Ostatni akord

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi

kazały zadać pytanie, a któż to stroi się teraz w szatki podziemnego uciskanego ludu. Czyż nie przebierańcy z KOD? Po ludzie smoleńskim teraz lud platformerski przejąć miałby opowieść Mickiewicza?

Żyjemy w dziwnych czasach. Zaczadzeni grantami liderzy Krytyki Politycznej okazują się zagorzałymi zwolennikami ancien regime’u, przeciwnicy PiS lada moment gotowi są uruchomić krucjatę różańcową w intencji wyzwolenia Polski od złowrogiego Kaczora. I kto wie, może szeregi „obrończyń demokracji” pełne mniemanych pań Rollison na swe sztandary z narodowymi zaklęciami wezmą postponowane dotychczas Dziady?

Przedziwny czas wolności. Cóż za radość sobie fundujemy: sprowadzamy litewskiego reżysera, by dla naszego kaprysu bawił się mickiewiczowskim arcydziełem. I rzeczywiście, choć cudacznie przyprawiony, miejscami brzmi wspaniale, bo i zapalczywość w zwalczaniu romantyzmu, wyzwolona z bieżącej doraźności, tak nie razi. Naprawdę możemy świętować 250-lecie narodowej sceny, celebrując dawne, a przecież wciąż w nas gdzieś odżywające, oblicze polskości.

Adam Mickiewicz, Dziady, reż. Eimuntas Nekrošius, Teatr Narodowy, Warszawa, premiera 10 marca 2016.

[„Do Rzeczy”, 12/2016]

Arcydzieło

Zrazu zdawało się – z zapowiedzi samego reżysera Piotra Cieplaka – że „wielkie inscenizowane czytanie w sześć dni” Pana Tadeusza w Teatrze Narodowym w Warszawie stanie się, o ile nie beką z wieszcza i jego anachronicznej epopei, to szyderczym aktualizowaniem sporu Sopliców z Horeszkami, potraktowanego jako obraz wiecznego polskiego warcholstwa.

Cieplak zapowiadał wcześniej, że aktorzy będą wnosić na scenę okruchy codzienności: kibicowskie piosenki, współczesne rekwizyty… No tak, łatwo było sobie wyobrazić zastosowanie zgranej cieplakowej estetyki przy bezczeszczeniu naszego narodowego arcydzieła. Pijani kibole z biało-czerwonymi szalikami śpiewający: „Polacy, nic się nie stało”, dźwięki disco polo i wódka, dużo, dużo wódki, koniecznie.

Piotr Cieplak, w czasach „pampersów”, lat temu 20 „wielka nadzieja białych”, dawno już pokazał, że głowę ma mało odporną na salonowe miazmaty.

W roku 2007 z Wesela Wyspiańskiego zrobił antypisowską agitkę i kazał aktorom ze sceny czytać apel Adama Michnika. I przecież nie kto inny jak on, rok temu, swe obrzydzenie wywołane zwycięstwem Andrzeja Dudy, puentował zaczerpniętymi z Koheleta, pełnymi pogardy słowami: „Widziałem sługi na koniach i królów idących za nimi jak sługi…”. I naprawdę Cieplak tak myślał! Że oto Polska należy się salonowi, że oto stało się nieszczęście, bo motłoch zamiast służyć panom, bierze się za rządzenie.

Odpowiadała mu na łamach „Gazety Polskiej Codziennie” pełna pasji Wanda Zwinogrodzka.

Piszesz: „Nigdy wcześniej nie uświadamiałem sobie przerażającej, pasywnej potęgi tej połowy Polski, która nigdy nie uczestniczyła w żadnych wyborach. Która milczy, a czasem tylko złowrogo pomrukuje”. A nie przyszło Ci przypadkiem do głowy, że w tej „połowie Polski” jest mrowie poniżonych, zrozpaczonych ludzi, którzy nie głosują, bo nie mają żadnej nadziei, że ich głos cokolwiek znaczy dla Twoich „królów”? […] Co się stało z Twoim sercem, Piotrze? – pytała dramatycznie, posiłkując się drastyczną argumentacją smoleńską. – Zastygło w kamień? Co się stało z naszą klasą? Z nami wszystkimi? Jak do tego doszło, że skłonni jesteśmy – my, niegdysiejsi przyjaciele – upodlać się i znieważać bez skrupułów?

Szedłem więc do Teatru Narodowego na Pana Tadeusza – wszystkie słowa mocno uprzedzony, wzmacniany w swym sceptycyzmie wypowiedziami samego Cieplaka, który twierdził, że Polacy (rozumiem, że pod tym kryje się elektorat PiS) powierzchownie czytają Mickiewicza, że Pan Tadeusz „został uwięziony w słodkawo-mdławym, wyidealizowanym Soplicowie, w którym Zosia pląsa w białej sukience”. Jasne. Piotr Cieplak najwyraźniej nie wie, nie chce wiedzieć, wypiera fakt, że istnieje ktoś taki jak Jarosław Marek Rymkiewicz, autor potężnego cyklu „Jak bajeczne żurawie”, rozmówca Adama Poprawy z książki Mickiewicz, czyli wszystko. Cóż naszego reżysera, salonowego twórcę może obchodzić jakiś zaślepiony poeta z Milanówka?

Szedłem więc pełen obaw, nieświadom, że w ciągu tych sześciu wieczorów przeżyję wraz z publicznością warszawską prawdziwą ucztę duchową, że oto zdarzy się teatralny cud. Że piątego dnia tego niezwykłego święta zobaczę, jak Wanda Zwinogrodzka, która wpadnie na jeden wieczór, dołączy do owacji na stojąco dla aktorów uczestniczących w adoracji Pana Tadeusza.

Adoracja arcydzieła

Tak, bo mianem adoracji określić można to, co się działo przez kolejnych sześć majowych dni na scenie Teatru Narodowego.

Bo oto Piotr Cieplak skapitulował, skapitulował wraz z całym zespołem Teatru Narodowego, skapitulował przed geniuszem Mickiewicza i pozwolił wyśmienitym aktorom – każdy ze zszytym tekstem formatu A4 w ręku – przeczytać to, co napisane zostało 180 lat temu. Dać brzmieć arcypoematowi, owszem troszeczkę grepsując, podgrywając, wprowadzając często lekką żartobliwą tonację, ale przecież w żadnym razie nie stawiając się ponad Mickiewiczem i jego dziełem. Przeciwnie – od pierwszych minut, kiedy to Jan Englert za zacinającym się dziecięciem podejmuje słowa Inwokacji i pozwala publiczności kończyć święte narodowe wersy, gdy baśniową narrację podejmuje fenomenalna Anna Seniuk, widzimy, że zaproszeni jesteśmy do delektowania się arcydziełem, smakowania jego piękna, zadziwienia jego mądrością.

Ze sceny idzie elektryczność. Owszem, czasem zdaje się, że aktorskich grepsów jest zbyt wiele, że i dźwięki, jakimi barwi czytanie muzyczny zespół, te dzwoneczki, te drzwi zatrzaskiwanie niepotrzebnie rozpraszają uwagę, ale przecież zaraz potem fortunne podegranie melodii, nastrojowy podkład dla recytacji zmywają to niemiłe wrażenie. Czytanie Pana Tadeusza to wielkie święto narodowej sceny, to także radość z całego zespołu. W spór o Kusego i Sokoła wdaje się niedawny Kordian (Marcin Hycnar) z Konradem (Grzegorz Małecki). I rywalizując tekstem, delikatnie rywalizują także aktorsko, byśmy z fascynacją mogli obserwować, jak swoje przewagi bezwzględnie wykorzystuje Kordian gibki w biodrach, sprawny, lekki, potrafiący barwić komizmem każdą swoją kwestię, jak próbuje gonić go niedawno triumfujący w Wielkiej Improwizacji Małecki. Tu swą komiczną siłę pokaże w roli Hrabiego Przemysław Stippa, jeszcze niedawno czarny charakter ze Zbójców. Janusz Gajos jako nieznośny sklerotyczny gawędziarz Wojski czy Jerzy Radziwiłowicz jako Sędzia, czyli też Dominika Kluźniak w genialnej roli Telimeny zarówno w monologu o wspaniałościach Rosji, jak i w nieodmiennie komicznych duetach z Tadeuszem (Grzegorz Kwiecień) wszyscy oni składać się będą na zespołowy sukces. Bo w Narodowym zdawał się odżywać duch pamiętany z lat 70. ze Starego Teatru w Krakowie, gdy wielogodzinne maratony Wajdy i Jarockiego były doświadczeniem zespołowym, zbiorowym.

Aktorzy dzielą się partiami przynależnymi danym bohaterom, czasem czytają didaskalia, czasem sygnalizują niestosowność swego wyglądu, korygują swe zachowanie w stosunku do opisu, ubrani w większości na wpół prywatnie, obywają się bez zbytecznych rekwizytów, markują z dystansem wiele czynności, pozwalają rozsmakować się w mickiewiczowskich grach, odsłaniają zabawy poety z literackimi gatunkami, radość opisów, piętrzenia metafor i porównań, wyczarowywania z pamięci odeszłego świata.

Techniczna, prosta scenografia, wyjeżdżający na podeście stół, krzesła, czasem tylko z rzadka jakiś efekt specjalny w rodzaju dymu zza kulisy, świetne światło i nienachalna tylna projekcja pokazująca krajobraz, zarys zamku, widok nieba.

Owacje na stojąco

Zgrzyty? Oczywiście jakieś są: czasem greps idzie za daleko, np. gdy Radziwiłowicz – Sędzia – zasnąwszy, wychodzi niczym lunatyk, czy też Stippa Hrabia przykleja sobie na ślinę do piersi skrawek papieru robiący za kwiatek niezabudek otrzymany od Telimeny lub Zosia – Wiktoria Gorodeckaja – zagrywa się strasznie przy przebieraniu się za piękną damę. Albo gdy na tylnej projekcji w obraz lasu (Franciszka Kostrzewskiego?) wkluczowane zostają grille czy gdy scena rozgrywa się na tle slajdu z wielkim mieszkalnym blokiem. To zapewne pozostałości po pierwotnej koncepcji Cieplaka, gdy chciał bawić się w publicystykę przy lekturze arcydzieła.

No tak, wiem, publiczność warszawska w dużej swej części łaknęłaby i takiego spłycającego odczytania: gdy w księdze Zajazd Protazy wygłasza protest: „Ostrzegam, że akt nie będzie miał mocy, / Wymuszony przez gwałty, ogłoszony w nocy”, widzowie nagradzają tę kwestię długą owacją, rajcując się wyłuskaniem antypisowskiego akcentu.

Cieplak na szczęście pozostaje głuchy na takie oczekiwania i nie psuje spektaklu doraźnymi odczytaniami. Daje się zdominować Mickiewiczowi. Wielowymiarowemu, pochylonemu ze smutkiem nad odchodzącą w niebyt dawną Polską, obrazujący jej republikańską chwałę, ale i wady, przywary, śmiesznostki. Wszystko jednak oddając w tym noumenalnym, istotowym świetle, czyniąc z opowieści prawdziwy poemat metafizyczny (w rozmowie z Adamem Poprawą Rymkiewicz, wierny swym iblowskim korzeniom, zaznaczył, że ten świetny interpretacyjny klucz do Pana Tadeusza zaproponowała jako pierwsza prof. Alina Witkowska, że Miłosz był drugi – przypominam sobie ten fakt, bo przecież to właśnie ofiarowuje nam Cieplak: czas na delektowanie się, ale też kontemplowanie Pana Tadeusza).

Czasem Cieplak pozwala sobie na grę przeciw sensom, niekiedy w błahych rozrywkowych wątkach, ma to wywołać efekt komiczny, innym razem… hm, znów chyba jest to pozostałością pierwszego konceptu, gdy w dyskusji z Hrabią każe Tadeuszowi pochwałę polskiego nieba („U nas dość głowę podnieść, ileż to widoków!”) wygłaszać tonem zadufanego prowincjusza. Ale przecież takich niemądrych ingerencji jest jak na ksiąg 12 i tak niewiele, Cieplak daje się prowadzić Mickiewiczowi, ufa jego ręce, pozwala się delektować równowagą między apoteozą dawnej polskości a jej ostrym sądem, a gdy zbliżamy się do finału i zostajemy zahipnotyzowani spowiedzią Jacka Soplicy (Mariusz Bonaszewski), zauroczeni miłosnym wyznaniem naiwnej i niewinnej Zosi (Gorodeckaja) i wbici w ziemię genialnym koncertem Jankiela (Teresa Budzisz-Krzyżanowska), to przecież wybaczamy Cieplakowi wszystko i widzimy, czym może być magia teatru pozwalającego mówić arcydziełu, próbującego zdobyć się na kongenialność wobec świętego tekstu.

 

Owacja na stojąco, teraz już, na zakończenie szóstego wieczoru bezwarunkowa, wybucha, gdy publiczność wraz z Janem Englertem dopowie ostatnie słowa arcypoematu: „I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem, / A com widział i słyszał, w księgi umieściłem”.

I oklaski trwają, choć Englert na moment przerywa je, zapraszając na 9 czerwca na premierę suplementu pod tytułem Soplicowo – owocilpoS, co brzmi nie tylko dziwacznie, lecz także dość złowieszczo, gdy przypomni się kolejne prasowe odgrażania Cieplaka, że chce nam bez słów przedstawić „ludzi – pewną wspólnotę, która oddaje się rytuałowi tańczenia poloneza oraz szczekaniu – jak w Ferdydurke – na Obcych. […] na co dzień ta społeczność nie sieje, nie orze, żyje bez celu. Wszystko jest tam, pożal się Boże, zaczęte, niedokończone, bez planu, bez współpracy”. Brr, aż się boję pomyśleć, co też szykuje nam reżyser. Ale na razie przecież klaszczę, bo widzę, jak Piotr Cieplak – kolega z tego dziwnego roku wiedzy o teatrze warszawskiej PWST – Wandy Zwinogrodzkiej, Wojciecha Tomczyka, Rafała Węgrzyniaka, Agnieszki Kaczorowskiej i Grażyny Loski (dzisiaj Torbickiej) – prezentuje arcydzieło.

Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz. Wszystkie słowa, reż. Piotr Cieplak, Teatr Narodowy, Warszawa, maj 2016.

[„Do Rzeczy”, 22/2016]

Ciała

Ciała Sienkiewicza. Ciało samego autora, za młodu niewyklute, dość nikczemnej postury, chorowite, ale spragnione miłości, ciało starzejące się, niszczejące, żałosne.

Ciała jego bohaterów – mężczyzn przeróżnych: malutkich, wymuskanych i topornych, dziarskich, starych i rozlazłych.

Ciała kobiet, do których się wzdycha, pokazywane zazwyczaj przez szczegół, wycinek dość pruderyjny, ale przecież wszystko mówiący – oczy, falujący biust, rozchylone nozdrza, oblewane rumieńcem, tracące dech. Ciała młode, dziewczęce, ledwie wyklute z dzieciństwa, niosące obietnicę zatrzymania czasu, ba, jego cofnięcia. I ciała kobiet brzemiennych, zdeformowane, zeszpecone.

Upojne wizje ciał męczenia, torturowania, kaleczenia. I ciała z wypisanymi na sobie zapisami cierpienia, ciała zadające śmierć i poranione. Kobiece ciało ojczyzny – udręczonej, zbolałej.

Bardzo dobrze się stało, że Wydawnictwo Czarne zdecydowało się wznowić dotychczas niszowe, pochodzące z roku 2009, Ciała Sienkiewicza profesora Ryszarda Koziołka. Dlaczego? Bo to po prostu świetna książka.

Niech nie odstręczy nas fakt, że Ryszard Koziołek zaznaje dzisiaj chwały mainstreamowego krytyka (laureat Nagrody Literackiej Gdynia 2010, w latach 2012–2015 członek jury nagrody Nike, publikujący na łamach „Tygodnika Powszechnego” i agorowych „Książek”).

Niech nie odstraszą nas ostatnie teksty Koziołka, choćby te, w których – zaczadziały nowomodnymi ujęciami – wynosi pod niebiosa twórczość Ignacego Karpowicza – Sońkę i Miłość. Niech pewne zmanierowanie eseistyki Koziołka, widoczne w jego najnowszej książce Dobrze się myśli literaturą (Czarne 2016), nie powstrzyma naszej ręki sięgającej po Ciała Sienkiewicza.

To naprawdę świetna książka. Nie bójmy się. Nie brzydźmy. Weźmy w nawias wydrukowane na tylnej okładce zapewnienia Koziołka, że książka została „napisana z zachwytu i złości na Sienkiewicza”. Bo złości tu naprawdę bardzo mało, a przeważają zachwyt i oczarowanie.

Wierność talentowi

Ryszard Koziołek zabiera nas oto w fascynującą podróż. Podróż, w czasie której pokaże, jak genialnemu pisarzowi udało się nawiązać kontakt z czytelnikami ponad głowami ideologów, krytyków, zazdrosnych konkurentów, jak wierność literaturze właśnie, a nie ideom czy domkniętym światopoglądom, doprowadziła do gigantycznego sukcesu. Z uśmiechem pobłażania przywoła głosy mędrców bezradnych wobec fenomenu Sienkiewicza, którzy nieświadomi integralności pisarskiego gestu naiwnie, mało sensownie narzekali, że taki talent się zmarnował. Bo co? Bo nie dał się wprząc w służbę ich ideologii, bo nie spełnił ich planów naprawy świata?

Koziołek kapitalnie pokaże, jak Sienkiewicz, nabywając wiedzy o swym talencie, zaufał literaturze i swej sztuce narracyjnej, by unikając definiowania swej postawy wobec świata, dać mu to, co najcenniejsze: opowieść. Przeleci Koziołek nad krytykami współczesnymi Sienkiewiczowi, dowiedzie żałości i bezsiły kampanii antysienkiewiczowskich, by jako czytelnik zwrócić się ku tym rozbuchanym, wabiącym czytelnika na wiele sposobów książkom. „Sienkiewicz nie jest pisarzem idei, ale zmysłowego konkretu narracji” – przetnie rozważania literaturoznawców i myślicieli, by wraz z nami zatopić się w jego kipiącej emocjami prozie.

W centrum oczywiście będzie arcydzielna Trylogia, ale przecież w ado­rację Sienkiewicza wplecie Koziołek także inne dzieła. Odtworzy miłosne gry, jakie w swym życiu rozwijał Sienkiewicz z kobietami w różnym wieku, zajrzy do prywatnej korespondencji, by pokazać Sienkiewicza posługującego się grubym słowem, swawolnego, bezecnego, opowiadającego o swych miłosnych podbojach, onanizmie, klasyfikującego kobiety do szybkiej konsumpcji…

Sprawdzi, jak Sienkiewicz kreował swe bohaterki, obiekty westchnień wojennych herosów. Prezentując piękne na różne sposoby kobiety, które zawładnęły wyobraźnią dzielnych rycerzy, wojów, które wdzierały się w myśli rzymskich patrycjuszy czy współczesnych autorowi mieszczan, stworzy Koziołek niesamowity esej o meandrach miłości. Bezceremonialnie zestawi biografię pisarza z jego dziełem, doprawi to wszystko mało subtelnym Freudem, by wydobyć na jaw odwieczne dylematy miłości, pełnej sprzeczności i wzajemnie wykluczających się wizji. Wydestyluje ze zdawałoby się infantylnego erotyzmu Sienkiewiczowskich bohaterów pokrętne, wzajem sprzeczne, czasem perwersyjne ciągoty. Odtworzy fantazmaty, jakimi zasilał pisarz swe dzieła, i przedłoży nam przed oczy drażniące przyjemności, sycące czytelnika.

Owszem, gdy przywoła scenę, w której bohaterowie Pana Wołodyjowskiego obserwują swe blade kobiety – oszpeconą ciążą Krzysię i Baśkę emanującą mimo zmęczenia chłopięcym wdziękiem, pozwoli sobie na zdania koszmarki typu: „Ketling i Wołodyjowski są tu personifikacjami tłumionego dyskursu seksualnego, którego podmiot pada ofiarą własnej wartościującej stratyfikacji płci”. Ale przecież te naukawe ekscesy nie zburzą lektury, zatopionej w Sienkiewiczu, pełnej odwołań i cytatów z jego fenomenalnych dzieł.

Analiza Trylogii, Rodziny Połanieckich, Krzyżaków pozwoli Koziołkowi na opowieść o ambiwalencjach heteroseksualnej miłości, w której dążenie do wiecznej młodości koliduje z rozrodczością, a pierwiastki męski i żeński zwierają się w nieustannej walce. Swobodnie poruszając się po dziełach zebranych Sienkiewicza, zrekonstruuje jego ideał kobiety, pisząc:

Spośród wielu kobiet w Trylogii Zagłobę naprawdę pociągają tylko dwie: Helena i Baśka. […] Połączone razem tworzą znany już fantazmat, określony najwyraźniej przez Płoszowskiego w Bez dogmatu: „twarz dziewczynki z ponętami kobiety”.

W innym miejscu zanotuje:

Skutkiem konfliktu symbolicznego pomiędzy dwoma obiektami męskich uczuć jest częste u Sienkiewicza podwojenie postaci kobiecych, ujęte w opozycyjne typy bohaterek: androgyniczna versus płodna.

Miejscami, tworząc dyskurs o miłości, lekko przeszarżuje. Gdy wplecie do tego twórczość Balthusa, czyniąc go perwersyjnym wspólnikiem noblisty, czy gdy wystąpi z efekciarską nadinterpretacją nowelki Autorki.

Ciemne emocje

Wprowadza Koziołek czytelnika w konfuzję. Bo choć zaspokaja czytelnicze żądze i oczekiwania, to często czyni to bardzo brutalnie. Wydobywa na światło dzienne to, co miało pozostawać w półmroku: definiuje uczucia pisarza, nie pozwala tkwić im w niedopowiedzeniach, w niewykluciu. Bezlitośnie rozszyfrowuje grę, którą prowadzi Sienkiewicz z samym sobą, z czytelnikami książek, czytelniczkami osobistych listów. Pisze:

Dzięki literaturze Sienkiewicz może przenosić swoje fantazmaty na dowolną postać fikcyjną, a jak pokazuje jego korespondencja, także na realnych adresatów.

Brawurowo rozpoczyna rozdział poświęcony wieloletniej korespondencji pisarza zbolałego po śmierci pierwszej żony, Marii z Szetkiewiczów, z jej siostrą. Posłuchajmy:

Sienkiewicz wymyślił Jadwigę Janczewską w lecie 1886 r., mniej więcej w pół roku po śmierci żony Marii (zmarła 19 października 1885 r.). Jest to jedna z jego najlepszych postaci literackich.

Odtwarza Koziołek osobliwą grę, którą prowadził pisarz ze swą szwagierką, by stwierdzić:

Miłosne pisanie do Janczewskiej odcina go od depresji po śmierci ukochanej żony, oferując jakieś przedłużenie tamtego uczucia w pokrętnej relacji z siostrą zmarłej; dla niej słowa Sienkiewicza są siecią, w którą wpada, odgradzając się coraz bardziej od męża i syna, a nawet od rzeczywistości swego życia. Pisanie jest dla niego pracą żałoby, która niebawem się skończy, ją zaś wpycha w żałobę permanentną, gdyż obiektem jest on sam – żyjący pisarz.

Nie ma Koziołek litości też dla lekkich poruszeń emocji, nad którymi nie panujemy i które przecież często nas zwodzą, nie wierzy w urodę i niewinność uczuć pozostających w nierozkwicie, subtelnie zabarwiających naszą codzienność. Skoro więc w zapiskach Sienkiewicza pojawia się jakiś trop, Koziołek niczym gończy pies, który zwietrzył zwierzynę, wyrusza na poszukiwania i z korespondencji, z plotki, biograficznej fiszki destyluje swoją tezę, stawiając nam przed oczy fragmenty listów, łącząc opisy osób z powieści z realnymi personami z życia pisarza. Tak czyni z niebezpieczną od pewnego momentu epistolograficzną grą rozpoczętą przez sześćdziesięcioletniego pisarza z dziewięcioletnią Wandzią, tak postępuje z wątkami żałoby i śmierci kobiet w powieściach, tak z lękiem wobec prokreacji.

Nasyca wyraźnie Koziołek czytanie Sienkiewicza własnymi dylematami i dylematami naszej epoki, ciągnie myśl poza horyzont pisarza, ukryty za maską filologa, zwierza się z własnych niepewności i rozdarć. Nie sposób nie zacytować późniejszej deklaracji Ryszarda Koziołka, nie sposób nie zacytować, bo stanowi ona także trafną prezentację strategii, którą realizuje w Ciałach Sienkiewicza:

Dobra lektura powinna być emocjonalna, taki jest jej nietajony cel, ale też ciemna strona opowieści. Za Bataille’em powiedziałbym, że jest to „nieprawa część” literatury, kiedy ta odwołuje się do ciemnych emocji czytelnika, wybudza je lub ożywia […]. To, co dzieje się z nami w trakcie czytania, wcale nie zawsze jest dobre! W lekturze bywamy sadystami, szowinistami, wydajemy niesprawiedliwe sądy, stajemy się stronnikami zbrodniarzy, ponieważ literatura właśnie to, między innymi, chce z nami robić – wydobyć naszą emocjonalność. Jeśli jest wielka, na tym się nie skończy – będzie nas skłaniać także do zrozumienia, co się z nami działo.

I Koziołek, delektując się Sienkiewiczem, pokazuje, jak pisarz wprowadza nas w ekstatyczny odbiór. Zachwyca się niezwykłą kreację na pozór niewinnego Zagłoby. Pisze:

Transponując dyskurs uwodziciela w dyskurs ojca, Sienkiewicz normalizuje społeczną patologię starczego pożądania.

W precyzyjnych analizach pokazuje filtry i cudze spojrzenia, przez które autor pokazuje nam przemoc i zabijanie, wciągając w pornografię sado-maso. Ligia – dręczona w wizjach Winicjusza i umierająca – we własnych marzeniach – jako męczennica. Uśmiech pobłażania dla faktu, że „postacie bliskie pisarzowi lub obarczone funkcją moralnego, patriotycznego bądź heroicznego wzorca zabijają elegancko, niemal dyskretnie”, ale i erotyczna niemal fascynacja kobiet wojennym widowiskiem przemocy, wzmocniona przez Koziołka odwołaniem się do nasyconego namiętnością reportażu Sienkiewicza z corridy.

Po mistrzowsku wplata w swe czytanie noblisty problematykę płci, pokazując już nie tylko seksualny wymiar bohaterów, nie tylko spór chrześcijaństwa z Erosem, lecz także ukształtowanie świata, w którym ścierają się pierwiastki męskie i żeńskie. Relacje między kobietą-ojczyzną a zbłąkanymi bohaterami, rzeczywistość, w której męka, ofiara znaczą więcej niż bohaterski czyn, a rana więcej niż triumf. No tak, tylko znów: „kontakt kobiety z męskimi ranami jest alegorią miłości i pożądania”.

 

Wciągając nas w namiętną lekturę, nie zaniedbuje Koziołek także polemik z tradycyjnymi ujęciami twórczości Sienkiewicza. Pokazuje więc, jak i co chciał Sienkiewicz w nas krzepić, jak łączył anachronizm z nowoczesnością i na czym polegał mechanizm konsolacyjny jego Trylogii. Zbyt mało miejsca tu, by choćby zasygnalizować wątki, które wręcz wylewają się z książki śląskiego literaturoznawcy, ale trudno, takie są uwarunkowania tygodnikowego pisania. Ciała Sienkiewicza. Studia o płci i przemocy – lektura obowiązkowa.

Ryszard Koziołek, Ciała Sienkiewicza. Studia o płci i przemocy, Wydanie II, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.

[„Do Rzeczy”, 9/2018]