Warszawa stolica szpiegówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki

Fahrenheit 451

Zdjęcie na okładce

AKG/EAST NEWS

Zdjęcia w książce

Robert Jankowski

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

Korekta i redakcja

Barbara Manińska

Copyright © by Radosław Golec

© Copyright for Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2019

ISBN 978-83-66177-67-3

Wydawca

Zona Zero Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. 22 836 54 44, 877 37 35

Faks 22 877 37 34

e-mail: wydawnictwo@zonazero.pl

Konwersja

Monika Lipiec

Spis treści

Zamiast wstępu

ROZDZIAŁ 1. Wielka prowokacja w Warszawie i agent, który został naukowcem

ROZDZIAŁ 2. Szpieg, który pokochał Polskę

ROZDZIAŁ 3. Łamacz szyfrów, który wygrał wojnę

ROZDZIAŁ 4. Największy terrorystyczny zamach w historii Warszawy

ROZDZIAŁ 5. „Panowie, łamiemy embargo”

ROZDZIAŁ 6. Enigma z Lasu Kabackiego

ROZDZIAŁ 7. Muszkieterowie, Abwehra, biali Rosjanie i sowieccy agenci

ROZDZIAŁ 8. Polowanie na „Salamandra”

ROZDZIAŁ 9. Szpieg, który pozostanie zagadką

ROZDZIAŁ 10. Tajny „Most” z Polski do Izraela

Bibliografia

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Zamiast wstępu

Przed swoim upadkiem Polska nie miała kontrwywiadu, który potrafiłby zablokować knowania wrogów i zneutralizować ich agentów. Nie miała też wywiadu, który byłby w stanie skutecznie działać na terenie obcych państw.

Wpiątek 18 kwietnia 1794 roku, po ucieczce z Warszawy rosyjskiego ambasadora Osipa Igelströma, powstańcy Kościuszki zajęli budynek ambasady w Pałacu Młodziejowskich przy ulicy Miodowej. W środku znaleźli częściowo spalone archiwum. Cztery miesiące później, 23 sierpnia, w pięćdziesiątym pierwszym numerze „Gazety Rządowej” pojawiła się zapowiedź publikacji nazwisk płatnych rosyjskich agentów w Polsce. Następnego dnia wielu warszawiaków przeżyło szok. Dla niektórych było to jednak tylko potwierdzenie tego, czego domyślali się od dawna. W artykule pod tytułem Ekstrakt z dowodów autentycznych z regestrów moskiewskich na pensje brane od Moskwy przez Deputacją Rewizyjną roztrząsanych i spisanych pojawiły się nazwiska ścisłej elity polskiej polityki.

Wśród opłacanych z moskiewskiej kasy ludzi byli marszałkowie sejmu Adam Poniński i Michał Radziwiłł. Był prymas Antoni Ostrowski, był pierwszy marszałek stanu rycerskiego w Radzie Nieustającej (czyli ówczesnym rządzie) książę August Sułkowski, był biskup Michał Sierakowski, marszałek nadworny litewski Władysław Gurowski, pisarz wielki koronny Kazimierz Raczyński, kanclerz wielki koronny Andrzej Młodziejowski i wielu, wielu innych. W kolejnych kilku numerach gazeta publikowała przejęte z rosyjskiej ambasady kwity będące dowodem na to, że zarówno na sejmie rozbiorowym, jak i w konfederacji targowickiej pierwsze skrzypce grali ludzie opłacani przez obce mocarstwo.


Magnus von Stackelberg, Inflantczyk w służbie rosyjskiej, pełniący przez siedemnaście lat misję ambasadora w Warszawie wypłacał m.in. marszałkowi Gurowskiemu tysiąc dwieście dukatów raz na pół roku, a wojewodzie łęczyckiemu Szymonowi Dzierzbickiemu półtora tysiąca dukatów na rok.

A chodziło o kwoty niemałe. Poprzednik Igelströma Otto Magnus von Stackelberg, pełniący przez siedemnaście lat misję ambasadora w Warszawie Inflantczyk w służbie rosyjskiej, wypłacał m.in. marszałkowi Gurowskiemu tysiąc dwieście dukatów raz na pół roku, a wojewodzie łęczyckiemu Szymonowi Dzierzbickiemu półtora tysiąca dukatów na rok. Pensje były dożywotnie; Rosjanie hojnie inwestowali w swoich agentów, by zachęcić ich do większej aktywności. Szczególnie w tych najbardziej wpływowych. Po trzy tysiące dukatów rocznie otrzymywali prymas Ostrowski oraz pełniący funkcję łącznika między rosyjskim ambasadorem a polskim królem kanclerz Młodziejowski (to w jego pałacu mieściła się rosyjska ambasada). Tyle samo dostawał książę Sułkowski, jeden z twórców Rady Nieustającej. Ten tak zwany „jurgielt” 1, czyli żołd, wypłacano dwa razy w roku – na Trzech Króli (6 stycznia) i na świętego Jana (24 czerwca) – a wydatki precyzyjnie dokumentowano. Podpisane „kwity” miały równie dużą wartość, co sami agenci.

W swoich notatkach Stackelberg, a później Igelström zamieszczali też mniejsze wydatki. Od czterech do stu dukatów wypłacała rosyjska ambasada za okazjonalne donosy i denuncjacje. Opłacanego z tych funduszy szpiega Marcelego Piętkę udało się umieścić Rosjanom nawet w bezpośrednim otoczeniu Tadeusza Kościuszki. Wielu sprzedawczyków, których nazwiska figurowały na rosyjskich listach płac, zostało w czasie insurekcji przykładnie powieszonych. Dla ówczesnych Polaków nie ulegało wątpliwości, że upadek ich kraju był ściśle związany z działalnością agentów.

Nie tylko rosyjskich. Zwierzchnik carskich ambasadorów w Warszawie, kierownik Kolegium Spraw Zagranicznych Nikita Panin usilnie zabiegał o to, by każdy z dworów trzech państw zaborczych wpłacił do wspólnej kasy na korumpowanie polskich elit po sto pięćdziesiąt–dwieście tysięcy talarów. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby taki budżet rzeczywiście powstał. Szczęśliwie zaborcy mieli też inne wydatki, więc ostatecznie udało się zebrać kwotę „zaledwie” osiemdziesięciu jeden tysięcy dukatów – po dwadzieścia siedem tysięcy dukatów od każdego z dworów. Zarządzali nią rosyjscy dyplomaci w Warszawie. Tyle wystarczyło, by Polska straciła niepodległość na ponad sto dwadzieścia lat. Czy rzeczywiście byliśmy aż tak bezbronni wobec tajnych działań nieprzyjaciół i ich płatnych agentów?


Hetman Stanisław Żółkiewski zabrał Wasyla Szujskiego do Warszawy, gdzie zdetronizowany rosyjski władca musiał złożyć hołd polskiemu królowi Zygmuntowi III. Takiego upokorzenia Rosja nie zaznała nigdy wcześniej ani nigdy później.

* * *

Z jednej strony – tak, ponieważ doprowadzona do absurdu szlachecka „złota wolność” nie sprzyjała ochronie państwa oraz podejmowaniu działań przeciwko wywiadowczym operacjom obcych dworów. Tuż przed swoim upadkiem Polska nie miała kontrwywiadu, który potrafiłby zablokować knowania wrogów i zneutralizować ich agentów. Nie miała też wywiadu, który byłby w stanie skutecznie działać na terenie obcych państw.

Z drugiej strony – nie, ponieważ nie zawsze tak było. Niespełna dwa wieki wcześniej to Polacy przeprowadzali tajne operacje, po których Rosja trzęsła się w posadach.

20 czerwca 1604 roku polskie i kozackie wojska zajęły Moskwę. Był to finałowy akt wielkiej wywiadowczo-politycznej intrygi. Jej uwieńczeniem było ukoronowanie 30 lipca na cara Moskwy i Wszechrusi polsko-litewskiego agenta Dymitra I zwanego Samozwańcem. Gdy dwa lata później podburzeni mieszkańcy Moskwy ruszyli na Kreml i wymordowali większość stacjonującej w nim polskiej załogi oraz samego Dymitra, Polacy znaleźli kolejnego Samozwańca. W 1610 roku wykorzystali go do kolejnej intrygi i odbili Moskwę, biorąc do niewoli ówczesnego cara Wasyla IV Szujskiego. Hetman Stanisław Żółkiewski zabrał go do Warszawy, gdzie zdetronizowany rosyjski władca musiał złożyć hołd polskiemu królowi Zygmuntowi III. W 1612 roku Wasyl Szujski dokonał żywota na zamku w Gostyninie jako więzień stanu Rzeczypospolitej. Takiego upokorzenia Rosja nie zaznała nigdy wcześniej ani później.


Zadaniem ówczesnych „specjalsów”, którymi dowodzili tacy ludzie jak pochodzący ze Śląska Bernard Pretwicz, było prowadzenie ofensywnego wywiadu.

Nie były to jedyne skuteczne tajne operacje Polaków z czasów „złotego wieku” Rzeczypospolitej. Już w XVI wieku na Kresach stworzona została pierwsza polska jednostka specjalna zwana obroną potoczną, czyli ruchomą. Jej zadaniem była obrona granicy przez Tatarami, których najazdy pustoszyły wschodnie połacie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Zadaniem ówczesnych „specjalsów”, którymi dowodzili tacy ludzie jak strażnik polny koronny Mikołaj Sieniawski czy pochodzący ze Śląska Bernard Pretwicz, było między innymi prowadzenie ofensywnego wywiadu. Jego celem było dostarczanie informacji na temat planów Tatarów i tras, którymi miały poruszać się najazdy.

 

Skuteczność Pretwicza w zdobywaniu informacji i organizowaniu obrony była tak wielka, że za czasów jego dowództwa w straży przedniej – elitarnym oddziale obrony potocznej – tatarskie najazdy na Kresy niemal ustały. Nazwano go „Terror Tartarorum” – postrachem Tatarów i nie były to bynajmniej puste słowa. Dwór Pretwicza w Szarawce na Podolu stał się nie tylko najsłynniejszą w Rzeczypospolitej prywatną szkołą rycerską, ale też pierwszą polską szkołą wywiadu i kontrwywiadu. Z takich właśnie doświadczeń zdobytych w walkach z najlepiej wówczas wyćwiczoną armią świata korzystali późniejsi wojownicy i szpiedzy polskiego króla.

W 1649 roku w obronie Zbaraża przed Tatarami i Kozakami Bogdana Chmielnickiego poległ Sebastian Aders, twórca planu fortyfikacji polskiego obozu. Cztery lata wcześniej na polecenie hetmana Koniecpolskiego spenetrował on w przebraniu kupca całe tatarskie państwo. Sporządzone przez niego szkice i notatki posłużyły do stworzenia pierwszej mapy Krymu. Jeszcze wcześniej, w 1615 roku w czasie wojny z Moskwą, na polecenie hetmana Jana Karola Chodkiewicza spektakularną dywersyjno-wywiadowczą akcję na tyłach wroga przeprowadził Aleksander Lisowski, dowódca słynnej jednostki, którą od jego nazwiska nazwano „lisowczykami”.

Tak poczynali sobie Polacy w „złotym wieku” Rzeczypospolitej, a stosowane przez nich metody wywiadu i kontrwywiadu uznawane były za najskuteczniejsze na świecie. Wszystko skończyło się jednak pod koniec XVII wieku. Wojna z Turcją w 1699 roku była ostatnią, którą można uznać za wygraną. Potem nastąpił upadek, którego haniebnym dowodem stały się przejęte przez powstańców Kościuszki rosyjskie „kwity”.

Szok związany z rozbiorami i podział państwa między sąsiednie mocarstwa całkowicie zmieniły Polaków. „Złotą wolność” zastąpił ponadstuletni okres niewoli. Szkołą przetrwania dla narodu stała się konspiracja. Polacy zaczęli zmieniać się w budzących obawy zaborców „wiecznych spiskowców”. Ale nie od razu stali się mistrzami tajnej gry. Sztuka polskiej konspiracji doskonaliła się w nieustannych starciach z policją i wywiadami państw zaborczych. Szczególnie rosyjskie tajne służby ćwiczyły na Polakach swoje słynne prowokacje, które – nie oszukujmy się – bywały zabójczo skuteczne. Kilka pokoleń naszych przodków musiało na własnej skórze poznać metody działania szpiegów, agentów i wywiadów obcych mocarstw zanim nauczyliśmy się rozpoznawać zagrożenie i sami działać podobnie. Gdy odrodziła się Polska, pierwsze od dwustu dwudziestu jeden lat zwycięstwo – w wojnie z bolszewikami w 1920 roku – zawdzięczaliśmy właśnie wywiadowi.

Okres II Rzeczypospolitej był czasem szybkiego rozwoju polskich tajnych służb. Komunistyczna dywersja, niemieckie szyfry, tajne międzynarodowe operacje – wszystko to wymagało prowadzonych na dużą skalę działań i wykorzystania wielu talentów. Kolejnej wojny wywiad nie był już w stanie wygrać, ale pod niemiecką i sowiecką okupacją polska konspiracja stała się niemal osobnym światem. Gdyby spojrzeć na ten rozdział historii naszego kraju przez pryzmat działań wywiadowczych i tajnych operacji, należałoby w zasadzie napisać go na nowo. Podobnie było w czasach PRL-u i po jego upadku. Wiele zdarzeń, pozornie od siebie oderwanych i niezrozumiałych dla żyjących wówczas ludzi, dopiero po wielu latach nabrało nowego sensu. W świecie wywiadowczej gry nic nie jest takie, jakim się wydaje.

Opisane w tej książce zdarzenia decydowały często o „być albo nie być” Polski – i nie tylko. Klęska lub powodzenie zależały w równym stopniu od konkretnych ludzi, jak i nieprawdopodobnych czasem zbiegów wydarzeń lub zwykłego przypadku. Historia zdecydowała, że areną najważniejszych tajnych operacji w skali Polski, Europy, a nawet świata, prawdziwą „stolicą szpiegów” stała się Warszawa.

1 „Jurgielt” – pochodzi od niemieckiego wyrazu Jahrgeld oznaczającego pensję roczną. W dawnej Polsce słowem tym określano roczne wynagrodzenie wyższych dowódców i niektórych urzędników, od czasów saskich nazywano tak pensję wypłacaną polskim magnatom przez obce rządy (przyp. red.).

ROZDZIAŁ 1. Wielka prowokacja w Warszawie i agent, który został naukowcem

Wielka prowokacja w Warszawie i agent, który został naukowcem

JAN KUBARY 1865

Generał Fiodor Fiodorowicz Trepow tym razem zamierzał iść na całość. Minęło zaledwie kilka miesięcy, od kiedy upadło powstanie styczniowe, już drugi polski zryw niepodległościowy, który przyszło mu tłumić w wojskowej karierze. Ale dla Trepowa, generał-policmajstra Królestwa Polskiego, a wcześniej oberpolicmajstra warszawskiego, nie oznaczało to końca kłopotów. Chociaż 11 kwietnia 1864 roku udało się aresztować przywódcę powstania Romualda Traugutta, straconego cztery miesiące później w warszawskiej Cytadeli, większość najważniejszych buntowników wydostała się za granicę i tam nadal spiskowała przeciw Rosji. Dzięki kolegom z policji francuskiej i pruskiej generał Trepow wiedział, że coś się szykuje. Polacy kupowali broń, drukowali broszury i ulotki, przemycane następnie do zaboru rosyjskiego, utrzymywali kontakty z tajnymi organizacjami w samej Rosji. Było tylko kwestią czasu, kiedy rozpocznie się kolejny bunt.

Rozprawę z polskimi buntownikami pięćdziesięcioczteroletni Trepow traktował bardzo osobiście. Dobrze pamiętał zdarzenia z 25 lutego 1861 roku, które stały się preludium przyszłego powstania. Był jeszcze wtedy pułkownikiem policji, gdy około godziny siedemnastej szpicle donieśli mu, że na rynku Starego Miasta pod kamienicą Fukiera zbiera się wznoszący rewolucyjne okrzyki tłum. „Garibaldi! Trzeci Maja! Precz z Moskalami!” – wołali ludzie, a atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Trepow kazał więc wprowadzić na plac Zamkowy oddziały żandarmerii i kozaków na koniach, a sam udał się na rynek, by wezwać do rozejścia się znajdujący się tam tłum. Kiedy jego słowa zostały całkowicie zignorowane, próbował jeszcze siłą odciągnąć jednego z najbardziej aktywnych demonstrantów, studenta Krajewskiego. Ten, nie namyślając się długo, zdzielił policmajstra laską w głowę.

Następnego dnia Warszawa miała uciechę, widząc Trepowa z zabandażowaną głową, a furorę robiła przyśpiewka: „Na Starym Mieście przy wodotrysku / pułkownik Trepow dostał po pysku”, która doczekała się licznych wersji i przeróbek. W ten sposób rosyjski policmajster zapisał się w historii miasta, które miał trzymać w ryzach. Teraz, po krwawo zdławionym powstaniu, nadeszła chwila rewanżu na polskich buntownikach.

Do Warszawy, w której wciąż działał przedstawiciel podziemnego Rządu Narodowego w osobie tropionego przez policję powstańczego naczelnika miasta Aleksandra Waszkowskiego, carski wywiad skierował najlepszych ludzi. W ekspozyturze ulokowanej w Wydziale Tajnym Zarządu Generał-Policmajstra w Królestwie Polskim pracowali fachowcy od rozpracowywania tajnych organizacji. Kierował nimi ściągnięty z Rosji urzędnik do specjalnych poruczeń Aleksander Sztenger. Do pomocy dano mu pułkownika Hatzfelda, kapitana Goldmana, porucznika żandarmerii Kurniejewa i cenzora Edwarda Holtza.

Chociaż zespół, którego bazą była kamienica Ludwika Malhome’a przy ulicy Królewskiej, był niewielki, jego kompetencje były ogromne. Ludzie Sztengera mieli dostęp do całego zastępu agentów policji oraz wywiadu w kraju i za granicą. Do ich dyspozycji była żandarmeria, prokuratura wojskowa, urzędy celne, straż graniczna oraz rosyjski Zarząd Pocztowy. Mogli liczyć na pomoc agentur rosyjskiego wywiadu ulokowanych w Paryżu i Dreźnie – dwóch miastach, gdzie skupiała się popowstaniowa polska emigracja. I to właśnie z Drezna nadeszła informacja o pojawieniu się w tamtejszej carskiej misji (prowadzonej przez radcę stanu Pawła Kotzebuego) młodego Polaka posiadającego szczegółowe informacje na temat przywódców powstania, w którym brał udział. Osiemnastolatek nazywał się Jan Kubary i pochodził z Warszawy, do której chciał wrócić, by kontynuować naukę. Według opisu z drezdeńskiej agentury był inteligentny, budził zaufanie, znał kilka języków i stanowił dobry materiał na szpiega. W zamian za przekazane informacje Kotzebue obiecał mu możliwość bezpiecznego powrotu do Warszawy.

Kiedy jednak w połowie czerwca 1864 roku Jan Kubary znalazł się w rodzinnym mieście, został natychmiast aresztowany i przewieziony do kamienicy Malhome’a, a następnie przesłuchany przez pracowników Wydziału Tajnego. Gdy treść przesłuchania przekazano generałowi Trepowowi, w jego głowie zaczął rodzić się plan wielkiej prowokacji, która jednym ruchem miałaby wykończyć spiskowców na emigracji i niedobitki popowstaniowej konspiracji w kraju. Kim był osiemnastolatek, który miał ją rozpocząć?

* * *

Jan Stanisław Kubary urodził się 13 listopada 1846 roku jako syn Stanisława i Tekli z domu Schur. Jego ojciec był lokajem w domu dyrektora opery warszawskiej, spolonizowanego Włocha Jana Quattriniego. Mały Janek miał sześć lat, gdy ojciec zmarł. Matka wyszła powtórnie za mąż za właściciela zakładu szewskiego Tomasza Marcinkiewicza. Jej krewni o nazwisku Poppe mieszkali w Berlinie, gdzie przez pewien czas wychowywała się też młodsza siostra Jana, Maria. Kubary miał szesnaście lat, gdy jako uczeń VI klasy pierwszego gimnazjum w Warszawie wstąpił do konspiracyjnej organizacji. Przysięgę złożył przed księdzem w celi klasztoru Kapucynów, a jego zwierzchnikiem w konspiracji został starszy o rok kolega ze szkoły, Aleksander Zwierzchowski. Młodzi ludzie z wielką niecierpliwością oczekiwali wybuchu zapowiadanego od dawna powstania, w którym chcieli odegrać role bohaterów. Kiedy jednak zryw się rozpoczął, rzeczywistość brutalnie zweryfikowała ich marzenia.


Chociaż zespół, którego bazą była kamienica Ludwika Malhome’a przy ulicy Królewskiej, był niewielki, jego kompetencje były ogromne.

29 stycznia 1863 roku, dwa tygodnie po wybuchu powstania, Zwierzchowski wręczył członkom swojej „dziesiątki” rozkaz udania się do oddziałów partyzanckich na północ od miasta, sam jednak zamierzał pozostać w Warszawie. Polecenia posłuchało tylko trzech – Kubary, Kapica i Jasiński. Narysowana na kartce trasa prowadziła od rogatek szmulowskich do Kamieńczyka nad Narwią i dalej do Przetyczy niedaleko Ostrowi Mazowieckiej. Tam młodzieńcy przyłączyli się do czterdziestoosobowego oddziału powstańców. W Zimnej Wodzie grupa powiększyła się o kolejnych trzydziestu partyzantów, po czym dotarła pod granicę pruską, gdzie miała czekać na przyjazd dowódcy, a następnie przeprowadzić atak na posterunek graniczny w Dąbrowie. Jednak stan uzbrojenia oddziału przedstawiał się dramatycznie; na ponad siedemdziesięciu ludzi przypadały cztery jednostrzałowe karabiny, jedna dubeltówka i dwadzieścia kos, reszta partyzantów była uzbrojona jedynie w kije. Taką też „broń” dostali Jan Kubary i jego koledzy. Zniechęcony i przerażony chłopak postanowił zdezerterować.

4 lutego wykradł się potajemnie z obozu i przez graniczny Myszyniec przeszedł do Prus. Tam zatrzymał się w najbliższym miasteczku, by wysłać list do wuja w Berlinie z prośbą o pieniądze na dalszą drogę. Kiedy je dostał, ruszył do Niemiec trasą przez Królewiec. U krewnych spędził dwa tygodnie, w końcu, namówiony przez wuja, by ukończył szkołę, postanowił wrócić do Warszawy. Niezaangażowany dotąd w walkę z Rosjanami chłopak nie budził podejrzeń i na początku marca 1863 roku bez przeszkód przekroczył granicę z Rosją. Chociaż trwało powstanie, nauka przebiegała w normalnym trybie. Jednak tuż po powrocie do gimnazjum Jan Kubary został oskarżony o dezercję przez kolegów z konspiracji, Kapicę i Jasińskiego, którzy również wrócili do miasta, by wykonywać konspiracyjne zadania w służbie cywilnej.

Z poczucia winy, ale także ze strachu przed opublikowaniem jego nazwiska na „liście hańby” w prasie podziemnej Jan Kubary postanowił opuścić Warszawę i walczyć w powstaniu. 24 maja dostał rozkaz kierujący go do dyspozycji naczelnika województwa krakowskiego i tego samego dnia wyjechał z miasta z fałszywym paszportem na nazwisko Cynerski. Przez Radom, Wąchock, Kamienną i Bodzentyn dotarł w okolice Pińczowa, gdzie został przedstawiony naczelnikowi, którym okazał się Władysław Gołemberski, w cywilu… nauczyciel matematyki w gimnazjum, do którego uczęszczał Kubary. Ten skierował go na przybocznego sekretarza do dowódcy jednego z oddziałów w Kieleckiem, Mieczysława Chwaliboga. Jednak zadania, które dostał, znacznie przekraczały możliwości siedemnastolatka. Kubary miał między innymi prowadzić śledztwo w sprawie konfiskat broni przewożonej przez granicę w Proszowicach i zorganizować straż dla jej ochrony, zbadać możliwość uwolnienia więzionego w Staszowie powstańczego komisarza oraz ściągać podatki na potrzeby powstańczego rządu.

 

Przytłoczony zadaniami, z którymi nie mógł sobie poradzić, kilkukrotnie składał dymisję. Bezskutecznie. W końcu po coraz częstszych konfliktach z przełożonymi, m.in. generałem Józefem Hauke-Bosakiem, do którego woził korespondencję, Jan Kubary wymógł na Gołemberskim swoje zwolnienie i w kwietniu 1864 roku wrócił do Warszawy, skąd natychmiast wyruszył do Drezna. Dla ludzi uciekających przed rosyjskimi represjami to saskie miasto było zwykle pierwszym przystankiem na emigracyjnej drodze do Francji lub Anglii. Tam też zapewne zamierzał dotrzeć Kubary, jednak nieoczekiwanie zmienił zdanie. Być może za namową krewnych z Berlina, a może zwiedziony rosyjską obietnicą amnestii dla takich jak on uciekinierów, postanowił dotrzeć do radcy Kotzebuego i szczegółowo opowiedzieć mu o swojej roli w powstaniu. Ten wydał mu list żelazny umożliwiający ponowne przekroczenie granicy z Rosją, ale jednocześnie powiadomił generała Trepowa, by natychmiast po dotarciu do Warszawy młodzieniec został zatrzymany.

Powtórzone przez Kubarego w Wydziale Tajnym zeznania nie zawiodły śledczych. W ciągu ponad dziesięciu miesięcy służby u Gołemberskiego chłopak dobrze poznał powstańcze struktury w województwie krakowskim. Jego informacje, w których sypał nazwiskami, umożliwiały rosyjskiej policji wszczęcie kilku nowych śledztw. Po złożeniu szczegółowych zeznań osiemnastolatek został zwolniony z aresztu. Wciągnięto go na listę płatnych agentów i pozwolono wrócić do gimnazjum w celu dokończenia nauki. Po jego ukończeniu Kubary chciał rozpocząć studia w Szkole Głównej w Warszawie. Nieoczekiwanie w połowie sierpnia 1864 roku wszystkie obietnice zostały odwołane. Kubary został wezwany do kamienicy Malhome’a, gdzie dostał propozycję nie do odrzucenia.

* * *

Dojrzewający w głowie generała Fiodora Trepowa plan był prosty, a jednocześnie diabelsko perfidny. Do Paryża miał zostać wysłany rosyjski agent, którego zadaniem było zdobycie zaufania przywódców polskiej emigracji. To w ich rękach skupiały się teraz nitki krajowej i zagranicznej konspiracji. 5 lipca 1864 roku działający w podziemiu Rząd Narodowy Bronisława Brzezińskiego, następcy straconego Traugutta, powołał swego pełnomocnika i reprezentanta poza granicami zaboru rosyjskiego w osobie przebywającego w Paryżu przywódcy stronnictwa „czerwonych” dwudziestodziewięcioletniego Jana Kurzyny, z wykształcenia lekarza, a w powstaniu styczniowym bliskiego współpracownika Ludwika Mierosławskiego.

Trepow wiedział, że prędzej czy później ostatni ukrywający się przywódcy polskiego buntu, tacy jak Brzeziński czy Waszkowski, wpadną w ręce jego agentów lub uciekną z Rosji. Taki scenariusz oznaczał przeniesienie się całego decyzyjnego ośrodka polskiej konspiracji za granicę, gdzie możliwości generała-policmajstra były ograniczone. Byłby to także argument dla politycznego oponenta generała, księcia Władimira Czerkasskiego. Kierujący administracją cywilną Królestwa Polskiego książę, dyrektor główny Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych, był zwolennikiem ograniczenia policyjnych rządów Trepowa. Między nim a carskim namiestnikiem w Warszawie Fiodorem Bergiem, bezpośrednim zwierzchnikiem generała-policmajstra, toczyła się ostra polemika. Czerkasski, słowianofil, był zwolennikiem dogadania się z Polakami. Berg i Trepow twierdzili, że jedynym sposobem na utrzymanie w ryzach niepokornego narodu są jeszcze większe represje. Generał-policmajster uważał więc, że należy głosić opinię o istnieniu Rządu Narodowego, nawet kiedy w rzeczywistości przestanie on istnieć. Korzyści były dwie. Z jednej strony można było zwabić w ten sposób do Warszawy ważnych działaczy polskiej emigracji. Z drugiej – podtrzymywanie przekonania o wciąż działającym w Królestwie Polskim podziemnym rządzie usprawiedliwiało policyjne rządy i dawało pretekst do kolejnych represji, za pomocą których Trepow, jak pisał w raporcie do Berga, „chciał wyrwać zło z korzeniami”.


Z poczucia winy, ale także ze strachu przed opublikowaniem jego nazwiska na „liście hańby” w prasie podziemnej Jan Kubary postanowił opuścić Warszawę i walczyć w powstaniu.

Pierwszym etapem planu miało być wysłanie do Paryża z tajną misją Jana Kubarego. Ten zgodził się, jednak z zastrzeżeniami. Uważał, że z powodu swoich konfliktów z dowódcami powstania w Krakowskiem będzie miał problemy z pozyskaniem zaufania wśród emigrantów, ponieważ może spotkać we Francji kogoś, kto będzie pamiętał kompromitujące go epizody. Kubary miał jednak na oku kandydata na szpiega, człowieka, którego dobrze znał i z którym utrzymywał korespondencję. Był to Aleksander Zwierzchowski, ten sam, który wprowadzał go do szkolnej konspiracji.

Urodzony we Włocławku Aleksander był najmłodszym z szóstki dzieci Jana Zwierzchowskiego, dzierżawcy restauracji w Hotelu Niemieckim przy ulicy Długiej w Warszawie. Była to patriotyczna rodzina; dwaj bracia i dwie siostry Aleksandra brali czynny udział w powstaniu styczniowym. Siostra Marianna pracowała nawet w Sekretariacie i Ekspozyturze Rządu Narodowego bezpośrednio pod zwierzchnictwem Romualda Traugutta. Trafiła za to do więzienia razem z drugą siostrą, Józefą. Osiemnastoletni Aleksander Zwierzchowski po wybuchu powstania pełnił funkcję łącznika członka Rządu Narodowego Oskara Awejdego, później walczył w oddziałach partyzanckich w województwie płockim, a następnie służył w policji narodowej we Włocławskiem. Zbiegł za granicę w lutym 1864 roku, by wkrótce odnaleźć się w Paryżu w roli specjalnego wysłannika emigracyjnych agend Rządu Narodowego, zajmując się m.in. zakupami broni w Londynie. O tym, że jest człowiekiem obrotnym i budzącym zaufanie świadczył fakt, że w przeciwieństwie do wielu działaczy klepiących biedę na emigracji Zwierzchowski żył całkiem nieźle. Sobie tylko znanymi sposobami zdobył pracę w zarządzie kolei liońskich, za którą pobierał dwieście franków miesięcznie.

Trepow i Sztenger zaaprobowali plan, by to właśnie Zwierzchowski został agentem, który zajmie się nawiązywaniem kontaktów z emigracją. Jan Kubary miał pojechać do Paryża i tam w ciągu pięciu–sześciu tygodni przeprowadzić werbunek kolegi. Bezpośredni nadzór nad operacją sprawował porucznik Kurniejew. W sierpniu 1864 roku Kubary z paszportem na nazwisko Friedrich Poppe wyruszył do Francji.

* * *

W Paryżu okazało się, że postawione przed osiemnastoletnim agentem zadanie może okazać się prostsze, niż przypuszczali jego mocodawcy. Kubary trafił do francuskiej stolicy w momencie, gdy w emigracyjnym kotle wrzało. Niedawna nominacja Kurzyny na pełnomocnika i reprezentanta Rządu Narodowego za granicą wzbudziła niezadowolenie dużej części „czerwonych”. Na czele grupy oponentów, zarzucających Kurzynie brak energii, niezdecydowanie i opieszałość, stał dwudziestoczteroletni Władysław Daniłowski, z wykształcenia lekarz, członek Komitetu Centralnego Narodowego w 1862 roku i członek Rządu Narodowego w powstaniu styczniowym. Grupę jego zwolenników stanowili: trzydziestoletni Władysław Rudnicki, saper w carskiej armii i dowódca powstańczego oddziału w Kijowie, księża Kacper Kotkowski i Leon Korolec, wcześniej komisarze pełnomocni Rządu Narodowego, oficerowie Józef Hauke-Bosak i Ludwik Mierosławski, czterdziestotrzyletni Aleksander Guttry, komisarz Rządu Narodowego na Francję i Anglię oraz wielu innych. Opozycja stawiała sobie za zadanie usunięcie Kurzyny ze stanowiska reprezentanta Rządu Narodowego i powołanie na jego miejsce kolegialnego Komitetu Reprezentacyjnego z Daniłowskim jako komisarzem na czele. Aby to jednak się udało, potrzebne były pozory legalności planowanego zamachu. Tych dostarczyć mogły wciąż dobrze ukryte w Warszawie pieczęcie Rządu Narodowego, którymi opatrzyć miano odpowiednie dokumenty.

Jan Kubary vel Friedrich Poppe szybko zorientował się, że sytuacja, którą zastał w Paryżu, nadzwyczaj sprzyja jego misji. Emigracyjną „wojnę domową” napędzały rozbuchane ambicje, w szczególności Daniłowskiego, który okazał się dobrym znajomym Zwierzchowskiego. Oferta pomocy w zdobyciu pieczęci z pewnością zostałaby przez niego przyjęta. Sam werbunek kolegi okazał się dziecinnie prostym zadaniem. Zwierzchowski bez żadnych emocji przyjął propozycję zostania zagranicznym agentem Wydziału Tajnego Zarządu Generał-Policmajstra w Królestwie Polskim, jednak swoje usługi zamierzał sprzedać drogo – za trzysta franków miesięcznie. Postawił też inne warunki: darowanie „powstańczych win”, zezwolenie na podróżowanie do Królestwa Polskiego i przysłanie nowego rosyjskiego paszportu oraz – w przypadku zdemaskowania – pięćdziesiąt rubli srebrem na ewakuację do Warszawy.

Poinformowany przez Kubarego porucznik Kurniejew nie miał jednak zamiaru zgadzać się w ciemno na takie warunki. „To może być zwykły, łasy na pieniądze naciągacz” – pisał w raporcie do Trepowa. Doświadczony pracownik Wydziału Tajnego zamierzał jasno dać do zrozumienia kandydatowi na agenta, że to nie on będzie dyktował warunki. Nie przeliczył się. Jego ostra odpowiedź, że pieniądze może wypłacić dopiero po wykonaniu zadania, natychmiast zmiękczyła Zwierzchowskiego. W kolejnym liście zdrajca przepraszał i tłumaczył się ze swoich żądań oraz prosił o „przyjęcie usług”. Przez Kubarego natychmiast została przekazana lista oczekiwań. Zwierzchowski miał zbierać informacje na temat emigracyjnych działaczy, ich funkcji i wzajemnych powiązań, osób, z którymi kontaktują się w kraju oraz planów działania organizacji. Za wykonaną pracę agent miał dostać „przebaczenie win” oraz bliżej nieokreśloną kwotę pieniędzy.