Sekretne życie zwierzątTekst

Z serii: Varia
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Wstęp

2  Macho w zwierzęcej skórze

3  Kobiety rządzą

4  Samice są dzielne

5  Władza

6  Atrakcyjność

7  Zaloty, czyli ruszamy w konkury

8  Wierność i skoki w bok

9  Podróżnicy

10  Zabawa, lenistwo i praca

11  Rodzina

12  Zakończenie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WSTĘP


Kiedy przed ponad ćwierć­wie­czem, zaraz po stu­diach, zaczy­na­łem pracę jako nauko­wiec bada­jący cho­roby dzi­kich pta­ków, w ciągu roku prze­czy­ta­łem wszyst­kie publi­ka­cje o wró­blach i ich cho­ro­bach oraz paso­ży­tach. Tego doty­czyła moja praca dok­tor­ska. Wszyst­kie publi­ka­cje mia­łem ska­ta­lo­go­wane i zna­łem ich treść. Inter­netu jesz­cze w zasa­dzie nie było, a wła­ści­wie – był, dostęp do niego umoż­li­wiał jeden jedyny kom­pu­ter w cen­tral­nej biblio­tece i obsłu­gi­wała go jedna z pra­cow­nic. Nikt inny. Poszu­ki­wa­nie publi­ka­cji było więc żmudną pracą pro­wa­dzoną w zaci­szu biblio­tek i wią­zało się z wysy­ła­niem listów do auto­rów i koniecz­no­ścią spo­rzą­dza­nia nota­tek, gdyż kse­ro­ko­piarki też nie były ogól­nie dostępne. Szybko, bo w ciągu nie­spełna trzech lat, upo­ra­łem się z dok­to­ra­tem, a potem wyje­cha­łem na sty­pen­dia do Holan­dii i Nor­we­gii. Tam były dostępne kom­pu­tery i kse­ro­ko­piarki, mimo to ksią­żek i arty­ku­łów na­dal szu­kało się w biblio­tekach. Po kilku latach poświę­co­nych mucho­łów­kom i siko­rom posta­no­wi­łem napi­sać pracę habi­li­ta­cyjną i znów skie­ro­wa­łem się do biblio­teki, by spraw­dzić, co nowego napi­sano o wró­blach i ich paso­ży­tach. Zna­łem setki publi­ka­cji na ten temat, ale w ciągu bez mała dzie­się­ciu lat przy­było setki nowych, o któ­rych ist­nie­niu nie mia­łem poję­cia.

Insty­tut Eko­lo­gii PAN, w któ­rym wów­czas pra­co­wa­łem, prze­ży­wał kolejny kry­zys. Po moral­nym i inte­lek­tu­al­nym nastą­pił kry­zys eko­no­miczny. Kto mógł, ucie­kał stam­tąd. Ucie­kłem i ja. Prze­nio­słem się do war­szaw­skiego ogrodu zoo­lo­gicz­nego, by speł­nić swoje marze­nie i zro­bić coś poży­tecz­nego dla ochrony uko­cha­nych przeze mnie od dzie­ciń­stwa pta­ków.

Inter­net był coraz szyb­szy, a lawina uka­zu­ją­cych się w nim publi­ka­cji naj­pierw mnie prze­ra­żała, a potem zaczęła cie­szyć. Mogłem zna­leźć dane na dowolny temat. Umia­łem się w tym śro­do­wi­sku poru­szać, znam kilka języ­ków, a nie­obcy był mi także naukowy slang. Zauwa­ży­łem jed­nak, że w pogoni za wie­lo­ścią publi­ka­cji i wyni­ka­jącą z nich liczbą cyta­cji i punk­ta­cji auto­rzy piszą prace coraz krót­sze (ba, wydawcy nie ocze­kują już obszer­nych arty­ku­łów), uży­wają skró­tów (cza­sem zro­zu­mia­łych tylko dla spe­cja­li­stów), cytują samych sie­bie (ale na szczę­ście nie tylko), zatem aby poznać i zro­zu­mieć postęp wie­dzy o jakimś stwo­rze­niu trzeba prze­stu­dio­wać setki arty­ku­łów i wyło­wić z nich sedno sprawy.

Typo­wym przy­kła­dem takich prak­tyk jest moja przy­goda z wie­dzą na temat remiza (Remiz pen­du­li­nus), małego ptaka budu­ją­cego nie­ty­powe dla naszych pta­ków gniazda. Mieszka w Euro­pie, ale za sprawą nie­zwy­kłego życia rodzin­nego stał się znany orni­to­lo­gom na całym świe­cie. Ist­nieje kil­ka­na­ście pol­skich publi­ka­cji na jego temat, ale w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu lat opu­bli­ko­wano ich w Euro­pie setki. Naj­wię­cej poczy­nił pewien zespół bada­czy szwedz­kich i dwa zespoły Węgrów. Zalo­go­wa­łem się do biblio­tek uni­wer­sy­te­tów, na któ­rych ci orni­to­lo­dzy pra­cują, dosta­łem dostęp do ich aktu­al­nych publi­ka­cji i teraz co kilka tygo­dni otrzy­muję zawia­do­mie­nie o nowej publi­ka­cji któ­re­goś z nich. O remi­zach! Sza­leń­stwo! Labi­rynt pozor­nie podob­nych prac w któ­rych naukowcy dys­ku­tują o niu­an­sach pta­siej bio­lo­gii. Spe­cja­li­sta jakoś to opa­nuje, ale co ma zro­bić zwy­kły miło­śnik pta­ków, który chce się dowie­dzieć cze­goś o bio­lo­gii jakie­goś ptaszka? Dodajmy do tego osią­gnię­cia bio­lo­gii mole­ku­lar­nej, dostęp naukow­ców do ana­liz DNA, nadaj­ni­ków sate­li­tar­nych, mikro­ka­mer, dro­nów, super­czu­łych mikro­fo­nów i zro­zu­miemy, dla­czego wie­dza bio­lo­giczna zaczyna być dostępna tylko dla spe­cja­li­stów. A bio­lo­dzy mogą badać, co chcą, i na doda­tek w skali całego świata. Nawet w odle­głych zakąt­kach Nowej Gwi­nei, tro­pi­kal­nego pół­wy­spu Jork w Austra­lii czy w ama­zoń­skich lasach desz­czo­wych.

Umy­sły ana­li­tyczne uzbro­jone w wyszu­kany sprzęt są w sta­nie podzie­lić na detale i zba­dać wszystko. Każde zwie­rzę i każdy aspekt jego życia. Jed­nak jeśli się z takimi naukow­cami chce pody­sku­to­wać o życiu jakie­goś stwo­rze­nia, które badali przez lata, to usły­szymy naukowy żar­gon. A ten rzadko kiedy jest przy­swa­jalny dla nie-spe­cja­li­sty, dla prze­cięt­nego śmier­tel­nika. Bar­dzo nie­wielu ludzi nauki potrafi syn­te­tycz­nie opo­wie­dzieć o tym, co badają. A jesz­cze rza­dziej chce się komuś w nor­malny, ludzki spo­sób przed­sta­wić postępy nauki laikom, oso­bom zwy­czaj­nie zain­te­re­so­wa­nym przy­rodą, ale nie­ma­ją­cym czasu ani deter­mi­na­cji, by ślę­czeć w Inter­ne­cie i ana­li­zo­wać publi­ka­cje fachow­ców. Stąd wynika spo­łeczne zapo­trze­bo­wa­nie na tak zwa­nych popu­la­ry­za­to­rów nauki, któ­rzy ogarną ogrom wie­dzy i ludz­kim języ­kiem o tym opo­wie­dzą.

Napi­sa­łem do tej pory około tysiąca arty­ku­łów, od ćwierć­wie­cza mam w radio­wej Trójce krót­kie audy­cje, w któ­rych tro­chę żar­to­bli­wie opo­wia­dam o pta­kach i ich życiu, dodat­kowo od kilku lat pro­wa­dzę autor­ski pro­gram Lata­jące radio dok­tora Kru­sze­wi­cza w Radiu dla Cie­bie. Dzięki niemu mam co tydzień godzinę, by pody­sku­to­wać z zapro­szo­nym gościem, zre­cen­zo­wać wybraną książkę, opo­wie­dzieć o jakimś zwie­rzę­ciu lub jego pro­ble­mach. Sta­ram się, by wybrane przeze mnie utwory muzyczne paso­wały do tre­ści audy­cji. Przy­kła­dem niech będzie aneg­do­tyczne już zda­rze­nie pod­czas audy­cji poświę­co­nej zja­wi­sku prze­mytu zwie­rząt. Gościem był wyspe­cja­li­zo­wany w tema­cie cel­nik. Pod koniec audy­cji zapo­wie­dzia­łem, że teraz zaśpie­wają nam zwie­rzęta o tym, co się dzieje z ludźmi, któ­rzy je prze­my­cają: grupa The Ani­mals i House of the Rising Sun.

Jestem także auto­rem ponad trzy­dzie­stu ksią­żek, głów­nie o pta­kach, ale nie tylko. Ostat­nio wyży­wam się w tele­wi­zji, gdzie byłem pro­wa­dzą­cym i współ­twórcą kil­ku­dzie­się­ciu pro­gra­mów opo­wia­da­ją­cych o tajem­ni­cach pry­wat­nego życia zwie­rząt. Niniej­sza książka jest efek­tem tej inte­lek­tu­al­nej przy­gody. Drogi Czy­tel­niku, gorąco zachę­cam do jej lek­tury, a potem do samo­dziel­nego poszu­ki­wa­nia dal­szej wie­dzy na temat, który Cię zain­try­guje.

Wła­dy­sła­wów, gru­dzień 2019

MACHO W ZWIE­RZĘCEJ SKÓRZE


W świe­cie zwie­rząt czę­sto się zda­rza, że to samce rzą­dzą i to samce są kró­lami i moca­rzami. To one na ogół prze­wo­dzą całemu stadu i usta­lają zasady dla wszyst­kich człon­ków swo­jej spo­łecz­no­ści. Oso­bi­ście wolał­bym być pod wła­dzą kobiety, ale w świe­cie zwie­rząt jest to uło­żone zupeł­nie ina­czej.

U pta­ków samiec – „skrzy­dlaty macho” – jest naj­czę­ściej pięk­niej­szy od samicy. Ubrany w bajecz­nie kolo­rowe pióra zwraca na sie­bie uwagę wymyśl­nym śpie­wem. Zwy­kle jest zde­cy­do­wa­nym poli­ga­mi­stą. Chce posiąść jak naj­wię­cej part­ne­rek, by prze­ka­zać swoje geny potom­stwu. Wręcz staje na gło­wie, aby zro­bić na paniach dobre wra­że­nie. Popi­suje się już pod­czas zalo­tów. I rze­czy­wi­ście samce jed­nego z gatun­ków z rodziny cudow­ro­nek stają na gło­wie, a raczej głową w dół zwi­sają z gałęzi, byleby tylko przy­po­do­bać się sami­com. Acz­kol­wiek bywa i tak, że zaloty, nazwijmy je wręcz „grą wstępną”, nie trwają długo. Na przy­kład kaczory krzy­żó­wek nie są sub­telne i od razu prze­cho­dzą do rze­czy, siłą wymu­sza­jąc kopu­la­cję na aktyw­nych płciowo sami­cach. Nie jest to wcale takie łatwe, gdyż narząd kopu­la­cyjny kaczorka ma kształt świ­derka, a gwint w klo­ace kaczki, w który powi­nien się „wkrę­cić”, ma nieco inne spi­rale. Nam się wydaje, że widzimy gwałt, ale bez przy­zwo­le­nia samicy sam­czyk nie byłby w sta­nie wkrę­cić swo­jej śrubki gdzie trzeba…

 

W gro­ma­dzie, do któ­rej zali­cza się czło­wiek, czyli u ssa­ków, wcale nie jest lepiej. Przy­kła­dowo, samiec zebry jest bar­dzo bru­talny i nie bawi się w piesz­czoty. To takie praw­dziwe „koń­skie zaloty”. A u noso­roż­ców gra wstępna polega na dzi­kiej goni­twie, sztur­chań­cach, bodze­niu rogiem, a nawet gry­zie­niu. Fero­mony płciowe spra­wiają, że osob­niki w odpo­wied­niej fazie cyklu odnaj­dują się i gdy bra­kuje im doświad­cze­nia lub nie są jesz­cze w pełni gotowe do godów, może docho­dzić do nie­po­ro­zu­mień i aktów agre­sji.

Goryl wydaje nam się typo­wym macho, ale u goryli domi­nu­jące samce zwra­cają na sie­bie uwagę dużymi poślad­kami i opie­kuń­czo­ścią. Cza­sem otwie­rają pasz­czę, by poka­zać zęby, ale w sto­sunku do samic są wręcz szar­manc­kie. Są to jed­nak zwie­rzęta wyjąt­kowo inte­li­gentne. Zarówno w świe­cie ludzi, jak i zwie­rząt inte­li­gen­cja sam­ców bar­dzo im pomaga i spra­wia, że agre­sja wobec samic jest nie­po­trzebna. Ba, tam, gdzie jest inte­li­gen­cja, tam może się poja­wić miłość. W sta­dzie bara­nów lub w ławicy śle­dzi nie ma mowy o miło­ści. Samiec pawia ma wielki i nie­wy­godny ogon, a łoś i jeleń noszą ogromne, cięż­kie poroże. Żaby pod­czas godów recho­czą tak gło­śno, że łatwo mogą zostać namie­rzone przez dra­pież­niki. Zacho­wa­nia godowe i sam­cze ozdoby mogą więc być dla nich zwy­czaj­nie nie­bez­pieczne.

Samce czę­sto ryzy­kują życie i poświę­cają wiele ener­gii, aby przy­cią­gnąć uwagę płci prze­ciw­nej. Nie zraża ich to, że jej przed­sta­wi­cielki potra­fią być nad wyraz wybredne. Wła­śnie z tego powodu samce są z reguły bar­dziej ozdobne i na wszel­kie spo­soby zwra­cają na sie­bie uwagę. Ubar­wie­nie sam­ców jest swo­istym „chwy­tem rekla­mo­wym”. Dzięki kolo­ro­wym pió­rom prze­ka­zują one poten­cjal­nym part­ner­kom infor­ma­cję, że są zdrowe i silne. Cechy, któ­rymi skrzy­dlaci pano­wie chwalą się przed paniami, można porów­nać do tych, które w potocz­nym poj­mo­wa­niu mogą zro­bić wra­że­nie na paniach w naszym, ludz­kim świe­cie – są jak dobre samo­chody, kosz­towne gadżety czy zasobny port­fel. Pawi ogon jest jak luk­su­sowe auto. Nie nadaje się do spraw codzien­nych. Nie uła­twia pawiowi zdo­by­wa­nia poży­wie­nia, ochrony przed desz­czem lub zim­nem czy ucieczki przed dra­pież­ni­kami. Podob­nie jaskra­wo­czer­wony kabrio­let nie spraw­dzi się przy wyjeź­dzie na zakupy czy odwo­że­niu dziecka do przed­szkola. Ale pod dys­ko­teką…

Czę­sto poza odmien­nym ubar­wie­niem samce wyróż­niają się innymi ozdo­bami, takimi jak np. grze­bień u koguta lub korale u indora. One rów­nież są atry­bu­tem zdro­wia i dobrej kon­dy­cji. Szcze­gól­nie samce posia­da­jące dłu­gie pióra w ogo­nie, np. pawie lub raj­skie ptaki, zdają się mówić do samicy: „Popatrz, jaki jestem silny i zdrowy. Nie dałem się zła­pać dra­pież­ni­kom, mimo że mam taki ogromny, kolo­rowy ogon”.

Jak świat zwie­rząt długi i sze­roki, samce wyją, ryczą, beczą lub „śpie­wają”. Po to, by przy­wo­łać part­nerkę, odstra­szyć rywala czy zazna­czyć tery­to­rium. Super­sa­miec wyróż­nia się dobrym gło­sem. Odpo­wied­nio modu­lo­wany jest potężną bro­nią, która może zawró­cić w gło­wie wyma­rzo­nej part­nerce. Mistrzo­stwo w przy­wa­bia­niu płci prze­ciw­nej za pomocą miło­snych zaśpie­wów osią­gnęły samce pta­ków. Im pięk­niej­sze i bar­dziej skom­pli­ko­wane trele, tym lep­sze zdro­wie i tym więk­sza poten­cjalna dłu­gość życia samca. Te, które naj­dłu­żej i naj­pięk­niej szcze­biocą, nie tylko mają w mózgu naj­więk­szy obszar odpo­wia­da­jący za śpiew, ale także są w lep­szej kon­dy­cji fizycz­nej niż inne osob­niki. Samica może więc śmiało zało­żyć, że samiec, który ład­nie i dono­śnie śpiewa, będzie naj­lep­szym dawcą genów dla jej dzieci. Dla­tego żywo reaguje na piękne trele. U jed­nych pta­ków piękno pie­śni polega na odtwo­rze­niu skom­pli­ko­wanej arii, a u innych na mono­ton­nym brzę­cze­niu lub ćwier­ka­niu przez kil­ka­dzie­siąt sekund.

Kolej­nymi mistrzami miło­snych pie­śni są żaby. Robią wszystko, aby ich godowe recho­ta­nie brzmiało jak naj­do­no­śniej. W zalo­tach liczy się jed­nak nie tylko dono­śność głosu, ale też ton. Im jest on głęb­szy i niż­szy, tym więk­sze są szanse samca na zdo­by­cie part­nerki. Głę­boki, nisko wibru­jący głos ozna­cza duże roz­miary ciała – tak jest w całym zwie­rzę­cym świe­cie. Duże zwie­rzęta mają bowiem więk­szą krtań i dłuż­sze struny gło­sowe, które wydają dźwięki o niż­szych czę­sto­tli­wo­ściach. Co cie­kawe, sporo zwie­rząt wyko­rzy­stuje ten fakt, aby pod­ko­lo­ry­zo­wać swoje fizyczne walory i tęży­znę. Samce nie­któ­rych gatun­ków, mię­dzy innymi koali, lwów, nie­któ­rych małp, na przy­kład wyj­ców, i jeleni, wykształ­ciły w gar­dle struk­tury więk­sze, niż wska­zy­wałby na to ich wzrost. Taka krtań, nie­pro­por­cjo­nal­nie duża w sto­sunku do reszty ciała, pozwala na wyda­wa­nie niż­szych dźwię­ków, które suge­rują samicy, że ma do czy­nie­nia z naprawdę potęż­nym part­ne­rem. I to działa – dowio­dły tego obser­wa­cje pand i jeleni. Samice były bar­dziej skłonne „oddać się” się sam­com o niż­szym i bar­dziej dono­śnym gło­sie.

Co zaś do wyj­ców (skąd­inąd cie­kawy przy­kład na to, jak mocno nazwa zwie­rzę­cia przy­lgnęła do repre­zen­tan­tów grupy arty­stów nie­zbyt udat­nie zazna­cza­ją­cych swoją obec­ność na sce­nach muzycz­nych) to te nie­zbyt wiel­kich roz­mia­rów małpy – masa ich ciała bar­dzo rzadko prze­kra­cza dzie­sięć kilo­gra­mów – pod wzglę­dem zdol­no­ści wokal­nych dorów­nują tygry­sowi. Pro­szę nie trak­to­wać tego jako prze­jawu gawę­dziar­skich skłon­no­ści do kolo­ry­zo­wa­nia. Tak jest naprawdę. Ich głę­boki, nio­sący się na kilka kilo­me­trów ryk ma nie­mal takie same para­me­try aku­styczne co ryk naj­więk­szego kota dra­pież­nego naszej ery i jest zali­czany do naj­gło­śniej­szych w całym kró­le­stwie zwie­rząt.

My, ludzie, pod tym wzglę­dem nie­spe­cjal­nie róż­nimy się od zwie­rząt. Kobiety za naj­bar­dziej atrak­cyjne uznają niskie głosy, a męż­czyźni wolą głosy dość wyso­kie, ale wciąż przy­jemne dla ucha, nie piskliwe. Te pre­fe­ren­cje mają pod­łoże bio­lo­giczne. Niski głos u męż­czy­zny zwią­zany jest z wyso­kim stę­że­niem testo­ste­ronu, a wysoki u kobiety zwia­stuje obfi­tość estro­ge­nów, żeń­skich hor­mo­nów płcio­wych. Kiedy męż­czy­zna mówi do atrak­cyjnej kobiety, nie­świa­do­mie obniża głos.

LEW

Lew – król, sym­bol wła­dzy. Wielki, potężny i groźny. Kiedy pod­cho­dzi do zdo­by­czy, którą uśmier­ciły jego lwice, wszy­scy ucie­kają. To on musi się najeść pierw­szy, potem lwice, a dopiero potem lwiątka. On – władca, pan i władca. Macho, lew, król zwie­rząt.

Nasz war­szaw­ski lew, Zulus, jest już star­szym panem. Dostał do towa­rzy­stwa samicę, Sofię, która była ofiarą zor­ga­ni­zo­wa­nego na sporą skalę prze­mytu. Została skon­fi­sko­wana. Była po róż­nych przej­ściach. Miała krzy­wicę i wiele innych pro­ble­mów zdro­wot­nych. Jest młodą part­nerką Zulusa, ale potom­stwa z tego nie będzie. Samica ma za sobą trudną prze­szłość, jest scho­ro­wana, a on jest panem w pode­szłym lwim wieku, ale się trzyma, głowę nosi wysoko, widać po nim władcę. Sofia go pro­wo­kuje, ale tylko cza­sem i tylko tro­chę. On nie poluje, nie powi­nien polo­wać. Czy rycerz był od tego, żeby polo­wać dla zdo­by­cia pokarmu albo żeby upra­wiać rolę? On miał bro­nić, wal­czyć i podob­nie jest z lwem. Są jed­nak sytu­acje wyjąt­kowe. W obro­nie stada przed licz­nymi intru­zami lwice stają do walki razem z sam­cami. Naj­sil­niej­sze samce wystę­pują do przodu, a reszta stada staje za nimi.


Na co dzień jed­nak to przy­wódca gwa­ran­tuje sta­bil­ność całej grupy. Jeśli sto­jący na jej czele samiec straci życie, przyj­dzie nowy lew i zabije wszyst­kie młode, więc gwa­ran­cją bez­pie­czeń­stwa samic i lwią­tek jest trwa­nie, siła przy­wódcy. Jeżeli on będzie żył, prze­żyją wszy­scy, dla­tego lwice o niego dbają. Polują, przy­no­szą pokarm i poka­zują mu go, aby mógł zjeść jako pierw­szy. Aby miał dobrą kon­dy­cję. To dosko­nały przy­kład pana i władcy. Rycerz-obrońca, taki jest król lew.

Porzą­dek natury od wie­ków wyzna­cza role w lwim sta­dzie: do sam­ców należy zdo­by­wa­nie tery­to­rium oraz ochrona stada i zapład­nia­nie samic. Samice nato­miast polują i opie­kują się lwiąt­kami. Lwy jako jedyne koto­wate żyją w gru­pach rodzin­nych. Więk­szość grup liczy od 2 do 12 doro­słych osob­ni­ków (rza­dziej do 30): spo­krew­nio­nych samic, ich potom­stwa obojga płci oraz kilku mło­dych, niespo­krew­nio­nych sam­ców. I jed­nego macho. Każde stado ma wła­sną hie­rar­chię, jed­nak nawet naj­słab­szy samiec zawsze zaj­muje w niej wyż­szą pozy­cję od samic. W sta­dzie może być jeden samiec lub koali­cja skła­da­jąca się z 2–4 sam­ców. O spe­cy­ficz­nym ukła­dzie dwóch sam­ców jesz­cze opo­wiemy.

Nie­stety żaden lew żyjący w natu­rze nie jest w sta­nie długo utrzy­mać swo­jej pozy­cji w sta­dzie. Samce stale rywa­li­zują z innymi lwami o przy­wódz­two i rzadko się zda­rza, by doro­sły lew żył w jed­nym sta­dzie dłu­żej niż trzy lata. Seks w okre­sie rui lwic jest wyczer­pu­jący. Samiec kopu­luje nawet kil­ka­dzie­siąt razy dzien­nie. Do gwał­tow­nych zbli­żeń docho­dzi co kil­ka­na­ście minut. Lew wcho­dzi w samicę od tyłu i kopu­luje z nią szybko. Kopu­la­cja u lwów trwa krótko i zazwy­czaj nie koń­czy się suk­ce­sem, bo choć lwica jest gotowa do sto­sunku, to owu­la­cję sty­mu­luje akt płciowy. U doro­słych lwów do zapłod­nie­nia docho­dzi dopiero śred­nio po tysiącu pró­bach. Samiec musi stale pozo­sta­wać w pobliżu wybranki, żeby nie szu­kała innych part­ne­rów. Samicy też nie jest łatwo – penis lwa jest pokryty maleń­kimi kol­cami, które dra­piąc wnę­trze pochwy, sty­mu­lują owu­la­cję, jed­no­cze­śnie usu­wa­jąc spermę kon­ku­ren­tów (jeżeli takowi się zda­rzyli).

To wszystko zapewne jest dość wyczer­pu­jące – nawet przy dobrej lwiej kon­dy­cji. Z tego wła­śnie powodu lew w natu­rze nie jest w sta­nie długo utrzy­mać pozy­cji głów­nego, zapład­nia­ją­cego stado samca. Jest przy­wódcą i opie­ku­nem swo­ich lwic do czasu, gdy jego miej­sce zaj­muje nowy, młod­szy rywal, a dotych­cza­sowy przy­wódca musi odejść. Jeśli zosta­nie poko­nany przez innego, opusz­cza stado i z reguły już ni­gdy do niego nie wraca, pro­wa­dząc odtąd samotne życie. Rzadko jest to jed­nak dłu­gie życie.

Co może być dla wielu zaska­ku­jące, ten sym­bol męskiej siły może żyć w związku homo­sek­su­al­nym. Zda­rza się bowiem, że dwa lwy żyją razem jako para. Ba, nie­rzadko wza­jem­nie się pokry­wają. Mogą też razem obej­mo­wać przy­wódz­two w sta­dzie. Oka­zują sobie czu­łość i bar­dzo się sza­nują. Czy przez to są mniej macho? Dla mnie na­dal pozo­stają sym­bolem siły i wital­no­ści. Sam fakt, że dźwi­gają na co dzień swój atry­but, potężną grzywę ważącą wiele kilo­gra­mów, budzi mój respekt. Nie wia­domo tylko, czy takie samce pozo­sta­wiają po sobie potom­stwo.

I coś jesz­cze – słynny lwi ryk. W sprzy­ja­ją­cych warun­kach sły­chać go z odle­gło­ści pię­ciu kilo­me­trów. Domi­nu­jące samce ryczą, aby oznaj­mić intru­zom swoją obec­ność na tery­to­rium, a człon­kom stada wska­zać swoje aktu­alne poło­że­nie. Taki swo­isty GPS z alar­mem…

ZEBRY

Czę­sto ludzie się zasta­na­wiają, czy zebra jest biała w czarne paski czy czarna w białe paski. Otóż zba­dano to dokład­nie. Wiemy, że zebra jest czarna w białe paski. W roz­woju pło­do­wym płód zebry jest czarny, a dopiero potem poja­wiają się białe paski. U każ­dej zebry two­rzą one uni­ka­towy wzór.

Wszyst­kie znane nam gatunki zebr żyją w Afryce. Zebra ste­powa i zebra Grevy’ego żyją na sawan­nach, zebra gór­ska na tere­nach gór­skich. U dwóch pierw­szych gatun­ków ogiery two­rzą haremy okre­sowe, luźne, roz­myte, dla­tego że wszystko, co w świe­cie zebr wiąże się z roz­ro­dem, dzieje się pod­czas wędrówki. Te samce nie są agre­sywne w sto­sunku do innych osob­ni­ków. Oczy­wi­ście – jak to w sta­dzie – zda­rzają się bójki i prze­py­chanki mię­dzy innymi sam­cami, ale nie widać w ich zacho­wa­niach praw­dzi­wej agre­sji.

Bywają także zebry, które pro­wa­dzą samotny tryb życia. Bar­dziej niż do stada przy­wią­zane są do kon­kret­nego miej­sca. Są to z reguły samce, które liczą na względy wędru­ją­cych samic pra­gną­cych sko­rzy­stać z trawy na łące bro­nio­nej przez ogiera. Bro­nio­nej jed­nak tylko przed innymi ogie­rami.

Jest nato­miast jeden wyjąt­kowy gatu­nek zebry – zebra gór­ska, którą mamy w ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym w War­sza­wie. U tego gatunku haremy są nie­wiel­kie, grupy małe, żyjące w izo­la­cji w trudno dostęp­nym tere­nie, a ogiery to istne dia­bły – praw­dziwi macho. Ogier sto­jący na czele stada broni innym sam­com dostępu do swo­ich kla­czy. W gru­pie panuje ści­sła hie­rar­chia samic. Klacz o naj­wyż­szej pozy­cji w gru­pie prze­wo­dzi, pod­czas gdy samiec zabez­pie­cza tyły lub boki stada. Obszary życiowe poszcze­gól­nych grup sąsia­du­ją­cych ze sobą czę­sto nakła­dają się na sie­bie, ale obec­ność ogiera w gru­pie zwy­kle powo­duje, że inne samce trzy­mają się z daleka. A ogier pil­nuje porządku!

 

Żyjąca w sta­dzie klaczka nie może się od niego odda­lić. Pil­nu­jąc swo­jej samicy, macho prze­śla­duje inne ogiery, także te żyjące w bez­po­śred­nim sąsiedz­twie. Przy­znać trzeba, że, mówiąc kolo­kwial­nie, jest ostro! Bójki bywają bar­dzo zażarte, bar­dzo bru­talne, toczone z praw­dziwą furią i nie­czy­stymi zagra­niami. Mało tego, ogiery są też bar­dzo bru­talne w sto­sunku do kla­czy w swoim sta­dzie. Samice zebry gór­skiej muszą uni­kać domi­nu­ją­cego ogiera, mogą mu pozwo­lić jedy­nie na krót­kie zbli­że­nia. To utrud­nia hodowlę tego gatunku w ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym, a w natu­rze ma on małe szanse na prze­trwa­nie.

To jest taki rodzaj macho, jakiego kobiety nie lubią. Macho agre­sywny. Taki macho powi­nien żyć sobie w górach na odlu­dziu jak te zebry gór­skie.