nie wiadomo czy wyjście na mszę nie było czasem zorganizowane przez nauczycieli).

Bikont i Łuczywo pokazują, jak to młody aktywista ZMP, skierowany na odcinek Politechniki Warszawskiej – niestudiujący na tej uczelni, tylko zajmujący się propagandą, indoktrynacją i zaprowadzaniem nowych porządków – nie wahał się używać swej pozycji dla własnych rozgrywek. Zazdrosny o dziewczynę, doprowadził do wyrzucenia z wydziału architektury jej znajomych. W raportach przywoływał prywatne rozmowy o polityce. Także sprawa przyjęcia na studia w Państwowej Wyższej Szkole Pedagogicznej (telefon: „Towarzyszu rektorze, postudiowałbym sobie u was” i późniejszy ustawiony egzamin) nie może być powodem do chluby.

I przecież po Październiku 1956, który jawi się jako czas wielkiej manipulacji – autorki przytaczają opowieści Kuronia, jak to udawało się im sterować pochodami i wiecami, by wyciszać głosy klerykalne i antykomunistyczne, a patriotyczne akcenty zastępować Międzynarodówką – przecież po Październiku obraz Kuronia, jaki malują dziewczyny z „Tygodnika Mazowsze”, nie jest piękniejszy. Jego rozprawa ze zmartwychwstającym harcerstwem, pełna nienawiści wobec chrześcijaństwa i tradycji skautowskiej, pełna bezwzględności w niszczeniu dawnych bohaterów i autorytetów, odtwarzana jest bez znieczulenia.

Autorki z lekko szyderczym uśmiechem kwitują zdanie profesora Andrzeja Friszkego, trudzącego się ostatnio preparowaniem historii najnowszej. Przytaczają cytat z udostępnionej im w maszynopisie pracy Kuroń – młodość, który na tle przywołanych przez nie faktów brzmi rzeczywiście żałośnie:

„[Kuroń] Nie zgadzając się i walcząc o swoje idee, potrafił jednak zachować merytoryczny charakter sporu, umiejętnie wykładać swoje racje, polemizować bez agresji, bez obrażania kogokolwiek. Nie było to mało” – ocenił go, raczej łagodnie, Andrzej Friszke.

Nie mają wyrozumiałości dla walterowskiej tradycji, którą starał się Kuroń zaszczepiać w swych podopiecznych z czerwonego harcerstwa. Nie tylko cytują odarte ze złudzeń wspomnienia jego wychowanków („Jacek opowiadał o dzielnych pracownikach bezpieki, którzy walczą z bandami i ukraińskimi faszystami z UPA”, „czasem były to koszmarne historie”), ale i podważają sam mit generała Karola Świerczewskiego, opisując ponurą rolę „Waltera” w czasie wojny w Hiszpanii.

Świerczewski – piszą Bikont i Łuczywo – „został do Hiszpanii odkomenderowany przez Kreml, by w Brygadach Międzynarodowych zaprowadzić sowieckie porządki. Węszył spiski, rozstrzeliwał domniemanych szpiegów i sabotażystów, za linią frontu ustawiał karabiny maszynowe, żeby strzelać do uciekinierów. Każda klęska na polu bitwy była winą «trockistowskiej piątej kolumny», anarchistów. W raportach słanych sowieckiej tajnej policji pisał o «cuchnącej, zdradzieckiej działalności wszystkich skurwysynów wszelakich odcieni i barw» i podawał nazwiska towarzyszy broni” (na marginesie, nieszczęśliwy kiks zdarzył się autorkom w przypisie dotyczącym wojny zimowej: „W czasie II wojny światowej Armia Czerwona poniosła w walkach z Finami, którzy opowiedzieli się po stronie Niemiec, ogromne straty”. Dziwny to znak braku pracy redakcyjnej).