MniszekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tak, trafnie pan rozpoznał: jestem księdzem.

Że co, że ten pietyzm, z jakim sobie przyrządzam herbatę, przypomina liturgiczne gesty?

PKP Intercity serwuje Państwu bezpłatny poczęstunek – kawa, herbata, woda – i jesteśmy zdemaskowani.

No może: lata posługi robią swoje. Ministrant podchodzi i trzeba z ampułek nalać wina i dodać wody odrobinkę. Wymieszanie natury boskiej z ludzką. Misterium sporządzania mistycznego koktajlu.

A więc zdradzają mnie gesty. Bo chyba na twarzy to już mniej księżowski jestem?

No dobrze, jestem księdzem. Zakonnikiem nawet. Ale na wygnaniu, czy też w czyśćcu. Purgatorium.

Teraz pełno nas w pociągach, autobusach: zbiegli księża, złamani zakonnicy, wstrząśnięci, pierzchamy byle dalej, na północ, południe…

Wiem, każdy przekonany o swej wyjątkowości i niewinności.

Proszę się nie obawiać: nie pedofilskie afery, żaden seks, ani też żadne finansowe matactwa, nie, nie, nie to wygania mnie poza mury klasztoru.

Słucham? Nie, nie zwątpienie kazało mi opuścić celę.

Nawet przeciwnie: sprawiła to uzyskana pewność. Pewność, że jest Bóg. Jest Bóg, z taką oczywistością jak to, że siedem plus trzy to dziesięć. Z taką.

To ze świętego Augustyna. Ta arytmetyka.

Kojarzy pan?!

Naprawdę?

Niesamowite. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie. Spotkać w przedziale człowieka, który zna świętego Augustyna na tyle, by rozpoznać w tym matematycznym działaniu jego westchnienia do Boga!

Spotkanie jak Rogożyna z Myszkinem w wagonie trzeciej klasy kolei warszawsko-petersburskiej! Tylko kto z nas jest kim, prawda?...

Oj, przepraszam, tak popisuję się, gadam, bo namilczałem się ostatnio.

Siedem plus trzy to dziesięć – taką pewność chciał mieć nasz święty, ale przecież jej nie zyskał, pan o tym doskonale wie. Gdy się wczyta w jego „Wyznania”, to widać, że wszystko tam tkane z takich znaków niewyraźnych: ze wzruszenia rozmową z przyjaciółmi, z zasłyszanej zza muru dziecięcej wyliczanki tolle lege tolle lege, z księgi otwartej na chybił trafił, z błogiej rozmowy z matką, gdy wsparci o okno patrzyli na ogród. A reszta to spekulacje, kombinacje. No więc nie dostał nasz starożytny przyjaciel takiego dowodu, o jaki się modlił.

A jednak to niesamowite, że zna pan świętego Augustyna!

No więc… Tak: byłem znanym księdzem, nawet trochę – taki mamy zakon – celebrytą, ścigamy się w tym, rywalizujemy. Byłem więc i ja wziętym kaznodzieją, potrafiącym wprawić w podziw całe parafie. Najeździłem się po Polsce, pociągi to dla mnie nic nadzwyczajnego: pociągi, czasem nawet samoloty, byle zdążyć na czas, bo lud czekał.

Ale wolałem koleje, można było sobie odpocząć, poczytać.

Tylko teraz to już nawet czytać mi się nie chce. Odrzuca mnie, nudzi. Ale pan, widzę, też bez książki. Naczytaliśmy się już obaj i może starczy.

Gdy przybywałem na rekolekcje wielkopostne, to naprawdę kościoły pękały w szwach. Na plakatach moje nazwisko, jakiś efektowny tytuł… Że coś pan kojarzy? Że jakoś twarz znajoma? Mniejsza, to naprawdę nie ma znaczenia. Mnie tamtego już nie ma. Ja tamtego już w sobie nie wzbudzę.

Nie napiszę już kolejnego błyskotliwego artykułu broniącego zasad naszej wiary, nie będę z maestrią obnażał teologicznych błędów w pismach moich rywali. Mogą odetchnąć z ulgą. Ja – jak to mówią młodzi – wyczepiam. Ja – pas.

Przez parę miesięcy, więcej nawet, myślałem, że jakoś wytrzymam, że dam radę: bracia szanowali moje milczenie, solidaryzowali się z moim dramatem. Mogłem sobie cicho wzdychać, celebrować swój stan, podczytywać poezję: Że nie mam już nadziei bym powrócił. Że nie mam już nadziei. Że nie mam już nadziei wrócić… Prawda? Takie kawałki.

Ktoś by tam za plecami złośliwie się zaśmiał, zachichotał, ale przecież mogłem ciągnąć jako złamany nieszczęściem mnich, mogłem z tajemniczym, gorzkim nieco uśmiechem patrzeć, jak niczym piasek w klepsydrze przesypują się kolejne święta, jak zmieniają się kolory liturgicznych szat, jak coraz to nowi kandydaci przychodzą do nowicjatu, jak odmładza się wciąż nasza wyborna schola.

Ile jeszcze przyszłoby mi tak żyć? Pewnie ze dwadzieścia, trzydzieści lat. Nasz klasztor nie jest taki zły, siostrzyczki dobrze karmią, nie złapałem reumatyzmu, serce równomiernie pompuje krew, czuję się dość dobrze, nawet świetnie, o ileż lepiej od rówieśników cierpiących na bóle głowy, powykrzywianych, narzekających na łamanie w kościach.

Patrzę czasem na nich i odczuwam grzeszną satysfakcję, że trzymam się całkiem dobrze… Straszne, prawda? Niezmierzone są we mnie zasoby Schadenfreude.

No, dałbym radę. Strzygłbym starannie tę bródkę i wąsy, przecierał swoje dyskretnie eleganckie okulary bez oprawek i ciągnął jakoś ze sławą dawnego błyskotliwego wykładowcy, przygotowującego młodych do posługi. Ciągnąłbym, ktoś odnalazłby którąś z moich dawnych książek, natknął się na artykuł lub zapis rekolekcji, pochwalił. Byłem dobry w tym. Niektórzy mówią, że najlepszy w kraju.

Nieważne. Było, minęło.

Kleciłem te homilie, pisywałem mądre artykuły do naszego diecezjalnego miesięcznika, czasem dałem coś do tygodnika, robiłem naprawdę niezgorszą robotę. Pokazywałem, że można być inteligentnym, oczytanym i wierzyć. Że wszystko da się złożyć w całość, że można w XXI wieku wyznawać Boga i uczestniczyć w świecie. Z ładną fotką na naszej internetowej stronie: taki uduchowiony, a jednocześnie z błyskiem inteligencji w oku. Łączący ogień i wodę. Głęboką duchowość i żywą inteligencję.

Czy to takie złe?

Że trochę trzeba było naginać sprawy, że pewnych rzeczy się nie mówiło? Nie bądźmy tacy skrupulatni. Wszyscy naginamy, ale właśnie tak trzeba: przykrawać świat do ideału, przymuszać się, dopychać.

Nie wiem, kim pan jest z zawodu, no ale przecież, na ile procent ma pan przekonanie do tego, co robi? Że przyczynia się do budowy ładu tego świata? Siedemdziesiąt? No to już dużo. To ja byłem przekonany na jakieś dziewięćdziesiąt pięć. Prawie sto.

No ale zostałem wybrany. Albo może sam to wymogłem? Wymusiłem?

Dobrze, przepraszam, wiem, że to niejasne, to może opowiem od początku.

Od młodości szukałem Boga i chciałem być Mu wierny, i składając śluby, nie miałem wątpliwości: to jest moja droga.

Dobra, brzmi to jak jakieś zapiski świętego naiwnego, ale naprawdę tak było. Moi znajomi i przyjaciele patrzyli na moją decyzję z uznaniem: oto wybierałem najlepszą cząstkę, oto pokazywałem, że można życie swoje poświęcić do końca. Pan trochę młodszy, widzę, ale musi pan pamiętać tamte lata: Kościół w rozkwicie, jaśniejący chwałą, splendorem. Ale też sensowny. To był wspaniały czas!

Tradycja naszego zakonu, staranny rytuał był jak oprawa drogocennego klejnotu. Można było zatopić się w śpiewie, w modlitwie, zatracić… I przecież wszedłem w to całym sobą.

Ale im głębiej wchodziłem, tym silniejsze było marzenie dotarcia do jakiegoś rdzenia, jądra. Im bardziej olśniewające zdawały mi się rytuały, tym mocniejsze pragnienie, by oczyścić to wszystko z choćby najpiękniejszej, ale jednak doczesnej domieszki, by stanąć twarzą w twarz.

Chciałem zedrzeć wszystkie zasłony, odrzucić te kulturowe sztuczki, wszystkie te protezy, no bo one owszem, prowadziły do czegoś, co można nazwać od biedy doświadczeniem religijnym, ale czym były w istocie? Wytwarzaniem sacrum. Przekonywaniem samego siebie, że On jest. A ja chciałem uzyskać pewność. Właśnie taką matematyczną. Bez dodatku liturgii, nastroju, wzruszenia. Niezależną od woli. Chłodną i precyzyjną. Nie ze spekulacji płynącą, tylko z usłyszenia mocnego i twardego: Ja Jestem!

Nie interesowały mnie dowody z piękna przyrody, czy ze sztuki. Co mnie obchodzi, że „zatoka lasu zstępuje w rytmie górskich potoków…”, że papież się wzrusza? Ja też się wzruszałem, chodziłem po górach, trzymając różaniec w dłoniach splecionych na plecach. Ale mnie chodziło o pewność! Przeglądałem papieskie zapiski – znaku takiej pewności, jakiej pragnąłem, nie znalazłem.

Pan wie, że to wszystko dęte, z tymi doświadczeniami mistycznymi naszego papy? Ano właśnie, widzę, że pan też oczytany. Niczego, niczego w jego zapiskach nie ma. Kapciowy papieża złamał testament, nie zniszczył jego notatek, dał do druku i stało się jawne, że tam – pusto! Wszystko takie… proboszczowe, łagodne.

Kartkowałem „Dzienniczek” siostry Faustyny. No ale ona też ewidentnie prowadzona była przez rytuał, modlitwy, lektury, czynione nie bez wysiłku przez tę prawie analfabetkę, przez święte obrazki, rzeźby, jakie oglądała.

Zna pan sprawę, nie wzgardził pan zapiskami tej prostej dziewczyny? Oj, widzę, że pan też poszukiwał! No to pan wie, że jak jej się tam objawiają święci, to albo pod postacią rzeźby z jakiejś kaplicy, albo oleodruku. Jest msza, przeistoczenie, a ona widzi na ołtarzu Dzieciątko Jezus, bo to akurat Boże Narodzenie i pewnie obrazków się naoglądała. To ja tego nie chciałem. Nawet te formułki modlitw podyktowane jej z góry to pochodzą z papieskich dokumentów. Nie wiedział pan? Przecież to „ofiaruję Tobie Ciało i Krew, duszę i Bóstwo” to z watykańskich papierów. No i to jest w porządku, niech to współgra, dlaczego miałoby nie współgrać, ale ja pragnąłem pewności oczyszczonej, odartej z ludzkiej woli, szukałem czegoś nawet czystszego niż mistyczne doświadczenie…

 

No przepraszam, plączę się, idę na skróty, ale chcę zdążyć, droga przed nami nie za długa… No więc mnie nie chodziło o takie wyprodukowanie w sobie Boga; obaj wiemy, że umysł wyposzczony, udręczony, ze skumulowaną uwagą jest w stanie to zrobić.

Przecież w Wielkim Tygodniu, po Wielkim Poście, wygłodniały, wymęczony niedospaniem, miewałem jakieś wizje, umiałem sobie wyobrażać Mękę Pana tak wyraziście, że imaginacja mieszała mi się z realnością, że prawie przekonany byłem o tym, że oto doznaję objawienia… to wszystko było mało, za mało.

Poza tym, niech się pan nie oburza, sam widziałem, jak moje piękne słowa rodziły Boga w innych, jak robiło się nagle mistycznie i wzniośle, jak byłem w stanie ze słów stworzyć Jego, przywołać Go, przekonać, że oto nadszedł i jest między nami. I może naprawdę przychodził.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?